Maryja – REAKTYWACJA (II).

Niedawno na jednym z blogów w tej kategorii brałam udział w dyskusji na temat bulwersującej (niektórych) okładki meksykańskiego wydania Playboya, na której widniała roznegliżowana panienka wystylizowana na Najświętszą Maryję Pannę.

Moim zdaniem sama okładka jest piękna i – mimo wszystko – dosyć wyważona, może nawet bardziej, niż „erotyczny” obraz Zwiastowania Muncha (o którym też już kiedyś pisałam u kogoś na innym blogu).

Jestem przekonana, że również Maryja była bardzo piękną kobietą (w kulturze biblijnej piękno fizyczne często łączy się z „umiłowaniem przez Boga”, jest znakiem Jego łaski – cóż więc powiedzieć o Tej, która miała być tej łaski „pełna” i miała zostać Matką Tego, o którym mówi się czasem, że jest „najpiękniejszy z synów ludzkich”?).

Nigdy nie byłam przesadnie pruderyjna i uważam, że skoro Bóg zechciał „przyjąć ciało z Maryi Dziewicy” to uważa także, że nasze ciała same w sobie są dobre, czyste i święte. Nawet, kiedy są nagie. A może nawet – ZWŁASZCZA wtedy.

Ale „święty” w języku biblijnym znaczy także „oddzielony, niedostępny” – i może dlatego twarz panny młodej we wszystkich prawie kulturach osłania welon (podobnie jak twarze „świętych dziewic” – westalek i zakonnic) – ażeby chronić tę, która odtąd stawała się „nietykalna” dla wszystkich poza mężem, przed spojrzeniami ciekawskich.

Dlatego też i ks. Twardowski kiedyś napisał:

Ciało nasze jest święte
więc je trzeba ukryć
przed wzrokiem naszym,
otoczyć milczeniem…

Czy zauważyliście, że w biblijnej opowieści o  narodzeniu Jezusa „z Dziewicy” – w odróżnieniu od różnych mitologii, z którymi tak chętnie ją zestawiano – nie ma nawet najmniejszej wzmianki o seksualności?

Zeus, na przykład (który był wyjątkowo kochliwy i często wchodził w związki miłosne z ziemskimi kobietami:)) zapłodnił Danae pod postacią złotego deszczu, a Ledę – pod postacią łabędzia.

A w jaki sposób „Duch Święty zstąpił na Maryję”?;)

Prawda jest taka, że NIE WIEMY, jak dokładnie to się odbyło – jak gdyby również Bóg chciał w tej kwestii uszanować intymność swej „Wybranki” – a obrazy takie, jak Muncha, są tylko przejawem naszej niezdrowej ciekawości (podobnie, jak apokryfy, które często próbują „dopowiedzieć” brakujące szczegóły do Ewangelii) – bo chcielibyśmy mimo wszystko jakoś wyobrazić sobie, JAK to się stało.

A sądzę, że również sama Maryja zaprotestowałaby przeciwko wystawianiu swojej nagości na widok publiczny – jako nieodrodna córka Izraela, który był na tym tle znacznie bardziej wyczulony niż inne starożytne narody. Zgoda – ciało tamtej „dziewczyny z okładki” Playboya jest piękne i ponętne, ale czy naprawdę CHCIAŁBYŚ, drogi Czytelniku, żeby w tej roli wystąpiła Twoja matka, siostra albo córka?

Cała ta sprawa zresztą po raz kolejny ukazuje pewną fundamentalną różnicę pomiędzy chrześcijaństwem, a religią Mahometa – czy wyobrażacie sobie, co by się działo, gdyby dziewczyna na okładce miała przedstawiać nie Matkę Jezusa, ale Fatimę, ukochaną żonę Proroka?

Nie chciałabym tu uchodzić za Kasandrę, ale myślę, że wówczas protestom, a może i zamieszkom, nie byłoby końca…

***

Zostawmy już jednak ten kontrowersyjny temat, ponieważ sama postać Maryi, pojmowana mniej lub bardziej „ortodoksyjnie”, jest dostatecznie fascynująca.

