Tym razem trochę się zagapiłam, ale…

Jeszcze zdążycie. O. Adam Szustak głosi rekolekcje wielkopostne „Oto Człowiek” na portalu Szymona Hołowni Stacja7.pl. Serdecznie zapraszam!

Wielki-Post-150x150

A ten niesamowity obraz Ukrzyżowanego, unoszący się nad światem – pierwotnie pędzla S. Dalego (i jego niezliczone przeróbki, obecne w Internecie) zawsze mnie jakoś prowokował do refleksji… A Was?

Ile kosztuje MIŁOŚĆ?

W nowoczesnych społeczeństwach (także w naszym) posiadanie niepełnosprawnego dziecka jawi się jako kwestia dobrowolnego „wyboru” (rozumiem zatem, że rodzice, którzy się na „coś” takiego decydują, to – w najlepszym razie – nieszkodliwi masochiści, a w najgorszym – motywowani najczęściej religijnie okrutni fanatycy, którzy nie marzyli o niczym innym, jak tylko o tym, by skazać swoje dzieci na niekończące się cierpienia).

Ponieważ, jako się rzekło, posiadanie „takiego” dziecka jest w świadomości powszechnej sprawą suwerennej decyzji rodziców (choć Kaja Godek, znana przeciwniczka rozwiązywania problemu niepełnosprawnych dzieci poprzez niedopuszczanie do ich narodzin, roztropnie argumentuje, że urodziła swego syna nie dlatego, że ogromnie pragnęła mieć właśnie „takie” dziecko – szczerze mówiąc, nie znam nikogo przy zdrowych zmysłach, kto by o tym marzył – tylko po prostu dlatego, że była w planowanej ciąży) – to i nader chętnie stosuje się do nich starą, rzymską zasadę, że „chcącemu nie dzieje się krzywda.”

Chciałaś, urodziłaś, masz – to był Twój (Wasz) wybór, czego chcesz od nas w zamian, jako od społeczeństwa?

W takim ujęciu posiadanie niepełnosprawnego dziecka jawi się wręcz jako pewien „luksus”, niezrozumiała fanaberia, której kosztami, nie wiedzieć czemu, rodzice i opiekunowie takich osób chcieliby obciążyć „zdrową tkankę narodu”.

Muszę przyznać, że już nawet bez specjalnego zdziwienia słuchałam w „Szkle kontaktowym” utyskiwań pewnej paniusi na rzekomo „roszczeniową postawę” tych rodziców, którzy poświęcili całe życie (również, rzecz jasna, zawodowe) opiece nad ciężko chorymi dziećmi.

Pani owa w żaden sposób nie mogła pojąć,o co właściwie chodzi tym ludziom –„Przecież i tak już dostali podwyżki świadczeń – z sześciuset złotych na osiemset!” – grzmiała.

No, jasne – osiemset złotych!!! Rozumiem, że jest to kwota, która zapewnia niepełnosprawnym i ich bliskim coroczne wyjazdy na wczasy rehabilitacyjne co najmniej na Teneryfę! Czegóż można chcieć więcej?!

Kiedy miałam 14 lat, mój Tata zrezygnował z pracy (przechodząc na wcześniejszą emeryturę), żeby zająć się wyłącznie moją rehabilitacją. Prawdopodobnie dzięki temu jego poświęceniu dziś w ogóle chodzę. Jednak, jak słyszę, dzisiejsi rodzice niepełnosprawnych dzieci nie mają już takiej możliwości.

I słusznie. Miłość nie powinna nic kosztować – szczególnie Skarbu Państwa…

Dziś jestem mamą dwójki małych dzieci – i nie ukrywam, że stała pomoc P. w domu niezmiernie by mi się przydała. Obawiam się jednak, że gdyby się zaczął domagać uznania jej za swoją główną pracę, mógłby usłyszeć od urzędników państwowych coś podobnego, jak inny mąż, opiekujący się nieuleczalnie chorą małżonką – że jak mu się nie podoba takie życie, jakie ma, zawsze może zmienić sobie żonę…

 

Ile-kosztuje-miłość2

Ten mężczyzna, którego historię znalazłam w „Gazecie Krakowskiej”, codziennie znosi swoją niepełnosprawną żonę po schodach z mieszkania na czwartym piętrze. Sądzicie, że to odosobniony przypadek?

