Kompromis aborcyjny- droga pomiędzy skrajnościami.

Pisałam już kiedyś o tym (zob. „Wokół całkowitego zakazu aborcji” na starym blogu), ale powtórzę, bo i blog mam nowy, i sprawa, jak się okazuje, znów aktualna.

Jestem PRZECIW aborcji. I to chyba tym bardziej, że sama kiedyś o mały włos nie dopuściłam się takiego zła. Ale jestem także przeciw zmianom w obecnej ustawie. Do dobra trzeba ludzi przekonywać, a nie przymuszać. Naiwnie wierzę zresztą w „postęp moralny” ludzkości. Z czasem ludzie sami zrozumieją, że aborcja nie jest dobrym rozwiązaniem (tak, jak to było np.z torturami, niewolnictwem i karą śmierci-dawniej tak powszechnymi).

Ewangeliczna pokusa „wyrwania kąkolu” jednym ruchem ręki oczywiście stale nam zagraża – ale wątpię, by jakiekolwiek zło dało się całkowicie wyeliminować ze świata jakąś ustawą. Jezus powiedział, że dobro i zło będą egzystować obok siebie „aż do żniwa.”

Wobec upadku tradycyjnej etyki lekarskiej (Hipokrates wszak zabraniał i aborcji i eutanazji) pilnie potrzebujemy chrześcijan w tym zawodzie – już teraz wielu z nich z poświęceniem prowadzi np. hospicja, jak niedawno zmarły ks.Jan Kaczkowski. Rolą Kościoła jest, by wychowywać takich ludzi. Ludzi sumienia. Ale PRAWO nie jest najlepszym instrumentem do kształtowania sumienia. (Może demoralizować ludzi zarówno wtedy, gdy jest zbyt liberalne, jak i wtedy, gdy jest nazbyt surowe.) A już na pewno nie jest jedynym środkiem, jakim dysponujemy.

Szczerze mówiąc, męczy mnie już odpowiadanie przy tej okazji wciąż na te same pytania – dlatego właśnie postanowiłam napisać ten post – żeby ostatecznie zebrać w jednym miejscu różne myśli, które mi się w związku z tym nasuwają. Wybaczcie, jeśli z tej racji zabrzmi to nieco chaotycznie.

Szczerze mówiąc, śmieszy mnie trochę zwyczajowe w takich razach „wymachiwanie macicami” przez feministki. W sprawie aborcji nie o macice, d..y, czy jak tam jeszcze ktoś zechce to nazwać, chodzi. Z pewnością także ludzki płód nie jest czymś zbliżonym do „nowotworu” czy też pasożyta, bo i takie opinie ostatnio słyszałam.(Od rozwiązania  problemu „dysponowania własnym ciałem” jest antykoncepcja, względnie sterylizacja. ). Chodzi tu o życie innego organizmu. Należącego bezsprzecznie do gatunku H. sapiens. (I tak – „żołądź JEST dębem.” 🙂 Zarodkowym stadium dębu.) Nigdy nie słyszano, by mężczyzna i kobieta zrodzili coś innego, niż ludzkie dziecko.

Istota ta, podkreślmy raz jeszcze (bo słyszałam już brednie, jakobym mordowała jedno swoje dziecko przy każdej menstruacji, a także, jakoby podczas męskiej masturbacji ginęły wręcz miliony ludzkich istnień…:)) jest czymś diametralnie różnym od rodzicielskich gamet, z których powstała. Ma swoje własne, unikalne DNA (nawet bliźnięta jednojajowe, czy też sztucznie wyhodowane „klony” posiadają pewne własne, niepowtarzalne cechy). Uważam także, że nie ma w tym miejscu potrzeby zajmowania się dywagacjami, „od kiedy płód posiada duszę?” Embriologia nie jest nauką o duszy.

Z powodów definicyjnych nie ma też potrzeby zajmować się tutaj dość rzadkimi anomaliami genetycznymi, takimi jak chociażby Zespół Downa (ludzie ci posiadają dodatkowy chromosom w 21 parze) czy Zespół Turnera (brak jednego chromosomu X u dziewczynek). Zakładam, że wszyscy zgadzamy się co do tego, że pies z trzema nogami to nadal jest PIES (a nie na przykład kaczka), mimo że czworonożność przynależy do zwykłej definicji tego zwierzęcia. Inaczej musielibyśmy również uznać, że osoby nie posiadające np. kończyn (jak Nick Vujicić) także nie są  istotami ludzkimi – ponieważ posiadanie rąk i nóg normalnie przynależy do opisu człowieka…

Istnieje dosyć znany eksperyment, w którym naukowcy badali, czy możliwe jest stworzenie nowego gatunku drogą przypadkowych mutacji (takich właśnie, jak opisane powyżej zespoły). W tym celu wykorzystano muszki owocówki, stanowiące wdzięczny obiekt do badań ze względu na szybkie następstwo pokoleń. Poddawano je – czy też ich jaja, już nie pamiętam – działaniu różnych czynników, o których wiemy, że mogą takie mutacje wywoływać, między innymi naświetlano promieniami rentgenowskimi. W następstwie tego oczywiście przychodziły na świat osobniki poważnie zdeformowane, np. mające dwie pary skrzydeł, nieprawidłową liczbę odnóży, a nawet dwie głowy. W żadnym przypadku nie udało się jednak stwierdzić, byśmy mieli do czynienia z osobnikiem innego gatunku, niż muszka owocówka. Cielę z dwoma głowami to wciąż cielę, ok?

