Zanim dorosną moje dzieci…

Ostatnio przez blogosferę przetoczyła się istna fala narzekań na „zacofanych” rodziców.

A to, że „chronią” swoje córki przed wizytą u ginekologa dziecięcego, a to, że nie rozmawiają z dziećmi o antykoncepcji, a to, że nie pomagają młodym w przypadku ewentualnej „wpadki”…

Można wręcz było odnieść wrażenie, że tak właściwie, to DOROŚLI są winni ciążom nastolatek – bo przecież „młodzi chcieli tylko spróbować, jak to jest” i „zupełnie nie byli na to przygotowani.”

No, cóż – oświadczam, że nie zamierzam, broń Boże, chronić mojej córki przed lekarzem – ma to mniej więcej tyle samo sensu, co twierdzenie, że „zębów mlecznych nie trzeba leczyć, bo przecież i tak wypadną” – ani przed rzetelną wiedzą na temat jej ciała i seksualności (sama zaczęłam się uczyć metod NPR na długo przedtem, nim w ogóle zaświtała mi w głowie myśl o współżyciu). Ale przed zbyt wczesną inicjacją seksualną – jak najbardziej.

Naprawdę jestem przekonana, że otaczanie „tych” spraw nadmierną tajemnicą w ostatecznym rozrachunku robi dzieciom więcej złego, niż dobrego w życiu – czego sama jestem dobrym przykładem.

I naprawdę byłam szczerze rozżalona na matkę jednej z moich nastoletnich Czytelniczek – która to tak bardzo chciała „chronić niewinność” swojej córki, że poskąpiła jej nawet elementarnej wiedzy w tym względzie, skutkiem czego biedna dziewczyna umierała ze strachu „czy aby nie jest w ciąży” przy każdej nieregularności cyklu…

Dlatego mój 6-letni synek dawno został uświadomiony i na pewno nie popełniłby takiej śmieszno-strasznej gafy, jak pewien jego rówieśnik w jednym z programów telewizyjnych, który zapytany „skąd się biorą dzieci?” popuścił wodze fantazji i odparł, że rodzice… wykopują je sobie z ziemi, jak kapustę!:)

Ale sądzę też, że mylą się ci, którzy uważają, że dzieci trzeba od najwcześniejszych lat „oswajać” z masturbacją i innymi formami ekspresji seksualnej.

Daleka jestem od tego, by rzecz demonizować – myślę też, że w większości wypadków u maluchów jest to pewna faza, która prędko mija (jeśli tylko nie ma jakiegoś podłoża nerwicowego czy chorobowego), tym szybciej, im MNIEJ się na tym koncentrujemy.

I jeśli (jak mówią) jest to u człowieka „zupełnie naturalne” zachowanie, jak oddychanie, to wydaje mi się, że dzieci świetnie same sobie z tym poradzą, bez żadnego „instruktażu” z naszej strony. A wszelkie próby przeprowadzania tego typu „szkolenia” (np. w przedszkolach) pod pozorem edukacji seksualnej uważam już, choć przykro mi to powiedzieć, za pewną formę MOLESTOWANIA dzieci przez dorosłych.

Myślę, że dla całościowego rozwoju dzieci jednak najlepiej jest, jeśli ich seksualność pozostaje w pewnym „uśpieniu” (jak to dawniej określano – latencji) aż do okresu dojrzewania.

I, proszę mi wybaczyć, nie wiem, naprawdę nie wiem, dlaczego koniecznie TRZEBA – no, po prostu trzeba! – uprawiać seks w wieku 14, 15, 16 lat? Dlaczego nie można z tym poczekać choćby do osiemnastki? 

Nawet, jeśli się bardzo, bardzo mocno „kocha” – i jest się bardzo, bardzo ciekawym, jak to jest. Ja zaczekałam z tym aż dorosnę – i wcale nie żałuję.

