Sennik polski…

rekolekcjach, kościołach, klasztorach… 🙂 Może to wyraz mojej tęsknoty za młodością, która upłynęła – szczęśliwie i radośnie, bo nigdy nie byłam tak szczęśliwa, jak wtedy! – w cieniu „kościelnej wieży.”

Zapewne rację ma mój P., kiedy mówi, że człowiek, który nie żyje w teraźniejszości, tylko stale wraca myślą do przeszłości, lub wybiega w przyszłość, jest zazwyczaj bardzo nieszczęśliwy. (W końcu także C.S. Lewis w „Listach Starego Diabła do młodego” pisze, że z czterech czasów, które istnieją, jedynie dwa – teraźniejszość i wieczność – należą do Boga…) Ale ja nie jestem. Ta przeszłość to po prostu część mojej tożsamości. Nie chcę jej utracić.

I dlatego postanowiłam tu zapisać mój dzisiejszy sen – był tak piękny, że nigdy nie chciałabym go zapomnieć.

We śnie wspinałam się i wspinałam po wysokich, marmurowych schodach. Z ogromnym trudem, ale i z wrażeniem wolności i przestrzeni wokół siebie. A na samym szczycie schodów stał tron. A na tym tronie siedział  papież (ktoś podobny do Jana Pawła II:)) – i wydawał się dziwnie mały, skurczony i jakiś taki…bezbronny.  Obrzucił mnie łagodnym spojrzeniem – a w stulonej dłoni trzymał maleńką, białą Hostię – i zapytał, czy chcę, aby mi udzielić komunii. Zaniosłam się gwałtownym szlochem: „Nie mogę!” – aż potknęłam się na przedostatnim schodku przed tronem i zgięłam wpół. „Czego nie możesz?” – zapytał mnie, a ja, zawstydzona, że jednak tam w górze nie wiedzą o mnie wszystkiego, odparłam: „Nie mogę… nie mogę tam  dojść…”  – i w tym momencie poczułam, jak ktoś z boku delikatnie ujmuje mnie za łokieć i unosi mnie do pionu…

No, cóż – pewnie i ten sen ma swoje odbicie w moich rzeczywistych wspomnieniach. Jak na przykład to, kiedy szłam ostrożnie po nierównej (bo zrobionej z drewnianych pieńków) podłodze w tzw. Namiocie Światła (kaplicy) w Krościenku, a zewsząd wyciągały się ku mnie ręce kapłanów, tylko pozornie zatopionych bez reszty w modlitwie, a naprawdę gotowych mi pomóc, gdy tylko zrobię kolejny krok.

Wtedy jeszcze czułam, że mój Kościół jest dla mnie wsparciem (w bardzo dosłownym sensie!:)) i domem, w którym jestem bezpieczna…

 
Nie, to nie jest dokładnie to, co widziałam we śnie – te „moje” schody nie Nieba były znacznie jaśniejsze i bardziej przestronne, choć nie potrafię opisać, na czym to polegało… 🙂

Tymczasem ostatni „Newsweek” przynosi zachwyty nad „mocną, ostrą i ciętą” wystawą „Black and White. Niepoprawny komiks i animacja” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Sądząc z opisu – obrazki jak ze złego snu jakiegoś antyklerykała: w miejscu sierpa i młota dwa skrzyżowane krzyże, krzyż przeobrażający się w swastykę, krzyż na czubku penisa, przypominającego kształtem gmach kościoła… Krzyż, krzyż, krzyż.

Zastanawiam się, czy to naprawdę tylko ten symbol tak świetnie nadaje się do różnego typu artystycznych instalacji – czy może raczej artyści idą po linii najmniejszego oporu. Bo tego typu prowokacja nic nie kosztuje i niczym nie zagraża. Wetkniesz krzyż w krowie łajno – i już możesz się poczuć wielkim i odważnym twórcą. Innych świętości jakoś tradycyjnie się nie tyka, przynajmniej od czasu afery z karykaturami Mahometa…

