„Stara pierwiastka”.

Zbliżają się moje 31. urodziny – i wiem, że jest to dla mnie w pewnym sensie ostatni dzwonek, aby zostać mamą po raz pierwszy. W żargonie ginekologicznym taką kobietę, jak ja nazywa się już „starą (sic!) pierwiastką.”  I wiem, że jeśli nie będę miała dzieci teraz, z nim, to prawdopodobnie nie będę ich miała już nigdy i z nikim. Czy to nie za wielkie poświęcenie dla kalekiej dziewczyny? Mój zegar biologiczny wciąż tyka. I może to tylko niespełniony istynkt macierzyński tak głośno woła teraz we mnie?

 

Ale z drugiej strony (zawsze jest jakaś „druga strona”!) czyż wyrzeczenie się sakramentów nie jest nieporównanie większą ofiarą? Jeżeli pójdę za nim, to NIGDY już (chyba w niebezpieczeństwie śmierci…) nie będę mogła przystąpić do komunii i do spowiedzi…Brrrr!

 

I może on szuka po prostu kogoś, kto by dzielił z nim tę samotność po odejściu z kapłaństwa?

 

Kiedyś mnie zapytał, czy jestem w stanie poświęcić tyle dla niego – i w pierwszym odruchu chciałam zawołać „NIE!” – bo w moim odczuciu jest to coś, o co żaden człowiek nie ma prawa prosić innego człowieka. W sercu każdej istoty ludzkiej jest miejsce zastrzeżone li tylko dla Boga. Żaden też człowiek, nawet najbardziej ukochany, nie wypełni pustki, jaka powstaje w życiu człowieka „po Bogu.”

 

„…i chociaż mam, co chciałam,czuję opuszczenie,

jak gdyby Chleba zbrakło mi na stole…” 

Smak zakazanego owocu?

Często zastanawiam się, czy kochałabym go tak samo, gdyby nie był księdzem? Czy to nie to, co nas od siebie oddziela, czyni go atrakcyjnym w moich oczach? I czy ta miłość przetrwa, gdy już przestanie być „zakazana”? Gdy opadną emocje, które teraz nas napędzają? Przecież wiem, że drugiej takiej „wiosny miłości” nie będziemy już mieli. Co nam z niej zostanie, co zostanie?

 

Może tylko moje wyrzuty sumienia i jego poczucie, że zdradził to, co najpierw wybrał? Czy ja potrafię z tym żyć, czy potrafię? Tak. POTRAFIĘ. Chyba…Choć iść za nim, to jakby wejść w ciemną, nieznaną rzekę – ale wiem, że nie pójdę tam sama. Zawsze będziemy mieli siebie… Jego ręce złapią mnie, kiedy stanę nad przepaścią. I kiedy patrzę w jego twarz, rozjaśnioną szczęściem (które jest zapewne tylko wiernym odbiciem tego, co maluje się na mojej własnej twarzy), wiem, że warto.

 

On mnie kiedyś zapytał, co widzę, kiedy na niego patrzę. I pewnie ne byłby zadowolony, gdybym mu powiedziała, że widzę księdza. Bo jego kapłaństwo jest nieodłączną częścią jego osobowości, tą „niezmywalną pieczęcią”, jak mówi teologia. On w jakimś sensie na zawsze pozostanie księdzem. I nic na to nie poradzimy. Ale widzę też mężczyznę, cudownego, wspaniałego, czułego i opiekuńczego. Mężczyznę, który mnie kocha. I który będzie ojcem moich dzieci.

 

Zanim się jeszcze spotkaliśmy (bo poznaliśmy się, oczywiście, przez Internet), drocząc się ze mną, powiedział mi, że jego usta są gorzkie. Kłamał. Są słodkie.

Błogosławieństwa.

No, tak… wiem, że antyklerykałowie będą wniebowzięci. Ale ja nie jestem typem osoby, która wyszłaby na ulicę, żeby głośno agitować za zniesieniem celibatu. Przeciwnie raczej.