Nie przekonują mnie przy tym argumenty niektórych, jakoby NALEŻAŁO udostępnić środki antykoncepcyjne (czy nawet aborcję) nawet 12-latkom, ponieważ w przeciwnym wypadku i tak sami sobie to „zorganizują.”

Tak, wiem, że pomysłowość małolatów w omijaniu zakazów dorosłych jest zdumiewająca – ja też czytałam te opowieści o nastolatkach, łykających pigułki przeznaczone dla kotów – w potrzebie potrafią sobie „zorganizować” niemal wszystko – papierosy, narkotyki, dopalacze, alkohol…

Czy to jednak oznacza, że my- rodzice powinniśmy się po prostu z tym pogodzić?

Nie, drodzy Państwo. Uważam, że te wszystkie zakazy (także w prawie) nie wzięły się z powietrza. Po prostu osoba poniżej 15. roku życia nie jest jeszcze gotowa (ani fizycznie, ani psychicznie) na rozpoczęcie współżycia seksualnego (tak samo, jak na picie alkoholu, czy prowadzenie samochodu),

Czytałam gdzieś, że w przypadku młodych kobiet potrzeba co najmniej 5 lat od chwili pierwszej miesiączki, żeby osiągnąć wymagany stopień dojrzałości psychoseksualnej. W przypadku chłopców do tak otrzymanego wyniku dodałabym jeszcze co najmniej dwa lata…

Z tego samego względu nie ma większego sensu „regulowanie” nastolatce okresu przy użyciu preparatów hormonalnych – przez pierwszych kilka lat jej organizm ma prawo działać „nieregularnie” – a sztucznie ingerując w ten proces można go tylko jeszcze bardziej rozregulować.

Choć i mnie, kiedy poszłam do ginekologa jako 17-latka, spotkały nieprzyjemne uwagi ze strony lekarza, który nie mógł się nadziwić, że „w tym wieku” (sic!) wciąż jeszcze jestem dziewicą – i że w związku z tym on „będzie musiał” (biedaczek!) badać mnie per rectum…

Wydaje mi się, że wobec zmasowanego „bombardowania” ludzi seksualnym przekazem czasy nie są dziś sprzyjające dla umacniania autorytetu rodziców – a jednak mam nadzieję, że zanim moje dzieciaki zaczną dorastać, zdołam im jakoś przekazać nie tylko wiedzę o tym, „jak to wszystko działa” , ale i to, co według mnie jest w tym wszystkim najważniejsze.

Że jest to poważna sprawa, wymagająca dojrzałości i odpowiedzialności – za siebie i za drugą osobę. Że człowiek dojrzały, to taki, który jest w stanie zrozumieć i przyjąć konsekwencje swoich działań – a konsekwencją seksu ZAWSZE (mimo wszelkich naszych „zabezpieczeń”) może być dziecko. I że jak ktoś „nie jest na to gotowy”, to lepiej, żeby się w ogóle nie brał za te „zabawy dorosłych.” (Bo inaczej to trochę tak, jakby syn powiedział ojcu: „Wiesz, chciałem się przejechać i rozbiłem ci tę nową brykę! Sorry. Ale NIE MOŻESZ się na mnie gniewać, ja po prostu nie byłem świadomy tego, że na tej drodze będą też inne samochody – i że będą zasuwać tak strasznie szybko! Nie powiedziałeś mi o tym. Tak więc, tak właściwie, to jest TWOJA wina!” Jeśli ktoś czuje się dostatecznie dorosły na to, by kierować samochodem, powinien też wiedzieć, jakie ryzyko się z tym wiąże, niezależnie od tego, czy ktoś go o tym poinformował, czy też nie. Myślę, że z seksem jest podobnie.:))

A przede wszystkim: że ostatecznie to MIŁOŚĆ między dwojgiem ludzi jest jedynym sensownym powodem, dla którego w ogóle warto uprawiać seks.

I liczę, że mi się to uda.

Oczywiście, to nie znaczy, że nie pomogłabym swoim dzieciom w razie, gdyby coś jednak poszło nie tak. Pomogłabym – w końcu od tego są rodzice.

