Wolność w zawieszeniu.

Dawno, dawno temu wszystko było względnie proste. Zło było immanentną częścią świata, już to obecną w nim od samego początku (jak w taoizmie czy zaratustrianizmie), już to zesłaną przez bogów (jak w wierzeniach starożytnych Greków), już to sprowadzoną na świat poprzez wolną decyzję człowieka – jak chcą tego wielkie religie monoteistyczne.

W każdym razie zło było faktem realnie istniejącym, zarówno wewnątrz świata, jak i każdego człowieka – i zadaniem tego ostatniego jako istoty wolnej było sobie jakoś z tym fantem radzić przy pomocy indywidualnego sumienia i zewnętrznych nakazów (czy to prawa, czy religii).

Zakładało to, oczywiście, wiarę w jakiś rozumny porządek natury, który człowiek może swoim umysłem rozeznać i do niego się stosować.

Kiedyś gdzieś przeczytałam, że to nie to wielu ludzi drażni w chrześcijaństwie, że daje im ono (jak sami twierdzą)  „za mało” wolności, tylko, że przyznaje im jej aż tak dużo – a potem skrupulatnie rozlicza ich z jej wykorzystania.

Ten szacunek dla racjonalności natury rozciągano niekiedy na całe stworzenie, jak w średniowieczu, kiedy to urządzano nawet procesy zwierząt, które dopuściły się zbrodni – jak gdyby zakładając, że i one są w stanie odpowiadać za swoje czyny.

Potem jednak, co najmniej od XVIII wieku (a nie dałabym głowy, że nie wcześniej, już wraz z niektórymi protestanckimi teoriami predestynacji – no, bo skoro Bóg niektórych ludzi przeznaczył już z góry na potępienie, to jaki wpływ oni jeszcze mogą mieć na to, co czynią na tej ziemi – i jaki sens mają ich wszelkie moralne starania?) stopniowo „zdetronizowano” Boga jako Stwórcę praw natury, stawiając na piedestale człowieka wraz z jego umysłem.

I od tego momentu, paradoksalnie, zaczął się powolny demontaż pojęcia wolności, opartego na idei indywidualnej odpowiedzialności.

Oto bowiem najpierw Darwin zaczął głosić, że jesteśmy tylko produktem bezrozumnej naturalnej selekcji, dziełem przypadkowych mutacji genów, odziedziczonych nieraz po bardzo odległych przodkach – powiedzcie sami, czy takie „coś” może choćby zamarzyć o tym, by być wolne? Nic więc dziwnego, że niektórym darwinistom „wolność” jawi się tylko jako pewien dziwaczny produkt uboczny naszej ewolucji, jedna z wielu mrzonek „nagiej małpy”, na równi z pięknem, dobrem, sprawiedliwością czy też samym pojęciem Boga.

Zawtórował im wkrótce Freud, dorzucając, że jesteśmy w istocie nie mniej od „nierozumnych” zwierząt niewolnikami własnych nieuświadomionych instynktów (przede wszystkim natury seksualnej), co więcej, że trzymanie tychże na uwięzi przez kulturę i wychowanie rodzi głęboką frustrację a nawet choroby psychiczne. Jedynie ich uwolnienie, a co za tym idzie, akceptacja naszej fundamentalnej „zwierzęcości” (na którą, oczywiście, nic nie możemy poradzić) – miało być drogą do szczęścia i wyzwolenia, choć o „wolności” w sensie ścisłym trudno w tym wypadku mówić. Freud również zastąpił pojęcie rzeczywistej „winy” człowieka (a więc i kary, która mu się należy) bardziej subiektywnym i mglistym „poczuciem winy”, które może być (i zazwyczaj bywa) w nas wmówione przez opresyjne społeczeństwo.

A w końcu Karol Marks (i podobni mu utopiści) uznał, że człowiek jest z natury istotą dobrą, złym czynią go warunki, w jakich żyje. – To nie człowiek jest grzeszny, tylko ten świat jest źle urządzony! – zakrzyknęli jego uczniowie – Zmienimy go, a wtedy również tzw. „grzech” zniknie w tego łez padołu jak sen jaki złoty.

