E(ste)tyczne Sądy Ostateczne.

Profesor Magdalena Środa znów jest w swoim żywiole. Wszak dzień, kiedy nie można uczynić jakiegoś przytyku w stronę tych wstrętnych, polskich katolików, jest dniem straconym w życiu każdej szanującej się filozofki, czyż nie?

Tym razem, w ostatnim „Wproście” asumpt do potraktowania tych ludzi „jak się należy” dał owej wybitnej kobiecie oczywiście równie wysokiej klasy artysta, Robert Kozyra, że swoim jakże odkrywczym wytworem, polegającym na kopulowaniu z krucyfiksem.

Nasza najznakomitsza intelektualistka, poruszona niczym pensjonarka, opisuje owo dzieło naturalnie w samych superlatywach, używając przy tym nawet tak trudnych słów, jak „transgresja”.:)

Widzi w tym m.in bunt wolnej myśli przeciw religijnej opresji i bezmyślnej (podobno) „idolatrii” katolików oraz obraz przejmującej samotności nieprzeciętnej jednostki. Ja tego wszystkiego niestety nie dostrzegłam (być może nie jestem godna…)  – i gdybym była tak złośliwa, jak nie jestem, zaryzykowałabym twierdzenie, że podobny jęk zachwytu wywołałoby u niejWSZYSTKO, co byłoby antychrześcijańskie, a osobliwie antykatolickie.  Chciałabym tylko nieśmiało zapytać, czy podobne uniesienia profesoressa przeżywałaby, gdyby nago odziany Mistrz postanowił odbyć stosunek np. ze zwojem Tory lub Koranu, które to również (o ile mi wiadomo) są przedmiotem czci ze strony wyznawców w ich świątyniach.

Albo gdyby, w ramach performance’u oczywiście, postanowił użyć tęczowej flagi jako papieru toaletowego (wydaje mi się, że poziom obrzydliwości byłby we wszystkich tych przypadkach porównywalny)? Śmiem powątpiewać. Przemoc symboliczna (skierowana w stronę symboli) nie przestaje przecież być przemocą, pani profesor.

Ale nie o tym chciałam – wszak de gustibus non est disputandum, jak mawiali starożytni. Zresztą nie ja tu jestem od wydawania sądów.

Sądy wydaje za to, śmiało i bez najmniejszego wahania, sama profesor Środa – otóż dla niej każdy, kto się z nią nie zgadza w ocenie (nie tylko estetycznej zresztą) owego arcydzieła – a więc i niżej podpisana! – jest nikim więcej, jak tylko „kołtunem” (choć, po prawdzie, i to słowo ma chyba więcej wspólnego z „mową nienawiści” niż z tolerancją dla inaczej myślących?).

I już. Żadnej pogłębionej refleksji, żadnej (nawet tyciej) próby wyważenia racji, czy choćby zrozumienia „przeciwnika.” Czego przecież wypadałoby oczekiwać od „filozofy.”

Rachunku sumienia i refleksji potrzebują w jej pojęciu wyłącznie katolicy, więc z zapałem bije (się) jak zwykle tylko w ich piersi.

Podejrzewam zresztą, że gdyby – jakimś cudem – nikt z tamtej strony nie zareagował na prowokację (kto wie, może tak właśnie należało postąpić?) zasłużyliby tylko na kpinę innego rodzaju: „Patrzcie, tacy są niby uduchowieni, a w rzeczywistości, jak wszyscy normalni ludzie, obojętni religijnie: już nawet nie reagują, kiedy ktoś szarga ich tak zwane świętości.”

Tym prostym sposobem na zaszczytne miano „kołtuna polskiego” zasłużył sobie m.in. Marcin Meller, były naczelny „Playboya”, który trzeźwo zauważył, komentując to samo wydarzenie artystyczne, że nie ma w dzisiejszej sztuce nic prostszego, niż „podrażnić się” trochę z katolikami, np. wsadzając im krzyż do pojemnika z moczem – albo sobie w de.