Chociaż, z drugiej strony…

Moi sąsiedzi pobrali się (za zgodą sądu) kiedy on miał 18, a ona 16 lat. Ich rodzice wyszli z założenia: „To była WASZA decyzja, więc teraz radźcie sobie sami!” – i wypędzili ich z domu. Ale właśnie dlatego młodzi musieli bardzo szybko dorosnąć – oboje pokończyli szkoły (chłopak jednocześnie pracował, utrzymując rodzinę) i od 25 lat są szczęśliwym małżeństwem.

A więc jednak można? Można!

Dzieci(Ilustracja do wpisu pochodzi ze strony benc.pl)

Niewiarygodny żywot pewnego księdza.

Jak zapewne zauważyliście, chętnie przedstawiam na tym blogu niezwykłe postaci i zjawiska związane z chrześcijaństwem, które mnie niezmiennie fascynuje.

I pomyślałam sobie, że życie o. Michaela Seeda (ur. w 1953 r.), angielskiego franciszkanina, świetnie mi pasuje do tej koncepcji bloga.

Z dzieciństwa wyniósł tylko przemoc, molestowanie seksualne, samobójstwo kobiety, którą uważał za swoją matkę (jak się później okazało, był biologicznym dzieckiem pewnej irlandzkiej nastolatki, zmuszonej do oddania synka do adopcji – dziewczyna ta z pewnością chciała dobrze, jednak nie mogła przypuszczać, że przekazując malca w ręce „szanowanych obywateli” zgotuje mu takie piekło na ziemi…) – i znęcanie się nad nim w szkole.

Na domiar złego, okazało się, że jest dyslektykiem i podczas, gdy inne dzieci zdawały już egzamin Eleven-Plus (uprawniający do wyboru dalszej drogi po szkole podstawowej) on bardzo słabo czytał i prawie nie umiał pisać…

W rezultacie trafił do szkoły „dla uczniów nieprzystosowanych społecznie”, w której były – jak sam się wyraził – „tylko trzy rodzaje uczniów: zdegenerowani moralnie, opóźnieni umysłowo i ja…”

„Dyrektor szkoły, pan Turner i szkolny psychiatra byli w porządku – wspominał dalej – ale inni nasi pedagodzy zachowywali się bardziej jak strażnicy więzienni, niż nauczyciele (…) Niektórzy mieli do nas skrajnie negatywny stosunek i traktowali nas okrutnie. (…) Jak na ironię, jeden z najbardziej lubianych nauczycieli stał się później obiektem śledztwa w sprawie pedofilii i został skazany za molestowanie kilku uczniów.”

Tak więc, gdzie nie spojrzeć, przemoc i molestowanie seksualne – które to dwa elementy towarzyszyły od dzieciństwa Michaelowi, z przerażającą regularnością – można nawet powiedzieć, że kiedy już mu się wydawało, że zaczyna się wydostawać z piekła, w jakim żył, wpadał z kolei w jeszcze gorsze tarapaty…

Historię tę dedykuję tym wszystkim, którzy sądzą, że księża katoliccy to (w ogólności) swego rodzaju „stwory z Kosmosu”, które nie mają zielonego pojęcia o życiu i problemach tak zwanych „zwykłych ludzi.”

Naturalnie, tego typu „edukacja” nie mogłaby przynieść mu nic dobrego – gdyby nie to, że pomoc nadeszła z zupełnie niespodziewanej strony.

Oddajmy znowu głos samemu autorowi: „Pojawienie się Stanleya Thomasa w szkole było dla mnie jak przybycie postaci granej przez Robina Williamsa w filmie „Stowarzyszenie Umarłych Poetów.” Doznałem olśnienia i przebudzenia. (…)

Chyba dostrzegł we mnie niezapisaną kartę, kogoś, nad kim może popracować.

W wieku piętnastu lat, żyjąc w środowisku nieletnich męskich prostytutek, handlarzy narkotyków i osób niedorozwiniętych umysłowo, stałem się kimś w rodzaju filozoficznie nastawionego do życia ekscentryka.