Świętość nagości…

czyli – co naprawdę myślę o naturyzmie. 😉

Proszę mi wierzyć, nie jestem pruderyjna. Nie uważam ludzkiego ciała a priori za coś grzesznego czy nieczystego. Nie robię wielkiego problemu z tego, gdy np. mój synek zobaczy mnie przypadkiem podczas przebierania się. A jednak niekiedy trafia mnie szlag, gdy różni „sprzedawcy ciał” przekonują (zwłaszcza młode dziewczęta), że „wstyd” to jest coś złego, coś, co należy w pierwszej kolejności odrzucić, jak jakiś wstydliwy (nomen omen!) balast. Absolutny brak poczucia wstydu miałby być więc najbardziej „naturalnym” i pożądanym stanem dla homo sapiens.

Tymczasem zwierzęta ani nie są „nagie” ani też się nie obnażają., Nagość jest właściwa jedynie ludziom. I nawet najbardziej prymitywne plemiona zasłaniają pewne (różne!) części ciała, uważane u nich za „wstydliwe.” Prawie wszystkie też kultury znają w jakiejś formie obyczaj  „zakrywania” panny młodej (pozostałością tego jest u nas welon), która w ten sposób miała odtąd być symbolicznie nietykalna dla innych mężczyzn.

Kiedy stajesz przed kimś nago, jesteś wobec niego najbardziej bezbronny. A związany z tym wstyd jest wówczas prostym odruchem obronnym – i to wcale nie przypadek, że w pierwszej kolejności zasłaniamy miejsca uważane za intymne. One są w nas najdelikatniejsze, a więc i najbardziej podatne na zranienie.

Kiedy stajesz przed kimś nago, mówisz mu – „ufam ci!”  Dlatego nie mogę pojąć wstydu np. między małżonkami. Jan Paweł II tak pięknie pisał o tym w „Miłości i odpowiedzialności” – „w małżeństwie następuje pochłonięcie wstydu przez miłość.”Osoba, która Cię kocha, patrzy na Ciebie zawsze z miłością – nawet, a może zwłaszcza wtedy, gdy jesteś nagi.

Trudno mi jednak wyobrazić sobie ten stopień zaufania pomiędzy mną a całą plażą nudystów. (I znowu Jan Paweł II: „Miłość pragnie nagości, ale również wyłączności.” :)) Kto bowiem mógłby mi zagwarantować, że żaden z tego tłumu opalających się golasów NA PEWNO nie patrzy na mnie w niewłaściwy sposób? Zdarza się przecież, że kobiety (mężczyźni pewnie czasem też…) czują się dotknięte, a nawet rozbierane wzrokiem… To chyba miał na myśli Jezus, gdy mówił, żeby nie patrzeć „pożądliwie” na kobietę.

Od zawsze zdarzali się ludzie, którzy upatrywali w nagości możliwość powrotu do pierwotnej, „rajskiej” niewinności człowieka. W łonie chrześcijaństwa o takich grupach „adamitów” po raz pierwszy wspomina Epifaniusz w II w. n.e., następnie św. Augustyn i św. Izydor z Sewilli (notabene patron Internetu:)). Po raz kolejny idea ta odrodziła się w burzliwych czasach Reformacji wśród niektórych grup husyckich (tzw. Bracia i Siostry Wolnego Ducha), a także w XVIII-wiecznej Anglii.

Rozumiem szlachetność ich motywów, ale obawiam się, że w sytuacji „po grzechu pierworodnym” nie ma już dla nas powrotu do raju (na Ziemi). Mówiąc prościej – małe dzieci są zupełnie niewinne (chyba że zdeprawują je dorośli, co jest najcięższym grzechem znanym ludzkości), dlatego dla nich nagość nie stanowi żadnego problemu. Dorośli już, niestety, niekoniecznie.

Mój przyjaciel zwrócił mi uwagę na jeszcze jeden aspekt tej sprawy: że mianowicie niektórzy ludzie bywają oburzeni, że na basenach prysznic biorą nago także osoby starsze i, mówiąc delikatnie, nie najpiękniejsze. Czyżby więc „naturyzm” (podobnie jak seks;)) był zabawą tylko dla młodych, zdrowych i pięknych? Kiedyś widziałam piękne, nagie zdjęcia ludzi niepełnosprawnych, kobiet po mastektomii… Co sądzicie o tym?

blog_ii_564575_4042888_tr_swietosc_nagosci

Początkowo chciałam tu zamieścić zdjęcie chłopczyka, idącego nago po plaży, wraz z tym cytatem z Hioba, ale się zawahałam – nie wszyscy mają czyste spojrzenia…

Wakacyjna biblioteczka żony eksa.