Jan Paweł II kiedyś napisał piękną „Modlitwę na Rok Ducha Świętego”, w której znalazły się takie między innymi słowa:

„Duchu Święty, za Twoją sprawą Odwieczne Słowo stało się ciałem w łonie Dziewicy, która milczy i słucha…”

Bardzo to piękne, tylko że… Maryja, przynajmniej ta, którą znamy z Ewangelii, wcale aż tak bardzo nie „milczy”!

Powiedziałabym nawet, że te słowa papieża znacznie bardziej pasują do Jej „oblubieńca” św. Józefa – Ewangelie nie przekazały nam ANI JEDNEJ jego wypowiedzi.

Sama Maryja natomiast „mówi” w nich całkiem sporo, nawet w porównaniu z Apostołami (może z wyjątkiem św. Piotra).

Przede wszystkim, warto sobie uświadomić, że ta izraelska Dziewczyna nie boi się stawiać pytań, stojąc w obliczu Boga (a przynajmniej Jego wysłannika). Nie na darmo jeden z moich znajomych księży przestrzegał mnie kiedyś, by nie traktować Maryi tylko jako „brzucha do wynajęcia.”

Nie – Ona jest świadomą i wolną uczestniczką całego planu; a proszę pamiętać, że mówimy tu o czasach, kiedy kobiety zazwyczaj nie pytano o zgodę nawet na małżeństwo.

Z innej perspektywy, szokująca może się wydawać także sama treść pytania – wbrew XVIII i XIX-wiecznej moralności, która nakazywała, w imię „wstydu panieńskiego”, chronić dziewczęta przed wszelką wiedzą o seksualności – ta niewinna Dziewuszka nie tylko wie, „skąd się biorą dzieci”, ale także, już niebawem, pójdzie pielęgnować swoją starszą krewną w połogu…

I, rzecz skandaliczna nawet z punktu widzenia dzisiejszego muzułmanina, pójdzie w tym celu SAMA „z pośpiechem w góry” (Łk 1,39) – i nigdzie nie ma najmniejszej wzmianki o tym, by prosiła przedtem nie tylko o niezbędną męską „ochronę”, ale nawet o pozwolenie.

To do Niej, a nie do Józefa, przemawia starzec Symeon (Łk 2, 34-35). Także po odnalezieniu Jezusa w Świątyni to Ona, a nie – jakby „wypadało” – męski opiekun strofuje Syna (Łk 2,48).

Wiele lat później, podczas wesela w Kanie, Ta, która w obliczu Boga określa się jako „Służebnica”, zwraca się do sług raczej jak Pani, jak osoba przyzwyczajona do wydawania poleceń (J 2,5) – a jest to tym bardziej zastanawiające, że nie jest tam przecież gospodynią.

Niedawno miałam przyjemność tłumaczyć na polski średniowieczne łacińskie teksty pasyjne i zauważyłam, że pokazują one Maryję, która z rozpaczy wręcz tarza się po ziemi. Również na niezliczonych malowidłach religijnych widzimy Ją słaniającą się z bólu, potrzebującą wsparcia i opieki.

Tymczasem Pismo Święte, z właściwą sobie powściągliwością, mówi tylko, że Matka „STAŁA obok krzyża Jezusowego.” (J 19,25).

Natomiast w Dziejach Apostolskich, przy okazji Zesłania Ducha Świętego to Maryja (a nie, na przykład, Maria Magdalena), jest jedyną „niewiastą” wymienioną z imienia (Dz 1,14), co zdaje się wskazywać na wyjątkowy szacunek, którym „Matka Pana” cieszyła się w pierwszych wspólnotach chrześcijańskich.

A skoro już o Marii Magdalenie mowa… Jeżeli rzeczywiście – jak chce Dan Brown i niezliczona rzesza jego naśladowców – jej głównym tytułem do chwały miałoby być to, że urodziła kolejne „Boskie Dzieciątko” i jeśli z tego powodu miałoby jej przysługiwać miano „Świętego Graala” – to o ileż bardziej – Maryi, (którą zresztą od wieków Kościół czci jako „Arkę Przymierza”), która powiła samego Jezusa? Jeżeli zatem ów „brakujący (niektórym) kobiecy element w chrześcijaństwie” miałby polegać tylko na tym – to to miejsce jest już od dawna zajęte. Przez Maryję właśnie.