Często używane w takich dyskusjach kryterium „osoby ludzkiej” (w zdaniu:”Płód ludzki jest może człowiekiem, ale nie jest osobą!”) pochodzi z nauk filozoficznych, a nie przyrodniczych i jako takie jest znacznie bardziej podatne na manipulacje. Dla nazistów Żydzi, a dla członków Ku-Klux-Klanu Afroamerykanie nie byli „osobami ludzkimi.” Także obecnie istnieje grupa etyków (z najsłynniejszym  z nich Peterem Singerem na czele), którzy nie przyznają statusu „osoby” nawet noworodkom. I usprawiedliwiają dzieciobójstwo. Jak Hillary Clinton, która ostatnio stwierdziła, że „dziecko w kilka godzin po urodzeniu nie posiada jeszcze żadnych praw konstytucyjnych.”(sic!)  Dlatego ja wolę pozostać przy mniej podatnej na ideologię definicji biologicznej: „człowiekiem jest każdy, kto należy do gatunku H. sapiens.”

Zdaję sobie przy tym sprawę, że jeśli się odrzuci dwa bezsporne momenty, czyli zapłodnienie i narodziny, określenie statusu płodu może być niezwykle trudne. Prawodawstwa różnych krajów są w tej sprawie niezwykle arbitralne: w niektórych krajach za granicę dopuszczalności aborcji uważa się dwunasty, a gdzie indziej dopiero 24. tydzień ciąży. Nie ma to, moim zdaniem, absolutnie żadnych podstaw „naukowych.”   Ale gdybym musiała mimo wszystko wskazać jakiś moment o absolutnie przełomowym znaczeniu, byłby to z pewnością szósty tydzień ciąży, kiedy to u małego człowieka można już zarejestrować aktywność mózgu. Chciałabym także zauważyć, że zdecydowaną większość zabiegów przerywania ciąży na świecie wykonuje się dużo, dużo później.

Podobnie możemy raczej pominąć (jako należącą jeszcze do sfery przyszłości) kwestię ludzkiego statusu klonów (czyli dzieci posiadających tylko jednego biologicznego rodzica), jak również hybryd ludzko-zwierzęcych („Jaki procent ludzkiego DNA trzeba posiadać, aby zostać uznanym za człowieka?”). Choć przypuszczam, że w przyszłości obydwie te kwestie będą musiały się stać przedmiotem poważnej bioetycznej refleksji.

A ponieważ jesteśmy z natury stworzeniami rozdzielnopłciowymi, nie wydaje mi się też właściwe szermowanie argumentem, jakoby „aborcja była wyłącznie sporawą kobiet.” Podejście tego typu uważam za niebezpieczne nie tylko w perspektywie zdejmowania z mężczyzn wszelkiej odpowiedzialności za niepożądaną ciążę („to nie moja sprawa! Niech ONA się tym zajmie!”), ale i za niesprawiedliwe w kontekście tak hołubionej przez nas „równości.”

Czytałam o przypadku młodego mężczyzny z Anglii, który w wyniku chemioterapii całkowicie utracił swoją płodność. Dowiedział się jednak, że jego „ex” jest w ciąży- z nim.Prosił i błagał przed ichniejszym sądem o życie dla swego dziecka – jedynego, które mógł mieć. Deklarował, że sam je wychowa, że poniesie wszelkie koszty, związane z trudami ciąży i porodu, jakie tylko jego była naznaczy. Wszystko na próżno. Sąd uznał, że „święte prawo kobiety do decydowania o SWOIM ciele” jest ważniejsze, niż prawo mężczyzny do posiadania dziecka. Hosanna… :(((

Niesprawiedliwość takich rozwiązań można by opisać per analogiam. Załóżmy, że mężczyzna i kobieta wspólnie znaleźli cenny skarb, ale że tylko kobieta posiadała właściwe warunki do przechowywania go, postanowili tymczasowo zdeponować go u niej. (W związku z tym, oczywiście, to kobieta ponosiła większe ryzyko – mogła np. zostać napadnięta, a nawet zastrzelona, ale zakładamy, że mężczyzna ze swej strony starał się jej zapewnić wszelkie możliwe środki bezpieczeństwa, jakich by zażądała, minimalizując w ten sposób zagrożenie. Na tym polega współodpowiedzialność). A mimo to, gdy mężczyzna zgłosiłby się po odbiór depozytu, usłyszałby, że kobieta go roztrwoniła. Co więcej, że miała do tego pełne prawo: „Mój sejf, to i wszystko MOJE – a ty się wynoś!” Nikt mi nie powie, że to jest tak całkiem fair.

TAK, uważam, że również mężczyźni powinni mieć prawo do współdecydowania o losach swego nienarodzonego dziecka, przy czym sądzę, że w przypadku rozbieżności pomiędzy rodzicami w tej sprawie należałoby zawsze zadecydować na korzyść „oskarżonego”, to znaczy za pozostawieniem go przy życiu. Zasada ta w oczywisty sposób nie powinna dotyczyć jedynie gwałcicieli. Ci nie powinni mieć prawa do decydowania o niczym.

