Bigos przedwyborczy – porcja druga (i ostatnia:)).

Ktoś kiedyś powiedział, że gdyby wybory rzeczywiście mogły coś zmienić, zostałyby zdelegalizowane. 🙂 Ja nie jestem aż tak radykalna, jednak sądzę, że gdyby politykom NAPRAWDĘ tak bardzo zależało na wysokiej frekwencji, jak teraz twierdzą, to już dawno wprowadziliby jednogłośnie kilka prostych zmian.

Na przykład znieśliby uciążliwy obowiązek „rejestrowania się” w przypadku chęci zagłosowania poza własnym okręgiem wyborczym lub za granicą. Co to jest, że ja, pełnoprawna obywatelka polska, NIE MOGĘ we własnym kraju wejść w dniu głosowania do dowolnego lokalu wyborczego (lub do przedstawicielstwa dyplomatycznego za granicą) i po okazaniu dowodu tożsamości skorzystać ze swego prawa BEZ pokazywania dodatkowego „zezwolenia” od jakiegoś tam urzędnika?! Ten relikt minionej epoki, kiedy to „władzuchna” chciała mieć kontrolę niemal nad każdym ruchem obywatela, powinien już dawno przejść do historii.

Po prostu nie wierzę, że w dobie Internetu nie ma innego sposobu, by uniemożliwić mi głosowanie w więcej niż jednym okręgu (gdyby akurat naszła mnie taka fantazja. :)). Jestem też przekonana, że brak takich męczących formalności znacząco zwiększyłby liczbę wyborców, którzy swoją decyzję o udziale w głosowaniu podejmowaliby w ostatniej chwili, niezależnie od miejsca, gdzie się aktualnie znajdują.

Pomysł ten (w przeciwieństwie do innych, które także chodzą mi po głowie, w rodzaju tworzenia „lokali wyborczych” w centrach handlowych i restauracjach, aby „wyjście na wybory” przestało się kojarzyć z całą wyprawą 🙂 – albo nawet dwudniowych wyborów…) ma tę zaletę, że niewiele kosztuje.

Jeśli więc dotąd tego nie zrobiono, to chyba oznacza, że NIKOMU tak naprawdę na tym nie zależy…

Biedaczyna Nergal.

Ryzykując, że znów ktoś mnie oskarży o „histeryczne reakcje” spróbuję jednak coś napisać na temat, który wciąż bulwersuje wielu, mimo że od zdarzenia upłynęło już nieco czasu.

Oto niektórzy biskupi „ośmielili się” zaprotestować przeciwko obecności w publicznych mediach „artysty” Adama Darskiego – „Nergala”, który wsławił się jakże odkrywczym podarciem na scenie Biblii z okrzykiem: „A teraz zeżryjcie to g..!” (Muszę go przy tym zmartwić – ten numer jest straszliwie ograny. Już dobrych kilkanaście lat temu podobne rzeczy robiła na scenie np. Sinead O’Connor – tyle, że ona po latach poszła po rozum do głowy i przeprosiła…)

Od razu mówię, że wierzę głęboko w to, że Nergal w oprotestowanym programie będzie robił tylko to, za co mu płacą (i to słono) – czyli uczył młodych ludzi śpiewu, a nie nawracał ich na satanizm. Zawsze też uważałam, że najlepszą metodą „walki” z wszelkiej maści skandalistami jest otoczyć ich pełnym godności milczeniem. Cisza boli ich najbardziej. (Stąd sama zastanawiałam się poważnie, czy w ogóle powinnam poruszać ten temat – jakiekolwiek zajmowanie się Nergalem jest już w pewnym sensie reklamą jego poczynań. :))

Martwi mnie jednak, że cały „gniew ludu” skupił się w tej sprawie wyłącznie na księżach i biskupach, którzy (jak to zwykle oni;)) nie mają poczucia humoru i „obrażają się nie wiadomo o co.” Nikt spośród usłużnych dziennikarzy, gotowych nieomal lizać Nergalowi buty za jego (jakże odważny!) czyn, nie zauważył, że takie potraktowanie Księgi, stanowiącej przedmiot kultu ponad miliarda ludzi na świecie (bo wbrew pozorom wcale nie tylko „Polaków-katolików”) trudno uznać za coś godnego pochwały. Nawet, jeśli nazwiemy to „sztuką.”

Przypominam sobie tu niedawny (haniebny) incydent z pomnikiem ofiar w Jedwabnem. Wtedy jakoś nikt nie szermował hasłami o prawie do wolności wypowiedzi… I nikt jakoś nie doradza osobom ze Stowarzyszenia „Nigdy więcej!”, by, jeżeli gdzieś się natkną na hasła neonazistowskie, po prostu chodzili na inne imprezy.