Nawiasem mówiąc, takie same tony pobrzmiewają wciąż np. w osławionej Konwencji o Przeciwdziałaniu Przemocy wobec Kobiet i Przemocy Domowej: winą za gehennę maltretowanych nie obarcza się tam w żadnym wypadku problemów konkretnych ludzi, lecz zawsze pewne STRUKTURY – rodzinę, tradycję czy religię. Znieśmy owe struktury, a wszystko będzie cacy.  No, tak. Przecież zło jest czymś na zewnątrz, a nie wewnątrz człowieka.

W teorii brzmi to nawet całkiem logicznie: z jakiego powodu na świecie miałaby istnieć np. kradzież, jeśli nie będzie już własności prywatnej? Albo zazdrość i zdrada, jeśli nareszcie zniesiemy monogamiczne małżeństwo? Pamiętam, jak w młodości czytałam pewną radziecką książkę, w której rozmarzony pionier tłumaczył koledze, że w idealnym ustroju komunistycznym nie będzie już przestępców, lecz, co najwyżej, ludzie chorzy, których będzie się leczyć, a nie karać… No, po prostu raj na Ziemi!:)

A stąd już tylko krok do „antypedagogiki”, rezygnacji z wychowywania dzieci. No, bo któż mógłby czegoś jeszcze nauczyć istoty, które przecież są z zasady dobre – i same najlepiej wiedzą, co jest słuszne?

W literaturze ten nurt reprezentuje np. Pippi Langstrump – gdzie „naturalnie dobra”, szczęśliwa dziewczynka, „wychowująca się” sama, bez rodziny, zostaje wyraźnie przeciwstawiona skrępowanym konwenansami kolegom, którzy muszą – o zgrozo! – chodzić do szkoły i słuchać rodziców…Przeraziłam się, gdy przeczytałam pewien feministyczny esej, w którym dowodzono, że bohaterka trylogii Millenium Stiega Larssona – która bez najmniejszych skrupułów brutalnie morduje wszystkich, którzy kiedyś ją skrzywdzili – to po prostu typ „nowej kobiety”, dorosłej Pippi, nareszcie w pełni wyzwolonej ze społecznych ograniczeń. Jeśli takie właśnie wspaniałe  rezultaty miałoby dawać „antywychowanie” – to ja serdecznie za nie dziękuję!

A i dawny pomysł „leczenia a nie karania” przestępców odżywa właśnie na naszych oczach – np. pod postacią niektórych teorii neuropsychiatrycznych. No, bo jeśli za całość tego, co określamy jako nasze „człowieczeństwo” odpowiada nasz mózg – i jeśli jesteśmy z natury dobrymi, moralnymi istotami, to jeśli już zdarzy się tak, że ktoś jawnie łamie zasady (a nie da się go wytłumaczyć winą innych – toksycznych rodziców czy też opresyjnego systemu) – to znaczy, że z jego mózgiem musi być coś nie tak. Musi być po prostu chory – bo jakże to możliwe, by zdrowy i normalny człowiek mógł świadomie wybrać zło? Taka perspektywa byłaby dla nas zbyt przerażająca. Tak więc, nawet jeżeli w mózgu tego czy owego złoczyńcy nie możemy dotąd odkryć żadnych widocznych zmian – tłumaczą niektórzy guru tego nurtu – to tylko oznacza, że nie dość dokładnie szukaliśmy! Bo przecież zdrowy człowiek z natury jest dobry – i basta!

Wszystko to bardzo piękne, tylko, że oznacza to w praktyce, że nikt z nas, tak naprawdę, za nic nie odpowiada.

„A zatem uważasz, że Cię molestowałem? No, wiesz, moja droga, znasz moje rozbuchane libido, u mnie te rzeczy są po prostu nie do opanowania! A poza wszystkim, jestem facetem, i niestety. nasza patriarchalna kultura tak właśnie mnie ukształtowała. Przykro mi, że to padło akurat na ciebie, ale w tej sytuacji sama chyba rozumiesz, że trudno mnie nawet za to winić? Zamordowałam własnych rodziców? No, cóż, to prawda, ale to po części także ich wina, bo byli wobec mnie represyjni, oprócz tego mam nie najlepsze geny – no, i w moim mózgu musi być „coś”, co sprawiło, że musiałam, no, po prostu musiałam, to zrobić!” (Celowo trochę przejaskrawiam, ale naprawdę tylko trochę: czytałam o nastolatce, która oskarżyła ojczyma o napastowanie, ponieważ nie chciał jej kupić kotka – i o innej, która zaatakowała rodziców, gdy dostała nie ten model smartfona, o jakim marzyła. No, cóż, rodzicielska opresja niejedno dzisiaj ma imię…)

Ma to zresztą i ten niespodziewany skutek uboczny, że – wyklęta już dawno jako barbarzyńska – kara śmierci, która była wyrazem, może i prymitywnego, ale jednak poczucia sprawiedliwości, wraca dziś po cichutku tylnymi drzwiami w przebraniu ni mniej ni więcej, tylko eutanazji dla najgroźniejszych przestępców, która to  z kolei ma być przejawem naszego współczucia dla tych biednych chorych.

