Prawie jak przerywnik…

  
Chciałam, by po tych wszystkich burzliwych dyskusjach sama ta ilustracja (jest to kaplica w pewnej pustelni) przemówiła do Was swoją ciszą i spokojem, tak, jak kilka dni temu przemówiła do mnie…

Ale (jak zwykle) „coś” mnie podkusiło, żeby wczoraj późną nocą obejrzeć kontrowersyjny, włoski film „Ku mojej pamięci.”

Jest to ponury obraz zmagań nowicjusza, bezskutecznie poszukującego Boga w klasztorze, stanowiącym przedziwne połączenie więzienia z na wpół wymarłym zakładem psychiatrycznym. 

Z ust jednego z odchodzących pada tam m.in. takie zdanie, które ucieszyłoby z pewnością wszystkich wojujących ateistów świata: „Oni [duchowni] potrzebują MARTWEJ PRAWDY. Ta cisza, która tu panuje, jest pusta!”

I pomyślałam: „NIE! Gdyby rzeczywiście tak wyglądał nowicjat w jakimkolwiek klasztorze, nikt nie wytrwałby w czymś takim ani dnia.”

Ewangelia, którą znam, wcale nie jest martwą prawdą – a Kościół, jaki pamiętam, tętnił życiem, pokojem i radością. (Podobało mi się zresztą inne zdanie z tego filmu: „Nawet, gdyby mi udowodniono, że Boga nie ma – a ja spotkałbym człowieka, dzięki któremu mógłbym Go doświadczyć – uwierzyłbym! Każdy dobry ksiądz jest Ewangelią.”).

A jednak – kim jestem dzisiaj, poszukując swojej drogi gdzieś „między wiarą a Kościołem” (żeby posłużyć się tytułem ostatniej książki Stanisława Obirka)?

Gdzie jestem dziś – gdzie CIEBIE szukać mam?

Unia jak Imperium?

Mniej więcej w I w. n.e. szybko rosnące Cesarstwo Rzymskie zaczęło odczuwać pierwsze braki „rąk do pracy” – czemu np. Oktawian August próbował przeciwdziałać poprzez swoistą „politykę prorodzinną.”

Sławiono małżeństwo, wielodzietność a nawet wprowadzono specjalny przepis „emancypacyjny” – Rzymianka, która dała „państwu” trzech synów, mogła odtąd występować oficjalnie bez opiekuna prawnego.
Jednocześnie z rozszerzaniem granic, Imperium podjęło wysiłki zmierzające do odgrodzenia się raz na zawsze od wrogich „barbarzyńców”, budując na granicach całe ciągi umocnień i obsadzając je legionami. (Podobnie zresztą uczynili w swoim czasie Chińczycy, wznosząc Wielki Mur).
Już z początkiem III wieku stało się jednak jasne, że wszystkie te wysiłki są dalece niewystarczające. Wielkie podboje skończyły się – strumień świeżych, tanich niewolników przestał płynąć. Próbowano się więc ratować przywiązywaniem chłopów do ziemi, zezwalaniem „w drodze wyjątku” na przyjmowanie barbarzyńców do armii, a w końcu –  pozwoleniami na osiedlanie całych plemion w bezpiecznych, rzymskich granicach.
I kiedy z końcem IV wieku zaczęła się epoka wielkich najazdów, okazało się, że nie bardzo jest komu bronić starego Imperium, ponieważ po obu stronach znajdują się często ludzie władający tym samym językiem…
I kiedy tak rozważam te historyczne wypadki, nieodparcie przychodzi mi na myśl analogia ze starzejącą się, sytą Unią Europejską. Na razie jeszcze jej kraje starają się bronić (nie zawsze cywilizowanymi metodami) przed napływem „nielegalnych imigrantów” z innych kontynentów – choćby ustawiając większą liczbę uzbrojonych strażników na swoich zewnętrznych granicach.
A jednak i oni będą musieli w końcu skapitulować, ponieważ prędzej czy później zabraknie tu rąk do pracy. A wówczas, cóż – nasza wspaniała cywilizacja przeminie, tak, jak wcześniej przeminęło Imperium Rzymskie.
Wiek XX bezsprzecznie należał do USA (a Europa, nawet „zjednoczona”, z trudem starała się dotrzymać Ameryce kroku). Dziś już wiadomo, że gospodarka Chin „dogania” Japonię, a niezadługo zapewne przegoni i Stany Zjednoczone.
Wydaje się zatem, że przyszłość należy nieodwołalnie do „Chińskiego Smoka” (niezależnie od tego, jak bardzo my-Europejczycy jesteśmy dumni ze swoich cywilizacyjnych osiągnięć…), którego cień już majaczy na horyzoncie.
Czy sądzicie, że dziś już nic nie możemy uczynić – i pozostaje nam jedynie biernie czekać na „wyrok Historii”?