Kryteria, jakie rzekomo należy spełnić, by móc się w ogóle wypowiadać w tym temacie, są zresztą bardziej wyśrubowane, niż samo tylko „posiadanie macicy” (a ja, głupia, ciemna, nieoświecona parafianka, zawsze myślałam, że do dyskusji na jakikolwiek temat jest konieczny raczej mózg, niż macica! No, proszę, jak to się można pomylić…:)) . Nie wystarczy bowiem do tego być kobietą, nie wystarczy być „w wieku prokreacyjnym”, ba, nie wystarczy nawet być matką. Trzeba jeszcze być matką dziecka niepełnosprawnego (choć i wśród nich znalazłoby się wiele przeciwniczek aborcji – przykładem może być Kaja Godek…) albo przynajmniej takowe adoptować.

Rozumiem zatem, że powinniśmy również odebrać mężczyznom-ginekologom prawo do wykonywania zawodu. Żaden z nich wszak nigdy nie był w ciąży.:) A morderców niechaj sądzą jedynie ci, którzy sami kogoś zabili. Nikt z nas nigdy nie był w  podobnej  sytuacji – jakież więc mamy „moralne prawo” by się wypowiadać?

Idąc tym torem, powinniśmy założyć, że o aborcji mają prawo wypowiadać się jedynie te kobiety, które same przeszły choć jedną. (I znowu: skąd pewność, że wszystkie byłyby „za”?) Zachodzę przy tym w głowę, ile też takowych zabiegów przeszła np. Kazimiera Szczuka, że daje jej to prawo do wypowiadania się na ten temat niemal bezustannie?

Bo, rzecz ciekawa, w przypadku ZWOLENNIKÓW prawa do aborcji wszystkie powyższe kryteria jakoś nie obowiązują…

Jestem niepełnosprawna, a jednak, rzecz dziwna, udało mi się „przeżyć koszmar porodu” – i to aż trzy razy. Miałam najwyraźniej szczęście, bo zdaniem niektórych spośród moich dyskutantów ciąża i poród są ZAWSZE bezpośrednim zagrożeniem dla życia i zdrowia kobiety. W XXI wieku, w Europie. W opozycji do tego, aborcja to podobno niezwykle bezpieczny zabieg (no, to czemu feministki straszą nas ciągle wizją tysięcy, jeśli nie milionów kobiet, które będą umierać w męczarniach po nieumiejętnie przeprowadzonym zabiegu? Nie wierzę zarówno w mit o „bezbolesnej aborcji”, jak i to, że we współczesnej Polsce „nielegalna aborcja” nazywa się pani Stasia i przyjmuje w brudnej szopie z zakrzywionym drutem w ręku…), który zarówno dla płodu, jak i dla jego matki jest wręcz dobroczynny.

Aborcja definitywnie „leczy” wszystkie choroby, ze szczególnym uwzględnieniem tych nieuleczalnych. Rozwiązuje wszelkie problemy, od traumy gwałtu (kobieta, która na skutek gwałtu NIE zaszła w ciążę – a takich jest większość, ponieważ silny stres może blokować owulację lub spowodować samoistne poronienie – powinna chyba wobec tego uznać, że „właściwie nic takiego się nie stało”, ponieważ „ominęło ją to, co najgorsze”?) po Zespół Downa.

W wielu krajach nawet dosłownie, ponieważ dzieci z trisomią już się tam prawie nie rodzą. Bo aborcja to nie tylko kwestia zewnętrznych warunków (ekonomicznych czy prawnych – chociaż one też są ważne), ale także, a może nawet przede wszystkim, kwestia mentalności – indywidualnej i społecznej. Mentalności, która mówi: „Jesteś okrutny nie wtedy, gdy uśmiercasz swoje chore dziecko, lecz wtedy, kiedy pozwalasz mu żyć!”  Będzie o tym jeszcze mowa nieco dalej.

Gdzieś na Zachodzie był naukowiec, który badał w tym wypadku możliwość „wyciszenia” wadliwego chromosomu. Nie otrzymał jednak funduszy na dalsze badania. Wyjaśniono mu uprzejmie, że są one niepotrzebne, ponieważ…legalna aborcja w pełni rozwiązuje ten problem… I niech nam żyje „możliwość wyboru”, hip, hip, hurra….

W Norwegii pewna Polka, która odmówiła abortowania dziecka z rozszczepem kręgosłupa, stała się ogólnokrajową sensacją- w TV ją pokazywali. Tamtejsi lekarze uważali aborcję za jedyną możliwą formę „terapii” w takich przypadkach. A ona wróciła do rodzinnego kraju, poddała dziecko operacji prenatalnej – i jej syn będzie chodził….

Jestem niepełnosprawna, a mimo to urodziłam szczęśliwie troje zdrowych dzieci. Lecz gdyby były „takie jak ja”, kochalibyśmy je z P. tak samo.