 

Znam wielu dobrych, świętych kapłanów, którzy wydają się bardzo szczęśliwi w swoim stanie. Niestety, ON do nich nie należy. Choć ja byłabym najszczęśliwsza, gdyby był po prostu dobrym księdzem. Naprawdę.

 

I błogosławię jego kapłaństwo, które nauczyło go słuchać.  I patrzeć sercem. Dostrzegać w ludziach to, co w nich wewnętrzne. I kto wie, może trzeba było  aż być księdzem, żeby móc mnie pokochać? I może Pan Bóg go w ten sposób do tego przygotował?

 

Czy jednak Pan Bóg mógłby pragnąć tego, co jest zakazane? (W pewnej książce o ofierze Abrahama znalazłam taką modlitwę: „Błogosławiony jesteś, miłosierny Boże, który chcesz tego, co jest zabronione…”) Jak jednak mam rozpoznać Jego wolę? A jeśli my także się mylimy?

 

…ludzie na ogół gorszą się :”No proszę, taka niby pobożna, a tu takie rzeczy!”. Porzekadło ludowe mówi, że tylko gorszy się gorszy – tym niemniej już samo takie zdziwienie jest cokolwiek nielogiczne. Kto bowiem ma szansę, aby poznać i- być może – pokochać kapłana, jeśli nie dziewczyna, która często chodzi do kościoła? Inne się po prostu z nimi nie spotykają!

 

 

Czułość i kłamstwa…

Powiedziane jest „rzucisz ojca, rzucisz matkę, a za nim pójdziesz…” – i  nie mogę nie iść… Jego życie jest moim życiem, a jego los jest moim losem…ale oznacza to także, że będę dzielić z nim jego wygnanie…

 

Kościół, który jest moim domem i moją Matką, uzna mnie za wyklętą. Bo sięgnęłam po coś, co do mnie nie należy. Popełniłam świętokradztwo – bo to święty kapłan Boży…

 

Te ręce, które mnie obejmowały i tuliły, są namaszczone do tego, aby rozgrzeszać i błogosławić, aby sprawować Eucharystię… Dlaczego on chce zamienić Ciało Chrystusa na ciało kalekiej dziewczyny? Dlaczego? Dlaczego?? Dlaczego???

 

Gdybym chociaż była piękna…wówczas zapewne wszyscy mogliby go jakoś zrozumieć…rozgrzeszyć… Wszak wiadomo, że „krew nie woda”, a ludzie z natury swej bywają słabi i grzeszni. A tak? W najlepszym wypadku będą mu się dziwić – albo też mu współczuć…

 

Jeszcze zanim go spotkałam, miałam własne profile na kilku popularnych serwisach randkowych – i wówczas programowo odrzucałam wszystkich rozwiedzionych mężczyzn, zakładając, że jeżeli ktoś raz złamał swoją przysięgę, to nie mam doprawdy żadnej gwarancji, że nie zrobi tego ponownie.

 

A teraz… co ja wyprawiam?! Radośnie i niefrasobliwie rzucam się w związek z mężczyzną, który także jest związany ślubami, aczkolwiek innego rodzaju… A jeśli on kiedyś złamie dane mi słowo, będę najnienieszczęśliwszą z kobiet…

 

Jak większość dziewczyn, zawsze chciałam mieć piękny ślub – wykrzyczeć swoją miłość przed całym światem, ślubować ją wobec całego Kościoła – a teraz muszę ją ukrywać nawet przed najbliższymi… Udawać, że nic poważnego nas ze sobą nie łączy. Prowadzić podwójne życie. Kłamać. 

 

I zastanawiam się, czy Bóg mógłby pragnąć czegoś, czego Kościół tak surowo zakazuje?   Ale jeśli to nie Pan Bóg dał mi jego, to kto właściwie?!