   

„Czy warto ratować małżeństwo za wszelką cenę?”

No, dobrze – a teraz zapomnijmy na chwilę o tym, że chodzi o „święty związek małżeński” i wyobraźmy sobie, że któraś z Was, kobiety, była szczęśliwą posiadaczką naszyjnika po prababci, niezwykle cennego, wyjątkowego, jedynego na świecie. Czy wtedy też tak lekko powiedziałybyście sobie: „Zepsuł się? E, nie warto ratować, toż to staroć, kupię sobie nowy, białe złoto, ostatni krzyk mody!”? Pewnie nie.

I jeszcze inna historia – załóżmy, że komuś z Was choruje dziecko – bo w naszych czasach miłość do dzieci jest na ogół bardziej trwała niż to, co się nazywa „związkiem”. Czy powiedzielibyście sobie: „E, tam, z niego i tak już nic nie będzie, nie warto ratować!”? Jestem przekonana, że większość z Was poruszyłaby niebo i ziemię, żeby ratować dziecko. A dlaczego? Bo je KOCHACIE!

Naturalnie, najłatwiej jest powiedzieć sobie (i innym): „Jeśli coś nie gra w małżeństwie, to po co się męczyć?” Tylko że ja zazwyczaj mam wątpliwości, czy „najprostsze” wyjścia są zawsze także NAJLEPSZE.  

Moja mama na przykład ma znajomą, której mąż był alkoholikiem, na wódę wynosił wszystko z domu, itd. Tysiąc i jeden „przyjaciółek” doradzało tej bardzo inteligentnej i samodzielnej kobiecie żeby „rzuciła go w diabły.” A jednak ona walczyła o niego i wyrwała go z nałogu. Obecnie są bardzo szczęśliwym małżeństwem, a on nosi ją na rękach w podzięce za całe piekło, jakie przeszła. 

Oczywiście problem „ale ile razy właściwie można wybaczać” to pewnie problem głębi miłości jednej osoby – bo podobno „miarą miłości jest miłość bez miary” (ja wciąż jeszcze w to wierzę:)) – i rodzaju winy tej drugiej. Bo prawdopodobnie inaczej  ma się rzecz w przypadku zdrady, inaczej – alkoholizmu (czy innego nałogu), a jeszcze inaczej – krzywdy wyrządzonej nam lub innej osobie (np. dziecku). To ostatnie pewnie byłoby mi najtrudniej wybaczyć – choć ogólnie jestem zdania, że w miłości warto wybaczać tyle razy, ile razy my byśmy chcieli, żeby nam wybaczono w analogicznej sytuacji. Prawdziwa miłość, moim zdaniem, powinna wystrzegać się używania słowa „Nigdy!” („Nigdy mu/jej tego nie wybaczę!”:)). 
I kiedy ktoś mnie pyta: „Czy warto ratować małżeństwo za wszelką cenę?” Odpowiadam: NIE. Nie za każdą cenę. Tylko na miarę miłości, jaką darzysz współmałżonka. Jeśli go/jej (już) nie kochasz, nawet nie próbuj, bo i tak nic z tego nie będzie. 

Czasami jestem zszokowana, czytając na blogach obelgi, jakie zawiedzione kobiety miotają pod adresem swoich eksmężów i ojców swoich dzieci  – i wyznać muszę, że czasem świerzbią mnie palce, żeby zapytać taką panią (ale nigdy tego nie zrobię, bo wiem, że w każdym przypadku byłoby to bardzo nietaktowne…) – „Jeśli on był i jest rzeczywiście takim „potworem” bez jednej pozytywnej cechy, jak go tutaj opisujesz, to co właściwie sprawiło, że się w nim zakochałaś i za niego wyszłaś?” Psychologowie często radzą rozwiedzionym panom: „Możesz nie lubić swojej byłej żony, ale staraj się ją szanować jako matkę Twojego dziecka.” Czy czasem tej samej rady nie należałoby zastosować i do niektórych „kobiet po przejściach”?

Niemniej jest też prawdą, że żadne zranienie (nawet to „wybaczone”) nie przechodzi w nas bez śladu , każde pozostawia bliznę – a kto z nas jest na tyle silny, by w nieskończoność przyjmować na siebie ciosy? Jestem przekonana, że istnieją i takie rany, których żadną ludzką mocą uleczyć nie sposób… 

Jak bumerang: prawo, prawda, sumienie.

Przepraszam tych z Was, którym zaczynam się wydawać nieco monotematyczna, ale co najmniej od czasów pracy maturalnej, którą pisałam m.in. o rozterkach Antygony, problem „prawo a sumienie” nieustannie, że tak powiem, zapładnia mój umysł.

