Pokazać Kościołowi, gdzie jest jego miejsce.

Tocząca się ostatnio dyskusja o „krzyżu w Sejmie” (nie chciałam o tym pisać, tym bardziej, że o polskich „wojnach krzyżowych” pisałam tutaj już co najmniej TRZY razy. Osobiście uważam, że obecność symboli religijnych w miejscach publicznych – czy to parlament, czy szkolna klasa – winna być przegłosowana przez tych, którzy tam pracują. I jeśli ONI sobie tego życzą, to dlaczego nie?) jest tak naprawdę dyskusją o miejscu Kościoła w świecie współczesnym.

Czy Kościół powinien zostać ściśle ograniczony do sfery „sacrum” (modlitwa i sakramenty) i nie wypowiadać się publicznie w żadnej innej kwestii? Czy jednak nie doszlibyśmy w ten sposób do sytuacji, jaka miała miejsce w Szwecji, gdzie – pisałam już o tym wielokrotnie… – aresztowano pastora zielonoświątkowego za głoszenie na kazaniu, że zgodnie z Biblią stosunki homoseksualne są grzechem? Albo jak w Holandii, gdzie tamtejsza minister zdrowia podpisywała ustawę o eutanazji w sam Wielki Piątek, z szyderczym komentarzem: „Wykonało się!” (Czy doprawdy było to konieczne? Bez tych słów prawo nie weszłoby w życie?) – a żaden z tamtejszych biskupów nawet nie miauknął?

Jest taka książka, „Dziecko pokuty” Francine Rivers. Opowiada ona historię zgwałconej studentki, która zastanawia się, czy dokonać aborcji. Znękana wątpliwościami, idzie w końcu po poradę do liberalnego duchownego (rzecz dzieje się w Stanach), który z racji swoich „życiowych” poglądów jest bardzo lubiany przez młodzież. A ten jej odpowiada:„Cóż, moja droga, skoro nasze PRAWO tego nie zabrania… Sama zdecyduj!” Czy tak ma wyglądać „poradnictwo duchowe” ery ponowoczesnej?:) Jeśli tak, to wcale się nie dziwię, że np. Niemcy chętniej szukają wskazówek u filozofów, niż u swoich pastorów…

Prawo jest prawem – i jakiekolwiek by było, chrześcijanie mają obowiązek go słuchać bez szemrania?

Czy Kościół ma być również instytucją charytatywną, karmić głodnych i opiekować się starcami (skoro już sprzeciwia się eutanazji)? Nie tak dawno niezawodna prof. Środa rzuciła prosto w twarz s. Małgorzacie Chmielewskiej, że w NORMALNYM kraju taka działalność jak jej byłaby niepotrzebna, gdyż wszystkie potrzeby obywateli zaspokajałoby Państwo… Niech pani profesor powie to ponad milionowi Hiszpanów, których codziennie żywi tamtejsza Caritas…

Przypomina mi się tu zaraz scena z pewnego filmu o Matce Teresie – gdy ona i jej siostry zajęły na pierwsze schronisko opuszczony budynek przy hinduskiej świątyni, wywołało to gwałtowny protest ze strony Hindusów. Domagali się oni natychmiastowego usunięcia „głosicielek obcej wiary” z terenu bogini. Wezwany na miejsce prefekt policji, gdy wszedł do środka i zobaczył, jak zakonnice opatrują trędowatych i umierających, wyszedł do
tłumów i powiedział:

„Zgoda! Zgoda! Usunę te kobiety! Ale pod warunkiem, że wasze żony, siostry i matki przyjdą tu, aby je zastąpić!”

Muszę zaraz dodać, że jestem w zasadzie zwolenniczką podatku kościelnego, choć wiem, że prawdopodobnie w pierwszym okresie wywoła to (podobnie, jak stało się w Niemczech tuż po jego wprowadzeniu) falę „fałszywych apostazji.” Najłatwiej zniszczyć czyjąś wiarę sięgając do jego… portfela (co polecam również pod rozwagę księżom, mającym szczególną słabość do pieniędzy).