Często mnie pytają: „czy byłabyś w stanie patrzeć na śmierć i cierpienie swoich dzieci?” (Z którego to cierpienia aborcja, względnie eutanazja, mogłaby je raz na zawsze wyzwolić…)

Odpowiadam zawsze, że pojmuję rolę rodzica jako TOWARZYSZENIE dziecku we wszystkim, jeśli trzeba, także w chorobie i umieraniu. I jednocześnie zrobiłabym wszystko, co tylko leży w ludzkiej mocy, żeby zmniejszyć cierpienie mojego dziecka. Wszystko, z wyjątkiem bezpośredniego pozbawienia go życia. Bo niewielu wie, że nie jest eutanazją w sensie ścisłym podanie choremu środka przeciwbólowego nawet w dawce letalnej (tzn. takiej, o której wiemy, że może go zabić – jeśli zwykłe dawki nie działają) o ile tylko naszym głównym celem nie było zabicie go, a tylko złagodzenie cierpienia.

Jednocześnie, jako osoba niepełnosprawna głęboko wierzę, że każde dziecko, nawet bardzo cierpiące, może być na swój sposób szczęśliwe, jeśli tylko jest kochane i otaczane czułą opieką i troską. Nigdy też, spędzając nieraz długie lata w szpitalach, nie spotkałam żadnego dziecka, które by samo chciało umrzeć. Nie cierpieć-owszem. Ale nie umrzeć. Wola przetrwania u człowieka jest przeogromna. Czytałam o przypadku z mojej okolicy, gdzie dziecko urodziło się żywe mimo dwukrotnego wyłyżeczkowania macicy (błędnie uznano ciążę za obumarłą).

Uważam też za głęboko nieuczciwe epatowanie przy tej okazji zdjęciami ciężko chorych dzieci, jak gdyby były one tylko „straszydełkami”, których widok ma wywołać pożądany efekt – poparcie dla aborcji. W rzeczywistości zaś żywe urodzenia dzieci z takimi wadami, jakie są uwiecznione na tych fotografiach, są niezwykle rzadkie (w większości wypadków dochodzi wtedy do samoistnego poronienia) – a zdecydowaną większość aborcji eugenicznych na świecie stanowią  dzieci z Zespołem Downa.

Gdyby więc moje dziecko (co zawsze przecież zdarzyć się może) miało niebawem umrzeć, chciałabym, żeby umarło w moich ramionach. I gdyby zostało mi dane tylko na kilka chwil, także nie chciałabym mu żadnej z tych chwil odebrać. Chyba nie brzmi to jak jakiś straszny „fanatyzm”?

Rzecz ciekawa, jak niektórzy „obrońcy praw kobiet” pogardzają tymi spośród nich, które zdecydowały się urodzić śmiertelnie chore dziecko, nazywając je np. „żywymi trumnami.” Jacek Żakowski kiedyś wręcz stwierdził, że rodzicom, którzy wiedzieli, że urodzi im się chore dziecko, a mimo to pozwolili mu przyjść na świat, nie powinna przysługiwać żadna pomoc państwa. No, jasne, bo oni przecież zrobili to „specjalnie”.

A mnie się przypomina w tym momencie piękne zdanie jednej z takich kobiet:”Kiedy byłam w ciąży, nie czułam się wcale jak „chodząca trumna”. Przeciwnie, miałam bardzo głęboką świadomość, że moje ciało jest jedynym środowiskiem, w którym moje dziecko może żyć…”

Co mnie oburza w tym kontekście to, że w Polsce są jak na razie DWA (słownie dwa) hospicja perinatalne – w Warszawie i w Łodzi (chyba że jeszcze o czymś nie wiem). Ale to, jak się zdaje, nie interesuje  żadnej ze stron tego sporu.

Dla jednych bowiem aborcja wydaje się uniwersalnym i ostatecznym rozwiązaniem „problemu cierpienia”, drugim zaś zdaje się wystarcza sama moralna satysfakcja, że kobieta nie usunęła ciąży. Reszta ich nie obchodzi.

I to jest właśnie pierwszy powód, dla którego jestem przeciwna obecnym zmianom. Taki zakaz „aborcji eugenicznych” jaki się proponuje, można byłoby wprowadzić, ale… dopiero na końcu. Po zbudowaniu całej niezbędnej infrastruktury medycznej, a także (co nie mniej ważne!) klimatu społecznego, sprzyjającego rodzicom dzieci niepełnosprawnych. Bo nawet w krajach, takich jak jak Norwegia czy Francja, gdzie warunki życia osób niepełnosprawnych są znacznie lepsze, niż w Polsce, liczba takich aborcji jest bardzo duża – po prostu dlatego, że przekonano większość ludzi, że jeśli tylko można (poprzez aborcję) „oszczędzić takiemu dziecku cierpienia” (czyli po prostu życia), to tak właśnie NALEŻY postąpić.

Dlatego ja niezmiennie  wierzę w moc perswazji. Stanowczo wolę ludzi do czegoś przekonywać, niż przymuszać. Inaczej będzie to tylko „budowanie domu od komina.”

Poza tym, decyzja o przyjęciu (często na całe życie) chorego dziecka może być niekiedy wręcz heroiczna – a prawo nie może wymagać heroizmu.