Wówczas nie potrafiłem tego w pełni docenić, ale w gruncie rzeczy pan Thomas zapewnił mi prywatną edukację, opartą ponadto na tradycyjnych wartościach. Przeżyłem szok, gdy dowiedziałem się, że ten ekscentryczny, czterdziestojednoletni mężczyzna jest księdzem anglikańskiego Kościoła Walii, który został wyświęcony w 1968 roku i robi magisterium z pedagogiki.”

Szok ów musiał być tym większy, że młody Michael był wówczas zaprzysięgłym ateistą.

„Nie wierzyłem już w istnienie Boga. – wyznaje w swojej książce – Ponadto byłem przekonany, że gdyby ci wszyscy kaznodzieje przeszli w życiu przez to wszystko, przez co ja przeszedłem, też by nie wierzyli.”

Droga do wiary Michaela, który pochodził z rodziny mieszanej wyznaniowo, protestancko-katolickiej, a jego ukochana babcia była najpierw salwacjonistką (zwolenniczką Armii Zbawienia) a następnie gorliwą ortodoksyjną baptystką (on zaś dokonywał posłusznie konwersji wraz z nią, nie chcąc jej zasmucać wiadomością, że jest niewierzący) – z pewnością nie była łatwa.

A jednak dziś ten zbuntowany chłopak, który po opuszczeniu szkoły przepracował jeszcze kilka lat w różnych schroniskach dla bezdomnych, starców i osób niepełnosprawnych, ma trzy dyplomy uniwersyteckie i dwa doktoraty. Przez 23 lata pełnił posługę w Katedrze Westminsterskiej jako sekretarz, a jakże, do spraw ekumenizmu.

To się nazywa „właściwy człowiek na właściwym miejscu.”

Michael Seed jest znany jako „duszpasterz celebrytów”, ale cieszy się też szacunkiem parlamentarzystów i regularnie gości w gabinetach ministerialnych przy Downing Street.

Łączą go przyjacielskie więzy z sześcioma ostatnimi premierami Wielkiej Brytanii, mówi się, że odegrał dużą rolę w decyzji Tony’ego Blaira o przejściu na katolicyzm.

Jest to, ogólnie rzecz biorąc, człowiek, który równie swobodnie czuje się w Watykanie i w Pałacu Buckingham, w londyńskim City i w świecie show-biznesu, jak i wśród bezdomnych, których ciągle wspiera.

W 2004 roku papież Jan Paweł II przyznał ojcu Michaelowi najwyższe watykańskie odznaczenie – Krzyż Pro Ecclesia et Pontifice, a dziennik The Times nadał mu tytuł „księdza stulecia”…

I czy ktoś jeszcze uważa, po przeczytaniu powyższego, że Bóg nie jest wielki?:))))

Michael-Seed-2-150x150

Przeczytajcie sami: Michael Seed, Dziecko niczyje, wyd. PROMIC, Warszawa 2010.

Chrzest dzieci – za i przeciw.

Jakiś czas temu przeprowadziłam na Facebooku bardzo ciekawą dyskusję z braćmi protestantami na temat zasadności chrztu małych dzieci.

Przede wszystkim chciałabym tu serdecznie podziękować pastorowi Pawłowi Bartosikowi z Kościoła Ewangelicko-Reformowanego w Gdańsku, który udzielił mnie, katoliczce, serdecznej gościny na swoim profilu – i niejednokrotnie bronił mnie przed „misjonarskimi” zapędami niektórych protestantów.

Najpierw warto się więc zastanowić, czy praktyka chrztu „nieświadomych niemowląt” jest zgodna z Pismem Świętym.

Otóż zdziwicie się, ale – TAK!

W Dziejach Apostolskich niejednokrotnie spotykamy wzmianki o tym, że ktoś został „ochrzczony wraz z całym swoim domem.” (Dz 10,2; 16,34;18,8).