Pani Magdalena Środa, ze spokojem godnym mędrca, stwierdziła nawet, że „czyn Nergala jest może głupi, ale nie musi być niebezpieczny.” Zastanawiam się, co daje podstawę do takich autorytatywnych twierdzeń osobie, która sama wielokrotnie (!) domagała się ograniczenia dostępu do mediów osobom głoszącym niepoprawne politycznie poglądy.

Skąd wiadomo na pewno, że nazwanie homoseksualisty „grzesznikiem” jest już niedopuszczalną mową nienawiści (która niechybnie doprowadzić musi do eskalacji przemocy) – a nazwanie Biblii „gównem” – jest zaledwie nieszkodliwą formą artystycznej ekspresji? A kto tego nie rozumie – nie rozumie WOLNOŚCI? Biedny Nergal – uciskana ofiara naszej chrześcijańskiej nietolerancji („MNIE wolno robić i mówić, co mi się żywnie podoba – a wy, wierzący, morda w kubeł!” Nikt nie ma nawet prawa poczuć się zniesmaczony, chyba że pragnie być okrzyknięty „moherem.”).

Nie, nie, nie. Pogardzie i nienawiści (w każdej formie!) mówię nie. I mówiłabym to nawet wtedy, gdybym była ateistką.

Ps. W wywiadzie Nergala dla „Newsweeka” najbardziej rozbawił mnie fragment o tym, że niszcząc Biblię „metaforycznie” zniszczył wszystkie religie świata… (Na pytanie dziennikarza, czy odważyłby się podrzeć również Koran). Hmmm… Skoro to nie była nienawiść do jednej, konkretnej religii, a tylko metafora – to dlaczego nie wziął się raczej za Bhagawatgitę?;) Jeśli to naprawdę jeden diabeł, powinno mu być dokładnie wszystko jedno.

Strach przed lataniem?

  Na mój blogowy adres przyszedł niedawno list tej treści:

Drogi Blogerze.

Ze względu na tematykę Twojego bloga, dotyczącego szeroko pojętego życia społecznego i lifestyle’u, chciałabym zaprosić Cię do udziału w największym polskim spotkaniu blogerów – BLOG FORUM GDAŃSK 2011, które odbędzie się w dniach 15 i 16 października (sobota, niedziela) w Gdańsku.

 

BLOG FORUM GDAŃSK 2011 to przede wszystkim jedyna taka okazja aby spotkać „w realu” wszystkich tych blogerów i blogerki, z którymi miałeś do tej pory przyjemność kontaktować się w rzeczywistości wirtualnej. W konferencji weźmie udział 150 blogerów z całej Polski. Wśród prelegentów i panelistów obecne będą m.in. Beata i Lubomir Lipov (lawendowydom.blogspot.com), Eliza Wydrych (Fashionelka.pl); Dorota Kamińska (pozytywnakuchnia.pl); Segritta (segritta.blox.pl).

 

W trakcie konferencji zorganizowane zostaną specjalne warsztaty: literacki oraz fotograficzny, w których będziesz miał okazję wziąć udział. Będzie również możliwość zaprezentowania swojego bloga innym blogerom na Blog Forum Hyde Park.

 

Mamy nadzieję, iż zechcesz dołączyć do grona uczestników wydarzenia. Udział w konferencji jest bezpłatny. Miasto Gdańsk  pokrywa wszystkie koszty związane z zakwaterowaniem, wyżywieniem i udziałem w wydarzeniu. Wymagana jest jednak wcześniejsza rejestracja i pomyślne przejście procesu weryfikacji. Liczba miejsc jest niestety ograniczona, dlatego zachęcamy do szybkiej rejestracji. Do 3 października potwierdzimy Twój udział..

 

Pozdrawiam,

Ewa Protaziuk

I muszę się Wam przyznać, że mam mieszane uczucia. Z jednej strony, nie jestem pewna, czy będę się czuła dobrze w towarzystwie autorów blogów „lifestyle’owych”  (szafiarskich? kulinarnych?) – wydaje mi się, że tematyka „Cienistej Doliny” jest jednak zupełnie inna, poważniejsza (tak sobie pochlebiam:)). Boję się zostawić dziecko z dziadkami na dwa dni – wiem, że mały bardzo przeżyje naszą nieobecność. A przecież musielibyśmy jechać razem z P. – ciekawe, czy organizatorzy uwzględnią taką możliwość?

Niepokoi mnie też myśl, że tym samym utracę kolejną cząstkę mojej (naszej!) „internetowej anonimowości”, która już i tak jest dość iluzoryczna i krucha. Czy rzeczywiście jestem osobą, która dla (wątpliwej) „sławy” jest w stanie zrobić wszystko?

A z drugiej strony… Znów mam „przymusowy urlop” (rzecz nader częsta w moim zawodzie) i zaczynam odczuwać głód nowych wrażeń, znajomości, powietrza. Może trzeba nie odrzucać żadnych nadarzających się okazji, aby nadać swojemu życiu jakiś nowy kierunek? Tym bardziej, że i P. postanowił właśnie zapisać się na kolejne studia (informatyczne) i zdobyć nowy zawód.