To – stwierdza Meller – stało się śmiesznie łatwe, tanie i od dawna już żadnej odwagi nie wymaga. Natomiast na podobne zabawy z innymi symbolami nikt by się raczej nie poważył.

Kto by się jednak przejmował jakimś tam Mellerem, prawda? To, po pierwsze, jest mężczyzna – po drugie zaś – kolejny „polski kołtun” który za wszelką cenę stara się udowodnić, że nim nie jest. Ale my znamy takich, znamy! Nie z nami te numery, Meller!

Założę się, że na pewno bardziej podoba mu się szowinistyczna, męska „Bitwa pod Grunwaldem” (no, i gdzie tu parytety, gdzie?) – niż wybitna praca Doroty Nieznalskiej, pokazująca, co należy w dzisiejszych czasach zrobić z męskimi genitaliami.

Swoją drogą, ciekawa jestem także opinii naszej mistrzyni nauk i sztuk wszelakich – która dała się tym samym poznać także jako wnikliwa krytyczka sztuki nowoczesnej – o takich nieuleczalnych „religiantach” jak da Vinci, Michał Anioł czy Rafael – przecież ci to dopiero szerzyli „katolicką idolatrię” na wielką skalę. :) Co prawda, niektórych z nich mogłoby w jej oczach może nieco usprawiedliwić to, że byli „kochającymi inaczej.”

W związku z powyższym zachodzę w głowę, czy taka np. Kaplica Sykstyńska to w istocie „arcydzieło sztuki gejowskiej”? :) Zawsze myślałam, że sztuka dzieli się zwyczajnie na „dobrą” i „złą” – a nie na homo-i heteroseksualną – ale co tam taka kołtunka jak ja może wiedzieć o Naprawdę Wielkiej Sztuce, nieprawdaż?

Zastanawiam się także, kto o dziele Kozyry pamiętał będzie za lat, powiedzmy, dwadzieścia, gdy już ucichnie szum kolejnego skandalu. A o da Vincim czy Rafaelu Santim jakoś się pamięta…

I wprawdzie postrzeganie wytworów sztuki sakralnej li tylko jako przejawu „bałwochwalstwa” wydaje mi się nieco płytkie i prostackie, czuję się jednak w obowiązku powiedzieć, że MNIE, katoliczce, nagi facet obleśnie liżący wizerunek Ukrzyżowanego NIE JEST POTRZEBNY do tego, by wiedzieć, że mój Bóg nie mieszka w tym wizerunku. Od zawsze to wiedziałam. Co więcej – powiedziano mi o tym również na lekcjach religii.

Podobne subtelności nie zaprzątają jednak głowy pani profesor. Wielkie umysły widocznie nie miewają wątpliwości. A ich sądy (nie tylko estetyczne) są zawsze ostateczne. I nieomylne.

Jak i w innym przypadku, gdy nasza koryfeuszka po raz kolejny zabłysnęła wiedzą, tym razem z dziedziny biblistyki.

„Tym, który pierwszy powiedział, że nie ma już mężczyzny ani kobiety, lecz wszyscy jesteśmy równi był Jezus Chrystus. Można więc powiedzieć, że był On też pierwszym wyznawcą ideologii gender.” – oznajmiła z dużą (jak zwykle) pewnością siebie.

Wszystko się zgadza, pani profesor – tyle, że autorem cytowanych słów był nie Jezus, lecz niejaki Paweł z Tarsu, który tak pisał do mieszkańców Galacji. I nie mówił w tym przypadku o „równości” lecz o „jedności w Chrystusie”. Któż by się jednak przejmował takimi drobiazgami… :)

Oczywiście, nikt się nawet nie odważył jej skorygować.

W tym kontekście dosyć zabawnie zabrzmiała mi prośba biskupa Pieronka, który apelował do pani profesor o „więcej pokory.” Daremne słowa, próżny trud, księże biskupie. Ta pani ma co najmniej tak rozwinięte ego, jak co poniektórzy biskupi…:)

 

Bóg na ławie oskarżonych.