Tak więc zrozumiałą dolegliwość kary pozbawienia wolności dla takiego, powiedzmy, Andersa Breivika, która byłaby dawniej pojmowana jako naturalna konsekwencja jego własnego postępowania, zrównaliśmy z cierpieniem nieuleczalnie chorych, którzy przecież nie są mu winni w żaden sposób.

Ale czy tam, gdzie nie ma już żadnej osobistej odpowiedzialności, możliwa jest jeszcze jakaś sprawiedliwość?

O czymś trochę podobnym pisze ks. Stefan Moszoro-Dąbrowski: „Są już aplikacje, w których użytkownik może wprowadzić swoje postanowienia (np. ile razy w tygodniu pójdzie na siłownię). Jeśli nie zrealizuje zakładanego celu, to aplikacja naliczy mu grzywnę, a ta zostanie podzielona pomiędzy innych użytkowników aplikacji, którzy wypełnili swój plan. Albo małe bransoletki rażące prądem elektrycznym za każdym razem, gdy się łamie postanowienie, takie jak na przykład nieobgryzanie paznokci.  Na razie urządzenia te są przedstawiane jako pomoc. Mają kształtować lepsze zachowania (…): „Jeśli palenie powoduje raka, my pomożemy ci nie palić, wymierzając karę.”

W głębi serca czujemy, że taki „udoskonalony” świat jest na granicy koszmaru. Miłość, wdzięczność, odpowiedzialność nie są atrybutami maszyn. Chyba że nie wierzymy w duchowość duszy ludzkiej. Wtedy nie jesteśmy niczym więcej, niż kodem programowym. A przecież dobry człowiek jest czymś więcej, niż wytresowanym zwierzęciem.”

(„Duchowość czy kod?”, w: „Idziemy” nr 15 (498) z dnia 12.04 2015 r.)

Źródło obrazka: Interia.pl

„Tylko mu nie mów!”

(Czyli o granicach szczerości w związku).

Powinnam wprawdzie teraz pracowicie  ”wklepywać” do komputera fiszki dotyczące prof. Testarta i in vitro (z dawien dawna obiecywałam Wam już ten post) – ale tymczasem zainspirował mnie temat na blogu redakcyjnym, dotyczący „dziwnych” pytań na randkach.

Otóż opisano tam wstrząsający przypadek pewnej Ani, którą niejaki Marek „miał czelność” zapytać o liczbę partnerów seksualnych i to, o zgrozo, na pierwszej randce.

Naturalnie to straszliwe i niewybaczalne faux pas natychmiast zakończyło tak miło zapowiadającą się znajomość…

I, proszę mi wybaczyć, przyszło mi na myśl, że ten nasz „nowy, wspaniały świat”, który powstał po tzw. rewolucji seksualnej, jest doprawdy bardzo dziwny.

I kobietom, i mężczyznom „wolno” już dziś robić praktycznie WSZYSTKO w sferze seksu, tylko – jak mówią różne psychologiczne i seksuologiczne autorytety – pod żadnym pozorem NIE WOLNO o to pytać, ani szczerze o tym rozmawiać.

Jakby z każdym kolejnym związkiem życie zaczynało się od nowa, nie było żadnej przeszłości, tabula rasa, nic.

Tymczasem przecież WIADOMO, że idąc z kimś do łóżka zabieramy tam ze sobą wszystkich jej (jego) poprzednich partnerów.

Tego typu „niestosowne” pytanie (no, może nie na pierwszej randce; ale, z drugiej strony, skoro coraz częściej nie mamy nic przeciwko SEKSOWI na pierwszej randce, to czemu nie?) – może więc ocalić nam zdrowie i życie.