1

Co robię, kiedy nie ma mnie w Sieci? Jeśli akurat nie tłumaczę, ani nie zajmuję się dzieckiem, to najpewniej czytam. A co czytam? Ano, między innymi…

„Kantyczkę dla Leibowitza” Waltera Millera Jr. i „Katolików” Briana Moore’a, obydwie z Frondowej serii „Powieści z krzyżykiem.” Są to, że się tak wyrażę, dwie alternatywne wizje przyszłości. W pierwszej, po nuklearnej zagładzie świata, to Kościół przejmuje znowu (jak w „wiekach ciemnych” po upadku Cesarstwa Rzymskiego) rolę depozytariusza ocalałych resztek cywilizacji. Wspaniała książka, która pokazuje, że tak naprawdę historia NIE JEST nauczycielką życia, bo wszystko się powtarza (spokojnie – oświeceniowy bunt przeciwko Kościołowi także:)), a ludzie (jak ćmy) pędzą ku swemu przeznaczeniu. W drugiej natomiast, która pokazuje kościelne aggiornamento widziane oczyma tradycjonalisty (i z tego powodu była dla mnie nieco irytująca – przykro mi, ale nie wierzę, że tylko łacina zbawi świat:)), padają ważkie pytania o to, czy można ocalić jakiekolwiek niezmienne wartości w szybko zmieniającym się świecie. Odpowiedź, jaką daje Moore, wydaje się pesymistyczna, lecz nie pozbawiona nadziei.

„Ducha” Mary Roach (do tej samej serii należą jeszcze: „Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków” oraz „Bzyk. Pasjonujące zespolenie nauki i seksu.”, które mam zamiar przeczytać w późniejszym terminie). Książka nosi podtytuł: „Nauka na tropie życia pozagrobowego” – i zgodnie z tym autorka stara się naukowo przeanalizować takie fenomeny jak reinkarnacja, seanse spirytystyczne czy też doświadczenia towarzyszące śmierci klinicznej. A że jest to przy tym pozycja pozbawiona „demaskatorskiego” tonu naśladowców Dawkinsa, nie pozbawiona za to humoru, gwarantuję, że przeczytają ją z przyjemnością zarówno wierzący, jak i „niedowiarkowie.”

„Uwięzioną w Teheranie” Mariny Nemat. Jest to obraz rewolucji islamskiej w Iranie, widziany oczyma młodziutkiej dziewczyny, w dodatku chrześcijanki. Autorka bez ogródek przedstawia swoje więzienne przeżycia (przeplatane wspomnieniami) i skomplikowane relacje łączące ją z jednym ze strażników, który stał się zarówno jej oprawcą, jak i wybawicielem. Do przeczytania i przemyślenia zwłaszcza dla tych, którzy tak łatwo szermują hasłami, zgodnie z którymi Polska to „drugi Iran.”

„Księdza Rafała” Macieja Grabskiego (tom drugi nosi tytuł: „Ksiądz Rafał. Niespokojne czasy.”). Kościół w Polsce – jaki jest, każdy widzi. Ale czy aby na pewno? W świetnych powieściach Grabskiego znajdziemy od metra karierowiczów w sutannach, księży alkoholików, pobożnych milicjantów i dewotki, trudniące się dla rozrywki pisaniem anonimów do kurii – a także bardzo niezwykłego biskupa, który potrafi czytać po hebrajsku. Smakowite!

…i wiele innych rzeczy. Ciąg dalszy zapewne nastąpi. Pozdrawiam wakacyjnie.