Kościół powinien być finansowany z darowizn wiernych – co do tego chyba wszyscy się zgadzają. Zresztą, co komu do tego, na co JA wydaję MOJE pieniądze?:) Kogo w ten sposób „okradam” i z czego?

Zdaję sobie sprawę z faktu, że obecnie finanse Kościoła nie są przejrzyste – a powinny być. Bałabym się jednak wprowadzenia do kruchty kas fiskalnych – jeśli bowiem Kościół zrozumiemy tylko jako zwykłego „dostawcę usług duchowych”, to czy nie spowoduje to w następstwie powstania mentalności typu „klient płaci i wymaga”?

Skoro to tylko taki metafizyczny supermarket, z którego każdy może sobie wybrać to, co mu odpowiada, to może na przykład skasujmy (w ramach promocji!) kilka z dziesięciorga przykazań? Na początek te najbardziej „nieżyciowe”, jak szóste i dziewiąte… 🙂

Z drugiej strony – zastanawiam się poważnie, czy Kościoły naprawdę powinny utrzymywać się TYLKO z wpływów własnych. Przecież wiele z obiektów sakralnych to także dobro kultury ogólnoludzkiej – religia stanowi dla człowieka potężne źródło inspiracji artystycznej. I pamiętam, jak bolało mnie serce (jako historyczkę!), kiedy we Francji widziałam niszczejące świątynie z X i XI wieku… Parafii nie stać na ich renowację.

Oczywiście, moglibyśmy spieniężyć np. Pietę Michała Anioła i nakarmić za to wielu głodnych ludzi – ale obawiam się, że byłaby to „sztuka na raz.” Mam poważne wątpliwości, czy na dłuższą metę świat rzeczywiście stałby się od tego lepszy…

A wyznaniowe szkoły i instytucje wychowawcze (takie, jak ta, w której pracował kiedyś P.) – czy nie wyręczają w jakiejś mierze PAŃSTWA w jego obowiązkach? Jakaś pomoc (w podobnej wysokości, jak dla wszystkich innych organizacji pozarządowych) im się zatem należy. Ja sama, jako wychowanka renomowanej szkoły katolickiej, jestem przekonana, że zwróciłam już społeczeństwu z nawiązką to, co dopłaciło do mojej edukacji w formie subwencji oświatowej. A co dopiero mówić o moich szkolnych koleżankach, które są wziętymi naukowcami, dziennikarkami, prawniczkami, lekarkami…

 

Muszę przyznać, że zabolały mnie trochę niedawne słowa Janusza Palikota, który nazwał Kościół katolicki w Polsce „agenturą Watykanu.” Jakoś dziwnie przypomniało mi to – toutes proportions gardées!-to, co mówiono o Żydach w 1968… Czy i mnie każą w końcu wybierać, z której ‚ojczyzny’ jestem? 🙂

Kot wśród gołębi?

Słyszę, że z list Ruchu Palikota dostał się do Sejmu m.in. były ksiądz, Roman Kotliński (pseudonim „Jonasz”), przy którym – moim zdaniem – Joanna Senyszyn i Piotr Gadzinowski to dziewczynki od Pierwszej Komunii. 🙂

Dopóki nie zobaczę – nie uwierzę! Taki ze mnie niedowiarek… 🙂

Kotliński, urodzony w 1967 roku w Kole, w latach 1986-1989 kształcił się w Wyższym Seminarium Duchownym we Włocławku (o którym zresztą w swoich książkach pisze jak najgorzej). Po rocznej przerwie kontynuował naukę w WSD w Łodzi (tam mu było ciut lepiej), jednocześnie studiując na ATK w Warszawie . 12 czerwca 1993 roku przyjął święcenia kapłańskie i został inkardynowany (przyłączony) do archidiecezji łódzkiej.Jako ksiądz diecezjalny był wikariuszem m.in. w Ozorkowie i Aleksandrowie Łódzkim.