Coś mi się jednak wydaje, że zmierzamy szybkim krokiem do świata, gdzie najpiękniejszym „dowodem miłości” będzie wspólny test na AIDS. Skoro już nikomu nie można ufać…

Swoją drogą, jak tak czytam, czego absolutnie nie wolno mówić (i robić) na randce, to dziwię się doprawdy, jakim cudem jesteśmy z P. tak szczęśliwym małżeństwem. W toku naszej znajomości złamaliśmy chyba wszystkie takie zasady :)

Czyżby dzisiejsze „związki” opierały się na wzajemnej nieszczerości, udawaniu, grze? (Czytałam o kobietach, które nie tylko bały się iść do toalety podczas randki – rozumiem zatem, że wybranek nie musi oddawać moczu?:) – ale nawet nigdy nie pokazywały się ukochanemu bez makijażu…).

Co o mnie, to zawsze uważałam, że lepiej, żeby pomiędzy kochającymi się ludźmi nie było żadnych wielkich „tajemnic” – z kimś na tym świecie, do choroby, człowiek musi być szczery! A z kim, jeśli nie z tym, kogo, podobno, „kocha”?

I jakie to szczęście żyć bez lęku, że coś się kiedyś „wyda”…

A może to jednak my się mylimy?

Postscriptum: A w związku z powyższym przypomniała mi się jeszcze niedawna rozmowa z pewną zagorzałą (by nie rzec – fanatyczną) przeciwniczką NPR.

„Ja nie będę opowiadać mężowi, jaki mam śluz! – krzyczała ona z oburzeniem – Taka informacja nie jest ROMANTYCZNA!”

No, cóż – gdybym była tak złośliwa, jak nie jestem, powiedziałabym, że nie widzę też nic szczególnie „romantycznego” w codziennym łykaniu pigułek, zakładaniu prezerwatywy, myciu zębów czy obieraniu ziemniaków.

Życie, jak sądzę, składa się z szeregu zupełnie „nieromantycznych” konieczności – choć nie wydaje mi się również, aby nasz związek miał się rozpaść przez to, że – jak się teraz mówi – P. „posiadł wiedzę” o tym, kiedy mam płodne dni. :)(Przypuszczam raczej, że taka wiedza mogłaby zaoszczędzić wielu panom niepewności co do własnego ojcostwa…).

Mniejsza jednak o to –  jednakże jeśli zaczniemy podporządkowywać wspólne życieTYLKO temu, co miłe, przyjemne i „romantyczne” – wtedy rzeczywiście liczba tematów tabu wzrośnie nam w sposób zastraszający…

Tajemnica Anny.

„- Dla mnie dziwne jest także, że niektórzy ludzie, którzy określają się jako katolicy, dla definiowania płciowości człowieka używają argumentów prymitywnie biologicznych, żywcem przeniesionych ze Związku Radzieckiego połowy ubiegłego wieku. Zawsze wydawało mi się, że dla człowieka wierzącego w Boga prymat duszy nad ciałem jest oczywisty, a miłość i tolerancja jest zasadą. Jestem pewna i nie dlatego, że wierzę, ale po prostu dlatego, że – mówiąc to samo innymi słowami – wiem, iż psychika człowieka osadzona w jego ciele jest istotą człowieczeństwa każdej osoby, a godność człowieka i jego podmiotowość niezbywalna. Kobietą jest więc każda osoba, która czuje się kobietą. – powiedziała Anna Grodzka w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”.

A mnie dziwi, że pani poseł najwyraźniej nie wie, że przywoływany przez nią argument o rzekomym „prymacie duszy nad ciałem” wcale nie jest z gruntu chrześcijański, lecz ma rodowód antyczny i gnostycki. A jego przenikanie na grunt chrześcijaństwa doprowadziło w przeszłości do wielu nadużyć (które z pewnością by się jej nie spodobały!), jak np. deprecjonowanie ciała i ludzkiej płciowości właśnie.

Można też w tym widzieć echa poglądu Kartezjusza, który głosił, że człowiek to w zasadzie nic innego, jak tylko „myśl” uwięziona w maszynie. Chrześcijaństwo (i judaizm!) zasadniczo zawsze, przeciwnie, głosiło JEDNOŚĆ ciała i ducha. Choć, przyznaję, można i w Biblii znaleźć i takie niepokojące pod tym względem zdania jak: „Duch daje życie – ciało na nic się nie przyda.” (J 6,63)  Jest to jednak tylko dowód na owo przenikanie się wczesnego chrześcijaństwa z ówczesną filozofią, o którym pisałam powyżej.