Podobnie, jak w przypadku najbardziej oczywistym z możliwych: zagrożenia życia i zdrowia matki. Proszę mnie dobrze zrozumieć: oddanie własnego życia, aby ratować dziecko, uważam za rzecz wielką, piękną, godną najwyższego uznania, a wręcz aureoli. Ale do takiego stopnia świętości dorasta się stopniowo – i byłoby szaleństwem wymagać go od WSZYSTKICH kobiet. Poświęcenie, żeby było cenne, musi być dobrowolne („radosnego dawcę miłuje Bóg”).

W tym miejscu chciałabym dodać, że problem ciąży pozamacicznej, który tak rozpala emocje niektórych, dla mnie (i dla wielu bioetyków) w ogóle nie jest problemem etycznym. W zdecydowanej większości przypadków nie mamy tutaj absolutnie żadnych szans, aby ocalić życie dziecka (nawet za cenę życia matki!), tak więc właściwe jest ratowanie tego życia, które da się uratować. Wychodzę z założenia, że jedna żywa osoba jest większym dobrem, niż dwie martwe.

Podsumowując ten wątek, chciałabym stwierdzić, że gdybyśmy uchylili ten wyjątek, oznaczałoby to, ni mniej ni więcej, tylko, że życie dziecka jest dla nas więcej warte, niż życie jego matki – ona zaś sama jest tylko „opakowaniem” dla rozwijającego się dziecka. A na to, jako kobieta i jako matka, zgodzić się po prostu nie mogę.

I wreszcie sytuacja ostatnia – przypadek gwałtu. Gwałt jest jedyną sytuacją, kiedy można rzeczywiście mówić o tym, że kobieta została przymuszona do bycia w ciąży, i choć brzmi to tragicznie (jak by nie patrzeć, karę za winy gwałciciela ponosi inna istota ludzka – życie zaś owego przestępcy prawo chroni, jako – rzekomo – człowieka) należy pozostawić jej możliwość obrony przed nasieniem gwałciciela w imię jej podmiotowości. Gwałt to nie jest żadna „wola Boża”, a gwałciciel nie jest jej wykonawcą!

Wolałabym jednak, by pomoc dla kobiet zgwałconych w moim kraju obejmowała więcej, niż tylko możliwość aborcji. Pomoc psychologiczną, medyczną, wsparcie społeczne i duszpasterskie, a także pigułkę „po” – nie wczesnoporonną (na przykład czysty progesteron, zastosowany odpowiednio szybko może uchronić kobietę przed zajściem w ciążę z gwałtu). Jakże często mamy tendencję do stygmatyzowania kobiet zgwałconych i ich dzieci (czytałam o dwóch „pobożnych” sąsiadkach, które wykrzyczały w twarz zgwałconej 17-latce, że „na takie dzieci Pan Jezus nie dał zgody!”), z drugiej zaś strony, do bagatelizowania długofalowych skutków gwałtu, jeżeli tylko nie doszło do ciąży.

Na zakończenie jednak chciałabym powiedzieć zajadłym krytykom tego projektu ustawy, że jest to dopiero projekt, w dodatku obywatelski, który żeby w ogóle wejść pod obrady Sejmu, musi najpierw zebrać wymaganą liczbę podpisów. W moim przekonaniu szanse na to są niewielkie (nawet chrześcijanie są podzieleni w kwestii oceny tych konkretnych propozycji – a nawet to, po czym niektóre feministki tak demonstracyjnie „wychodziły” z kościołów – do których normalnie nie chodzą:) – to nie był jeszcze nawet list CAŁEGO EPISKOPATU, a jedynie „stanowisko” pewnej jego części).

Wyjaśniam: katolik nie może popierać aborcji, ale nie musi się to wiązać koniecznie z poparciem dla konkretnych rozwiązań prawnych.

Całą tę aborcyjną i antykatolicką  histerię (całe to straszenie nas „drugim Salwadorem” itd., co miało już zresztą miejsce w latach dziewięćdziesiątych – i okazało się nieprawdą) uważam zatem w najlepszym razie za mocno przedwczesną i przesadzoną.

 

skrajnośći (1)skrajności (2)skrajności (3)

16 thoughts on “Kompromis aborcyjny- droga pomiędzy skrajnościami.

  1. Witaj, Albo.

    Mocny post. Trudno się z Tobą nie zgodzić, bo piszesz rozsądnie i bez moralizatorskiego zacięcia. Ja również poruszyłam ten temat, ale bardzo lakonicznie. 🙂

    1. Witaj, Kiro. Miło Cię widzieć tutaj znowu. Powiedz, kimże ja sama jestem, aby móc „rzucać kamieniami” w tej sprawie? Przecież sama omal nie zabiłam swojego dziecka… Nie dziwię się Twojej lakoniczności: mam wrażenie, że ostatnio wszędzie mówi się TYLKO o tym. Można mieć przesyt, postanowiłam więc po prostu podsumować tu wszystkie moje rozmowy z ostatnich dni.