Jeden z moich pobożnych przyjaciół zapytał mnie niedawno, jakie efekty przynosi moje „szukanie Boga w książkach.” Szczerze mówiąc, nie wiem. Ale wciąż próbuję…:)

blog_ii_564575_4042888_tr_ksiazka_krzyz

A oto kolejna fotograficzna impresja mojego P. na zadany temat. 🙂  

Wokół całkowitego zakazu aborcji…

Że też ten temat stale musi u nas wracać… Jak bumerang. A już zwłaszcza przed każdymi kolejnymi wyborami. Przykre.

Moje stanowisko w tej sprawie jest już Wam doskonale znane i ani myślę się powtarzać, jednak coś mnie znowu podkusiło i wdałam się na Facebooku w dyskusje z fanatycznymi zwolennikami całkowitego zakazu (że też ja nigdy nie potrafię się ugryźć w… klawiaturę). Poniżej przytaczam wyjątki (głównie moje własne wypowiedzi) z owych dyskusji. Boże, bądź miłościw mnie grzesznej (bo przecież WIEM doskonale, jakie piekło zaraz się tu rozpęta)!

Ale w końcu założyłam kiedyś bloga m.in. po to, by w miarę możności zgromadzić w jednym miejscu wszystkie moje wypowiedzi rozproszone po Sieci. Ktoś chce wiedzieć „co Alba tak naprawdę myśli o…” – nie ma sprawy, wchodzi tutaj, zagląda do właściwego posta i wie. Mówiąc szczerze, blogowanie stało się dla mnie sposobem unikania udzielania odpowiedzi…wciąż na te same pytania. 🙂

***

Wszystko zaczęło się od tego, że TOMASZ TERLIKOWSKI 30 czerwca napisał na swoim profilu na Facebooku: „PO twierdzi, że nasze prawo wystarczająco chroni dzieci. Szczególnie te 549 rozerwanych na strzępy.” Niestety, nie zdołałam się powstrzymać  i odpisałam mu na to, że w Polsce z całą pewnością dokonuje się znacznie więcej zabiegów przerywania ciąży, niż te oficjalne 500, choć (z drugiej strony) – nie wierzę także, że w XXI w. „nielegalna aborcja” w Polsce nazywa się pani Stasia i przyjmuje w komórce z wiaderkiem. Każde dziecko wie, że odbywa się to za sowitą opłatą w prywatnych gabinetach lekarzy lub zgoła za granicą. Przypuszczam, że nikt u nas nie umiera z tego powodu w męczarniach. (Niektóre aktywistki mówią wprawdzie o „tysiącach śmiertelnych ofiar” tego procederu, ale mają poważny problem, by wskazać choćby jedną – sama czytałam tylko o jednej takiej historii – lekarz ginekolog próbował wykonać „późną aborcję” u swojej dziewczyny, która była w siódmym miesiącu! – i na skutek tego kobieta i dziecko – bo to już na pewno było dziecko, a nie „zlepek komórek”? – zmarli. Stąd swoje tezy ilustrują czasem zdjęciami kobiet, porozrywanych przez pokątną aborcję… w Afryce.). 

***

W kolejnych dniach nasza dyskusja dalej się rozkręcała:
TERLIKOWSKI:„I, daj Boże, żeby ta inicjatywa, chciałbym móc powiedzieć nasza inicjatywa, przyniosła oczekiwane skutki…”

Odparłam na to: „Daj Boże żeby przyniosła oczekiwane skutki, a nie odwrotne od zamierzonych! Osobiście bardziej wierzę w powolne kształtowanie ludzkich sumień, niż w cudowną moc zakazu, który rozwiąże problem jednym pociągnięciem pióra.Wolałabym, żeby ludzie nie wykonywali aborcji z głębokiego przekonania, że to jest coś złego, a nie dlatego, że to zakazane. Jest prawdą, że współcześnie mamy tendencję do myślenia „PRAWO tego nie zabrania, więc to NIE MOŻE być nic złego.” Nie jestem wszakże pewna, czy to działa także w odwrotną stronę – „Wprowadzimy zakaz i dzięki temu WSZYSCY zostaną przekonani!” Choć, żeby być uczciwą, muszę też sobie powiedzieć, że to samo dotyczy WSZYSTKICH zapisów prawa stanowionego. Zakaz zabójstwa nie powoduje, że nie ma na świecie morderców, a zakaz gwałtu nie eliminuje całkowicie gwałcicieli. (Czemuś jednak te zakazy służą. Czemu? Ano, wydaje mi się, że powiedzeniu: „My, jako społeczeństwo, pewnych czynów nie aprobujemy.” I tylko tyle.)