A teraz pytanie najgłupsze z możliwych: co byście zrobili na moim miejscu?:)

Bigos przedwyborczy.

Dla nikogo chyba nie jest tajemnicą, że na ogół na tym blogu stronię, jak mogę od tematów stricte politycznych. Jego profil jest wszak zupełnie inny.

Ale skoro – jak to mawia lud polski – „raz do roku to i księdzu wolno” – to i żonie księdza tym bardziej. 😉

Przede wszystkim mam (nieuzasadnione być może) wrażenie, że w innych krajach „kampania wyborcza” to jest coś, co się PRZYDARZA raz na 3,4 czy 5 lat. U nas zaś kampania trwa cały czas. Jedna płynnie przechodzi w następną.

Dalej, z nostalgią wspominam czasy bezpośrednio po roku 1989, kiedy to panowała absolutna (prawie) wolność polityczna – wystarczyło zebrać piętnastu zwolenników dowolnej idei, by założyć sobie partię. To z tego właśnie okresu pochodzą organizmy tak barwne i egzotyczne, jak Polska Partia Przyjaciół Piwa na przykład. 🙂 A ponieważ nie było jeszcze wówczas czegoś takiego, jak „progi wyborcze” każdy miał realną szansę dostania się do parlamentu. To prawda, że skutkowało to wielkim rozdrobnieniem zwłaszcza izby niższej, ale moim zdaniem znacznie lepiej oddawało całe spektrum poglądów i postaw w społeczeństwie.

Obecny system „czwórpartyjny”  (ciążący ku dwupartyjnemu) promuje duże ugrupowania, ale też sprawia, że ogromna rzesza ludzi nie ma w nim swoich reprezentantów.

System „list partyjnych” natomiast uzależnia to, kto może zostać wybrany, nie tyle od woli wyborców, co od wcześniejszych wewnątrzpartyjnych decyzji. Nie będę więc ukrywać, że jestem zdecydowaną zwolenniczką okręgów jednomandatowych. Zasada „wygrywa ten, kto dostanie najwięcej głosów” wydaje mi się bardziej sprawiedliwa i demokratyczna. Tym samym skończyłyby się żenujące przepychanki o pierwsze miejsca na listach, takie, jak te, które zaprezentowali ostatnio p. Biedroń i p. Nowicka – dając mi asumpt do podejrzeń, że nie chodzi im wcale o żadne idee czy poglądy, ale po prostu o „stołki”. Bo skoro – jak tłumaczyła pani Wanda – „realną szansę na wejście do Sejmu mają tylko trzy pierwsze osoby” (stąd miejsce czwarte było dla niej ujmą straszliwą) – to po kiego na rzeczonych listach umieszcza się po kilkanaście nazwisk w każdym okręgu? Bo „ciemny lud to kupi”?

Sama od lat głosuję na PSL. I nigdy dotąd tego nie żałowałam. Uważam, że w Polsce nie ma miejsca na forsowany od kilku lat system dwupartyjny. Warto więc wspierać mniejsze ugrupowania. A jest to jedyna spośród „dostępnych na rynku”  umiarkowana partia centrowa, skłonna do dyskusji z każdym (dla mnie to zaleta partii politycznej, a nie jej wada!). W spornych kwestiach światopoglądowych stawia na osąd sumienia. Wypisz-wymaluj jak ja. 🙂

Jest to przy tym ugrupowanie z wielkimi tradycjami, sięgającymi Witosa i Mikołajczyka. Dlatego niedawne słowa posła Hofmana o „zdziczałych chłopach, którzy wyrwali się ze wsi” uważam za haniebne. Zawsze mnie uczono, że to nieładnie drwić ze starszych od siebie…

Ze zrozumiałych względów nie przepadam zatem za „rozłamowcami” Janusza Wojciechowskiego, którzy przeszli do PiS, jak sądzę, w nadziei otrzymania stanowisk.

Ale w jednym nie sposób się z nim nie zgodzić: Jak wiadomo, jestem osobą niepełnosprawną, mieszkam w małym miasteczku. I pamiętam, że „od zawsze” denerwowało mnie, że mój lokal wyborczy mieści się na piętrze, na które prowadzą bardzo śliskie schody. Zawsze marzyłam, że kiedyś WSZYSTKIE punkty głosowania będą mieściły się w miejscach łatwo dostępnych dla niepełnosprawnych i starszych ludzi.

Tymczasem nowy kodeks wyborczy „uszczęśliwił” takie osoby głosowaniem przez pełnomocnika. I komu się teraz będzie chciało w ogóle myśleć o tym? Jestem prawie pewna, że 9 października usłyszę: ”I po co się pani tu wspinała? Nie lepiej było przysłać kogoś w zastępstwie?” Nigdy nie przypuszczałam, że „integracja” to to samo, co „izolacja.” Ja chcę osobiście uczestniczyć w życiu społecznym! Nie wolno mi?