Rozumiem, że zaburzenie tej naturalnej jedności, jakim niewątpliwie jest transseksualizm, może powodować u ludzi wiele cierpienia – i proszę, mi wierzyć, ROZUMIEM to cierpienie (sama nie jestem sobie w stanie nawet wyobrazić, że budzę się rano i nagle mam penisa – rozumiem zatem, dlaczego wśród osób dotkniętych transseksualizmem odsetek samobójstw jest aż tak wysoki: dla kogoś, kto psychicznie jest kobietą – czy mężczyzną – życie w ciele przeżywanym jako „obce” musi się jawić jako senny koszmar. Może to być także swego rodzaju problem teologiczny – czyżby Bóg się „pomylił”, dając tym ludziom „niewłaściwą” płeć?).

Pragnę też od razu zaznaczyć, że nie czuję do pani Anny żadnej niechęci, co więcej – żywię do niej niejaki szacunek odkąd dowiedziałam się, że celowo opóźniała zabieg „korekcyjny” po to, by zminimalizować negatywne skutki tej choroby dla swoich najbliższych. (Choć gdyby zdecydowała się wcześniej, efekt mógłby może być lepszy, niż jest obecnie – młodszy organizm z reguły lepiej reaguje na terapię hormonalną. Wczoraj wspólnie z P. oglądaliśmy „Wybory Miss Transseksualistek” z USA i proszę mi wierzyć, niektóre z nich w niczym nie przypominały „przebranych mężczyzn” – były to po prostu normalne, urodziwe dziewczyny).

A jednak jest to (chyba) bardziej choroba ducha, niż ciała (a to CIAŁO się właśnie okalecza, próbując przywrócić tym ludziom równowagę). Nawet pewien profesor biologii, wypowiadający się niedawno na łamach „Polityki” przyznał szczerze, że robimy tak, ponieważ NIE POTRAFIMY wyleczyć psychiki takiego człowieka.

Podobne ujęcie tożsamości człowieka jako tego, „co się czuje” (a nie tego, co fizycznie JEST) zaprezentowała wczoraj w TVN24 niezawodna p. prof. Środa.

Zgadzam się, że taki pogląd może być czasami użyteczny – np. do zwalczania rasizmu czy nacjonalizmu. Człowiek nie staje się Polakiem dlatego, że się nim urodził, tylko dlatego, że się za niego uważa.

Jeśli jednak zgodzimy się z tym, że to, co nazywamy „obiektywną rzeczywistością” w ogóle nie istnieje (to znów echa Kartezjusza, który za jedyną PEWNĄ rzecz uznał naszą MYŚL!) – to czemu nadal z uporem leczymy ludzi, którzy CZUJĄ SIĘ np. Napoleonem? Mimo, że uznanie ich wewnętrznej tożsamości z pewnością poprawiłoby ich samopoczucie?

Oglądałam też reportaż o człowieku, który znalazł chętnych lekarzy i z ich pomocą stopniowo upodabnia się do kota, którym się czuje. Któż z nas może zatem twierdzić, że NIE JEST kotem? Na jakiej podstawie?

No, i nie wiem, jak w duchu takiej skrajnie subiektywnej filozofii rozwikłać casus Anny Anderson (ur. ok. 1896, zm. 1984) – kobiety, którą uznano za chorą psychicznie i oszustkę, mimo że jej szaleństwo polegało głównie na tym, że do końca życia konsekwentnie powtarzała, że jest cudownie ocaloną najmłodszą córką cara Mikołaja II, Anastazją. (Dla porządku dodam, że w latach 50-tych w jednym ze szpitali w b. ZSRR żył też pacjent, którego rzekoma schizofrenia objawiała się jedynie tym, że twierdził, że jest bratem Anastazji, Aleksiejem – co ciekawe, badania wykazały, że człowiek ten mógł cierpieć na hemofilię, tak jak jego „pierwowzór.”)

Wiele bym dała za to, by wiedzieć, kim w rzeczywistości była „Anna”, ale koronnym dowodem przeciw niej były właśnie badania genetyczne, według pań Grodzkiej i Środy mające drugorzędne znaczenie dla określenia tożsamości człowieka. Czy zatem nie powinniśmy pośmiertnie uznać „Anny” za Anastazję, skoro takie (i to wbrew wszelkim szykanom!) było jej najgłębsze przekonanie?