SŁOWNIK WYRAZÓW ZAPOMINANYCH: wstrzemięźliwość, powściągliwość, umiarkowanie.

Temat, jak mi się zdaje, w sam raz na rozpoczynający się właśnie Wielki Post.:)

Szczególnie te dwa pierwsze słowa już dzisiaj niemal wyszły z użycia, prawda?

Kościół katolicki (chociaż wcale nieprawda, że tylko on – pojęcia te występują w różnych religiach świata – a także w filozofii), który jeszcze czasem o nich wspomina – na przykład w kontekście „wstrzemięźliwości od pewnych pokarmów” (czyli POSTU) albo, nade wszystko, okresowej (w małżeństwie) bądź trwałej (celibat) wstrzemięźliwości seksualnej – bywa i z tej racji oskarżany o „średniowieczne”, niedzisiejsze poglądy.

Żyjemy, zdaje się, w bardzo „niewstrzemięźliwym” świecie, gdzie musimy mieć WSZYSTKO, czegokolwiek tylko zapragniemy (i to już od najmłodszych lat) – i to, w miarę możności, natychmiast. Jak gdyby sama konieczność odroczenia w czasie jakieś przyjemności była dla nas znacznie większym cierpieniem, niż całkowity jej brak…

Tymczasem, kiedy myślę o samym tym słowie… wstrzemięźliwość… to natychmiast kojarzy mi się jakoś tak etymologicznie – z wyrazem „strzemię.”

Jego antonimem (przeciwieństwem) byłoby więc słowo „wyuzdanie”? (To z kolei od braku uzdy…:)) Hmmm… Ciekawe.

I kto wie, może tak jak strzemiona mają za zadanie pomóc jeźdźcowi utrzymać się w siodle i zapanować nad koniem, tak też ta nieco dziś zapomniana wstrzemięźliwość ma pomóc nam utrzymać się w pionie – i zapanować nad naszymi pragnieniami? Przy czym sądzę, że nie chodzi wcale o to, by nie pragnąć i nie pożądać w ogóle (same w sobie nasze pragnienia, na ogół, nie są złe…) – lecz o to, by w niczym nie popadać w przesadę.

Samokrytycznie zauważam, że ja czasami tak „niewstrzemięźliwie” (nieumiarkowanie) pożądam wciąż nowych książek – i wydaje mi się, że opanowanie tego (przynajmniej na tyle, na ile zdołam:)) – będzie moim pierwszym postanowieniem na ten Wielki Post…

„Powściągliwość” zaś, wstyd się przyznać, kojarzy mi się głównie z tytułem bardzo starego pisma katolickiego, „Powściągliwość i Praca”, którego nigdy nie czytałam, ponieważ odstraszało mnie już samym tytułem…:)

A przecież i w tym staroświeckim słowie można usłyszeć czasownik „powściągać”, co znowu przywodzi mi na myśl panowanie nad jakimś rozhukanym rumakiem. (Co ja mam, że mi się dziś wszystko z końmi kojarzy?:))

Co zatem powinnam nauczyć  się najbardziej „powściągać” w swoim życiu?

Ależ oczywiście, że język! (Co zresztą jest wcale niełatwe w świecie, który za wielką cnotę uważa „szczerość i naturalność” rozumianą jako prawo do wywalenia wiadra pomyj na głowę nic nie podejrzewającego bliźniego. Odtąd mamy „być w zgodzie” raczej tylko „z samymi sobą” niż ze wszystkimi innymi.).  Ileż to razy już przekonałam się, że jedno niepotrzebnie wypowiedziane (lub – napisane na tym blogu…) słowo przyniosło mi w efekcie o wiele więcej kłopotów, niż się spodziewałam…

Oprócz tego, zaobserwowałam, że to właśnie moje nieprzemyślane SŁOWA (wypowiadane w gniewie) najmocniej ranią tych, których kocham – nawet wtedy, gdy tego nie chcę. A przecież moi bliscy wcale sobie na to z mojej strony nie zasłużyli…

Obiecuję GRYŹĆ SIĘ CZĘŚCIEJ W JĘZYK – oto moje postanowienie numer dwa.