Ktoś tu napisał, że.„uchwalając ten zakaz chronimy sumienia ludzi.” Przed czym? Przed zbyt częstym używaniem? Zakaz to zakaz – ZWALNIA mnie z jakiejkolwiek samodzielnej refleksji moralnej – tak samo zresztą jak brak zakazu. „Dlaczego to jest złe? Bo prawo tego zakazuje.”; „Dlaczego jest DOBRE? Bo prawo na to zezwala.” Koniec, kropka.

Zrozumiałabym, gdyby ten ktoś napisał, że taki zakaz pozwoliłby ochronić życie przynajmniej niektórych ludzi, którzy obecnie są abortowani, ale tak?

Natomiast w sondaże na ten temat nie wierzę – materia nie jest prosta, więc i odpowiedzi nie są jednoznaczne. Do której grupy np. zaliczyć mnie, która jestem PRZECIW eliminowaniu dzieci niepełnosprawnych (nie zaliczam się więc do tych 23% respondentów), ale i przeciw temu całkowitemu zakazowi – ponieważ dopuszczam dramatyczne wyjątki dotyczące zagrożenia życia i zdrowia kobiety?

A i tak mnie mnie tutaj „wyzywają” od feministek i zakamuflowanych zwolenniczek aborcji na każde żądanie, choć taka myśl nigdy mi w głowie nie postała. Uważam, że każda aborcja to wielka tragedia i wielkie zło, którego, jeśli tylko można, należy uniknąć, ale nie sądzę, by dało się to „załatwić” jednym zakazem.

W STATYSTYKACH będziemy mieli „0 aborcji” – a „wyzwolone” Polki wyjadą sobie „pozbyć się problemu” na Zachód (wiem, wiem – jako następny krok wprowadzimy przymusowe kontrole ginekologiczne osób w wieku rozrodczym…), albo będą nadal „bezboleśnie wywoływać miesiączkę” przy użyciu wczesnoporonnych świństw (zakażemy, zakażemy…). Tak się kończy budowanie domu od komina. Lepiej tego wszystkiego nie widzieć. Lepiej twierdzić, że jestem zbałamucona przez lewicową propagandę. 🙁 Bo ktoś mi już tu napisał, że każdy, kto ośmieli się choćby wspomnieć o tym, że oficjalne statystyki nie są prawdziwe, w istocie popiera aborcję na życzenie. ” :(„

TERLIKOWSKI jednak dalej grzmi: „Komorowski opowiada się za rozrywaniem dzieci niepełnosprawnych na strzępy, bo prawo nie może wymagać heroizmu…”

„Ale… Jednak jest coś w tym, że wychowanie dziecka niepełnosprawnego JESTheroizmem. Niech pan nie zaprzecza, JA akurat wiem coś o tym. I tak sobie myślę, że cały czas budujemy dom od komina – najpierw wprowadźmy zakaz, a potem…wszystkie dzieci niepełnosprawne będą już chciane i kochane. Automatycznie. Wie pan co? Anna Sobolewska, matka Celi, młodej malarki z Zespołem Downa, napisała w swojej książce, że kiedy jej córka przyszła na świat, nikt, absolutnie nikt nie potrafił jej podać żadnych PLUSÓW posiadania dziecka niepełnosprawnego. Spotykała się z odtrąceniem nawet we wspólnotach kościelnych. Czasami mam wrażenie, że traktuje się osoby niepełnosprawne jako pewnego rodzaju „krzyż” czy też „dopust boży” – na zasadzie: „Zabić tego nie wolno, bo to mimo wszystko człowiek, ale powiedzieć coś dobrego też nie bardzo się da.” Sama pamiętam jak mocno zabolało mnie w dzieciństwie, gdy ksiądz powiedział, że „tylko ładne dziewczynki mogą być bielankami.” Te z porażeniem mózgowym na pewno nie mogą – obrzydziłyby Pana Jezusa. 😉 Sobolewska wspomina, że szlag ją trafiał, gdy gdzieś w prasie natrafiała na artykuł o „zaślinionych downach i ich udręczonych matkach.”