***

A od kiedy właściwie Lud Boży zaczął czcić Maryję? Bardzo długo uważano, że kult maryjny w chrześcijaństwie datuje się najwcześniej od czasów Konstantyna Wielkiego (IV w.), a tak naprawdę dopiero od soborów w Efezie (431 r.) i Chalcedonie (451 r.) kiedy to uroczyście ogłoszono, że jest Ona Theotokos  – Matką Boga.

Tymczasem w roku 1938 opublikowano króciutki, zaledwie dziesięciolinijkowy grecki tekst pewnej modlitwy, pochodzący z egipskich papirusów. Brzmiał on następująco:

Do Twego miłosierdzia uciekamy się, Boża Rodzicielko. Nie gardź naszymi modlitwami w nieszczęściu, lecz od niebezpieczeństw nas uwalniaj. Ty jedyna jesteś czysta i Ty jedyna błogosławiona

Datowanie metodą węglową wykazało, że papirus ten pochodzi na pewno sprzed 250 roku, a zatem jeszcze z epoki przedkonstantyńskiej. Wygląda więc na to, że kult maryjny jest starszy, niż dotychczas przypuszczano.

***

Jeden z moich Czytelników (dziękuję Ci, Rabarbarze!:)) słusznie zwrócił moją uwagę na problem „kobiet w rodowodzie Chrystusa.”

Kobiet tych otóż (poza Maryją) jest cztery: Rut, Rachab, Tamar i Batszeba, nazywana opisowo „dawną żoną Uriasza” – co już samo w sobie jest pewnym ewenementem, ponieważ typowe biblijne genealogie przytaczają niemal wyłącznie imiona mężczyzn.

A z tej czwórki przynajmniej dwie (Rut i Rachab; a być może również Batszeba, która jest określana jako „żona Chetyty” <2 Sm 11,3>) to konwertytki na judaizm z „pogaństwa.” O Rachab zaś mówi się dodatkowo, że była „nierządnicą” (Joz 6,17). Tamar, aby zostać jedną z „matek Izraela”, uwodzi podstępem swego teścia, Judę – a Batszeba, jak wiadomo, nawiązuje romans z królem jeszcze za życia swego męża.

I w takim to, mocno „podejrzanym” towarzystwie umieszcza Ewangelista Matkę Jezusa, która, o dziwo, ma być Dziewicą…

Stąd niektórzy wnioskują, że jest to „dowód biblijny” na to, że była Ona taką samą „grzesznicą” jak pozostałe panie. Wydaje mi się jednak, że ważniejsze jest coś innego.

Umieszczenie w rodowodzie Jezusa dwóch (a może nawet trzech) cudzoziemek zdaje się wskazywać na „ogólnoświatowy” zasięg zbawienia, które odtąd ma nie dotyczyć wyłącznie Żydów. Poza tym, Bóg cudownie interweniuje w życie wszystkich wymienionych kobiet (niekiedy nawet wykorzystując do tego ich grzech) – oto Tamar, Rut, Rachab i Batszeba staną się dzięki temu przodkiniami samego Mesjasza – a dotyczy to także Panny z Nazaretu.

***

A te moje nieporadne „rozważania maryjne” pragnę zakończyć tym samym, od czego je zaczęłam, to jest cytatem z książki Tomasza Jaeschke:

„Maryja była i ma pozostać wzorem zaufania Bogu, wsłuchiwania się w Boże myśli, podejmowania czasem niezrozumiałych, trudnych, szalonych wręcz kroków, ma pozostać wzorem wiary, wiary…i niczego więcej! A więc nie wzorem wstrzemięźliwości seksualnej, czystości małżeńskiej kobiet czy mężczyzn, obrazem chrześcijańskiej kobiety, nie wzorem stosunku człowieka do grzechu.” (Tenże, Nierządnice, s.245)

Magdalena Środa czyta list biskupów.

