Antyewangelia według Kubryńskiej.

…czyli kilka powodów, dla których skrajne feministki powinny (moim zdaniem) raz na zawsze zostawić Matkę Jezusa w spokoju.

Sylwia Kubryńska, felietonistka Wysokich Obcasów, popełniła ostatnio następujący tekst:

 

http://wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,100865,18581803,maria-strona-bierna.html

 

w którym dowodzi, ni mniej ni więcej, tylko, że cała postać Maryi została sztucznie „spreparowana”, oczywiście na potrzeby znienawidzonego przez autorkę „patriarchatu.”

Czytając te wynurzenia (z uczuciem niejakiej przykrości) miałam nieodparte wrażenie, że pisała to obrażona na Kościół (katolicki, bo jakiż by inny) gimnazjalistka, która o opisywanej przez siebie Postaci wie tyle, ile wyczytała w „staranie spreparowanych” (a jakże) tekstach krytyki feministycznej – że mianowicie Osoba ta uosabia wszystkie najbardziej obmierzłe dla niej (stylizującej się na „leninówkę”) cechy przypisywane stereotypowo kobiecie, jako to: uległość, cichość, posłuszeństwo…

Dziecinny jest już zresztą sam początek elaboratu, gdzie Kubryńska zapytuje naiwnie, „jak być cnotliwą i w ciąży?” – co dowodzi, że jest nadal święcie przekonana, że dla Kościoła „seks=grzech”, w co ja nie wierzyłam już nawet, gdy miałam szesnaście lat. Co mądrzejsze czytelniczki tekstu odpowiadały na to, że pogodzenie udanego życia seksualnego ze świętością jest niezwykle proste – wystarczy w tym celu wyjść za mąż!:)

Pisałam tu już kiedyś o tym (zob. np. „Maryja-REAKTYWACJA”), ale powtórzę, bo jak się okazuje, powtarzania prawdy nigdy dość: Maryja NIE DLATEGO jest nazywana Niepokalaną (bezgrzeszną), że nie uprawiała seksu z Józefem. Nie byłaby wcale mniej święta, gdyby nawet to robiła. Współżycie (zwłaszcza w małżeństwie) nie jest czymś, co automatycznie „brudzi” człowieka.

Ogólny poziom tego artykułu jest tak żenująco niski, że zaczynam podejrzewać, że redaktorzy „Wysokich Obcasów” są w stanie wpuścić na swoje łamy każdą bzdurę, o ile tylko pozwoli to „przywalić” raz jeszcze w to znienawidzone chrześcijaństwo, a osobliwie w katolicyzm.

Smutne to, ale zdaje się, że patrzenie na świat wyłącznie przez feministyczne okulary znakomicie pozbawia zdolności widzenia.

Bo gdyby pani Kubryńska zechciała je choć na chwilę zdjąć i poczytać chociażby bardziej zniuansowane opracowania teolożek „feministycznych” (takich, jak choćby Elżbieta Adamiak, która o Maryi pisze w dużo bardziej pozytywnym tonie), że już nawet o naszym głównym źródle – Ewangelii – nie wspomnę! – to przecież nie mogłaby nie zauważyć na przykład, że:

  • Przypadek Maryi jest bodaj JEDYNYM w całej Biblii, gdzie nie Ona zostaje określona jako czyjaś „żona” lub „córka”, ale to Józef nazywany jest „mężem Maryi” (Mt 1,16). To niesłychane jak na owe czasy „przestawienie pojęć” może pośrednio wskazywać na to, kto w tym małżeństwie grał pierwsze skrzypce.

 

  • Maryja, wbrew zasadom przyjętym dla „dobrze wychowanych panienek”  (i to nie tylko w Jej epoce – św. Hieronim, ten wielki mizogin, twierdził na przykład, że „mówienie, ogólnie rzecz biorąc, nie jest odpowiednie dla dziewicy” <sic!>) wcale nie „milczy.” Przeciwnie, aktywnie angażuje się w dialog z Bogiem. Milczy za to mężczyzna – św. Józef. Ewangelie nie przekazują nam nawet jednego jego słowa!

 

  • Maryja podejmuje decyzje bez pytania kogokolwiek o zdanie (por. np. Łk 1,39 :”Wtedy wybrała się i poszła z pośpiechem w góry…”). Taka Jej postawa jest wręcz szokująca, zwłaszcza, jeśli się wie, że dziś jeszcze są kraje (jak np. Arabia Saudyjska), gdzie kobietom zabrania się podróżowania bez męskiego opiekuna lub chociażby pisemnego pozwolenia tegoż. Tymczasem Ewangelie nic nie wspominają, by Dziewczynie z Nazaretu ktokolwiek towarzyszył, lub żeby kogokolwiek prosiła o zgodę… Nie, stanowczo nie nazwałabym Jej „stroną bierną”!

Warto w tym miejscu zatrzymać się na chwilę i porównać opis „zwiastowania Maryi” z innym (z pozoru tylko podobnym) opisem z 13.rozdziału Księgi Sędziów, gdzie anioł przynosi radosną nowinę o narodzinach syna innej – nawet nie wymienionej z imienia! – kobiecie, matce siłacza Samsona. Kobieta owa, nie czując się „uprawniona” do samodzielnych pertraktacji z aniołem, „jak Pan Bóg przykazał” idzie do domu i opowiada o wszystkim mężowi. I ten dopiero podejmuje dialog z Bożym wysłannikiem. O niczym podobnym, jako żywo, nie słyszymy w przypadku Miriam!

  • Gdyby Pan Bóg chciał mieć z Niej tylko (jak zdaje się nam sugerować Kubryńska) potrzebną Mu „macicę do wynajęcia” – nie musiałby się przecież bawić w ten cały „cyrk” z posyłaniem anioła. Mógłby przecież równie dobrze zrobić Jej „to” bez pytania Jej o zgodę, prawda?

Tymczasem jednak Ona jest tu przedstawiona (jako się rzekło) jako pełnoprawna, wolna uczestniczka dialogu z Bogiem, dla którego Jej „tak” lub „nie” ma pierwszorzędne znaczenie. Co więcej, Ona nie zamierza wcale się zgadzać na coś, czego nie rozumie, ma odwagę stawiać pytania, wyrażać wątpliwości. Wydaje mi się, że to całkiem niezły wzór postępowania dla współczesnych młodych kobiet?

  • Co powinno być szczególnie miłe sercu każdej feministki: ta młoda Dziewczyna jest najwyraźniej uświadomiona seksualnie, wie, skąd się biorą dzieci – skoro nie przyjmuje wieści o cudownych narodzinach Dzieciątka za coś naturalnego, jak musiałaby zareagować, gdyby była rzeczywiście taką „głupią gąską”, za jaką chce Ją brać Kubryńska. Co więcej, ta młodziutka panienka idzie pomagać w połogu starszej krewnej, co byłoby uważane za co najmniej niestosowne jeszcze dużo, dużo później. Aż do czasów prawie współczesnych „niewinność dziewczątek” była tak skrupulatnie chroniona przed wszelką wiedzą na ten temat, że czytałam nawet o pewnej austriackiej arcyksiężniczce (z wieku XVIII!), która aż do zamążpójścia była przeświadczona, że jej tatuś jest… dziewczynką. Z taką starannością dbano, by nie zobaczyła w swoim otoczeniu nawet żadnego zwierzątka płci męskiej…

 

  • To dość obcesowa interwencja Matki „zmusza” niejako Jezusa do ujawnienia swojej boskiej mocy na weselu w Kanie Galilejskiej. Na tymże weselu Maryja (która jest tam przecież tylko gościem!) nie zachowuje się zresztą wcale jak „zahukana kobietka” – a raczej jak Pani, nawykła do wydawania rozkazów! Wydaje polecenia (nie swoim!) sługom, a ci Jej słuchają…

 

  • Po samowolnym pozostaniu dwunastolatka w świątyni to Maryja, a nie, jakby „wypadało”, męski opiekun, upomina dorastającego Chłopca. Również później, gdy rozeszła się pogłoska, jakoby Jezus odszedł od zmysłów, Jego męscy krewni zabierają ze sobą Jego Matkę (por. np.Mt 12,47), przypuszczalnie po to, aby raz jeszcze „przemówiła Synowi do rozumu.”

Gdyby zatem pani Kubryńska zechciała wziąć przynajmniej te rozproszone w Ewangeliach kanonicznych wzmianki pod rozwagę, i tak musiałaby dojść do wniosku, że Maria z Nazaretu to jednak zbyt nietuzinkowa postać, by autorzy biblijni (przypuszczalnie sami mężczyźni!) mogli kogoś takiego „wymyślić” jedynie dla pognębienia rodzaju żeńskiego. Tym bardziej, że końcowy obraz (z  Objawienia św. Jana) „Niewiasty obleczonej w słońce” (Ap 12,1) można interpretować wręcz jako ostateczne, „kosmiczne”, wywyższenie kobiecości w ogóle, a tej jednej wyjątkowej Niewiasty w szczególności…

I nie musiałaby tak dramatycznie pytać, „czy z Niej samej jeszcze coś zostało?” Bo zostało, i to całkiem sporo. Trzeba tylko umieć patrzeć i słuchać.

A przecież jest jeszcze cała bogata tradycja apokryficzna, która mówi np. o okresie kształcenia Maryi przy Świątyni Jerozolimskiej, na której podstawie Kościół pozostawał dla kobiet przez długie wieki jedyną możliwą drogą rozwoju intelektualnego (do dziś zresztą zdecydowaną większość absolwentów katolickich szkół średnich i wyższych na świecie stanowią kobiety – jaka inna instytucja angażuje się tak bardzo w podniesienie poziomu wykształcenia tych, których podobno tak bardzo nienawidzi?) – co po wiekach wydało wspaniałe owoce w rodzaju, na przykład, Hildegardy z Bingen…

Jest też na pewno jeszcze jedna rzecz, której lewicujące publicystki mogłyby się nauczyć od Tej, która sama siebie nazwała „Służebnicą Pańską” (mimo tego, że radykalne feministki mają alergię na wszystko, co tylko „służbą” zatrąca, NIE JEST to wcale tytuł uwłaczający!  Biblijne określenie „Sługi Pańskiego” zgodna tradycja chrześcijańska odnosi do Jezusa Chrystusa, istnieje tu zatem raczej idealna symetria. A że Maryja jest „pokorna”, co tak bardzo mierzi Kubryńską, to tylko dlatego, że stanęła w swoim życiu oko w oko z Tajemnicą, wobec której my wszyscy – i kobiety, i mężczyźni – jesteśmy bardzo, bardzo mali…). Otóż często mówi się o Niej, że miała w zwyczaju „rozważać w swoim sercu” różne sprawy.

Tej samej rozwagi należałoby z pewnością życzyć wszystkim, którzy nie posiadając ku temu odpowiedniej wiedzy i kwalifikacji, zabierają się ochoczo za „dekonstrukcję” całej chrześcijańskiej teologii…

Antyewangelia-150x150

Ten skandalizujący obraz sympatyzującego z komunizmem niemieckiego malarza Maxa Ernsta (1891-1976) Madonna, karcąca Dzieciątko w obecności trzech świadków (1926) jest oczywiście równie nieewangeliczny jak omawiany tekst, ale być może mówi nam WIĘCEJ o prawdziwej osobowości Maryi (jako że z kart Ewangelii wyziera Kobieta o raczej zdecydowanym charakterze!:)), niż blade komunały…

Najtrudniejsze fragmenty Biblii: „Rzeź niewiniątek.”

Kilka dni temu w Radiu Warszawa (jest to diecezjalne radio diecezji warszawsko-praskiej) wysłuchałam przejmującego słuchowiska o tym, jak to Herod, król Judei (który był już wówczas bardzo chory), wiercąc się nocą na łożu, zmaga się ze swoimi wewnętrznymi demonami, planując tzw. „rzeź niewiniątek” – wymordowanie wszystkich małych chłopców w Betlejem.

To niebanalne ujęcie popularnego „jasełkowego” tematu skłoniło mnie do napisania niniejszej refleksji.

Przede wszystkim, warto powiedzieć, że z Herodem jest pewien problem. Otóż wiadomo, że umarł on (najprawdopodobniej na raka żołądka) w 4 roku „przed narodzeniem Chrystusa”! Tak, tak – i stąd właśnie wiemy, że mnich Dionizy Mały, który w VI w. ustalił początek ery chrześcijańskiej, pomylił się o co najmniej kilka lat (dziś najczęściej mówi się o sześciu lub siedmiu – ponieważ z kolei wtedy urzędował w Syrii „Kwiryniusz”, wspominany przez równoległą relację św. Łukasza).

Dalej, krytycy zauważają, że inne (pozabiblijne) źródła historyczne z epoki, często bardzo nieprzychylne wobec polityki Heroda, nic nie wspominają o tym niechlubnym epizodzie z jego życia. Niektórzy z nich, jak np. mój dawny spowiednik, Tadeusz Bartoś (który  także twierdzi, nie wiem, na jakiej podstawie, że Jezus z całą pewnością nie urodził się w Betlejem. Ale on, jeśli można wierzyć w tej sprawie Terlikowskiemu, zasłynął także powiedzeniem, że ci, którzy jeszcze wierzą w zmartwychwstanie Chrystusa, są całkiem jak ci, którzy wierzą, że „Elvis żyje.” No, cóż – nie od dziś wiadomo, że neofici są zawsze najbardziej gorliwi…), że cała ta opowieść jest tylko nic nie znaczącą dziecinną bajeczką – że, mówiąc w pewnym żartobliwym uproszczeniu: „żadnego Heroda nigdy nie było, nie ma i nie potrzeba!”:)

Tym jednak chciałabym odpowiedzieć, że, przede wszystkim, w porównaniu z innymi zbrodniami tego króla, który okrutnie traktował nie tylko swoich żydowskich poddanych (nie był bowiem Żydem, lecz Idumejczykiem i nie cieszył się sympatią tych, nad którymi z woli Rzymu miał panować – mimo, że formalnie przeszedł na judaizm i rozpoczął budowę nowej Świątyni w Jerozolimie), ale nawet własną rodzinę (podejrzewano go, nie bez podstaw, o zabicie własnej żony i synów) – rozkaz zgładzenia paru dzieciaków (biorąc pod uwagę ówczesną wielkość Betlejem, „chłopców w wieku do lat dwóch” nie mogło być tam na pewno więcej, niż pięćdziesięciu…) – mógł się nie wydawać godny odnotowania.

Tym bardziej, że – trzeba to sobie jasno uświadomić – starożytność w ogóle nisko sobie ceniła małe dzieci, co w dużej mierze wynikało z ich wysokiej umieralności (dość przypomnieć, że na ziemiach dawnej Słowiańszczyzny „postrzyżyny” chłopca odbywały się dopiero, gdy ukończył on siódmy rok życia – wcześniej nie widziano nawet potrzeby, by nadawać dziecku oficjalnie imię, skoro nawet nie było wiadomo, czy przeżyje…)

Warto też dodać, że – teologicznie rzecz ujmując – autor Ewangelii nie miał żadnej potrzeby, aby zmyślić taką dziwną historię – śmierć niemowląt nie była koniecznym „znakiem” nadejścia Mesjasza według żadnego z pism prorockich.

Można też od razu zauważyć pewną „chronologiczną niekonsekwencję”, która występuje w katolickim kalendarzu liturgicznym – właściwie uroczystość  Objawienia Pańskiego (Trzech Króli) oraz „święto Świętych Młodzianków” (wspomnienie zamordowanych dzieci betlejemskich, obchodzone 28 grudnia) powinniśmy obchodzić PO uroczystości Ofiarowania Pańskiego (2 lutego), a nie przed nią!

A to dlatego, że Maryja i Józef zgodnie z prawem żydowskim przynieśli Dziecko do Świątyni „aby je przedstawić Panu” w 40 dni po narodzeniu – natomiast podróż „Mędrców ze Wschodu” (być może z terenów ówczesnej Persji, dzisiejszego Iranu – tamtejsi władcy byli również kapłanami, nazywanymi po grecku „magoi”; nawiasem mówiąc, to, co dziś powszechnie uważamy za „czapkę czarnoksiężnika” to właśnie nakrycie głowy… władców perskich!:)) do Palestyny z całą pewnością musiałaby trwać dłużej, być może nawet około 1,5 roku, licząc od ukazania się tajemniczej „gwiazdy.”

To by również tłumaczyło, dlaczego Herod – dowiedziawszy się (dopiero od Mędrców!) o narodzinach Jezusa, kazał dla pewności objąć wyrokiem śmierci dzieci nawet dwuletnie.

Bardziej poruszające w kontekście wiary wydaje mi się  jednak inne pytanie: dlaczego Bóg na to wszystko pozwolił? Czyżby okazał się aż takim egoistą, że pozwolił na śmierć kilkudziesięciu niewinnych chłopców (skóra mi cierpnie na myśl o tym, że były to wszystko maluchy w wieku mniej więcej mojej Anieli…a ona jest taka słodka i bezbronna, kiedy śpi…) i na cierpienie ich matek – po to tylko, by jeden z nich, Jego Syn, Syn Maryi, mógł zostać ocalony?

Wydaje mi się, że ta bulwersująca opowieść nabiera jednak zupełnie innego wymiaru, jeśli się pamięta, że ten mały Królewicz został ocalony nie po to, żeby mógł sobie (jak to w bajkach bywa…) „żyć długo i szczęśliwie” – tylko po to, żeby ludzie mogli Go zabić we właściwym czasie, przybijając do krzyża…

Można więc powiedzieć, że nie tyle został wówczas ocalony od śmierci, co po prostu wyrok na Niego uległ odroczeniu…

Rzeź-niewiniątek

Ilustracja: Michał Rutz, Ołtarz smoleński. Rzeź niewiniątek.

A wszystkim Czytelnikom, należącym do obrządków wschodnich, którzy dziś obchodzą Boże Narodzenie, chciałabym najserdeczniej życzyć błogosławionych Świąt!

Smutek na cenzurowanym?

Jeśli się tak dobrze zastanowić, ludzkość miała problem ze smutkiem od samego początku – rzec można, od Adama i Ewy.

Smutek miał towarzyszyć ludziom postępującym nieetycznie, grzesznikom („Dlaczego jesteś smutny? – miał zapytać Pan Kaina – Przecież gdybyś postępował dobrze, miałbyś twarz pogodną.” <Rdz 4,6>) – albo też starym i chorym, jak Hiob. Autor biblijny posuwa się wręcz do stwierdzenia, że    „smutek zgubił wielu i nie ma z niego żadnego pożytku.” <Księga Mądrości Syracha 30,23).
A stąd już tylko krok do wniosku, iż smutek, sam w sobie, jest jakimś przejawem działania złego ducha, niechcianą przypadłością, nieomal chorobą, którą należy leczyć.
Różnie radzono sobie z tym w ciągu wieków – już to ordynując wino „ku pokrzepieniu serca człowieka” (Ps 104,15) („Daj wino zgnębionym na duchu.” – radziła synowi matka mędrca Lemuela z Księgi Przysłów) już to – w czasach nam bliższych – przeprowadzając lobotomię (który to „cudowny” i nagrodzony Nagrodą Nobla zabieg miał, jak wierzono, raz na zawsze uwolnić ludzkość od smutku, gniewu i innych negatywnych emocji – jednym cięciem skalpela…). My jesteśmy mądrzejsi: my mamy Prozac i inne, coraz doskonalsze „pigułki szczęścia…”
Kiedy patrzy się na dzisiejszych celebrytów, można doprawdy odnieść wrażenie, że smutek jest już zdecydowanie passé – szczególnie wtedy, gdy w dzień po bolesnym (podobno) rozwodzie pojawiają się uśmiechnięci w kolorowych magazynach, obowiązkowo z nowymi „miłościami” u boku…
W Norwegii pewną polską dziewczynkę odebrano rodzicom między innymi z tej racji, że „często bywała smutna i płakała.” Tłumaczenie, że to dlatego, że jej babcia leży w szpitalu i może umrzeć, nie trafiło do przekonania paniom z opieki społecznej. („Śmierć jest naturalną sprawą i nie powinna wywoływać aż tak gwałtownej reakcji!” – stwierdziły na chłodno.) Przypomina mi się tu zdanie ze słynnej „Seksmisji”: „Zdrowy organizm żyje i działa. Jedynie chory zastanawia się nad sobą.” No, cóż – nowy, wspaniały świat…
Ale po cóż szukać aż tak daleko? Wystarczy się zastanowić nad tym, jak my sami reagujemy na osoby płaczące w naszej obecności. Czy nie każemy im „się uspokoić” – zupełnie jakby płacz nie był najbardziej naturalnym sposobem odreagowywania silnych stresów? Lekarze, owładnięci szlachetną chęcią niesienia pomocy, często w takich razach proponują pacjentom „coś na uspokojenie.”
Panuje niezaprzeczalna moda na luz i wesołość – smutek został zepchnięty do katalogu rzeczy wstydliwych (wraz z chorobą, starością i śmiercią).
Proszę mnie dobrze zrozumieć: absolutnie nie jestem zwolenniczką cierpiętnictwa i „narzekactwa” – w których to niektórzy widzą wręcz naszą narodową specjalność.Biorąc jednak pod uwagę niewątpliwą rolę kulturotwórczą smutku (która ciągnie się od Antygony przez Goethego po aż po Cohena) – zastanawiam się czasem, co stanie się z nami, jeśli (jak w niezapomnianym filmie „Equilibrum”) wyrugujemy go zupełnie z naszej cywilizacji? Czy nie pozbędziemy się wraz z nim jakiejś ważnej cząstki naszego własnego człowieczeństwa? Czy – mówiąc po prostu – umielibyśmy być naprawdę szczęśliwi, gdybyśmy nigdy nie zaznali smutku? Oto jest pytanie.

Rozrywki umysłowe.

Trzeba przyznać memu niezawodnemu Przyjacielowi (czasem dla niepoznaki zwanemu „Muzem” – ciekawe, swoją drogą, czemu to słowo nie ma formy męskiej?;)), że z powodzeniem stosuje wobec mnie „metodę doktora Haydocka.” :)

Ten lekarz, znajomy panny Marple z powieści Agaty Christie, ilekroć jego sędziwa pacjentka zaczyn popadać w przygnębienie, starał się zawsze zająć jej umysł jakąś intrygującą zagadką kryminalną.
I kierując się tą samą zasadą (ażeby oderwać mnie od nieustających rozważań na temat stanu mego zdrowia)  mój Przyjaciel przysłał mi TO:
oczywiście z wiele mówiącym (o mnie:)) dopiskiem: „Wiem, że tego tak nie zostawisz i zechcesz z tym powalczyć…” :)
 
Przypuszczam , że musi się teraz czuć wielce usatysfakcjonowany, widząc, że zgodnie z jego przewidywaniami rybka połknęła haczyk… :)
No, cóż, zacznijmy przede wszystkim od tego, że nie wydaje mi się, abym rzeczywiście „musiała” odpowiadać komukolwiek na pytania dotyczące mojej wiary. Posługując się tą samą logiką („wytłumacz się przede mną, albo…”:)) – która zresztą jest mi zupełnie obca – mogłabym nawet powiedzieć, że to raczej strona przeciwna powinna by mi udowodnić, że się mylę… :)
Załóżmy więc, że nie tyle „jestem zmuszona” odpowiadać na te wszystkie pytania, co najzwyczajniej w świecie CHCĘ się z nimi zmierzyć. Chociaż nie sądzę, by „wierzyć w Boga” oznaczało koniecznie: „mieć gotową odpowiedź na każde pytanie.”
Dalej, odnoszę niekiedy wrażenie, że niektórzy ludzie zadają pytania nie po to, aby usłyszeć naszą odpowiedź (bo są przekonani, że już ją znają!), czy choćby wspólnie z nami jej poszukać, ale po to, by „podrażnić przeciwnika.” I zastanawiam się, czy to nie jest właśnie ten przypadek. Przyjmijmy jednak optymistycznie, że nie.
Inna rzecz, że NIGDY nie wierzyłam w to, że istnieje jedna, uniwersalna odpowiedź na wszelkie trudne pytania dotyczące religii, jakie ktoś zechce wymyślić. Niezależnie od tego, czy tą odpowiedzią będzie „ponieważ Bóg nie istnieje!” czy też (co autor filmiku z uporem godnym lepszej sprawy przypisuje „inteligentnym (?) chrześcijanom”:)) – „ponieważ Bóg tak chciał!” To by było o wiele za proste…
Myślę, że istnieją kwestie, co do których każdy SAM „musi” spróbować znaleźć rozwiązania, które go zadowolą – i wcale nie mam ambicji, że moje przekonają wszystkich. Uważam zresztą jakiekolwiek „przekonywanie” kogoś do swojej wiary za z góry skazane na niepowodzenie. Wiara, tak jak ja ją rozumiem, to nie tyle określona WIEDZA (znałam ludzi, którzy mieli ogromną wiedzę na temat religii – a mimo to byli niewierzący…), co pewne osobiste DOŚWIADCZENIE Boga, które jest – albo go nie ma. (Teologia nazywa to również „łaską.”:)) Są to zatem po prostu odpowiedzi, które sama na ogół uznaję za wystarczające dla potrzeb mojego własnego światopoglądu. I tyle.
Weźmy np. pytanie pierwsze: „Dlaczego ludziom po amputacjach nigdy nie odrastają kończyny?”
Mogłabym tu oczywiście próbować polemizować – mówiąc, że tak naprawdę nie wiemy, czy rzeczywiście NIGDY i nigdzie w historii ludzkości nie zdarzył się taki cud; możemy tylko ostrożniej stwierdzić, że nie dysponujemy dotąd wiarygodnym opisem takiego fenomenu (aczkolwiek w Lourdes zdarzyło się, że kość zniszczona przez gangrenę uległa niewyjaśnionej regeneracji, co z punktu widzenia medycyny jest niemal równie niemożliwe, jak odrośnięcie całej nogi… Pod wpływem właśnie takiego przypadku kontrowersyjny laureat Nagrody Nobla z 1912 roku, zwolennik komór gazowych i eutanazji, dr Alexis Carrel, uwierzył w cuda…:)).
Zamiast się jednak bawić w takie jałowe dywagacje, odpowiem tylko, że odpowiedź „nie wiem” nie świadczy w tym przypadku o głupocie i ignorancji, a może nawet (jak uczył już wielki Sokrates) być przejawem mądrości. Nie mam pojęcia, czemu Bóg uzdrawia ludzi ze ślepoty, paraliżu czy nawet z AIDS – a nie sprawia (jak można sądzić), że utracone części ciała odrastają – nie mąci to jednak mojej wiary w Niego. Wierzę, że Istota Najwyższa, jako całkowicie wolna, nie jest w żaden sposób „zobowiązana” do spełniania naszych życzeń, choćby najbardziej szlachetnych.
Inaczej mówiąc to, że nie wszystkie nasze modlitwy zostają wysłuchane, nie implikuje automatycznie wniosku, że Bóg nie istnieje – co najwyżej sugeruje, że być może nie jest zupełnie taki, jak Go sobie wyobrażamy.
Abstrahując już całkiem od tego, że sama znałam wiele osób, które (jak się zdaje) prowadziły bardziej wartościowe życie po amputacji, niż przedtem – i że w ich przypadku powiedzenie, że być może „Bóg miał w tym jakiś własny plan” nie wydaje się wcale takie głupie…
Znacznie mniej kłopotu sprawiło mi natomiast pytanie drugie – „Dlaczego wasz (rzekomo) dobry Bóg ma w nosie miliony głodnych dzieci?”
Tutaj już spokojnie mogę odpowiedzieć, że Bóg z pewnością nie ma ich w nosie, ponieważ… stworzył NAS, z nadzieją, że to MY damy im jeść (por. Mk 6,37). Co do mnie, zawsze uważałam, że problem z tym światem nie polega na tym, że jest na nim zbyt mało do podziału, tylko że my wcale nie chcemy się dzielić. Jeśli więc MIMO TO ciągle są na świecie te głodne dzieci, to ten fakt obciąża raczej moje sumienie, niż „konto” Pana Boga. On już zrobił, co mógł. Nawiasem mówiąc, naiwna wiara, że „dobra Bozia” będzie nam – naturalnie bez żadnego wysiłku z naszej strony! – spuszczać z nieba wszystko, czego potrzebujemy do życia, uwłacza w moim poczuciu nie tylko Bogu, ale i ludziom. I na pewno nie poprawi niczyjej sytuacji. Oczywiście, zawsze ŁATWIEJ jest użalać się nad „biednymi dziećmi w Afryce”, niż spróbować samemu coś dla nich zrobić…
Pytanie trzecie, czwarte i piąte, które są – ogólnie mówiąc – pytaniami o „wiarygodność” Biblii, autor kwituje pogardliwym stwierdzeniem – „wszystko to brednie, a Biblię napisali troglodyci.” Nie wiem, w takim razie, czy jest sens wyjaśniać mu kulturowe, historyczne i literackie uwarunkowania starożytnych tekstów (chociażby prosty fakt, że spośród chrześcijan już tylko skrajni fundamentaliści, których trudno byłoby nazwać „inteligentnymi”, wierzą, że Księga Rodzaju zawiera dokładny, „reporterski” opis stworzenia świata…), oraz to, że owi, jak ich nazywa „troglodyci” wcale nie zamierzali tworzyć ponadczasowego „podręcznika” prawa, zoologii czy astronomii. „Pismo Święte ma pouczyć wierzących, jak dojść do Nieba – nie zaś, jak to niebo jest zbudowane.” – stwierdzał już w IV/V wieku po Chrystusie Augustyn z Hippony. Autora naszego filmiku jednakże najwyraźniej nie obchodzą tego typu subtelności. :) On WIE swoje – i po co tłumaczyć?:)
Istnienie zła na świecie, a także to, „dlaczego złe rzeczy przytrafiają się dobrym ludziom?” (pytanie szóste) jest przedmiotem filozoficznych i teologicznych dyskusji ludzkości od kilku tysięcy lat i chyba nie czuję się na siłach odpowiadać tu na ten problem jednym zdaniem. Niemniej moja wewnętrzna intuicja podpowiada mi w tej sprawie, że pojmowanie „sprawiedliwości Bożej” w ten sposób, że „dobra Bozia” MA ŚWIĘTY OBOWIĄZEK głaskać grzeczne dzieci po główkach, a niegrzeczne – prać po łapkach za każdym razem, jest jednak dosyć prostackie. Można by się też sprzeczać, czy to, co uważamy za „dobre” lub „złe” dla nas w danej chwili, jest takie rzeczywiście również w dłuższej (Boskiej) perspektywie.
Kiedy wiele lat temu porzucił mnie ktoś, kogo bardzo kochałam, sądziłam, że naprawdę nic gorszego nie mogło mi się w życiu przytrafić. Teraz, w miarę upływu czasu, dochodzę jednak do wniosku, że niegdysiejsze cierpienie ostatecznie wyszło mi na dobre… Osobiście wierzę, że tak dzieje się w większości przypadków. (Chociaż czasami potrzeba naprawdę bardzo długiego czasu, aby to zrozumieć.)
Pytanie siódme i ósme – cuda i objawienia Jezusa… Przede wszystkim, nie jestem pewna, czy rzeczywiście nie ma na nie JAKICHKOLWIEK historycznych czy naukowych dowodów (niektórzy uczeni, również niewierzący, są na przykład przekonani, że takim dowodem na największy z cudów Jezusa – zmartwychwstanie – może być choćby Całun Turyński). Wydaje mi się, że ten temat wymaga dalszych poszukiwań. W każdym razie, jeśli chodzi o cuda dziejące się współcześnie, Kościół jest zazwyczaj aż nadto rygorystyczny w ich badaniu. Zastanawia mnie także, jak autor, twierdzący stanowczo, że Jezus na pewno i NIGDY nie objawia się wierzącym w Niego, poradziłby sobie z faktem, że jednak istnieją ludzie, którzy twierdzą, iż coś takiego im się przydarzyło?:) Czy wszystkich ich – nawet wbrew opiniom biegłych psychiatrów, które posiadamy w niektórych przypadkach – wrzuciłby bez dalszego namysłu do worka z napisem: „choroby psychiczne”?:)
Teraz pytanie dziesiąte – także rozwody wśród wierzących nie są w żadnym razie „dowodem” na nieistnienie Boga, a jedynie na to, że chrześcijanie wierząc w Niego nie przestają automatycznie być ludźmi, jak inni. ze wszystkimi swymi wadami, słabościami i grzechami – a z pewnością nie są (jak zdaje się sugerować Autor) bezwolnymi  marionetkami w Jego ręku… Gdzieś kiedyś przeczytałam, że ludzka wolność jest jedynym „błędem” Boga – ale że chętnie zgodził się On ponieść tego konsekwencje. Zresztą istnieją badania dowodzące, że wśród ludzi naprawdę głęboko wierzących i praktykujących współczynnik rozwodów jest mimo wszystko niższy, niż w innych grupach… Może więc jednak wspólna modlitwa im pomaga?:)
Wreszcie na koniec zostawiłam sobie pytanie o Eucharystię, oznaczone w filmie numerem dziewięć. Bo ZDAJĘ SOBIE SPRAWĘ z faktu, że z punktu widzenia osoby niewierzącej i nieufnie (a nawet wrogo) nastawionej do chrześcijaństwa tak to właśnie może wyglądać. Jak jakiś „ohydny, kanibalistyczny i satanistyczny (?) rytuał.” Tu jednak na swoje usprawiedliwienie mam dwie kwestie. Po pierwsze, z Ewangelii, która dla chrześcijan MUSI stanowić główny „tekst źródłowy” wynika, że sam Jezus CHCIAŁ (i tutaj znowu mogłabym powiedzieć, że nie mnie rozstrzygać, dlaczego), byśmy tak właśnie czynili. Ale po drugie, i chyba najważniejsze, NIGDY i nigdzie nie twierdził, że ma się to odbywać „bezpośrednio” – przez picie ludzkiej krwi i spożywanie ludzkiego ciała. (Tradycyjnie nie spożywa się również substancji powstałych w wyniku tzw. „cudów eucharystycznych.”) Przeciwnie, sam używał „znaków” chleba i wina dla odprawienia tego misterium.
Wygląda więc na to, że nasz Bóg jest znacznie bardziej wyczulony na naszą ludzką wrażliwość, niżby się zdawało naszym braciom ateistom… :)