Szczerze mówiąc, byłam trochę rozbawiona, czytając o inicjatywie pewnego amerykańskiego ateisty, który postanowił pozwać… Boga przed Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych, m.in. pod zarzutem doprowadzenia do nieszczęść i zbrodni, opisanych w Biblii.

Z podziwu godną logiką zauważył on np. że skoro Oskarżony „jest wszędzie”, to może się także w oznaczonym terminie stawić przed trybunałem. Zabawne?

Nie tak całkiem, jeśli zauważy się, że my wszyscy robimy coś podobnego każdego dnia, choć może w dużo mniej spektakularny i konsekwentny sposób.

Rzecz ciekawa, w naszym dzisiejszym świecie rzadko się zdarza, by ktoś przypisywał Bogu wprost swoje sukcesy. A nawet, gdyby ktoś nieopatrznie tak uczynił (mówiąc np. że „dobry Bóg dał mu trochę talentu”) – łatwo mógłby zostać uznany przez innych za „dewota”, „mohera”, słowem, człowieka, który niepotrzebnie miesza Boga w swoje ludzkie sprawy.

Nie, w takich wypadkach mówi się raczej: „To ja SAM do wszystkiego doszedłem! Tylko SOBIE to zawdzięczam!”

Ale niech no tylko zdarzy się jakieś nieszczęście, wypadek, katastrofa naturalna… Sytuacja wówczas zmienia się diametralnie.

W takich momentach nawet zaprzysięgli ateiści przywołują pytanie: „No, i gdzie był Bóg, że do tego dopuścił?!”

Często odnoszę wrażenie, że dla wszystkich – wierzących i niewierzących – Bóg staje się w takich chwilach Kimś w rodzaju „kozła ofiarnego”, na którego można zrzucić wszystkie NASZE ludzkie błędy i zaniedbania. Staje się idealnym oskarżonym. Tym bardziej, że przecież się nie broni.

Mówimy wtedy: „Gdzie był Bóg, kiedy JA …” No, gdzie On był?!

Przecież powinien był mnie powstrzymać, ochronić, stuknąć mnie w łeb, walnąć piorunem, nie pozwolić mi… Powinien był! Powinien był! W końcu to jest Jego święty obowiązek!

A ja, odkąd jestem matką, wiem, że o ile na początku działanie wychowawcze musi skupiać się głównie na tym, by skutecznie „powstrzymywać” dziecko przed zrobieniem tego, co mu zagraża (jak zjechanie samochodzikiem ze schodów, co Aniela od kilku dni próbuje zrobić z podziwu godnym uporem), to jednak w miarę upływu czasu polega na dawaniu mu coraz większej WOLNOŚCI.

I wydaje mi się, że tak właśnie postąpił z ludźmi Pan Bóg: obdarzył ich wolnością. I rozumem, aby wiedzieli, jak mądrze jej używać.

Ja często mówię, że to nie Bóg nakazał zbudować Oświęcim. I nie Bóg kazał pewnemu młodemu idiocie pędzić na motorze 100 kilometrów na godzinę bez kasku; a innemu (mimo wielokrotnych ostrzeżeń!) skakać na główkę do płytkiej wody. Bóg nie kazał nikomu nikogo zabijać… I tak dalej, i tak dalej.

Z problemem tym wiąże się dla mnie jeszcze inna kwestia, bardziej osobista – czy mianowicie uważam, że kobiety, które urodziły niepełnosprawne dzieci są w jakiś sposób „same sobie winne” – w dodatku jakby „winne podwójnie” bo przecież „skazały swoje dzieci na cierpienie” (co też zdaje się sugerować obiegowa opinia, jakoby te, które się na takie „wariactwo” decydują robiły to na zasadzie dobrowolnego „wyboru.” Pozostałym zaś, tym bardziej „normalnym”, należy wobec tego dać alternatywę w postaci aborcji. Według mnie trudno o większą bzdurę: nie znam nikogo, kto by się obudził rano z myślą: „Och, to takie cudowne mieć chore dziecko! Zrobimy sobie takie!” Po prostu czasami takie się rodzą. I nie zawsze tylko „innym.”

Podejście takie jest przy tym o tyle perfidne, że przerzuca całą odpowiedzialność za to na kobietę, matkę „takiego” dziecka – obarcza ją całą „winą”: „Sama tego chciałaś, więc dlaczego teraz płaczesz? Czego chcesz od nas jeszcze?” Chcącemu podobno nie dzieje się krzywda.

Nie. Nie i jeszcze raz nie. Uważam, że nie są niczemu winne (choć wiem, że był taki czas, gdy np. moja Mama uważała inaczej). No, może poza przypadkami, gdy np. świadomie piły w ciąży alkohol, brały narkotyki. Tam, gdzie nie ma „premedytacji” trudno też mówić o winie czy grzechu.

A gdybym miała szukać „winnych” swojej własnej niepełnosprawności (choć co prawda nie jestem przekonana, że w ogóle muszę to robić) – byliby to raczej ci ludzie – osobiście mi nieznani – którzy w swoim czasie nie dopatrzyli stanu technicznego inkubatora, a potem stanu leżącego w nim dziecka, czyli mnie.

A więc znowu mielibyśmy tu do czynienia raczej z „czynnikiem ludzkim” niż z jakimś złośliwym działaniem (czy zaniechaniem) Boga…

Muszę się przyznać, że osobiście większe problemy w omawianym kontekście sprawiało mi zawsze tzw. „zło niezawinione przez nikogo”, np. katastrofy naturalne.

Można jednak zauważyć, że i część z tych, wydawałoby się, zupełnie „przypadkowych” zdarzeń może być po części skutkiem naszego działania, np. zanieczyszczenia środowiska naturalnego, o czym dość zgodnie mówią i ekolodzy i teologowie.

A pozostałe? No, cóż – choć sama bardzo nie lubię tłumaczenia wszystkiego tym, że (rzekomo) „Bóg tak chciał” (dla kogoś, kto np. właśnie stracił dziecko to raczej marna pociecha; trudno mi też przypuścić, by Bóg faktycznie PRAGNĄŁ cierpienia niewinnych istot) – to jednak sądzę także, że Bóg nie byłby Bogiem, gdyby nie było w Nim miejsca na pewną TAJEMNICĘ.

Nie musimy (choć bardzo chcemy) zaraz wszystkiego „rozumieć” – choć mnie samej wydawało się czasem, że byłoby mi łatwiej, gdybym jednak zrozumiała…

„To, co zrozumiałeś – to już nie jest Bogiem.” – napisał ks. Jan Twardowski.

„Nieudana adopcja” czy trudne rodzicielstwo?

Na bardzo wielu blogach, poświęconych walce z niepłodnością, powtarza się mniej więcej taka refleksja: „Wszyscy mi mówią, że przecież jest jeszcze adopcja. No, tak. Ale myślę, że do tego trzeba mieć cholernie dużo odwagi.”

Pobrzmiewa tu przekonanie – bardzo w ludziach silne (naturalne, można powiedzieć) – że ze „swoim” biologicznie dzieckiem to się zawsze człowiek jakoś dogada, a z takim „obcym” to… nigdy nic nie wiadomo!

W tego typu myślenie wpisał się też chyba ostatnio Onet, publikując jako „temat dnia” materiał o „nieudanych adopcjach.”

Opisano w nim kilka różnych przypadków, gdy przysposobienie dziecka się „nie powiodło” – m.in. przypadek dziewczynki, która uciekła z domu, chodziła po ulicach, żebrała i wszystkim opowiadała, że jest adoptowana, a mamusia jej nie kocha…

No, cóż – zdarza się, nawet w najlepszej rodzinie.

Znacznie bardziej zadziwił mnie jednak tatuś adopcyjny tej panienki, który, dowiedziawszy się o jej wybrykach, doradził żonie, by małą… oddała z powrotem.

Ja wiem, proszę państwa, że żyjemy dziś w kulturze „jednorazówek”, gdzie, kiedy się coś zepsuje, to się to wyrzuca, a nie naprawia (i takie podejście do świata przenosimy często i na nasze relacje międzyludzkie). Ale dziecko to nie jest szczeniak, którego można zwrócić do schroniska (choć, po prawdzie, stworzeniu też bym tego nie zrobiła!), ponieważ nasikał nam w kapcie. A ośrodek adopcyjny to nie jest supermarket z idealnymi bobaskami „na wymiar” w ofercie.

(Nawet, jeśli sam personel czasami tak chciałby takie miejsca traktować. Opowiadałam tu już kiedyś o pewnej swojej sąsiadce, która „wzięła sobie” chłopca z Domu Dziecka. „Tak naprawdę to ja miałam wziąć dziewczynkę – mówiła potem ta kobieta – ale ten mały od początku tak się do mnie przyczepił, że nie było rady…” :)

Otóż tego chłopca to jej panie opiekunki…odradzały. Miał być, podobno, „za brzydki” żeby go adoptować.

Tego już moja sąsiadka, prosta kobiecina, nie zdzierżyła – i zdumiona wykrzyknęła: „A co to ma, kurna, być?! Sklepik?!”)

Co to by było, gdyby i rodzice biologiczni zaczęli w podobny sposób „pozbywać się” dzieci, które sprawiają im kłopoty?

Wprawdzie słyszałam, że pierwszy krok w tym kierunku uczyniła już aktorka Anna Samusionek, prosząc by policja odwiozła jej „krnąbrną” córeczkę raczej do Domu Dziecka (podobno straszyła także pociechę umieszczeniem w szpitalu psychiatrycznym…) – niż do ojca, z którym mała chciałaby mieszkać – ale mam jednak nadzieję, że takie „metody wychowawcze” nigdy nie staną się standardem.

Proszę mnie źle nie zrozumieć – ja wiem, że adopcja dziecka wiąże się z wieloma problemami (od administracyjnych po psychologiczne) i nie mam wcale zamiaru umniejszać poświęcenia ludzi, którzy się na nią decydują.

Zdaję sobie też sprawę z faktu, że dzieci z Domu Dziecka mogą być obciążone własnymi, specyficznymi trudnościami, tym chyba większymi, im dłużej przebywały w niezdrowym otoczeniu – czy to rodzinnym, czy „państwowym.”

Dlatego też jestem zdania, że należy uczynić WSZYSTKO, co tylko możliwe, aby do adopcji przekazywać dzieci jak najmłodsze.

Sęk jednak w tym, że uważam, że aby W OGÓLE zdecydować się na dzieci trzeba mieć „cholernie dużo odwagi” (żeby znów zacytować naszą blogerkę:)). Jak to celnie ujęła amerykańska pisarka, Danielle Steel: „Macierzyństwo nie jest dla słabych duchem. Żaby w salonie, pokrwawione kolana i inwektywy od nastolatki nie są dla mięczaków.” No, właśnie.

I, szczerze mówiąc, nie wierzę, żeby istniała tu jakaś zasadnicza różnica pomiędzy rodzicielstwem biologicznym a „zastępczym.”

Zresztą, nasze biologiczne dzieci też mogą w pewnym momencie nas „zawieść” , okazać się niezupełnie takie, jakie sobie wymarzyliśmy. I do kogo mamy wówczas składać „reklamacje”? Hę?

Sama znałam dwóch chłopców, normalne, kochane przez wszystkich dzieciaki – jak najbardziej biologiczne dzieci swoich rodziców. A jednak, gdy się przenieśli z tej miejscowości do większego miasteczka, wpadli w złe towarzystwo i w końcu okradli własną babcię-staruszkę, która ich wychowała…

Tak, tak – rodzicielstwo to bardzo ryzykowne przedsięwzięcie… Ale jak ja lubię ten dreszczyk emocji!;)

A zdjęcie tej uroczej brudaski (która mnie natychmiast zauroczyła, gdy szukałam odpowiedniej ilustracji do tego posta) pochodzi ze strony dziecisilesia.pl

Wiara w teatr.

Po ostatniej „awanturze” w Teatrze Starym w Krakowie, kiedy to starsi ludzie (widzowie?) przerwali kontrowersyjną sztukę Jana Klaty „Do Damaszku” według Strindberga  – rzekomo w proteście przeciw nazbyt wulgarnym scenom (znakomity aktor Krzysztof Globisz musiał np. kopulować z dekoracją)  – natychmiast odezwały się głosy, że w rzeczywistości była to zaplanowana akcja samego reżysera obliczona na zyskanie rozgłosu.

Znając trochę wcześniejsze „dokonania” tego awangardowego (i mocno lewicującego) artysty, jak również filozofię sztuki współczesnej, której nic tak dobrze nie robi, jak jakiś skandal, najchętniej na tle religijnym lub obyczajowym  (szczególnie tam, gdzie talentu nie dostaje) – jestem nawet skłonna w to uwierzyć.

I przyznać muszę, że oglądając dostępne w Sieci zapisy wideo z tego wydarzenia, także odniosłam wrażenie, że chodzi tu raczej o starannie wyreżyserowany happening, niż spontaniczny protest jakichś „oburzonych”.

Zbytnio to wszystko schematyczne, grubymi nićmi szyte. Te wszystkie okrzyki „Hańba! Wstydźcie się!” I wyklaskiwanie protestujących – którzy ostatecznie musieli opuścić teatr – przez wyraźnie rozbawioną młodą publiczność, przy akompaniamencie okrzyków samego mistrza, który uprzejmie kazał owym staruszkom się „wynosić.” Zbyt to wszystko… teatralne.

Zupełnie, jakby reżyser chciał przez to powiedzieć swoim widzom: „Zobaczcie, „oni” tu są, pośród was i tuż za progiem! Ci, których oburza wszystko, co tylko zatrąca o seks lub religię. Oni nie rozumieją nowoczesności – i tylko czyhają, żeby odebrać wam waszą wolność! Wasze świątynie, to jest teatry… Strzeżcie się! Strzeżcie się!”

Ale możliwe jest również, że był to autentyczny gniew prawdziwych teatromanów przeciwko temu, co Klata zrobił z renomowanym Teatrem Starym w Krakowie. Tak twierdzi np. na portalu NaTemat.pl Kazimierz Kutz, którego trudno raczej podejrzewać o szczególnie „propisowskie” czy konserwatywne sympatie.

Jeśli to jednak prawda, to tym bardziej mi smutno. Bo to oznacza, że jest jeszcze u nas wielu ludzi, którzy – zupełnie, jak ci Sarmaci z XVIII-wiecznych anegdot, którzy, przybywszy do stolicy na spectaclum, chcieli szablami bronić czci więzionej na scenie dziewicy – nie rozumieją do końca umowności sztuki teatralnej, tego, że jest to tylko pewna konwencja.

(Na przykład: jeśli ktoś na scenie odtwarza postać kurtyzany, niekoniecznie oznacza to, że i w życiu prywatnym jest osobą niemoralną.)

Bo jak inaczej zrozumieć te okrzyki pod adresem Doroty Segdy – „byłaś siostrą Faustyną, teraz jesteś nikim!”?!

Aktor przecież nie ponosi odpowiedzialności za to, co reżyser kazał mu grać…

Jeśli o mnie chodzi, nie byłam „zgorszona”, gdy Artur Żmijewski (związany z „Krytyką Polityczną”) odwzorowywał na deskach teatru mszę świętą (w skali 1:1, można powiedzieć), próbując przedstawić ją tylko jako „spektakl”, całkowicie wyprany z sacrum.

To nie było obrazoburcze – choć zapewne autor życzyłby sobie inaczej:) – cieszyłam się nawet, że współczesna kultura (w dużym stopniu „wyjałowiona” przez poprawność polityczną) wciąż sięga do religii, jako do nigdy nie wyczerpanego źródła inspiracji. Nawet, jeśli głównie się z nią sprzecza.