W środowiskach feministycznych coraz głośniej słychać postulat, że to hierarchia kościelna „powinna wreszcie zakopać topór wojenny” i zjednoczyć się z organizacjami kobiecymi we wspólnej walce z takimi zjawiskami, jak pornografia, przemoc w rodzinie czy „seksizm.”

Niestety, publikacje utrzymane w takim tonie, jak felietony głównej ideolog ruchu w Polsce, Magdaleny Środy, niezbyt temu porozumieniu służą – a śmiem twierdzić, że dodatkowo jeszcze zaogniają spór.

Wielokrotnie już tu pisałam (zob. ostatnio „Żelazne zasady”), że niezupełnie zgadzam się z nauczaniem Kościoła w sprawie zapłodnienia in vitro, tudzież w kilku innych „kobiecych” kwestiach.

Niemniej jednak to, co prezentuje pani Środa to czasami GRUBA przesada, a niekiedy (przykro mi to mówić) zwykła intelektualna nieuczciwość.

Przede wszystkim, jeżeli list hierarchów był skierowany do wierzących, to cóż do tego pani profesor, która, podobno, jest ateistką? Czyż „pasterzom” nie wolno nauczać swoich „owieczek” czegokolwiek chcą  (nawet, jeśli wola – że Ziemia jest płaska?) I czy to nie same feministki ukuły to słynne „tolerancyjne” hasło: „Jesteś przeciw aborcji? To jej sobie nie rób!”? No, tak – podobno szaleństwem jest wymagać od filozofa, żeby żył wedle własnych zasad…

Dalej jest już jednak tylko gorzej. Publicystka oskarża Kościół katolicki o  brak zainteresowania  losem „niepłodnych kobiet” (nawiasem mówiąc – czy naprawdę jest to tylko i wyłącznie „damski” problem?). Jako „ciemna parafianka” ośmielam się jedynie szepnąć, że chrześcijaństwo od zawsze wspomagało ludzi dotkniętych bezdzietnością – i to nie tylko (jak by się mogło wydawać) przez modlitwy i inne nabożne praktyki (jeśli wierzyć kronice Galla Anonima, sam Bolesław Krzywousty przyszedł na świat dzięki pewnej „boskiej interwencji”:)), ale także przez dostępne ówcześnie środki medyczne (np. ziołolecznictwo, którym chętnie parali się zakonnicy).

Zupełnie nie rozumiem także zarzutu, jakoby Kościół „sprzeciwiał się rozwojowi medycyny” in toto tylko z tej racji, że sprzeciwia się (zgadzam się, że czasami zbyt kategorycznie) NIEKTÓRYM TECHNIKOM MEDYCZNYM. To zupełnie tak samo, jakby twierdzić, że ekolodzy (skądinąd chyba bliscy sercu Autorki) są przeciwni wszelkiej nowoczesności, ponieważ nie popierają energetyki atomowej. Nieprawdaż, pani profesor?

Jedyne, czego mi boleśnie zabrakło w omawianym dokumencie, to właśnie choćby tycia wzmianka o innych metodach leczenia niepłodności (w sensie ścisłym in vitro, jak wiadomo, taką metodą NIE JEST – usuwa bowiem skutek, a nie przyczynę) – ponieważ po wysłuchaniu listu można było odnieść wrażenie, że jedyne, co mogą zrobić w tej sprawie współczesne katolickie małżeństwa, to żarliwa modlitwa o cud. Biblia jednak roztropnie radzi: „Módl się I wezwij lekarza!” 🙂

W ustach tej zagorzałej zwolenniczki aborcji wręcz kuriozalnie brzmi natomiast stwierdzenie, że Kościół nigdy (aż do najnowszych czasów) zbytnio nie  troszczył się o ludzkie zarodki, ani o zapewnienie dzieciom „indywidualnego bezpieczeństwa.” Jeżeli chodzi o pierwszą kwestię, to nasza „propaganda antyaborcyjna” sięga czasów Didache i Tertuliana (II/III w.).

Natomiast co do drugiej sprawy, to sam Karol Marks, który powiedział, że „wiele możemy wybaczyć chrześcijaństwu, ponieważ nauczyło nas kochać dzieci”, pewnie teraz przewraca się w grobie…

Zresztą „temu strasznemu in vitro” poświęcono w tym akurat liście zaledwie jeden akapit, zwracając jedynie uwagę na fakt, że dziecko nigdy nie może być „dobrem konsumpcyjnym” ani czymś, co po prostu „nam się należy.” (Czyżby nie była to prawda?)

Znacznie obszerniejszy fragment tekstu mówi natomiast o adopcji i innych formach „rodzicielstwa zastępczego” – czego, zdaje się, pani Środa już nie zauważyła. Czy i w tym należy dostrzegać tylko brak troski o kobietę i dziecko?

I jeszcze jedno: chociaż NIE JEST prawdą, że „chrześcijańska rodzina to co roku pół tuzina” (Kościół przy różnych okazjach przypomina o konieczności nie tylko „wielkodusznego” ale i „odpowiedzialnego” rodzicielstwa), to chyba dobrze, że w czasach, kiedy jak mantrę powtarza się, że „macierzyństwo to tylko przeszkoda w samorealizacji”, a przed ciążą należy się, za wszelką cenę, „zabezpieczyć” (i jeśli wszystko inne zawiedzie, wolno się uciec do najbardziej drastycznych środków)  – ktoś jeszcze głośno mówi o tym, że liczne potomstwo to znak Bożego błogosławieństwa?

I trzeba mieć doprawdy wiele złej woli, aby się w tym dopatrywać „wykluczenia osób samotnych i bezdzietnych”…

Por. też: „Żelazne zasady”; „To okropne in vitro”; „Stłuczone aniołki.”

Postscriptum: W kilka dni po napisaniu powyższego tekstu nasza „dyżurna antyklerykałka kraju” , pani poseł Senyszyn, zaskoczyła mnie swoją niewiedzą, rzucając w programie Tomasza Lisa błyskotliwą uwagę, że skoro „papież Jan Paweł II wielokrotnie uznawał sterylizację za moralnie niedopuszczalną, to Kościół powinien także zakazać leczenia raka jądra czy jajnika, które to często wiąże się z takim zabiegiem.” Zawsze uważałam, że nawet, jeśli się zamierza coś skrytykować (a może nawet szczególnie wtedy), należy przede wszystkim wiedzieć, o czym się mówi.

Pominę już fakt, że in vitro nie jest metodą leczenia niepłodności w takim samym sensie, jak resekcja zaatakowanego narządu w chorobach nowotworowych (bo to ostatnie usuwa „przyczynę” a to pierwsze – „skutek”).

Ważniejsze jest jednak to, że dla oceny moralnej czynu Kościół katolicki (zresztą nie tylko on) stosuje nie tylko kryterium „materii” (tzn. tego, czego dany czyn dotyczy), ale także „celu.” Na przykład, wszyscy się chyba zgodzą, że okaleczenie człowieka, polegające na wyłupieniu mu oka trudno uznać za czyn moralnie „dobry.” Natomiast nie ma nic złego w tym, że niekiedy jesteśmy zmuszeni pozbawić pacjenta narządu wzroku w tym celu, aby uratować mu życie (jak to się dzieje w przypadku nowotworów siatkówki). Podobna różnica zachodzi w przywołanym przez panią poseł przypadku sterylizacji zamierzonej czy też stosowanej w leczeniu pewnych chorób, oraz np. przy stosowaniu pigułek hormonalnych – mimo, że mają one także potępiany przez Kościół skutek „antykoncepcyjny”, nie popełnia grzechu ten, kto je stosuje w celach terapeutycznych. Nie jest też „eutanazją” w rozumieniu KK podanie leku nawet w śmiertelnej dawce, jeżeli tylko naszym bezpośrednim celem nie było zabicie chorego, a tylko ulżenie jego cierpieniom. I tak dalej, i tak dalej…

Można się, oczywiście, z tym nie zgadzać, widząc tu tylko niepotrzebne „rozdzielanie włosa na czworo” i mnożenie  „wyjątków od reguły”- albo też – na co słusznie zwrócił mi uwagę Rabarbar – próbę ujęcia całego życia „dobrego katolika” w gęstą sieć nakazów i zakazów, podobną do tej, jaką obecnie jest prawo szariatu (a za czasów Jezusa było Prawo Mojżeszowe).