W 1996 roku porzucił stan duchowny i przestał utożsamiać się z jakimkolwiek Kościołem. Ożenił się. W latach 1997-1999 pod pseudonimem Roman Jonasz opublikował trzytomową autobiografię pod tytułem „Byłem księdzem”, w której przedstawił swój punkt widzenia na wewnętrzną sytuację w Kościele w Polsce w latach80. i 90. XX wieku. A także gorszące przykłady z życia duchowieństwa, które zraziły go do dalszego pozostawania w kapłaństwie.

 

W 2000 roku, dzięki zarobionym na publikacji pieniądzom, założył antyklerykalny tygodnik „Fakty i Mity”, którego jest redaktorem naczelnym. (opr. na podstawie Wikipedii).

 

Cóż mogę powiedzieć… „Zmęczyłam” całe trzy tomy tych wspomnień (bo staram się dużo czytać o tym, jak ułożyło się życie osobom, znajdującym się w podobnej sytuacji, jak moja – być może poszukując w tym jakichś wskazówek dla siebie…) – z wciąż narastającym uczuciem, że im dalej, tym rysowany obraz Kościoła był mroczniejszy – być może po to, by na tym tle tym bardziej jaśniała postać „jedynego sprawiedliwego” – autora.

 

Jak to ujął mój przyjaciel, również były ksiądz, Tomasz Jaeschke, którego Kotliński próbował (na szczęście bezskutecznie:)) zwerbować do pracy w „Faktach i Mitach” –„czytając to wszystko, trudno wyjść ze zdumienia, w jaki sposób ten biedny Romek wytrzymał tyle lat w tym bagnie, jakim według niego jest Kościół katolicki.” Tomasz twierdzi także, że Kotliński, poszukując sensacji, kilka razy złamał w swoich książkach tajemnicę spowiedzi, ale nie wiem, z czego wysuwa taki wniosek.

 

Ogólnie rzecz ujmując, sądzę, że obraz świata, przedstawiony w „Faktach i Mitach” jest równie „prawdziwy”, jak ten występujący w „Nie” (to zresztą ta sama półka brukowych czasopism). I że „neofici” (dowolnej idei) są zawsze najbardziej gorliwi…

 

Ktoś mi tu niedawno zarzucił niedostateczne bicie się we własne piersi, toteż dodam jeszcze, że zasadniczo uważam, że w mojej sytuacji życiowej istnieją dwie główne drogi postępowania. Można uznać, że to JA popełniłam gdzieś jakiś błąd (grzech, jeśli wolicie…) – ale mimo to Bóg mnie nie opuścił i wcale nieprawda, że WSZYSTKO, w co wierzyłam wcześniej było pozbawione sensu. I o tym właśnie staram się mówić na tym blogu.  Można też (jak Kotliński i jemu podobni) twierdzić, że to, w co się zaangażowaliśmy było złe od samego początku – i właściwie DOBRZE zrobiliśmy, rzucając to w diabły. Nie jestem jednak pewna, czy takie podejście nie rzuca jednak pewnego cienia na naszą rzekomo „niepokalaną” osobę…

A w perspektywie „sukcesu” Palikota i relatywnie słabego wyniku PSL niech mi wolno będzie dodać, że zawsze wierzyłam w to, że (zgodnie z krzywą rozkładu Gaussa:)) ekstremistów w każdym społeczeństwie jest mniej, niż ludzi umiarkowanych i rozsądnych. Myliłam się?

blog_ii_564575_4042888_tr_ryba2A ja wciąż JESTEM… tym, czym za łaską Boga jestem. Przepraszam zgorszonych.

Manifest antyszkolny. :)

W ostatnich dniach wpadł mi w ręce pierwszy numer nowego pisma (związanego z Nową Prawicą Janusza Korwina-Mikke) – „Wręcz Przeciwnie.” Do dnia dzisiejszego wyszły już chyba dwa numery.

Oczywiście, jak zwykle nie mogę powiedzieć, że ze wszystkim, co zostało tam zamieszczone, zgadzam się bez zastrzeżeń, ale muszę przyznać, że artykuł dotyczący szkolnictwa okazał się naprawdę inspirujący. Być może po prostu w kwestiach oświaty i wychowania jestem większą libertarianką, niż dotąd przypuszczałam.:)

Zasadniczo, sądzę, że im mniej PAŃSTWA w życiu obywatela – w MOIM życiu – tym lepiej.

Szczerze mówiąc, zawsze bałam się „drugiej Szwecji” – takiego państwa, gdzie w zamian za „miseczkę” (zasiłki) urzędnicy mogliby nam zaglądać do garnka. Takie wszystkowiedzące urzędniczki mogą być naprawdę niebezpieczne – jak w Norwegii, gdzie trzeba było aż Rutkowskiego, by zwrócił dziecko kochającym je rodzicom. Albo jak w Holandii, gdzie dopiero sąd musiał przywrócić prawa rodzicielskie „brutalom”, którzy pozwolili własnej nastoletniej córce popłynąć w rejs dookoła świata…

Wydaje mi się, że także całe szkolnictwo powinno być prywatne lub/i samorządowe, „obywatelskie” – tak, jak to jest w Stanach.Symptomatyczne, że tam nie ma problemu pt. „religia w szkole.”

Jeśli  ktoś jest np. ateistą i ma dzieci, które chciałby (do czego ma zresztą pełne prawo) wychować we własnym światopoglądzie – no, to wraz z kolegami o podobnych przekonaniach zakłada Radę Szkolną

i wspólnie tworzą dla swoich pociech Szkołę Młodych Racjonalistów im. Richarda Dawkinsa – i po kłopocie.Jeden centralnie ustalany program nauczania dla wszystkich dzieci (nie uwzględniający ich indywidualnych potrzeb i zainteresowań),  to też jedna… wielka pomyłka.

Ogromnie mnie martwi, że tak wielu ludzi niczego wartościowegoW SZKOLE się nie nauczyło. Myślę, że wszyscy przychodzimy na świat z wrodzoną ciekawością świata – a potem nauczyciele i wychowawcy przez lata pracują usilnie nad tym, by nas tego oduczyć.Właśnie we „Wręcz Przeciwnie” przeczytałam, że ten nienaturalny system kształtowania jednakowych uczniów (którzy nawet nie są podzieleni na grupy według poziomu wiedzy, a jedynie „daty produkcji”:)) powstał właściwie dopiero wraz z rewolucją przemysłową: zakładano przecież, że robotnicy fabryczni nie muszą zbyt wiele myśleć ani posiadać żadnych szczególnych talentów… Jedna sztanca skutecznie zabija wszelką indywidualność.

Takiej szkole mówię głośne i stanowcze NIE!

Bez fałszywej skromności – byłam dobrą uczennicą, ale i tak męczyłam się strasznie, próbując sprostać „wymogom programowym” np. z ZPT, plastyki i muzyki. Dla mnie, niepełnosprawnej, wiele rzeczy było tu po prostu nie do przejścia. Umierałam ze strachu przed każdą taką lekcją.
I po co to? Się pytam, po co?
Czyż i bez tego nie jestem inteligentną i samodzielnie myślącą istotą?:) (Oraz bardzo skromną, naturalnie…;))

;)
Uwaga: wcale nie chodzi mi o kolejną „reformę programową.” Nie. Mnie by chodziło o to, żeby w ogóle zlikwidować centralne sterowanie oświatą.

Szwajcaria na przykład W OGÓLE nie ma ministerstwa edukacji – i jakoś żyją, i nie są analfabetami…
Niech rodzice, pedagodzy i dzieci SAMI decydują czego mają (się) uczyć. A ta banda urzędników z ministerstwa, co to „wiedzą lepiej”? No, cóż – może poszłaby do szkoły i nauczyła się czegoś pożytecznego…:)

To na pewno nie przypadek że idea „państwowej szkoły” miała zawsze największe poparcie właśnie wśród urzędników i nauczycieli – ale ja nie rozumiem, czemu chłopca, który chce być piłkarzem, trzeba koniecznie zmuszać do nauki geometrii (a mnie – z moją niesprawną ręką – do gry na flecie i wycinanek?:))?
Przecież to jakiś absurd!Michał Anioł, zanim został wielkim artystą, zamiast siedzieć w szkolnych ławach, przez kilkanaście lat terminował u innych mistrzów. Alberta Einsteina usunięto ze szkoły średniej za „brak jakichkolwiek postępów” w naukach humanistycznych. Aleksander Gudzowaty uczciwie przyznał, że swoje „przydziałowe” 12 lat w szkole przesiedział zupełnie bez sensu – ale dzięki temu zaoszczędzoną energię mógł następnie wykorzystać na „ważniejsze” rzeczy  – i teraz to on jest jednym z najbogatszych Polaków, a nie niżej podpisana, ze wszystkimi piątkowymi świadectwami. 🙂

Zastanawiam się, ilu Einsteinów i Michałów Aniołów zdoła wychować nasza szkoła? Mam wrażenie, że takie szkolnictwo, jakie mamy teraz, to taki zamknięty system, który służy tylko sam sobie.:)


A czasami szkoła to po prostu swoista „przechowalnia” dla dzieci, z którymi rodzice nie wiedzą, co zrobić – a w szkołach tzw. „specjalnych”.

które z założenia powinny zwracać większą uwagę na indywidualne możliwości uczniów, bywa z tym jeszcze gorzej.
Anna Sobolewska, matka Celi, zdolnej malarki z zespołem Downa, w swojej książce napisała, że w szkole (integracyjnej zresztą) długo nikt nie zwrócił uwagi na to, że jej córka ma w ogóle jakiś talent.
W wielu szkołach – nie tylko tych „specjalnych” – nie podejmuje się najmniejszego wysiłku, by odkryć w czym jesteś naprawdę dobry – i pomóc Ci znaleźć jakiś sensowny pomysł na życie.
Zwykle bardziej liczy się „program”, niż konkretny człowiek (a dla mnie NAPRAWDĘczłowiek jest najważniejszy:)). :)
Nie pojmuję np. jak premier Tusk mógł „uszczęśliwić” WSZYSTKICH maturą z matematyki – mimo że sam kiedyś wyznał w wywiadzie, że zdał ją z trudem.
(Ja bym ją oblała zapewne, na szczęście wtedy jeszcze miałam wybór i roztropnie wybrałam historię – trzeba znać własne ograniczenia:))
Coraz częściej wydaje mi się, że nasze szkoły masowo produkują bezmyślnych wypełniaczy testów i klientów pomocy socjalnej – to trochę tak, jakby państwo ubezwłasnowolniało ludzi, ucząc ich, że to nie oni sami, tylko zawsze „ktoś tam” powinien się zająć ich problemami i potrzebami. Jakiekolwiek by one były.

W Wielkiej Brytanii są już rodziny od trzech czy nawet czterech pokoleń żyjące z zasiłków. Gdy się ten system kiedyśNAPRAWDĘ załamie, to dopiero będzie płacz…W tym miejscu pragnę podziękować memu Przyjacielowi, którego cenne uwagi przyczyniły się walnie do powstania niniejszego tekstu.

Miłość po grecku.

Na temat czasów antycznych panuje wiele błędnych przekonań, a jednym z nich jest i to, że greccy i rzymscy „poganie” radośnie oddawali się wszelkim możliwym uciechom seksu – aż przyszło to wstrętne chrześcijaństwo i zakazało w tym względzie wszystkiego, co tylko dało się zakazać.

Tymczasem jednak prawda jest (jak zwykle) o wiele bardziej skomplikowana.

Wprawdzie homoerotyzm czy też biseksualizm (i to zarówno w wersji męskiej, jak i kobiecej) uznawano zasadniczo za zjawisko normalne, ale przede wszystkim jako swego rodzaju „fazę rozwojową”, przygotowującą młodych ludzi do społecznie użytecznego heteroseksualnego małżeństwa.

Jeśli związek młodego ucznia z mistrzem przekraczał granicę erotyczną, był tolerowany społecznie do czasu, gdy na ciele młodzieńca pojawiał się zarost – znak, że okres dojrzewania ma on już za sobą. (W przypadku dziewcząt zwykłym punktem granicznym było wystąpienie pierwszej miesiączki).  Wiek tych chłopców wahał się więc (co może być dla nas szokujące) od około 12 do 17 lat.

Grecka „pederastia” (miłość do chłopców) była typowym elementem życia wyższych sfer – zamożnych, wolnych obywateli, których stać było na hojne obsypywanie prezentami swoich młodych ulubieńców. Nawet w Atenach była to raczej nieliczna grupa. Ówczesne komedie dobitnie świadczą o tym, że przeciętny obywatel uważał namiętność mężczyzn do urodziwych chłopców za przejaw degeneracji i rozpasania.

Mimo wszystko podlegało to rozmaitym regułom – niedopuszczalna była np. jakakolwiek penetracja młodszego partnera przez starszego, tolerowano wyłącznie tzw. „pozycję międzyudową”, przy której mężczyzna zaspokajał własne pragnienia między udami młodzieńca. Zakładano, że chłopiec nie powinien przy tym doświadczać rozkoszy (być może dlatego, by nie uległ przyzwyczajeniu, zgodnie z prawem pierwszych połączeń?). Stosunki tego rodzaju mogły trwać jedynie do osiągnięcia pełnej dojrzałości płciowej, później postrzegano je jako nieprzyzwoite.

Z tego też powodu  Grecy znali jedynie pojęcie „pederastia”, nie zaś „homoseksualizm” – stosunków homoseksualnych nie postrzegano jako wzorca dla bardziej długotrwałych czy wręcz dożywotnich związków między dwoma wolnymi mężczyznami. A już tymi, którzy by w takich związkach przyjmowali bierną (a więc „niemęską”) pozycję, jawnie pogardzano.

Normalnie oczekiwano od młodzieńca po ukończeniu „efebii” (w wieku około 20 lat), że się ożeni i założy własny „dom” (oikos), w skład którego oprócz jego żony i dzieci wchodziła także służba i niewolnicy obojga płci.

W Atenach jednak związki małżeńskie zawierano dość późno, mężczyźni, w przeciwieństwie do kobiet, dopiero około 25 roku życia, lub nawet później, pod trzydziestkę. Co więc pozostawało?

Hetery (rodzaj luksusowych gejsz o znacznych nieraz wpływach) albo wizyty w domach publicznych. Prostytucję uprawiały zarówno kobiety wolne, jak i niewolnice. Te ostatnie za pieniądze uzyskane z nierządu mogły na ogół wykupić się z niewoli, potem jednak zazwyczaj skupiały wokół siebie inne niewolnice i otwierały własne „salony.” Na klientów czekały tu zarówno damskie (pornai), jak i męskie (pornoi) prostytutki.

W Atenach największe skupisko takich przybytków znajdowało się w porcie Pireus, słynęła z nich także śródmiejska dzielnica Kerameikos. W Koryncie (który był tak znany ze swych uciech, że określenie „córa Koryntu” stało się wręcz starożytnym synonimem prostytutki), ponad 100 kapłanek świątyni Afrodyty oferowało swe „święte” usługi przybyszom. Płatna miłość nie cieszyła się uznaniem, ale tolerowano ją, o ile tylko oddający się jej obywatele sumiennie wykonywali przy tym swoje powinności wobec rodziny.  Niektórzy (podobnie jak później św. Tomasz z Akwinu) uważali nawet prostytucję za niezbędną, aby chronić „szacowne”  żony i córki obywateli przed wybujałymi apetytami mężczyzn.

(Co ciekawe, z zachowanych dzieł sztuki wynika również, że duże fallusy uważano ówcześnie za przejaw pewnej zwierzęcej dzikości i nieokrzesania – stąd przypisywano je głównie satyrom, względnie niewolnikom – cywilizowany obywatel winien był się szczycić atrybutami skromniejszych rozmiarów.)

Hetery („towarzyszki, przyjaciółki”) to najbardziej luksusowa klasa prostytutek. Również ich działalność polegała głównie na uprawianiu seksu, ale koniecznie z domieszką wyrafinowanej erotyki, artystycznego powabu i wdzięku. Umiały one grać na instrumentach, tańczyć i zabawiać biesiadników błyskotliwą rozmową – tak więc w świecie greckim były (zgodnie z nazwą) intelektualnymi partnerkami dla wolnych mężczyzn, których na próżno szukaliby oni we własnych domach.

Nie dziwota więc, że to hetery bywały przedmiotem prawdziwej miłości i natchnieniem dla artystów, jak niejaka Fryne, która użyczyła swoich kształtów posągowi Afrodyty z Knidos Praksytelesa (kiedy przeciw pięknej modelce wytoczono proces sądowy, jej obrońca w kulminacyjnym momencie swej mowy ściągnął z niej suknię – a sędziowie patrząc na nią oniemieli w nabożnym skupieniu – ujrzeli bowiem przed sobą już nie oskarżoną Fryne, lecz żywe wcielenie bogini.:)).

Dla byłej hetery, mądrej i pięknej Aspazji z Miletu, nawet wielki Perykles stracił głowę do tego stopnia, iż porzucił dla niej swoją prawowitą małżonkę (której nawet nie znamy z imienia) i żył z nią w konkubinacie, uzyskując w drodze wyjątku obywatelstwo ateńskie dla spłodzonego z nią syna, również Peryklesa.

Czy jednak to, że wolnym mężczyznom w Atenach wolno było bezkarnie utrzymywać stosunki intymne ze służącymi (choć nie wbrew ich woli – tłumaczyłoby to tak wielką popularność domów publicznych), heterami i konkubinami – za „zdradę małżeńską” uchodziło JEDYNIE współżycie mężczyzny żonatego z mężatką z innego oikos – musi oznaczać, że wydawane w młodym wieku za mąż „przyzwoite kobiety” były skazane na zawsze nieszczęśliwe życie – bez miłości? Niekoniecznie.

Malowidła na wazach ukazują nam wielokrotnie mężatki, oczekujące powrotu męża do domu: kokieteryjnie obnażone do pasa i przebierające z namysłem wśród kosmetyków i biżuterii. Na mężczyzn szczególnie podniecająco działały żółte jak szafran przejrzyste tuniki i wstążki na piersi, które więcej odsłaniały, niż zakrywały.

Zarówno mity greckie (takie, jak ta urocza historia o dwójce staruszków, którzy ubłagali Zeusa, aby dane im było RAZEM zejść z tego świata), jak i niektórzy filozofowie sławili ideał pożycia małżeńskiego, opartego na przyjaźni, harmonii i związku miłosnym. I jeśli nawet dopiero cywilizacja łacińska (rzymska  i chrześcijańska) zacznie ów ideał – nie bez trudności! – wcielać w życie – to jednak już w niektórych komediach Arystofanesa (jak Lizystrata) pobrzmiewa wyraźna tęsknota za takim właśnie, bardziej „partnerskim” małżeństwem.55

 

Bibliografia: Michael Weithmann, Ksantypa i Sokrates. Eros, małżeństwo, seks i płeć w antycznych Atenach, wyd. polskie Klub dla Ciebie, Warszawa 2005.