Dla naszego coraz bardziej zlaicyzowanego świata jedynymi akceptowalnymi „świątyniami” stają się powoli teatry. Poniekąd zauważa to także Kutz w cytowanym przeze mnie tekście, stwierdzając, że utarło się, że w teatrze publiczność powinna „zachowywać się jak w kościele.”  (I, co z tego wynika, nie protestować, gdy jej coś nie odpowiada.)

Jeśli tak jest, to można powiedzieć, że przybytki Melpomeny powracają w ten sposób do swojej pierwotnej funkcji, ponieważ teatr w starożytnej Grecji narodził się właśnie z widowisk o charakterze religijnym.

Toteż nie oburzyła mnie nawet sztuka „Ofiara Wilgefortis” Teatru Wierszalin, którą wielu swego czasu uznało za bluźnierczą.

Po raz pierwszy ze średniowieczną chrześcijańską legendą o Wilgefortis zetknęłam się w książce Olgi Tokarczuk Dom dzienny, dom nocny, którą przeczytałam, gdy jeszcze byłam żarliwie wierzącą nastolatką.

I wówczas zauroczyła mnie ta opowieść o dziewczynie, która tak umiłowała Chrystusa, że – broniąc się przed narzuconym jej przez ojca małżeństwem – uprosiła Go, aby jej dał swoją twarz. Rozwścieczony ojciec, widząc brodatą córkę, uznał to za działanie szatana i kazał biedaczkę ukrzyżować („skoro On jest twoim kochankiem, to umrzesz tak, jak On!”).

Wydawało mi się to bardzo piękne, bo zawsze wierzyłam, że – jak przeczytałam ostatnio w pewnej książce – „człowiek staje się podobny do tego, na kogo patrzy z miłością.”

Poczułam się więc trochę zniesmaczona, czytając teraz np. w Wikipedii, jakoby legenda o Wilgefortis odwoływała się do mitów androgynicznych i mówiła po prostu o „przekraczaniu granic biologicznych między płciami.”

Doprawdy, nie rozumiem, dlaczego wszystko trzeba interpretować podług założeń ideologii gender. Dla niektórych być może ukrzyżowana kobieta z brodą oznacza jedynie, że „Chrystus była kobietą!” Dla mnie nie.

 

 

Zdjęcie przedstawia scenę ze spektaklu „Ofiara Wilgefortis” Teatru Wierszalin.

Ale mimo wszystko…przy całej  mojej tolerancji dla twórczych eksperymentów…chciałabym też wyznać nieśmiało, że ja wciąż wierzę w stary, dobry teatr.

Taki, jaki był dawniej – prawdziwą „świątynię sztuki i kultury”.  Miejsce, którego wyjątkowość podkreślano nawet szczególnym strojem. I zachowaniem.

Miejsce, gdzie nie tylko starano się „sportretować” wiernie otaczający nas świat (aby wysłuchać soczystych przekleństw, nie trzeba dziś koniecznie wydawać pieniędzy na bilet – wystarczy w tym celu po prostu wyjść na ulicę…) – ale i powiedzieć coś o tym, jaki POWINIEN on być.

Żeby i widz po wyjściu mógł poczuć się choć odrobinę lepszy (a nie GORSZY – „zgorszony”) niż był przedtem. Grecy nazywali taki stan duszy katharsis, oczyszczeniem.

Ja wiem, że potrzebne są i teatry awangardowe – ale wciąż potrzebujemy i takich miejsc, gdzie widz może usłyszeć Romea, który mówi do Julii wierszem Szekspira (pięknie przełożonym na polski przez Stanisława Barańczaka; notabene tego samego Barańczaka, który niedawno bronił rynsztokowego języka w ustach dyrektorki teatru…) zamiast rzucić jej niedbale: „Szprycha, ciągniesz druta?”

Od tego nikt katharsis nie przeżyje.