Można tak sądzić – ale najpierw warto byłoby o tym wszystkim wiedzieć, żeby, mówiąc po prostu, nie pleść głupstw.

Maryja – REAKTYWACJA (I).

Mój znajomy Tomasz Jaeschke (były ksiądz ze zgromadzenia zmartwychwstańców) kiedyś napisał: „Czy można kochać Matkę Bożą nie wierząc w Jej niepokalane poczęcie, nie dociekając, czy prowadziła z Józefem życie seksualne i nie interesując się zbytnio, czy poza Jezusem miała jeszcze jakieś potomstwo? Jeśli o mnie chodzi, to z pewnością można – bo taką właśnie Maryję kocham. „ (T. Jaeschke, Nierządnice, wyd. „Rajski Ptak”, Katowice 2006, s. 242).

Już tu kiedyś gdzieś pisałam, że i dla mnie kwestia pożycia małżeńskiego Maryi nie stanowi wielkiego problemu – ani, tym bardziej, nie zaprzecza faktowi Jej absolutnej „bezgrzeszności…” (Wielu sądzi, że już samo zbliżenie fizyczne z prawowitym w końcu małżonkiem byłoby przyczyną Jej jakiegoś „pokalania” – ale czy nie oznacza to jednocześnie, że uważają oni seks, nawet w małżeństwie, za coś, co „plami” człowieka?)

A wtóruje temu zmarły w 2007 roku „Abbe Pierre”, francuski ksiądz, który trochę nieoczekiwanie stał się „idolem” swoich doskonale zlaicyzowanych rodaków (pisałam już trochę o nim), pisząc:

„W przeciwieństwie do swego Syna, który łączy w sobie podwójną naturę, ludzką i boską, Maria posiada jedynie naturę ludzką. Jest kobietą podobną do wszystkich kobiet na ziemi poprzez swą naturę, lecz została wybrana przez Boga, aby przyjąć do swego łona wcielone Słowo. Czyni to z Niej kobietę wyjątkową, lecz nie powinno oddalać Jej od nas, pozbawiając Ją wspólnych wszystkim ludziom pokus i słabości.

Dogmat Niepokalanego Poczęcia, ogłoszony w 1854, oznacza, że Maria nie jest skalana grzechem pierworodnym. (…) Nie jest podobna do innych ludzi, nawet największych świętych, którzy noszą w sobie znamię grzechu pierworodnego. (…) Jeśli grzech pierworodny istniał naprawdę, i był przekazywany z pokolenia na pokolenie od Adama i Ewy, nie rozumiem, dlaczego Maria, która jest w pełni istotą ludzką, miałaby mieć przywilej bycia od niego wolną i w czym miałoby to być potrzebne tajemnicy Wcielenia? W tym wierzeniu widzę raczej sposób oddalania nas od Marii.

Czyż nie jest tak samo w wypadku dogmatu Wniebowzięcia Marii, ustanowionego w 1950 roku? Według niego ciało Marii nie uległo rozkładowi, ale zostało wzięte do nieba, w pewnym sensie uległo przeistoczeniu. Czy nie jest to znowu sposób zabierania Marii Jej pełnego człowieczeństwa, robienia z Niej nieśmiertelnego niby-bóstwa?”  (Abbe Pierre, Mój Boże…dlaczego?, wyd. polskie VIDEOGRAF II, Katowice 2006, s. 46-48)

Uff… Zacznijmy może od początku, to jest, od samego Jej imienia.

Po hebrajsku brzmiało ono z pewnością Miriam, a w używanym ówcześnie w Palestynie aramejskim – Mariam, od czego pochodzi używana we wszystkich językach europejskich forma „Maria.”

W Starym Testamencie to samo imię nosi siostra Aarona, nazywana „prorokinią” (stąd Koran w jednej ze sur nazywa i Matkę Jezusa „siostrą Aarona”, być może chcąc podkreślić Jej pochodzenie z Narodu Wybranego), a w historii Izraela podobnie nazywa się żona Heroda Wielkiego, księżniczka z rodu Hasmoneuszy (Mariamme).

W dawnej polszczyźnie często imię to zapisywano jako „Marja” , co dało początek używanemu do dzisiaj w liturgii określeniu „Maryja” – którym zresztą początkowo określano i inne noszące to imię kobiety (por. stara, wielkanocna pieśń: „Trzy MARYJE poszły, drogie maści niosły…”).

Imieniem zastrzeżonym dla Marii z Nazaretu „Maryja” stało się na dobre dopiero od początku XIX wieku, kiedy to (pod wpływem romantyzmu) zaczęto u nadawać imię Maria innym, „zwykłym” kobietom. Wcześniej zastępowano je „eufemizmami” w rodzaju różnych Mariann i Maryli (także ukochana Mickiewicza nosiła w rzeczywistości imię Maria).

To tak tytułem wstępu dla tych wszystkich, którzy twierdzą, że „Ona się w ogóle tak nie nazywała.”

Sama jestem często zniesmaczona różnymi wynaturzeniami kultu maryjnego, w rodzaju „Madonny z odkręcaną główką.” – albo, co gorsza, pieśni kościelnych w rodzaju: „A kiedy Ojciec rozgniewany siecze – szczęśliwy, kto się do Matki uciecze…” – które zdają się przeciwstawiać „naszą dobrą Mateczkę” groźnemu Bogu o cechach psychopatycznego ojca, przed którym dzieci muszą uciekać do matki…

Wielokrotnie także musiałam odpowiadać na pytania moich znajomych protestantów, którzy zaintrygowani pytali, ile to my-katolicy, właściwie mamy tych „Matek Boskich” – bo to i Matka Boska Częstochowska, i Ostrobramska, i wiele, wiele jeszcze innych?

Na wszelki wypadek przypominam, że we wszystkich przypadkach chodzi o tę samą Osobę, „Matkę Pana” (Łk 1, 43), którą czcimy zgodnie ze słowami Magnificat: „Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia.” (Łk 1, 48). Upada tym samym zarzut naszych braci, że w ten sposób oddajemy Maryi coś, co należy się tylko Bogu – teologia mówi, że jedynie Boga „uwielbiamy”, a Maryi tylko „cześć oddajemy.” (Czy zresztą nie ma przykazania: „CZCIJ ojca swego i matkę swoją” – i czy ta „cześć” okazywana naszym rodzicom ujmuje cokolwiek samemu Bogu?)

Warto w tym miejscu dodać, że również Kościoły prawosławne nie uznają dwóch najmłodszych dogmatów maryjnych. Zamiast o „Niepokalanym Poczęciu” wolą (chyba rozsądniej) mówić o tym, że Bóg, w swojej miłości uwolnił Ją od grzechu już po narodzeniu (choć i tak nazywają Ją „Przeczystą” i twierdzą, że nigdy nie popełniła żadnego grzechu osobistego) – a dogmatowi Wniebowzięcia odpowiada nauka o „zaśnięciu Bogurodzicy”, która zdaje się wskazywać na to, że gdybyśmy nie zgrzeszyli, śmierć fizyczna byłaby dla nas tylko łagodnym (jak sen) przejściem z „tej ziemi” do „domu Ojca.”

Marcin Luter w swojej surowości odrzucił wszelką  „maryjność”, widząc w niej jedynie pewną formę bałwochwalstwa. Jego duchowi synowie, protestanci, nie zawsze są już jednak tak kategoryczni. Przede wszystkim, nawet oni nie mogą zaprzeczyć, że „Boże Narodzenie zaczyna się od Marii” – takie określenie znalazłam w poetyckim modlitewniku pewnej młodej luteranki.