Nie, nie, nie. Wydaje mi się, że tożsamość (i płciowość!) człowieka to oczywiście coś więcej, niż tylko ciało – ale i więcej, niż „naga dusza.” A może po prostu – jedno I drugie? Z naciskiem na „i.”

Zob. także: „Kobieta czy mężczyzna?”

Smutek na cenzurowanym?

Jeśli się tak dobrze zastanowić, ludzkość miała problem ze smutkiem od samego początku – rzec można, od Adama i Ewy.

Smutek miał towarzyszyć ludziom postępującym nieetycznie, grzesznikom („Dlaczego jesteś smutny? – miał zapytać Pan Kaina – Przecież gdybyś postępował dobrze, miałbyś twarz pogodną.” <Rdz 4,6>) – albo też starym i chorym, jak Hiob. Autor biblijny posuwa się wręcz do stwierdzenia, że    „smutek zgubił wielu i nie ma z niego żadnego pożytku.” <Księga Mądrości Syracha 30,23).
A stąd już tylko krok do wniosku, iż smutek, sam w sobie, jest jakimś przejawem działania złego ducha, niechcianą przypadłością, nieomal chorobą, którą należy leczyć.
Różnie radzono sobie z tym w ciągu wieków – już to ordynując wino „ku pokrzepieniu serca człowieka” (Ps 104,15) („Daj wino zgnębionym na duchu.” – radziła synowi matka mędrca Lemuela z Księgi Przysłów) już to – w czasach nam bliższych – przeprowadzając lobotomię (który to „cudowny” i nagrodzony Nagrodą Nobla zabieg miał, jak wierzono, raz na zawsze uwolnić ludzkość od smutku, gniewu i innych negatywnych emocji – jednym cięciem skalpela…). My jesteśmy mądrzejsi: my mamy Prozac i inne, coraz doskonalsze „pigułki szczęścia…”
Kiedy patrzy się na dzisiejszych celebrytów, można doprawdy odnieść wrażenie, że smutek jest już zdecydowanie passé – szczególnie wtedy, gdy w dzień po bolesnym (podobno) rozwodzie pojawiają się uśmiechnięci w kolorowych magazynach, obowiązkowo z nowymi „miłościami” u boku…
W Norwegii pewną polską dziewczynkę odebrano rodzicom między innymi z tej racji, że „często bywała smutna i płakała.” Tłumaczenie, że to dlatego, że jej babcia leży w szpitalu i może umrzeć, nie trafiło do przekonania paniom z opieki społecznej. („Śmierć jest naturalną sprawą i nie powinna wywoływać aż tak gwałtownej reakcji!” – stwierdziły na chłodno.) Przypomina mi się tu zdanie ze słynnej „Seksmisji”: „Zdrowy organizm żyje i działa. Jedynie chory zastanawia się nad sobą.” No, cóż – nowy, wspaniały świat…
Ale po cóż szukać aż tak daleko? Wystarczy się zastanowić nad tym, jak my sami reagujemy na osoby płaczące w naszej obecności. Czy nie każemy im „się uspokoić” – zupełnie jakby płacz nie był najbardziej naturalnym sposobem odreagowywania silnych stresów? Lekarze, owładnięci szlachetną chęcią niesienia pomocy, często w takich razach proponują pacjentom „coś na uspokojenie.”
Panuje niezaprzeczalna moda na luz i wesołość – smutek został zepchnięty do katalogu rzeczy wstydliwych (wraz z chorobą, starością i śmiercią).
Proszę mnie dobrze zrozumieć: absolutnie nie jestem zwolenniczką cierpiętnictwa i „narzekactwa” – w których to niektórzy widzą wręcz naszą narodową specjalność.Biorąc jednak pod uwagę niewątpliwą rolę kulturotwórczą smutku (która ciągnie się od Antygony przez Goethego po aż po Cohena) – zastanawiam się czasem, co stanie się z nami, jeśli (jak w niezapomnianym filmie „Equilibrum”) wyrugujemy go zupełnie z naszej cywilizacji? Czy nie pozbędziemy się wraz z nim jakiejś ważnej cząstki naszego własnego człowieczeństwa? Czy – mówiąc po prostu – umielibyśmy być naprawdę szczęśliwi, gdybyśmy nigdy nie zaznali smutku? Oto jest pytanie.