  2. 4) w art. 2:
    a. ust. 1 pkt 1 otrzymuje brzmienie:
    „1) opiekę medyczną nad kobietą w ciąży oraz dzieckiem poczętym,”;
    b. ust. 2a otrzymuje brzmienie:
    „2a. Organy administracji rządowej oraz samorządu terytorialnego, w zakresie swoich kompetencji określonych w przepisach szczególnych, są zobowiązane zapewnić pomoc materialną i opiekę dla rodzin wychowujących dzieci dotknięte ciężkim upośledzeniem albo chorobą zagrażającą ich życiu, jak również matkom oraz ich dzieciom, gdy zachodzi uzasadnione podejrzenie, że do poczęcia doszło w wyniku czynu zabronionego.”;

    To jest bardzo istotny element tego projektu!

    I druga sprawa – Ty o tym nie pisałaś, ale przecież dla każdego wierzącego jest jasne, że ostateczną decyzję o poczęciu podejmuje Bóg. Zadawałem sobie pytanie, co może sprawiać, że Bóg w sytuacji gwałtu podejmuje taką decyzję?
    Wydaje mi się, że odpowiedź może być tylko jedna – tak wielką traumę, jakiej doznaje zgwałcona dziewczyna, może pokonać tylko miłość. Czy więc te nieliczne przypadki, gdy dochodzi do zapłodnienia w wyniku gwałtu, nie dotyczą przypadkiem tych dziewczyn, które mimo wszystko potrafią przyjąć to dziecko i dla których miłość do dziecka stanowi ich ocalenie? Bóg przecież jest poza czasem i wie wszystko, a więc wie, jak to dziecko wpłynie na życie zgwałconej dziewczyny. Ono naprawdę może być dla niej wybawieniem.

    1. No, to ja ponawiam moją propozycję, Leszku: NAJPIERW zapewnijmy dzieciom upośledzonym (ach, jak ja nie lubię tego określenia…) i kobietom zgwałconym najlepszą możliwą opiekę, a dopiero POTEM wprowadzajmy zakaz. Czy zdajesz sobie sprawę, na przykład, jak trudne jest w naszym kraju życie osób cierpiących na choroby rzadkie? W obecnym stanie taka ustawa co najwyżej uspokoi sumienia niektórych polityków („ach, co za szczęście, w kraju Jana Pawła II nie ma już aborcji!”), ale niczego realnie nie poprawi. Jeśli zaś chodzi o Pana Boga, myślę, że On zawsze szanuje ludzką wolność. Nawet z Maryi nie chciał zrobić „żywego inkubatora” , choć zamierzał Jej dać wielką łaskę. Czekał na Jej „fiat”. Gwałt jest zaś bardzo jaskrawym tej wolności naruszeniem. A wiesz, że już pojawiają się pomysły, by przyznawać gwałcicielowi prawa do dziecka, jeśli tylko będzie płacił alimenty? Gwałciciel nie powinien mieć żadnych praw!

      1. NAJPIERW zapewnijmy dzieciom upośledzonym … i kobietom zgwałconym najlepszą możliwą opiekę, a dopiero POTEM wprowadzajmy zakaz – ależ tu nie może być żadnego następstwa czasowego – to musi być wprowadzone jednocześnie! Wyobrażasz sobie ten krzyk anty-PiSu, jak to ten koszmarny kurdupel wydaje pieniądze podatników, by wspomagać zgwałcone dziewczyny, gdy przecież mogły dokonać aborcji! Taka pomoc, by mogła rzeczywiście się pojawić, może się pojawić tylko przy jednoczesnej zmianie w prawie.
        A jeśli chodzi o wolność wyboru, to przecież:
        § 5. Jeżeli sprawcą czynu określonego w § 1 jest matka dziecka poczętego, sąd może zastosować
        wobec niej nadzwyczajne złagodzenie kary, a nawet odstąpić od jej wymierzenia.
        § 6. Nie podlega karze matka dziecka poczętego, która dopuszcza się czynu określonego w § 2.”;

        I jeszcze raz powtarzam, że właśnie w każdym przypadku takiego zapłodnienia jest owo fiat, na które Bóg czeka i na które reaguje. Sama piszesz silny stres może blokować owulację lub spowodować samoistne poronienie, a to dla mnie jest dowód, że Bóg czeka na owe fiat.
        Przyznaję, że ja, podobnie jak PiS, nie podejmowałbym teraz tego tematu, ale skoro Pan wybrał ludzi, którzy by przypomnieli o problemie akurat teraz, to On wiedział, co robi – nie udawajmy, że my wiemy lepiej.
        Być może chodzi tylko o przypomnienie, że ta ustawa, która jest, nie kończy sprawy i że do niej trzeba będzie wrócić? Jeśli chodzi jedynie o przypomnienie, to wnioskodawcom nie uda się zdobyć wymaganych podpisów. Ale nawet jeśli chodzi tylko o przypomnienie, to i tak trzeba ukazywać słuszność proponowanych rozwiązań.

        1. Nie.W przypadku gwałtu o żadnym „fiat” mowy być nie może, bo wówczas gwałt nie byłby gwałtem (dlatego nie dyskutujemy tu o przypadkach kobiet, które-tak jak ja-zaszły w ciążę nieplanowaną, ale jednak z miłości).No, bo jakże to? Kobieta jest poddawana przemocy, ale jednocześnie, w jakiś sposób wewnętrznie „wyraża zgodę”?Jeżeli coś takiego jest możliwe, to dlaczego wynosimy na ołtarze TYLKO te kobiety, które broniły się przed gwałtem „aż do przelewu krwi”, a nie po prostu wszystkie zgwałcone? Przecież chyba nie zakładamy, że te pozostałe nie stawiały choćby wewnętrznego oporu?