A kto zna język grecki i ówczesną kulturę, ten wie, że starożytny oikos (dom) to był mężczyzna, jego żona, niepełnoletnie dzieci (aż do momentu zawarcia małżeństwa), a także służba i niewolnicy, również z rodzinami.

Stąd wniosek, że już w starożytności niekiedy chrzczono dzieci – zawsze na prośbę i „ze względu na wiarę” ich rodziców.

Warto dodać, że Kościół katolicki zawsze uważał chrzest dokonany wbrew woli opiekunów dziecka (jeśli samo było jeszcze za małe, by taką wolę wyrazić) za nieważny, nawet jeśli zostałby dokonany w dobrej wierze. Znane są przypadki ze Średniowiecza, kiedy papież nakazuje zwrócić rodzicom dzieci żydowskie, podstępem ochrzczone przez jakichś nadgorliwych katolików, aby mogły wzrastać w tradycji swoich przodków.

Zatem ci wszyscy apostaci, którzy teraz chcą się procesować z Kościołem (zwłaszcza katolickim; nie wiem, jak to jest w innych wspólnotach), że rzekomo „zrobiono z nich chrześcijan wbrew ich woli” – powinni raczej mieć pretensje do własnych rodziców, którzy zrobili dla nich to, co w danym momencie uważali za najlepsze.

Nawiasem mówiąc, jeśli (jako się rzekło) chrzest bez wiary jest nieważny, to właściwie powinno się odmawiać chrztu tym dzieciom, u których rodziców śladów wiary nie widać ani-ani.

Lecz, po pierwsze, niełatwo to czasem rozeznać (czyż nie modlimy się podczas każdej mszy świętej „za wszystkich zmarłych, których wiarę jedynie Ty znałeś”?) – po drugie zaś, już sobie wyobrażam to „święte oburzenie” tych, którzy są przekonani, że sakramenty po prostu im się należą, jak przysłowiowemu psu zupa.

Poza tym, trzeba pamiętać, że chrzest dzieci jest zawsze tylko MOŻLIWOŚCIĄ, daną wierzącym rodzicom, ich przywilejem – nigdy zaś nie jest PRZYMUSEM. Jeśli więc ktoś uważa, że należy dziecku „dać czas”, aby uzyskało większą świadomość i dojrzałość, to przecież może tego nie robić.

Notabene, chrzty dzieci (jakkolwiek od zawsze obecne w tradycji chrześcijańskiej) zaczęły przeważać liczebnie nad chrztami osób dorosłych dopiero gdzieś około VI wieku, kiedy liczba chrześcijan w społeczeństwie wzrosła na tyle, że uznano, że „wychowanie chrześcijańskie” (w rodzinie) może z powodzeniem zastąpić dawny katechumenat.

(Trzeba jednak z całą mocą podkreślić, że to nie tyle PRAKTYKA Kościoła uległa wtedy nagłej zmianie – bo od zawsze byli – i są nadal – w nim i dorośli katechumeni, i dzieci. Zmieniły się jedynie PROPORCJE między jednymi i drugimi.)

Dziś jednak, gdy ludzie często traktują chrześcijaństwo bardziej na zasadzie zwyczaju, odziedziczonego po rodzicach, niż osobistego wyboru, wiele Kościołów (także Kościół katolicki) zaczyna zauważać, że ten dawny model już się nie sprawdza – i wprowadzać różne formy „katechumenatu pochrzcielnego”, czyli chrześcijańskiego wtajemniczenia dorosłych.

Sama kiedyś przeszłam takie.

Powiedzenie jednego z Ojców Kościoła, Tertuliana, w myśl którego „nie rodzimy się chrześcijanami, lecz stajemy się nimi”, zawsze pozostaje w mocy.

Dlatego proszę mi wierzyć, że rozumiem i szanuję pobudki tych chrześcijan (głównie baptystów), którzy kładą nacisk na „świadomość i dojrzałość” do chrztu. Wiara ZAWSZE powinna być w którymś momencie osobistym wyborem.