A Wy? Jakie macie postanowienia na ten post? Przy czym zaznaczam, że to pytanie kieruję nie tylko do katolików! Przecież każdy powód jest dobry, by stać się choć trochę lepszym, prawda?

Kim jest arcybiskup Henryk Hoser?

Szczerze powiedziawszy, początkowo chciałam napisać zupełnie inny post. Miało być coś o tym, że żyjemy w dziwnym świecie, gdzie minister rządu może – jeśli ma taki kaprys – napisać thriller erotyczny, lub (jeśli ma taką fantazję) po godzinach paradować w damskich ciuszkach (to ostatnie, jak sądzę, byłoby nawet entuzjastycznie przyjęte w pewnych kręgach:)) – ale, jeśli zdarzy mu się w tymże wolnym czasie przeprowadzić wywiad z nielubianym przez media arcybiskupem – o, to już zewsząd padają gromkie zapytania o „możliwy konflikt interesów”, a niektórzy koledzy partyjni obwinionego wyrażają zdziwienie, że „taki człowiek jest wśród nas.”

„Taki człowiek”, podkreślmy, do którego NIKT nie ma żadnych zarzutów – poza jednym – że ów jest praktykującym katolikiem.

Zastanawiałam się zresztą, na czym miałby polegać ów hipotetyczny „konflikt interesów”? Czyżby wiceminister Królikowski – bo to o nim mowa – (nad) używał swego stanowiska lub środków z ministerstwa po to, by promować swoją religijną książkę? Nie? O co więc chodzi? Czy może o to, że nieukrywający się ze swoimi wyrazistymi przekonaniami polityk nie może/nie powinien sprawować w Polsce funkcji publicznych? (No, chyba, że akurat nazywa się na przykład Wanda Nowicka…:))

Ale potem przyszło mi do głowy, że – jak to niestety często u nas bywa – wszyscy dyskutują (zazwyczaj krytykując) o książce, której prawie nikt jeszcze nie przeczytał.

Zaczęłam się też zastanawiać, jaki właściwie jest ten hierarcha, którego niektóre media kreują wręcz na „pierwszego wroga postępu w polskim Kościele” – niemal na równi z o. Rydzykiem i kilkoma innymi.

Poprosiłam więc P., żeby (w ramach prezentu urodzinowego) kupił mi tę książkę – dla mnie ma to za każdym razem taką wartość, jakby był to pierścionek z brylantem (pierścionków nie noszę:)). Kupił. Przeczytałam.

I zdziwiłam się, bo obraz biskupa, jaki wyziera z tej książki, w wielu punktach różni się od tego wykreowanego przez media. Ot, choćby wtedy, gdy mówi o przemocy domowej:

„Musimy być czujni, dalecy od obojętności, bo chore małżeństwo bardzo często wymaga pomocy z zewnątrz. Pozostawanie obojętnym, skazywanie ludzi na tę prywatną tragedię tworzy pewnego rodzaju przyzwolenie – tragedia trwa za ścianą, a my nie reagujemy. A nie reagując, przyzwalamy, czyli przyczyniamy się do bezkarności i trwania spirali zła.”

Oczywiście, nie twierdzę, że ze wszystkim, co arcybiskup powiedział w tym wywiadzie, w zupełności się zgadzam – ba, są nawet kwestie, co do których mam całkowicie odmienne poglądy. (Na moje szczęście, w Kościele katolickim NIE MA dogmatu o nieomylności biskupów, tak więc nic mi za to nie grozi…:)). Niemniej jednak, uważam, że warto tę książkę przeczytać.

Choćby po to, by przekonać się naocznie, że nie taki ten Hoser straszny, jak go malują…:)

Na zdjęciu: Przyszły biskup podczas studiów medycznych. Ten syn znanej, warszawskiej rodziny ogrodników (o przedsiębiorstwie braci Hoserów wspomina nawet Bolesław Prus w „Lalce”) zanim trafił do seminarium, został lekarzem. Prawda, że przystojny był z niego chłopak?:)

PRZECZYTAJCIE SAMI: Bóg jest większy. Rozmawiają abp Henryk Franciszek Hoser SAC i Michał Królikowski. Wyd. APOSTOLICUM, Ząbki 2013.