          1. No, i nie przesadzajmy.Opozycja ma wiele innych powodów, by krytykować Jarosława Kaczyńskiego.Nie sądzę, by ktoś krytykował PiS akurat za pomoc dla kobiet i/lub dzieci.Tym bardziej, że właśnie BRAK tej pomocy jest bardzo poważnym argumentem zwolenników prawa do aborcji.

          2. Albo, zacietrzewiasz się i nie słuchasz tego, co mówię. Gdzie w mojej wypowiedzi znalazłaś jakiekolwiek fiat na działania gwałciciela?! Nie wmawiaj mi takich rzeczy. Ja tylko twierdzę, że taką traumę, jaką pozostawia gwałt, pokonać może tylko miłość. Miłość jest jedyną szansą dla zgwałconej dziewczyny. Twierdzę również, że w ostatecznym rozrachunku to zawsze Bóg decyduje o poczęciu nowego życia. Bóg wie wszystko, wie więc, czy dana dziewczyna potrafiłaby przyjąć takie życie i otoczyć je miłością, czy też nie jest do tego zdolna. Czeka więc na fiat dziewczyny tak, jak czekał na fiat Maryi. Bóg niczego nie czyni wbrew naszej woli – nie „uszczęśliwia” nas na siłę. Nie ma lepszej drogi, ale choć On to wie, to tej drogi nikomu nie narzuca. Czeka na fiat.

            A jeśli chodzi o działanie anty-PiSu, to przecież tu masz doskonały przykład – projekt zmiany ustawy jest projektem społecznym, a i tak uruchomiona została narracja ph. jak to durny kurdupel robi zamach na wasze macice. Wprowadzenie obowiązku państwa do specjalnej opieki nad zgwałconymi dziewczynami, które nie skorzystały z dobrodziejstwa aktualnej ustawy pozwalającej na aborcję, na pewno doprowadziłoby do ataków na PiS – co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. Wprowadzenie takiego obowiązku na państwo jest możliwe jedynie przy jednoczesnej zmianie dopuszczalności aborcji w przypadku gwałtu.

  3. A ja bym jednak spróbowała, mimo wszystko, nie zaczynać od kar i zakazów.Mają one tyle samo wspólnego z miłością i pomocą dla kobiet, znajdujących się nieraz w drastycznych sytuacjach życiowych, co i działania klinik aborcyjnych.Notabene, jeden z polskich lekarzy, pracujących w takim miejscu, stwierdził, że „6-8 tygodniu ciąży płodu najczęściej jeszcze nie ma.”(sic).No, na ile ja się znam na medycynie, to po 21 dniach od zapłodnienia można już zarejestrować akcję serca, a po 6 tygodniach -zrobić nawet EEG płodu…Którego, oczywiście, „jeszcze nie ma.” Nie wiem, po co ci ludzie mówią takie rzeczy? Chcą uspokoić siebie, czy te kobiety? Zwyczajnie je zatem oszukują-dla zysku.

    1. Albo, ale dlaczego piszesz o zaczynaniu od kar i zakazów? To jest świadome fałszowanie obrazu – wiesz przecież, że chodzi o jednoczesne wprowadzenie zakazu aborcji i przyjęcie przez państwo opieki, a nie zaczynanie od zakazów i kar. Ty byś chciała, aby najpierw była opieka, a dopiero później byś zakazała. Tyle, że Ci na to odpowiedziałem – opozycja za wszystko, za co może, ale także za to, za co nie może, atakuje rząd; gdyby PiS przegłosował taką opiekę, jak to postulujesz, to anty-PiS nie zostawiłby na nim suchej nitki (To na in vitro PiS nie ma pieniędzy, aby spełnić największe marzenie tysięcy rodzin, a ładuje je w te kobiety, które tych dzieci nie chciały, ale które pod presją oszołomów bały się skorzystać z dobrodziejstwa ustawy, która w takich przypadkach zezwala na aborcję! To wszystko, to jedna wielka hipokryzja!)
      Fałszerstwem jest też pisanie o karach – pokazywałem Ci odpowiednie fragmenty projektu. Generalnie chodzi o karanie tych, którzy dobrze żyją z tych kobiet, a nie o karanie kobiet – żadna dziewczyna, która ze strachu, z biedy, z braku wsparcia od najbliższych, zdecyduje się na aborcję, nigdy takiej kary nie poniesie (ukarana może być co najwyżej np. prostytutka, która regularnie dokonuje aborcji – dla takich przypadków nie może być ustawowo zapisanego odstępowania od kary dla kobiet). To straszenie karami, jakiego tu dokonujesz, jest dokładnie takim samym nadużyciem, jak przypisywanie projektu PiS-owi.