Rację miał także jeden z nich, gdy w toku dyskusji stwierdził, że przesadny nieraz nacisk na jak najwcześniejszy chrzest dzieci wynikał po części z błędnej koncepcji Boga – niemiłosiernego i okrutnego – który rzekomo miałby wszystkie dzieci zmarłe bez chrztu posyłać natychmiast do piekła (a w najlepszym razie – do „Otchłani Niewiniątek”, miejsca, gdzie wprawdzie nie miały one cierpieć katuszy, ale Boga też oglądać nie miały. Tę trudną do przyjęcia koncepcję zmienił na szczęście papież Benedykt XVI, przypominając, że powinniśmy mieć nadzieję, iż takie dzieci także znajdują się w zasięgu miłości Ojca.). A śmiertelność wśród nich była wówczas bardzo wysoka. I tylko ksiądz lub pastor z kropidłem mogli je ocalić od ognia piekielnego.

Niemniej warto tu też dodać, że i praktyka „późnego chrztu” miała niekiedy swe błędy i wypaczenia, w postaci tych wszystkich, którzy – jak np. cesarz Konstantyn – traktując chrzest raczej jako „punkt dojścia” niż „wyjścia” w wierze, zwlekali z tym aż do śmierci.

I jeszcze jedno: podnoszony czasem argument, jakoby należało chrzcić tylko dorosłych, „ponieważ Jezus został ochrzczony jako dorosły”, jest o tyle nietrafiony, że „chrzest Janowy” NIE BYŁ tym samym chrztem, którego później Jezus nakazał udzielać swoim uczniom „w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego…”

Był to raczej pewien obrzęd pokutny, połączony z wyznaniem grzechów, któremu Jezus poddał się jedynie przez wzgląd na solidarność z grzesznymi ludźmi. Mówiąc po prostu: choć może się to wydawać dziwne, Jezus NIE BYŁ w tym sensie „pierwszym chrześcijaninem”!:)

Bez względu na to, jak bardzo może to razić naszych rodzimych antysemitów, „według ciała” był On Izraelitą, „obrzezanym w ósmym dniu” , jak wszyscy inni żydowscy chłopcy na świecie. :)

A chrześcijanie z pierwotnych wspólnot, jak np. Koptowie, nieprzerwanie od początku chrzczą również niemowlęta. A bardzo stara zasada jednego z pierwszych soborów powszechnych, jeszcze sprzed dwóch wielkich podziałów chrześcijaństwa (w XI i XVI wieku) – a więc obowiązująca nas WSZYSTKICH! – głosi, że „prawdą jest to, co zawsze, wszędzie i przez wszystkich było głoszone.”

Zatem, jeśli większość wyznań chrześcijańskich dziś naucza, że warto chrzcić niemowlęta, a jedynie mniejszość – i to taka, która wyodrębniła się stosunkowo późno, bo już po Reformacji, jest przeciwnego zdania – to ja jestem skłonna się przychylić w tej kwestii jednak do zdania większości.

Tym bardziej, że i pastor Bartosik, odpowiadając na moje rozważania o wierze jako o zawsze (w ostatecznym rozrachunku) dobrowolnej decyzji i o wolności rodziców w sprawie „ochrzcić dziecko czy nie?” zwrócił mi uwagę na dwie bardzo ważne kwestie.

Po pierwsze, na podobieństwo, jakie zachodzi pomiędzy żydowskim rytuałem obrzezania (którego także, notabene, nasz politycznie poprawny świat próbuje zabraniać rodzicom – np. w Niemczech – rzekomo w obronie dzieci), a chrztem niemowląt.

Jedno i drugie, dowodził słusznie, jest nie tyle znakiem WIARY – bo ta powinna przyjść później – co po prostu znakiem przynależności do określonego „ludu”, określonej wspólnoty.