Dziecko niepełnosprawne to dramat, tragedia, życie gorsze od śmierci – tak mówią nasi adwersarze. Nie dziwię się, że mało kto się decyduje na takie „męczeństwo’ – nie znam nikogo, kto by się „palił” z entuzjazmem do „krzyża” (nie wyłączając Jezusa – On też nie był masochistą).

Czy pan wie, że na świecie ponad 90% zdiagnozowanych płodów z „Downem” zostaje unicestwionych? A to dlatego, że ludziom skutecznie wmówiono, że nic GORSZEGO nie mogło ich w życiu spotkać. Jeśli są wierzący, to nawet trzymają się zakazu – ale z mentalnością „niewolników”: „Taki mój krzyż i muszę go dźwigać, bo mi Kościół KAŻE.” Tacy czasem zamykają ten swój „dopust boży” w komórce, albo w skrzyni. Bo zabić, nie zabiję – bo proboszcz mówił, że to grzech – ale to zawsze wstyd. Inni toczą „boje” z miejscową szkołą o naukę dla swoich dzieci,z lekarzami – o terapię, a z księdzem – o sakramenty. A czasem o pochówek. Z sąsiadkami, twierdzącymi, że „tam musiał być jakiś grzech – bo skąd to się takie wzięło?”

Jak już kobieta urodzi ten swój „krzyż” to często jest sama, zupełnie sama – bo nasi panowie, tacy wrażliwi, że na cierpienie dziecka nie mogą patrzeć, i odchodzą (mój tata na szczęście jest twardzielem – został:)). A nawet jeśli potem spotka kogoś, kto pokocha ją i „takie” dziecko, najczęściej nie ma podstaw, by stwierdzić nieważność małżeństwa. Musi więc wybierać – samotność bez ludzi, albo bez sakramentów. I pan się jeszcze dziwi, że ludzie mówią: „Kościół każe kobietom tylko rodzić, rodzić, rodzić takie potworki – a jak już urodzą, ma je w nosie”? Choć, tak naprawdę, jak wykazałam WSZYSCY mają je w nosie. Całe społeczeństwo.(Wie pan, czego nie znoszę najbardziej na świecie? Tego ckliwego gadania o „osobach pokrzywdzonych przez los” – a ten ton ZAWSZE się pojawia, ilekroć ktoś mówi lub pisze o osobach niepełnosprawnych. Litość jest najpodlejszym uczuciem znanym ludzkości. Nie czuję się bardziej „pokrzywdzona przez los”niż pan czy ktokolwiek inny.:))

A  Wy mówicie – wprowadźmy zakaz usuwania takich dzieci, a wszystko będzie cacy. Obawiam się, że nie będzie.” 🙁

 

***

A na deser…
CHRISTIANITY AND ABORTION – CHRZEŚCIJAŃSTWO A ABORCJA:(Nie mam pojęcia, co to za organizacja, nigdy wcześniej się z czymś takim nie zetknęłam,,,): 
„Nie zgadzamy się z absurdalnym stwierdzeniem, że zbrodnia dokonana metodami „humanitarnymi” przestaję być bestialstwem. Na filmie przedstawione są metody jakimi dokonuje się morderstwa na istotach całkowicie bezbronnych, zdradzonych nie tylko przez matki, ale i przez przyzwalające na to- przez brak sprzeciwu- społeczeństwo.” I do owego stwierdzenia dołączony taki „uroczy” filmik (ostrzegam – zawiera treści drastyczne!):

Moja pierwsza, zupełnie odruchowa reakcja brzmiała: „O Jezu Chryste… Nigdy bym SOBIE tego nie zrobiła! Wolałabym już chyba umrzeć… I niech mi nie chrzanią różni „pseudonaukowcy”, że to jest niegroźny zabieg, podobny do wyrwania kurzajki. Aborcja szkodzi również KOBIETOM! Może zróbmy jakąś kontr-manifę pod tym hasłem?” – a po kilku dalszych sekundach projekcji: „NIE! Już nie mogę! To przekracza ludzką wytrzymałość! Już rozumiem, dlaczego feministki wychwalają pigułkę poronną jako „mało inwazyjny sposób dokonania aborcji.” Przynajmniej nie są do tego potrzebne te wszystkie… rzeczy.:(