Ostatnio znowu „podniecił” mnie w tym względzie mój były spowiednik, Tadeusz Bartoś, publikując w dodatku „Europa” do Newsweeka (nr 8/2010) artykuł z jakże modną ostatnio tezą, że „religia powinna być sprawą prywatną” – a to dlatego, że (jak twierdzi mój dawny przyjaciel i mentor) także Jezus zwracał się ze swoim przesłaniem jedynie do jednostek, a nie do społeczeństw.
Ta skrajnie indywidualistyczna wizja „religijności” (muszę przyznać, że kiedy to przeczytałam, wyobraźnia podsunęła mi plastyczny obraz „duszyczek” zmierzających ku Światłu, każda we własnej, szczelnie zamkniętej i odizolowanej od innych „bańce mydlanej”. A więc jednak rację miał Różewicz – i „będziemy zbawieni pojedynczo”?:)), pomijając fakt, że kłóci się z moim rozumieniem „wiary” jako osobistego przekonania, zaś „religii” jako zbioru aktów, mimo wszystko, społecznych,
podaje także w wątpliwość wiele przekonań, w moim odczuciu, zupełnie fundamentalnych dla chrześcijaństwa. Bo jak w takim razie rozumieć stwierdzenia Jezusa typu: „Ja jestem prawdą, drogą i życiem”? (J 14, 6). Zauważmy, że Jezus nie stawia, jak Piłat i greccy filozofowie, pytania o to, „czym jest prawda” – On, zdaje się, bezczelnie udziela na nie odpowiedzi…
A jeśli, jak twierdzi Bartoś, w dzisiejszych czasach nastąpił już „koniec prawdy absolutnej” to czy takie stwierdzenie nie jest jedynie uroszczeniem chorego umysłu? W takim ujęciu nauka, którą przynosi Jezus (Budda czy Mahomet) nie jest ani na jotę więcej warta, niż „prawda” jaką ma do przekazania facet spod budki z piwem – w obu przypadkach mamy do czynienia jedynie z „prawdą jednostkową”, czysto subiektywną.
I co wtedy począć z tym „nieszczęsnym” nakazem „nauczania wszystkich narodów” (Mt 28,19)? Jakim prawem i w imię czego chrześcijanie mieliby sądzić, że prawda ich Mistrza (z tak wyraźną tendencją do megalomanii, jak widać…) jest bardziej godna polecenia, niż jakakolwiek inna z miliona „prawd” dostępnych na tym świecie?
W opowiadaniu Tomasza Terlikowskiego pt. „Operacja Chusta”, publikowanym w odcinkach na jego blogu na Fronda.pl, jest taka czarna (jak to zwykle u niego – swoją drogą, jak na chrześcijanina, to straszny z niego pesymista:)) wizja niedalekiej przyszłości w zupełnie już zdechrystianizowanej Europie, kiedy to pewien ateista postanawia przyłączyć się do chrześcijan.
Ksiądz, czy też pastor, przyjął go niechętnie i zaczął przekonywać: „A po co to panu? Przecież jako niewierzący też może pan być dobrym i szlachetnym człowiekiem!” No, właśnie – po co miał reklamować innym coś, w czym sam już od dawna nie widział nic szczególnego? No, cóż – ten przynajmniej był uczciwy…:)
Ale mój dawny duszpasterz jednocześnie zdaje się przyznawać prawu państwowemu wyraźny prymat nad prawem religijnym (z dość niefortunnym, moim zdaniem przykładem, że państwo powinno sprawdzić, czy prawo kanoniczne aby „nie łamie podstawowych praw człowieka” z tej racji, że na przykład księdzu nie pozwala się na „swobodną zmianę zawodu.” Przyznam, że wciąż mnie trochę razi traktowanie kapłaństwa li tylko jako „fachu” takiego samego, jak inne – nawet, jeśli to robi były już duchowny. Ale czyżby to oznaczało, że Kościół, w ramach swojej autonomii, nie ma prawa ustalić dla kandydatów na swoich „pracowników” dowolnych warunków?:)) – a nawet (chyba że go źle zrozumiałam) ponad prawem moralnym.
Jest jednak prawdą, że w praktyce nie da się „zostawić za progiem domu” swoich prywatnych przekonań – a inaczej mówiąc, oddzielić w nas grubą linią tego, co „publiczne” od tego, co „tylko prywatne.” (Dobrze to zapewne rozumieją nasi polscy homoseksualiści, kiedy walczą np. o – równorzędne z  „heterykami”- prawo do posiadania zdjęcia swego partnera na służbowym biurku. Jeżeli nasza seksualność – podobnie jak nasza religijność – jest „sprawą prywatną” – nie zaś dotykającą relacji społecznych! – to po co to robią?:)). A mówiąc ściśle, chyba nie da się dokonać takiego zabiegu, nie popadając w hipokryzję.
Jestem całym sercem za ograniczeniem udziału „Kościoła” (aczkolwiek niekoniecznie wszystkich jego członków:)) w polityce – niemniej, jak ktoś kiedyś powiedział, w dzisiejszych czasach „wszystko jest sprawą polityczną.” I czy np. mówić (głośno i publicznie) że zgodnie z moim najgłębszym przekonaniem coś tam jest „złe” i nie mogę się na to zgodzić, to już jest ta „nieuprawniona ingerencja w politykę”, czy jeszcze nie?
Czy naprawdę zainteresowania „Kościoła” (którym są przecież wszyscy wierzący!) powinny się ograniczyć do roztrząsania jakże istotnej kwestii, ile aniołów zmieści się na czubku szpilki – we wszystkich zaś pozostałych sprawach chrześcijanie powinni być (tak, jak i wszyscy inni) bezwzględnie posłuszni prawu państwowemu, niezależnie od tego, czy uznają je za słuszne, czy też nie? „Dura lex-sed lex”?
Przyznaję, że w teorii brzmi to nawet kusząco – zagłębić się w metafizycznych dociekaniach, dotyczących zbawienia duszy SWOJEJ (bo niczyja inna, zgodnie z tym, co powiedziano wyżej, nie powinna mnie nawet obchodzić:)), a cały otaczający świat mieć w…dużym poważaniu.
I to prawda, że Jezus powiedział także: „Królestwo moje nie jest z tego świata” – i że wszelkie próby zbudowania „Królestwa Bożego na ziemi” zazwyczaj kończyły się raczej piekłem…
Rzeczywistość wszakże – jak to zwykle ona – skrzeczy. Jeśli bowiem to prawda, że zasada „religia musi być sprawą wyłącznie prywatną” jest jedynie godna, słuszna i zbawienna, to można dojść do wniosku, że pierwsi chrześcijanie byli nie tylko „wariatami” którzy zginęli zupełnie niepotrzebnie (bo przecież tolerancyjne Imperium Rzymskie nikomu nie zabraniało czcić – „w zaciszu swojej izdebki” – jakich chciał bogów, albo też nie czcić żadnego, wedle uznania). Gorzej. Oni byli buntownikami przeciw państwu, anarchistami. Nikt im przecież nie kazał wyrzekać się swojej „wiary” – oczekiwano od nich jedynie zwykłego respektu dla PRAWA PAŃSTWOWEGO – które to nakazywało od czasu do czasu wszystkim obywatelom wykonać pewne czynności (nikt przecież nie wymagał od nikogo, aby to czynił z wewnętrznego przekonania!). Żeby nie być niesprawiedliwą (choć, co prawda, taka jednostronność przystoi „ciemnocie”, którą podobno jestem:)) – podobnym restrykcjom ze strony prawa stanowionego przez chrześcijan podlegali potem „niewierzący.”
(Nawiasem mówiąc, „rozdział Kościoła od państwa” – choć w dawnych „państwach chrześcijańskich” rzadko był przestrzegany – można uznać również za „wynalazek” Ewangelii:„Oddajcie Bogu, co boskie, a cesarzowi – co cesarskie.” (Łk 20,25) – to tak gwoli przypomnienia dla tych, którzy uważają że jest to wynalazek ze wszech miar szatański. 🙂 Cywilizacje starożytne, włącznie z islamską – nie znały rozdziału „tronu” i „ołtarza.” Inaczej mówiąc – tak, jak dla nas dziś wszystko może być sprawą „polityczną” – tak też w owych czasach wszystko było sprawą „religijną.” W pewnym sensie dokonaliśmy więc zwrotu o 180 stopni…)
Podobnie tym, którzy w przeszłości odmawiali służby wojskowej czy wzięcia udziału w usankcjonowanym prawem ludobójstwie, włos by na pewno nie spadł z głowy, gdyby swoje prywatne przekonania przezornie zachowali dla siebie, grzecznie egzekwując prawo – i nic oprócz prawa.
I wychodzi na to, że ci pracownicy charytatywni, których talibski sąd skazał na śmierć za zbrodnię (domniemanego) posiadania Biblii – też byli sami sobie winni. Po co czynili to, czego „nie wolno” zgodnie z prawem tamtego kraju?
A co mi tam… Jestem chrześcijanką – anarchizm i bunt mam we krwi…:) I myślę, że każdym sporze pomiędzy „Antygoną” a „Kreonem” będę bronić prawa jednostki do wyrażenia sprzeciwu sumienia… Nawet, uspokajam nie podzielających mych przekonań Czytelników, gdyby to Kreon był katolikiem, a Antygona – ateistką… 🙂 Ale, z drugiej strony… (dla mnie, jak dla Tewjego Mleczarza, zawsze istnieje jakaś „druga strona”:)) czy nie jest to, przynajmniej w niektórych przypadkach, popieranie BEZPRAWIA przeciw PRAWU? Dalej nie wiem…