Zaczynają też powoli odkrywać, że (jak to ujął watykański dziennikarz, Vittorio Messori) dziwnym trafem te narody, które chciały oczyścić wiarę chrześcijańską z wszelkich tego typu „ludowych i pogańskich” naleciałości, już dawno ją utraciły – zachowały ją natomiast te, w których pobożność maryjna, nawet wyśmiewana i spychana na margines, wciąż jeszcze istnieje…

Współcześni protestanci (uznając na ogół dwa pierwsze „dogmaty maryjne” – a mianowicie naukę o Jej dziewiczym macierzyństwie oraz o tym, że nie była jedynie matką „Jezusa-człowieka” ale także matką „Jezusa-Boga”- Theotokos) coraz częściej dostrzegają w Niej swoją Siostrę i wzór wiary, W środowisku protestanckim powstają nawet wspólnoty Jej imienia.

Paradoksalnie, wynika z tego, że Maryja jest dziś już nie tyle „przeszkodą” w dialogu międzyreligijnym, co raczej zdumiewającym „łącznikiem” pomiędzy różnymi tradycjami, biorąc również pod uwagę, że jest „Niewiastą z Domu Izraela” oraz jedną z kilku (obok Fatimy, żony Proroka) świętych kobiet Islamu.

A co do dwóch wspomnianych na samym początku „kłopotliwych” dogmatów maryjnych (Niepokalanego Poczęcia i Wniebowzięcia) warto może zauważyć, że są one doskonale spójne ze sobą nawzajem: JEŻELI Bóg rzeczywiście całkowicie uwolnił Matkę swego Syna od grzechu, to OCZYWISTYM JEST że musiała Ona także natychmiast zostać „wzięta do Nieba”, nie przechodząc nawet przez śmierć, o której Biblia mówi, że jest „zapłatą za grzech.” (Rz 6,23).

Oczywiście, cały czas mówimy tu o tym, co – naszym zdaniem – Bóg POWINIEN BYŁ uczynić, a nie, co na pewno i rzeczywiście uczynił. Ale z tego nie wynika także, że NIE MÓGŁ tak postąpić, prawda?

Ale jeśli nie, to, jako katoliczka, nie bardzo wiem, jak wytłumaczyć te zagadkowe wersety Pisma o „miejscu, przygotowanym [dla Niej] przez Boga” (Ap 12,6) (i znów Koran zawiera podobną sugestię…) i o „Niewieście obleczonej w słońce” (Ap 12,1).

Notabene, „znak tej Niewiasty” towarzyszy nam wszystkim w miejscu, gdzie byśmy się tego nie spodziewali – a mianowicie na fladze Unii Europejskiej. 🙂

 

Któryś święty powiedział, że „De Maria numquam satis” – o Maryi nigdy dosyć – ale na dzisiaj na pewno wystarczy… 🙂

(Zamieszczony obrazek pochodzi z serwisu www.katolik.pl)

Pomnik dla papieża?

W pewnym szpitalu, zresztą noszącym imię Jana Pawła II, podjęto starania o modernizację sali operacyjnej tak, aby mogła służyć nawet przy najbardziej skomplikowanych operacjach kardiologicznych.

 

Niestety, zabrakło na to pieniędzy.

 

W zamian za to zaadaptowano jedno z pomieszczeń szpitalnych na izbę pamięci Dostojnego Patrona – a koszt tego remontu podobno przewyższył planowane wydatki  na salę operacyjną…

 

I tak się tylko zastanawiam, czy papież – który podobno nie znosił swoich pomników (chociaż nigdy nie zrozumiałam, czemu się głośno i stanowczo nie sprzeciwiał ich ochoczemu wystawianiu sobie jeszcze za życia? Mam wrażenie, że jedno krótkie „nie!” z Jego ust załatwiłoby sprawę…Ale może nie było to takie proste?) – zamiast kolejnej „laurki” tego typu nie wolałby raczej stołówki dla dzieci, domu samotnej matki albo wyposażenia sali operacyjnej?

 

I niechby tam przy wejściu była tablica (niechby i ze złotymi zgłoskami!), że to na cześć wielkiego Polaka…