I muszę przyznać, że taka argumentacja wyjątkowo trafiła mi do przekonania. Czyż w imię „dobra” dziecka czekalibyśmy np. z nadaniem mu imienia, nazwiska, z przyjęciem go do naszej rodziny (z wszystkimi jej tradycjami) czy narodu? Czy czekalibyśmy, aż „samo sobie wybierze” język, którym chce mówić?

Choć wiem, że i takie pomysły już były w przeszłości – i wciąż powracają. (Czytałam nawet, że niektórzy sądzą, że określanie płci dziecka tuż po urodzeniu – co jest nadal powszechną i dość naturalną praktyką – jest już „nieuprawnionym ograniczaniem jego wolności” i „wciskaniem go na siłę w płciowe koleiny.”:)).

Po drugie zaś, dowodził pastor, odmowa udzielenia chrztu małemu dziecku świadczy o tym, jakbyśmy chcieli mu zakomunikować, że ze względu na wiek i stopień dojrzałości jest jeszcze „za małe” (niezdolne, niegodne), by nawiązać własną, niepowtarzalną więź z Bogiem.

I to, jak się zdaje, wbrew intencjom samego Jezusa, który niejednokrotnie stawiał dzieci za wzór wiary dorosłym (Mt 18,1-5; Mk 9,36 i nast.; Mk 10,15…) i mówił, że „aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca…” (Mt 18,10)

 

Rodzice-chrzestni

 

Na zdjęciu: Ceremonia chrztu dziecka w jednym z Kościołów wschodnich. (Źródło: www.national-geographic.pl)

Postscriptum: Tymczasem nasze wygłodniałe rzuciły się na kolejną „Franciszkową” sensację, niczym szczerbaty na suchary – oto ogłosiły, że papież w niedzielę Chrztu Pańskiego ochrzcił nie tylko dziecko samotnej matki (której wcześniej to obiecał), ale również kilkoro dzieci, których rodzice nie byli związani sakramentalnym małżeństwem.

No, i cóż z tego? Czy papież w ten sposób pochwalił „rozpustę i grzech”, jak by powiedzieli niektórzy? (Nawet na tym blogu!:)) Nie!

Moim zdaniem przypomniał jedynie, że Kościół jest (musi być!) domem otwartym dla wszystkich ludzi, także dla grzeszników – i że DZIECKO, każde dziecko (także moje…) jest zawsze błogosławieństwem, nigdy zaś „grzechem”… I chwała mu za to!

I czy to nie ciekawy przypadek, że niechcący opublikowałam ten jakże „ekumeniczny” post właśnie w czasie, gdy Kościół katolicki będzie obchodził Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan?:)

„Jeden jest Pan, jedna wiara, jeden chrzest. Jeden jest Bóg i Ojciec wszystkich.” (Ef 4, 5-6). Tak wierzę. Amen.

I niech lepiej zapadnie cisza…

Pytałam niedawno jednego z moich byłych spowiedników, jak mam sobie radzić z powracającą wciąż falą brutalnej krytyki pod własnym adresem. Czy może powinnam w ogóle przestać pisać tego bloga (skoro to aż  tak ludzi mierzi)?

Ostatnio znowu zostałam zrównana z podłogą – choć bardzo się starałam, żeby wszystkich, którzy tu przychodzą, traktować z szacunkiem, jak moich Gości… Widać starałam się jeszcze za mało. Przepraszam wszystkich, których uraziłam.

Odparł, że powinnam wobec tego zachować spokój – ale zająć się przede wszystkim tym, co się dzieje w moim wnętrzu.

Zdecydowałam więc, że wrócę tu dopiero, gdy się stanę choć odrobinę lepszym człowiekiem…Nie mam pojęcia, kiedy znajdę w sobie dość siły i odwagi, żeby cokolwiek znowu do Was napisać

Tymczasem zostawiam Was samych – z bardzo piękną piosenką. Choć nie wiem już, czy sama mam prawo ją śpiewać, mam nadzieję, że chociaż Wam się spodoba…

http://retrospekcyjna.wrzuta.pl/audio/4INm40KBAfr/pedro_n._-_tak_malo_tylko_do_ciebie_nalezy