Ale żeby być intelektualnie uczciwą, muszę też zauważyć, że NIE WSZYSTKIE spośród nich są współcześnie używane. Pokazanie tych XIX- wiecznych i z początku XX w. miało zapewne spotęgować efekt propagandowy. Ale to tak, jakby pokazywać młot i szczypce kowalskie jako współczesne przybory dentystyczne. Ps. Fakt, że uważam, że dziś mamy bardziej wyrafinowane przyrządy medyczne, nie oznacza, że sądzę, że aborcja nie jest już niczym złym. Wystarczyło jednak pokazać te, których dziś się używa. (Na pewnym blogu przeczytałam np. zachwyty pewnej pani nad „higieniczną i bezkrwawą” metodą wysysania płodu próżniowo, brrr!). Bo inaczej słuszny będzie zarzut, że się straszy kobiety „demonami przeszłości.”

I wtedy ktoś zapytał: DLACZEGO W OGÓLE KOBIETY ZABIJAJĄ WŁASNE DZIECI?

Odparłam na to: „No, cóż, myślę, że głownie z tego samego powodu dla którego wielu ludzi popełnia samobójstwo. Ze strachu. Z tego wielkiego, ogromnego strachu, który paraliżuje człowieka. Wydaje im się wtedy, że to JEDYNE wyjście z sytuacji. Boją się opinii sąsiadów albo rodziny – czytałam historię 17-latki w ciąży, która została zgwałcona. Ale przecież nie chodziła i nie rozpowiadała o tym po mieście. Starsze, „pobożne” sąsiadki, ilekroć ją mijały, mówiły ze zgorszeniem: „Na takie dzieci Pan Jezus nie dał zgody!” Przez podobne postawy sami „nakręcamy” mechanizm aborcji. Jeśli urodzić nieślubne dziecko to u nas ciągle „wstyd i hańba” to nie dziwię się, że wiele kobiet myśli: „Muszę zrobić WSZYSTKO, żeby to zniknęło!”

Niedawno czytałam w „Newsweeku” o kobietach, które w Polsce poddają się nielegalnej aborcji. Być może jest ich nawet kilkaset dziennie (bo niektóre biorą pigułki poronne w tajemnicy przed wszystkimi). I wiecie, co mnie uderzyło? To, że opisane w reportażu kobiety zawsze były SAME – bez pomocy ze strony rodziny czy partnera. Panowie na ogół umywają ręce. Jednej kochanek, podobno szanowany „katolicki” polityk miał powiedzieć: „Nie popieram tego, co ZROBIŁAŚ, ale DOBRZE, że dziecka nie będzie!” Innymi słowy: „Zrób tak, żeby nie było dziecka, reszta mnie nie obchodzi!” A odpowiedzialność i tak ZAWSZE spada na kobietę – to ona jest „zbrodniarką” – to ona to ZROBIŁA. Sama to sobie zrobiła?!

Tak więc na pierwszym miejscu jest strach. Kobiety boją się tego, co będzie: awantur w rodzinie, biedy, utraty pracy, urodzenia chorego dziecka, problemów zdrowotnych, odejścia mężczyzny… Takie lęki, rzecz dziwna, towarzyszą kobiecie nawet wtedy, gdy dziecko jest w pełni upragnione. Sama na ogół nie boję się poczęcia nieplanowanego dzidziusia, ale kiedy nosiłam synka, bardzo się bałam, żeby rodzice nie namawiali mnie na aborcję „dla mojego dobra”. Jestem niepełnosprawna. Gdybym była wtedy SAMA, kto wie…

Dopiero na dalszym miejscu umieściłabym skrajny egoizm, jak u tej Francuzki, która najpierw poddała się in vitro, a potem aborcji, bo… termin porodu jej nie odpowiadał…”