  4. I jeszcze jedno- pamiętasz, kiedy wprowadzano u nas zapisy tej europejskiej Konwencji o przeciwdziałaniu przemocy, wszystkie dyżurne feministki piały z zachwytu, że oto już teraz żadna kobieta w Polsce nie będzie cierpiała.A właśnie chyba przedwczoraj oglądałam program o tym, jak NIE działają u nas Niebieskie Karty, nadzór kuratora nad rodzinami itp.To znaczy, formalnie, na papierze, to wszystko wygląda wspaniale-reszta mało kogo obchodzi.Dokładnie tak zresztą, jak przewidywałam.Dlatego zawsze byłam i pozostanę sceptyczna wobec prób „zmiany świata” wyłącznie środkami prawnymi.(Tak samo zresztą mylą się ci, którzy twierdzą, że całkowita legalizacja aborcji, narkotyków czy prostytucji sprawi, że problemy te znikną ze świata…) Obawiam się, że tak samo będzie z tymi pięknie brzmiącymi zapisami o pomocy dla rodzin z dziećmi niepełnosprawnymi i dla kobiet zgwałconych.Co najwyżej uspokoją one sumienia niektórych polityków („ach, co za szczęście, w kraju Jana Pawła II NIE MA już aborcji!”- powiedzą).Nie rozumiem, dlaczego najpierw nie możemy stworzyć tego systemu (co mogłoby już samo w sobie zminimalizować liczbę aborcji), a dopiero potem dyskutować o zakazie i karaniu? Stwórzmy w Polsce takie warunki, by nikt już nie mógł powiedzieć, że „nie było innego wyjścia, niż aborcja.” PiS ma w ręku wszelkie środki po temu.

  5. Czytając, oprócz tego że poruszasz bardzo wiele spraw bardzo trafnie, pomyślałem sobie, że nie zwróciłaś uwagi na jedną rzecz – ale oczywiście na końcu zwróciłaś 😉 Otóż właśnie cała ta „ustawa rządu” to jest jedno wielkie kłamstwo. Nie ma ustawy, i nie jest ona rządowa. Jest projekt ustawy fundacji działającej na rzecz zakazu aborcji. Tymczasem PiS się z tego trochę nieumiejętnie tłumaczy, podczas gdy wcale nie powinien, opozycja wykorzystuje żeby pokazać „paczcie jaki mamy za rządów kaczafiego zaścianek!!!1111”, femiśrodowiska robią burzę nt. „facetów w w kieckach” (księży oczywiście), koniec końców mam wrażenie, że w tej dyskusji chodzi o wszystko, tylko nie o samą aborcję.

    A co do reszty, to zgadzam się. W tym kraju są małe możliwości leczenia chorego dziecka jeszcze przed urodzeniem, choć to wynika chyba z ogólnej kondycji służby zdrowia, a nie czyjejś złej woli. No, chyba nie ma co się po Tobie powtarzać. Zatem pozdrawiam.

    P.S. Z polskimi znaczkami nadal jest coś nie tak: a, ą, o, ó, z, ż, ź i tak dalej.

  6. Bardzo mądry i piękny tekst, dodatkowo poruszający osobistą perspektywą. Temat jest jednak tak brzemienny w dylematy i kontrowersje, że wyczerpać go nie sposób.
    Z również osobistego powodu, zabrakło mi w nim krytycznego (nie mylić z krytykanckim) spojrzenia na egzemplifikacyjny dla katolików casus św. Gianny Beretty Molli – której religijnie motywowana decyzja zaowocowała osieroceniem czwórki małych dzieci (6-, 5-, i 3-letmich + nowo narodzonego) oraz męża. Nie kwestionując heroizmu kobiety, mój głęboki sprzeciw budzi jej “święty” egotyzm (skądinąd cechujący wielu kanonizowanych świętych). Będąc lekarzem pediatrą, musiała przecież zdawać sobie sprawę z dramatu i traumy, jaką zafunduje osieroconym dzieciom (o mężu nawet nie wspominając). Jeśli to nie jest (może i “szlachetny”) fanatyzm, to nie wiem, co nim jest. Ja w każdym razie w kwestii (nie)kanonizowania, jako advocatus diaboli, byłabym nieustępliwa. Ale to już całkiem odrębny, prawno-kanoniczny temat.

  7. Zakazy w niczym nie pomogą. A najbardziej mnie denerwuje, że te zakazy wprowadzać chcą ci, którzy o rodzeniu dzieci nie mają zielonego pojęcia.

    1. To akurat nie najlepszy argument, Shaak. 🙂 Zakazy zabójstwa czy kradzieży też na ogół wprowadzają ludzie, którzy sami nikogo nie zabili ani nie okradli – cóż więc mogą wiedzieć na ten temat?:) Niektórzy w podobny sposób zżymają się np. na zakaz bicia dzieci:”Takie bzdety wymyślają tylko ci, którzy sami nie mają dzieci! – mówią – Gdyby mieli, to by wiedzieli, że nie da się wychować dzieciaka bez klapsa!” A gdybyś zapytała np.jakiegoś pedofila (a więc najbardziej „obeznanego w temacie”), czy pedofilia powinna być zawsze uważana za coś złego, odpowiedź też mogła by Cię zdziwić… W końcu – co MY możemy o tym wiedzieć? 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *