Dlaczego denerwuje mnie film Macieja Pieprzycy „Chce się żyć”?

Proszę mnie źle nie zrozumieć.Uważam, że jest to film wybitny, na miarę obrazu „Moja lewa stopa”.I jestem pod wrażeniem tego, co zrobił Dawid Ogrodnik, który na potrzeby głównej roli musiał oduczyć swoje ciało normalnego reagowania. Oglądając go, byłam święcie przekonana, że jest to aktor, który rzeczywiście cierpi na porażenie mózgowe.Wbrew pozorom, są tacy na świecie.

 

Ale…No, właśnie.Zawsze są jakieś „ale.”

 

Przede wszystkim film ten utrwala negatywne stereotypy dotyczące tej choroby.Pokazuje osoby z porażeniem jako nie panujące nad ciałem, wymagające nieustannej opieki, wykonujące dziwne ruchy, bez kontaktu, zdeformowane…Przerażające.

 

Myślę, że niepotrzebnie.Ja np.zupełnie nie odnajduję siebie w tym obrazie-choć po obejrzeniu po raz kolejny tego filmu zaczęłam się zastanawiać, co właściwie inni ludzie widzą, kiedy patrzą na mnie? „Potworka”? Co takiego widzi mój mąż?

 

Sęk w tym, że ta przeklęta choroba nie ma czegoś takiego, jak „typowy obraz.” Każdy przypadek jest inny.Każdy człowiek jest inny.

 

Już i tak porażenie-obok Zespołu Downa-jest głównym „straszakiem” dla młodych rodziców.Kiedyś nawet przeczytałam na blogu pewnego tatusia westchnienie ulgi, że jego syn jest „tylko” niesłyszący, podczas gdy mógłby, o zgrozo, mieć porażenie mózgowe…

 

Wyznaję ze wstydem, że z wielkim trudem powstrzymałam się od napisania temu panu, że ja przynajmniej mogę mówić i śpiewać…Po co dobijać nieszczęśliwego człowieka?

 

Wobec powyższego drobiazgami wydają mi się już takie rzeczy, jak to, że podobno twórcy filmu nie dotrzymali obietnic składanych pierwowzorowi głównego bohatera-ponoć miano mu obiecać poprawę warunków życiowych w zamian za adaptację jego historii.Tymczasem człowiek ten nadal mieszka w DPS-ie. Tym bardziej, że sensację tę podawał swego czasu „Superexpress” – a sam reżyser zdecydowanie zaprzecza (mimo pewnych oczywistych podobieństw) jakoby jego dzieło miało być fabularyzowaną biografią Przemysława Chrzanowskiego.

 

Albo to, że lekarze w filmowym ośrodku najwyraźniej nie mają pojęcia o tym, że próba karmienia kogokolwiek-nie tylko osoby wykonującej liczne mimowolne ruchy!-w pozycji leżącej może się skończyć zadławieniem.

 

Albo wreszcie to, że język Blissa wydaje mi się bardzo mało efektywną formą komunikacji międzyludzkiej. Trudno mi sobie wyobrazić, by w ten sposób rzeczywiście można było wyrazić całą złożoność ludzkiego doświadczenia-coś więcej, niż najprostsze życiowe komunikaty i pojęcia.

 

Rozumiem jednak, że dla kogoś, kto przez lata był odcięty od jakiegokolwiek kontaktu z otoczeniem, i to może być bardzo dużo.

Co się Albie śni…

Nie od dziś wiadomo, że ja od lat we śnie i na jawie widuję głównie kościoły…:)

Niedawno więc przyśniło mi się piękne, charyzmatyczne nabożeństwo, zakończone wzajemną modlitwą za siebie  kapłanów i świeckich. I kiedy podeszła do mnie jakaś miła, starsza pani, z pytaniem, czy chcę, żeby się za mnie pomodlić, z uśmiechem pochyliłam głowę, żeby przyjąć od niej błogosławieństwo.

W tym jednak momencie ktoś złapał ją za rękę i usłyszałam kogoś mówiącego ostrym tonem: „Nie! To ona uwiodła naszego księdza!” Podniosłam oczy na mówiącego i zobaczyłam szpakowatego mężczyznę o kościstej, zaciętej twarzy.

– Ale… my przecież już mamy dzieci… – wyszeptałam nieśmiało, próbując jakoś się bronić przed tak niespodziewanym atakiem.

– A co mnie to obchodzi?! – warknął mężczyzna, mierząc mnie lodowatym spojrzeniem – Zdychaj z głodu, i ty i twoje bachory!!!

A sen ten stał się dla mnie przyczynkiem do szerszych rozważań na temat zjawiska tak zwanego „hejtu” czyli nienawiści obecnej w Internecie. I to wbrew pozorom nie tylko tej nienawiści, której sama czasami padam ofiarą.

I nie mówię tu wcale o tych krzywdzących, lecz w gruncie rzeczy nieszkodliwych insynuacjach, jakobym była tylko sztucznie stworzonym (przez Onet) awatarem, a cała moja historia została od początku do końca zmyślona, oczywiście w jakichś niecnych celach. Nie wiem dokładnie, jakie to miałyby być cele, jednakże z niektórych komentarzy wnioskuję, że ktoś przypuszcza, że zamierzam zniszczyć Kościół katolicki (a Boże broń i zachowaj!) lub, co najmniej, namieszać w głowie jego niewinnym owieczkom… A swoją drogą, słaba to chyba musiałaby być wiara, gdyby nią mógł zachwiać ktoś taki, jak ja…

Nie, nie, o takich „dobrotliwych” uwagach nawet nie warto byłoby w tym kontekście wspominać.

Myślałam raczej o „pełnowymiarowych” wybuchach nienawiści w rodzaju tych, gdy (jak np. pod postami o eutanazji), ktoś życzy mi z całego serca, żebym sama „zdychała w  najgorszych męczarniach” skoro (podobno) tego właśnie chcę dla innych.

Wiem, wiem, że publikując cokolwiek w Internecie trzeba być na to przygotowanym (niedawno w radiu słyszałam pewną panią psycholog, która tłumaczyła, że wrzucając cokolwiek do Sieci jak gdyby mówimy innym:„Róbcie z tym, co chcecie!”) – i mogę nawet z pewną satysfakcją stwierdzić, że te lata blogowania, nawet przy mojej ewidentnie (nad)wrażliwej naturze, nauczyły mnie jednak pewnego dystansu do tego,  „jak mnie piszą.”

No, bo jeśli nawet niektórzy z Was chcą we mnie widzieć „prawie świętą” i wychwalają mnie pod niebiosa, a inni (często pod tym samym tekstem!) twierdzą, że jestem całkowicie amoralna, cyniczna, ba, nawet niezrównoważona psychicznie lub opętana  (o takich drobiazgach, jak to, że od czasu do czasu ktoś rzuca mi w twarz, że jestem „po prostu głupia” też nawet nie powinnam wspominać) – to chyba oznacza, że nie jest ze mną ani tak dobrze, ani tak źle, jak mówią.

Wiem, wiem, że jeśli ktoś ośmiela się dzisiaj wypowiadać publicznie na jakikolwiek temat, powinien mieć BARDZO grubą skórę, być może grubszą, niż ja mam.

I wiem, że naprawdę może być jeszcze gorzej: niektórych ludzi (zwłaszcza bardzo młodych i/lub pozbawionych silnych więzi społecznych) ta bezinteresowna nienawiść doprowadza wręcz do samobójstwa.

Wiele już napisano na temat tego, co skłania niektórych ludzi do tego, aby opluwać jadem niczego nie podejrzewających bliźnich w Sieci.

Najczęściej zwraca się uwagę na (rzekomą)  ”anonimowość” kontaktów internetowych, która to ma podobno ułatwiać takie zachowania. Możliwe też, że prawdziwe jest zdanie, które z lubością powtarzała jedna z moich wykładowczyń: „Człowiek czuje się lepszy, gdy kogoś opieprzy!” W takim razie mógłby tu działać mechanizm swego rodzaju zawiści: „Aha, publikujesz coś w Sieci, myślisz, że jesteś taki mądry? – A ja ci i tak udowodnię, że jesteś nikim!” I tym prostym sposobem banda chłystków, którzy nie mają nic mądrego ani do powiedzenia, ani do roboty, potrafi szybko zniszczyć naprawdę wartościowego człowieka.

Czytałam o wybitnych artystach, którzy przeżyli załamanie nerwowe i zawiesili działalność z powodu skrajnie negatywnych opinii w Internecie. Hejterzy mogą się usatysfakcjonowani – w końcu dopięli swego.

No, cóż, ktoś mądry,chyba Stanisław Lem, kiedyś powiedział: „Dopóki nie zajrzałem do Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów!”

Byłoby to zresztą  zupełne zaprzeczenie teorii niektórych twórców globalnej Sieci, którzy marzyli, że będzie to po prostu ogólnoświatowa platforma wolnej wymiany myśli, gdzie każdy będzie mógł być już nie tylko odbiorcą informacji, ale także ich twórcą.

Bo jakież to wiekopomne myśli wypływają obecnie z większości internetowych forów? Czy nie zagłusza ich raczej wszędobylski smród pomyj?

Ale myślę, że problem nie polega tylko na „anonimowości”, która zresztą staje się coraz bardziej iluzoryczna. W wielu miejscach (jak na Facebooku) publikuje się przecież pod własnym nazwiskiem, a jakoś nie zauważyłam, by to wpłynęło w znaczący sposób na kulturę wypowiedzi.

Wydaje mi się raczej, że chodzi nie tyle o „anonimowość” co raczej o zwykły brak EMPATII. O tę podstawową niemożność czy niechęć do zobaczenia po drugiej stronie ekranu żywego człowieka, takiego samego, jak ja. Z jego emocjami, błędami i grzechami

No, bo jeśli to tylko „awatar”, to oczywiste jest, że można w niego walić do woli, nie przebierając w słowach. Awatary przecież nie cierpią, prawda?

Dobrze to obrazuje pewna reklama społeczna, w której pewnego internautę poproszono o przeczytanie na głos własnego komentarza, rozpoczynającego się bodajże od słów: „Zamknij się, idiotko…” – ale tym razem w obecności dziewczyny, do której był on adresowany. Nastolatek zmieszał się i nie był w stanie dokończyć swojej wypowiedzi. Ano, właśnie.

***

Coroczne wakacje u teściów. Jak zwykle – chodzenie po rozsianych wszędzie śladach kapłaństwa P. Zawsze tak samo bolesne.

Chociaż właśnie sobie uzmysłowiłam, że on już dłużej jest z nami, niż był księdzem. Dziwne uczucie.

Czytam ks. Jana Kaczkowskiego. Niezwykła książka (będę do niej tu pewnie jeszcze wracała) i niezwykły człowiek. Kapłan, który sam o sobie mówi z dystansem, że jest „onkocelebrytą”, czyli człowiekiem znanym głównie z tego, że ma raka. Wydaje mi się jednak, że jest kimś znacznie więcej.

Księdzem, który sam mając nowotwór mózgu, nadal prowadzi hospicjum. Księdzem, który, jak sam mówi, „sekowany przez Kościół nadal kocha Kościół.” Członkiem komisji bioetycznej, który ma odwagę mówić rzeczy niepopularne, jak na przykład, że ludzie Kościoła muszą się pilnie nauczyć mówić o in vitro tak, aby nie wyglądało na to, że nienawidzą dzieci poczętych tą metodą (temat na czasie:)).

Podzielam ten pogląd. Jak doskonale wiecie, mam własne obiekcje odnośnie pozaustrojowego zapłodnienia (zwłaszcza tam, gdzie jak się zdaje, metoda ta nie służy już „leczeniu” czegokolwiek, ale raczej realizacji „powszechnego prawa do dziecka” – jak w przypadku owej 65-latki z Niemiec, która wprawdzie miała już dziesięcioro „naturalnych” dzieci, ale zażyczyła sobie zabiegu na Ukrainie – i dostała to, czego chciała…), a jednak miałam mocno mieszane uczucia, gdy na Jasnej Górze jeden z biskupów mówił o „antyludzkiej metodzie.”

Jak mają się wobec tego czuć LUDZIE, którzy przyszli na świat w taki sposób?!

Nie, nie i jeszcze raz nie. Każda metoda jest „ludzka”, o tyle, o ile rodzą się z niej ludzkie dzieci… Zawsze będę powtarzać, że metoda może być „sztuczna”, może być nawet niewłaściwa moralnie, ale ludzie, którzy z niej się narodzili, są w pełni prawdziwi, tak samo, jak my. A więc znowu ten brak empatii…

To trochę podobnie, jak ks. Jan opowiadał o przypadkach katechetów, którzy stając przed klasą pełną dzieci, pochodzących w większości z rozbitych rodzin, mówili, że rodzice tych uczniów „żyją po rozwodzie w zwierzęcych związkach.” Ksiądz Kaczkowski mówi, że w takim wypadku najlepiej byłoby po prostu wstać i wyjść – no, bo jak rozmawiać z kimś, kto od razu na dzień dobry obraża twoich rodziców? – pyta.

W młodości… nie chodził na religię i ostro imprezował. Z powodu słabego wzroku jego kandydaturę odrzucili jezuici (niech żałują!:)) i omal nie zabroniono mu święceń („A pieniądze widzi? – Widzi! – To święcić!”:)). Znany jest z niechętnego stosunku do charyzmatyków i miłości do łacińskiej liturgii. Ale mówi także (jak papież Franciszek), że nie podoba mu się Kościół, który „pachnie korporacją.”

  Nie wdając się w kazuistyczne spory, z prostotą stwierdza, że przecież „NPR to też antykoncepcja”; śmieszą go też „prezerwatywy dla katolików”, dziurkowane po to, „aby nie obezpłodnić” i tak bezpłodnego stosunku – a na pytanie, dlaczego Kościół sprzeciwia się „nienaturalnej” antykoncepcji, „odmawia odpowiedzi.” I dodaje, że jako duszpasterz jest w stanie wyobrazić sobie takie sytuacje, kiedy „użycie prezerwatywy nie będzie może dobre, ale z pewnością będzie bardziej odpowiedzialne – bo nie narazi drugiej osoby na poczęcie byle jak, byle gdzie i z byle kim.” Mówi też głośno o tym, że troska wielu ludzi Kościoła o dzieci niejednokrotnie kończy się w momencie urodzenia…

Ale też twierdzi na przykład, że w sporach z kościelną hierarchią zdecydowanie bliższa jest mu postawa ks. Bonieckiego (który pokornie poddał się pod władzę przełożonych), niż „nieustępliwego buntownika” – księdza Lemańskiego.

I jeszcze jeden mały fragmencik, w związku z tematyką bloga: „Spotykałem się z przypadkami młodych dziewcząt lub młodych mężczyzn, którzy zostali uwiedzeni przez księży. Bronili ich, więc pytałem: „Czy uważasz, że on jest dobrym kapłanem?” Odpowiadali:”Tak.” „Czy rozmawiacie o twoich wątpliwościach, czy on mówi o swoich wyrzutach sumienia?” „Tłumaczy, że celibat to pomyłka.” „Pamiętaj, że skoro ma takie podejście, może to oznaczać, że dla niego nie jesteś jedyna.”

Trzeba takiej osobie, najczęściej dziewczynie, uświadomić, że jest ofiarą w tym związku. Gdyby ksiądz, który z nią współżyje, był uczciwy i szczerze ją kochał, odszedłby z kapłaństwa. Jeżeli chce z nią być, a jednocześnie nie jest wystarczająco odważny, żeby to zrobić, to znaczy, że jest niewiarygodny i opowieści o dylematach można włożyć między bajki.”

I znowu pełna zgoda. To jest właśnie to, co sama od lat próbuję (z różnym skutkiem) tłumaczyć dziewczynom i kobietom zakochanym w duchownych.

Nietuzinkowa postać, którą trudno wepchnąć w jakiekolwiek ramy (ostatnio np. odwiedził młodzież na Przystanku Woodstock, ale nie wywołał tam takiego „skandalu” jak wspomniany ks. Lemański. To nie w jego stylu…) – i może dlatego tak mi bliska.

***

W tych dniach czytałam także wywiad z prof. Thomasem W. Hilgersem, twórcą tzw. Modelu Creighton, stanowiącego integralną część naprotechnologii.

Wokół tego „holistycznego” podejścia do problemu leczenia niepłodności narosło wiele mitów i nieporozumień – a ja już tak jakoś mam, że lubię wiedzieć więcej, nawet jeśli dany problem nie dotyczy mnie osobiście.

Dowiedziałam się na przykład, że błędna jest już sama często używana nazwa (której i ja zresztą używałam dotąd na blogu): „model Creightona.” Poprawnie powinno się mówić raczej „model Creighton” – bo jest to po prostu nazwa uniwersytetu, na którym prof. Hilgers prowadził swoje badania.

Dalej, nie jest prawdą, że „cała ta naprotechnologia to tylko długie, żmudne i w istocie do niczego nie prowadzące obserwacje cyklu kobiety”, podobne do tych, jakie prowadzi się w innych metodach rozpoznawania płodności. Otóż nie. A przynajmniej nie powinno tak być.

Okazuje się, że te obserwacje to jedynie, że się tak wyrażę, etap wstępny całego procesu leczenia niepłodnej pary. Naprotechnolodzy mówią bowiem, że na podstawie samych tylko skrupulatnie prowadzonych obserwacji są w stanie zdiagnozować szereg problemów zdrowotnych kobiety – a następnie próbują je leczyć, metodami bynajmniej nie „homeopatycznymi”, jak to się często złośliwie twierdzi, lecz przy wykorzystaniu różnych osiągnięć medycyny akademickiej: chirurgii, farmakoterapii, dietetyki…

Jeżeli nie uda się znaleźć przyczyny niepłodności u kobiety, szuka się dalej – u mężczyzny. (I tak obalamy kolejny mit: „Być może naprotechnologia pomaga niektórym kobietom zajść w ciążę, lecz w przypadku męskiej niepłodności nie ma już nic do zaoferowania!”).

A wszystko to w tym celu, by – po zakończeniu terapii czy też nawet w jej trakcie – możliwe stało się poczęcie dziecka „siłami natury.”

Osobiście zawsze byłam przeciwna przedstawianiu naprotechnologii jako „katolickiej alternatywy dla in vitro” (podobnie, jak metody naturalne nie są jedynie „substytutem skutecznej antykoncepcji, łaskawie dozwolonym przez Kościół zniewolonym katolikom.”). Chodzi tu raczej o dwa różne podejścia do ludzkiej płodności, do medycyny w ogóle. Moim zdaniem, oba te podejścia mogłyby się wzajemnie uzupełniać.

Pierwszy nurt, reprezentowany w znacznej mierze przez kliniki in vitro, sam siebie niekiedy nazywa „medycyną reprodukcyjną”, co nasuwa niezbyt miłe skojarzenia z hodowlą zwierząt. Skojarzenia, dodajmy, o tyle uzasadnione, że (pisał o tym „ojciec” pierwszego dziecka z próbówki we Francji, prof. Testart) technika zapłodnienia pozaustrojowego została przeniesiona na grunt „ludzkiej” medycyny wprost z zootechniki: początki jej były takie, że w pewnym momencie zauważono, iż „przerasowane” krasule przestają się samorzutnie rozmnażać – i poszukiwano sposobu, by przełamać ten biologiczny „opór materii” i nadal uzyskiwać od nich wysokogatunkowe potomstwo.

Po ponad 30 latach stosowania tej metody u ludzi opanowaliśmy już dość dobrze jej praktyczne aspekty (nawiasem mówiąc, skoro technicznie rzecz ujmując, jest to zabieg dosyć prosty, wciąż zachodzę w głowę, dlaczego na całym świecie kliniki in vitro generują aż tak ogromne zyski?) – ale szczerze wątpię, by nasza WIEDZA na temat mechanizmów ludzkiej płodności jakoś znacząco od tego wzrosła. Jeżeli się mylę, proszę mnie wyprowadzić z błędu.

Inaczej mówiąc: dzięki in vitro potrafimy dziś „zrobić dziecko” praktycznie każdemu (jeśli to będzie para jednej płci czy też samotna kobieta po histerotomii – od czegóż są banki komórek i matki zastępcze, gotowe służyć własną macicą?) – ale zupełnie (p)omijamy przyczyny bezdzietności. W tym sensie in vitro wcale nie leczy niepłodności – lecz jedynie usuwa jej najbardziej dotkliwy objaw: brak dziecka.

I tak – to prawda, że to działa (czasami) ale jakże często nie wiemy nawet, DLACZEGO działa, a jeszcze częściej – czemu nie udaje się w tym jednym, konkretnym przypadku.  A myślę, że jednak warto byłoby to wiedzieć…

Naprotechnologia, którą nazwałabym raczej „medycyną prokreacyjną” – przeciwnie, stara się (zapewne z różnym skutkiem i nie unikając błędów) zaczynać od poznania przyczyn konkretnego problemu z poczęciem – aby potem przynajmniej próbować ten problem wyleczyć.

Jak to powiedział prof. Hilgers: „W naszym Instytucie zaczęliśmy badać rzeczy, których nikt wcześniej nie badał..” (Choćby to, jaki wpływ określone czynniki mają na ludzką płodność). Myślę, że warto stawiać pytania, nawet, jeśli nie znamy (jeszcze) wszystkich odpowiedzi.

Proszę mnie dobrze zrozumieć: ja nie twierdzę, że to ZAWSZE działa (np. jeśli mężczyzna ma azoospermię, czyli całkowity brak plemników w płynie nasiennym, to pomóc mu może już tylko in vitro, w dodatku z użyciem obcych gamet), ani, że „in vitro jest zawsze złe, a naprotechnologia – dobra.”

Nigdy nie ufałam metodom, które zachwalały własną, „stuprocentową skuteczność” niezależnie od okoliczności. Ale to jest pokusa, która według mnie zagraża zarówno specjalistom od in vitro, jak i entuzjastom naprotechnologii. A może nawet w ciut większym stopniu tym pierwszym.

Uczciwa medycyna to taka, która w pewnym momencie potrafi powiedzieć: „Przykro nam, w tej chwili już nic więcej nie możemy zrobić!”

A naprotechnologia ma się mniej więcej tak do in vitro, jak protetyka do medycyny rekonstrukcyjnej. Z faktu, że LEPIEJ by było móc przywrócić ludziom utracone kończyny, wzrok czy słuch – NIE WYNIKA przecież automatycznie, że uważamy, że protezy, aparaty słuchowe i okulary są czymś godnym potępienia, prawda?

Kiedyś czytałam reportaż, w którym przedstawiono pracę terapeutów, pracujących z dziećmi poważnie niedowidzącymi. Oczywiście, MOŻNA takim dzieciom od razu sprawić białą laskę, psa przewodnika i nauczyć je dobrze czytać brajlem. Naprawdę, nic w tym złego. Ale można też – i oni właśnie to robili – nauczyć je, jak mogą wykorzystywać choćby tę resztkę wzroku, jaka im jeszcze pozostała. Ćwiczyć ją i rozwijać.

Sądzę, że naprotechnolodzy mają analogiczne podejście do ludzkiej płodności: jeśli istnieje choćby cień szansy na poczęcie dziecka, to należy zrobić wszystko, co tylko jest w naszej mocy, aby tę szansę zwiększyć. A że wiele osób jest zbyt pośpiesznie diagnozowanych jako „całkowicie niepłodne” – to mogą świadczyć wcale nierzadkie przypadki „naturalnych” ciąż u par, które przeszły wcześniej (z sukcesem lub nie) całą procedurę pozaustrojowego zapłodnienia…

I wydaje mi się, że takie postawienie sprawy pozwala mi widzieć także in vitro we właściwej perspektywie: jako „protezę płodności”, którą w istocie jest.

Długo wahałam się, do której kategorii przypisać ostatnie osiągnięcie medycyny: ponowne wszczepienie fragmentu jajnika pacjentce, u której wcześniej profilaktycznie go usunięto przed leczeniem onkologicznym. I tu pewnie się zdziwicie, ale dla mnie coś takiego to właśnie „medycyna prokreacyjna” w czystym wydaniu. Bo to był jej własny jajnik, a w wyniku zabiegu kobieta odzyskała zdolność naturalnego poczęcia…

Bioetyczne schody zaczną się dopiero w momencie, kiedy ktoś wpadnie na pomysł, by (jak to się powszechnie robi w przypadku innych organów) pobierać potrzebne gonady od innych dawców, np. od osób zmarłych… Co wtedy? (Pyta o to też ks. Kaczkowski.) Czy można urodzić własną siostrę? A może cioteczną babkę? Gdzie leży granica?

sen-150x150

 

Źródło obrazka: parafia-jozefow.pl

 

Za co nie lubię Donalda Tuska?

No, cóż, jakby tak dobrze poszukać, z pewnością znalazłoby się kilka takich rzeczy (i od razu mówię, że nie jestem z PiS-u!:)).

Ale chyba najbardziej obecny przewodniczący Rady Europy „podpadł mi” (jako matce) swoją, delikatnie mówiąc, niezbyt mądrą wypowiedzią na temat przedszkoli, którą próbował uzasadnić reformę edukacji, „przesuwającą” wszystkie sześciolatki z przedszkoli do szkół.

Nazwał on mianowicie przedszkola ni mniej ni więcej tylko „przechowalniami dla dzieci” (sic!) oraz oskarżył korzystających z nich rodziców o to, że zwyczajnie… nie chce im się zajmować swoim potomstwem.

O ile to drugie jest po prostu niesprawiedliwe, o tyle to pierwsze jest piramidalną bzdurą. Przedszkola bowiem nie są (w przeciwieństwie do żłobków czy też dawnych „ochronek”) jedynie instytucjami o charakterze opiekuńczym, lecz także (i przede wszystkim) edukacyjnym.

Dziwnym trafem te kraje (jak np. Finlandia), w których tym początkowym etapem nauczania objęto największy odsetek dzieci, mają też potem najlepsze wyniki w europejskich rankingach szkolnych. Paradoksalnie, prawidłowość tę zaczyna dostrzegać również polski system oświaty, ponieważ od roku 2004 obowiązkowym rocznym „przygotowaniem przedszkolnym” objęto u nas wszystkie sześciolatki, a od 2011 roku – także pięciolatki.

Nie od dziś wiadomo, że (ogólnie rzecz biorąc) dzieci, które wcześniej uczęszczały do „dobrego” przedszkola, znacznie lepiej i łatwiej radzą sobie w szkole, niż te, które do siódmego roku życia pozostawały jedynie pod czułą opieką rodziców. Oczywiście, jak zwykle dopuszczam znaczące wyjątki od tej zasady. Tym niemniej uważam, że stworzenie w domu warunków dla rozwoju dziecka, odpowiadających czy nawet przewyższających to, co jest możliwe do zrealizowania w przedszkolu, jest bardzo trudne, a czasami wręcz niemożliwe.

Mówiąc wprost – ażeby w pełni zastąpić swojemu dziecku przedszkole, każdy rodzic musiałby stworzyć je u siebie w domu (jak to zresztą zrobił Józef Piłsudski w trosce o swoje córki – dlatego też uważam decyzję o przeniesieniu tej placówki z pałacyku w Sulejówku na inne miejsce za skandaliczną – przedszkole to jest w takim samym stopniu obiektem historycznym, jak i dom Marszałka) oraz samemu przedzierzgnąć się w przedszkolankę.

A nie oszukujmy się: nie każdy ma tyle czasu, wiedzy, umiejętności i (co tu kryć?) pieniędzy.

Sama przyznaję bez bicia, że pomimo mojego pedagogicznego przygotowania, inwencji, miłości oraz ogromu dobrych chęci miałam niekiedy spore trudności z sensownym zorganizowaniem czasu mojej ruchliwej 2,5-latce.

A nie chciałam, by spędzała całe dnie przylepiona do ekranu telewizora lub/i komputera…

Dlatego teraz cieszę się, gdy widzę, jaka jest szczęśliwa, idąc do przedszkola, gdzie różnorodność zajęć (i towarzystwo innych dzieci – co nie jest bez znaczenia w dobie naszych małych rodzin, gdy trudno czasem – naprawdę! – znaleźć równolatka do zabawy dla naszej pociechy) ma nieporównanie większą, niż to, co ja mogę jej zaoferować w domu.

A w każdym razie wiem, że były premier się myli – i że posyłając ją tam nie kieruję się jedynie własną wygodą, lecz także (a może: przede wszystkim) dobrem mojego dziecka. Wcale nie czuję się „wyrodną matką”, która oddaje dziecko na kilka godzin do „przechowalni”, ponieważ po prostu chce się go pozbyć…

 

Przedszkole-150x150

Na ilustracji: Bł. Edmund Bojanowski (1814-1871), jeden z pionierów wychowania przedszkolnego na ziemiach polskich, wśród dzieci. 🙂

Z mojej półki.

Jest to rzecz ogólnie znana, że ludzie w rozmaity sposób radzą sobie ze swoimi problemami. Jedni rzucają się w wir pracy, inni piją alkohol, oddają się rozrywkom lub szukają ukojenia w relacjach z bliskimi ludźmi, w modlitwie czy zgoła w seksie.

Nie inaczej jest i ze mną. Jako abstynentka bez bicia przyznaję się do tego, że „kompulsywnie” kupuję i czytam książki, szukając w nich już to prostej rozrywki i ucieczki od niełatwej rzeczywistości, już to informacji na interesujący mnie temat (wiele z nich zamieszczam później na blogu) albo wreszcie konkretnych rozwiązań własnych problemów.

I tak na przykład, przyznać muszę, że bardzo podniosła mnie na duchu informacja znaleziona w książce Andrei Tornielllego „Franciszek – biografia papieża” (wyd. JEDNOŚĆ, Kielce 2013) że przyszły papież – a był pierwszym z pięciorga dzieci swoich rodziców – miał zaledwie 13 miesięcy (a więc mniej, niż moja Aniela), kiedy przyszedł na świat jego młodszy brat.

Dziadkowie, chcąc ulżyć młodej matce w opiece nad dwójką maluchów, zabierali małego Jorge na całe dnie do siebie – a przyprowadzali do domu dopiero wieczorem. Wychodzi więc na to, że nie tylko dla mnie („egoistki”) zbyt wczesne kolejne narodziny stanowią pewien problem natury… hmmm… logistycznej. Bardzo to pokrzepiająca świadomość, zwłaszcza że (o ile mi wiadomo) matka obecnego papieża nie była osobą niepełnosprawną – zaczęła mieć poważne kłopoty zdrowotne dopiero po ostatnim porodzie.

Duże wrażenie wywarła też na mnie inna biografia, Grigorija Rasputina – autorstwa jego córki, Matriony. („Rasputin. Dlaczego? Wspomnienia córki.”, wyd. Bauer Weltbild Media [KDC – Klub dla Ciebie] Warszawa 2008).

Oczywiście, na hasło „Rasputin” wielu z Was pewnie wzdrygnie się z obrzydzeniem (i oskarży mnie znowu o „propagowanie niemoralności”), mając w pamięci ową „czarną legendę”, spopularyzowaną przez popkulturę i obecną i obecną nawet w piosence zespołu Boney M, gdzie został on wręcz wprost nazwany „love machine of the Russian queen” – aczkolwiek dowody historyczne na romans Grigorija z carycą są bardziej, niż wątłe.

Oczywiście, przy lekturze warto zawsze pamiętać, że kochająca córka zapewne starała się wybielić ojca, jak tylko mogła, pokazując nam o wiele bardziej skomplikowany obraz prostego człowieka, co prawda targanego od czasu do czasu różnymi namiętnościami – ale też szczerze żałującego za swe grzechy (dobrego prawosławnego, poszukującego całe życie Boga i prawdy. W kontekście zaś tegorocznej, setnej rocznicy wybuchu I wony światowej, i tego, że temu niezwykłemu „chłopu z Pokrowskoje” zarzuca się często zgubny wpływ na politykę ostatniego cara Rosji, warto może wspomnieć, że według słów córki Rasputin stanowczo odradzał Mikołajowi II przystąpienie do tej wojny, przewidując, że przyniesie ona krajowi tylko „morze krwi.”

Jak wiadomo, w kilka lat później jego słowa sprawdziły się w całej rozciągłości….

Warto też przytoczyć inny znamienny fragment wspomnień Matriony Rasputin:

” Na początku XX wieku Petersburg stosowniej byłoby nazywać nie Nową Wenecją, a Nową Sodomą. (…) Wieczorami po Newskim Prospekcie przechadzały się nieprzebrane tłumy wesołych dziewczynek. Policja padała z nóg, pilnując porządku w niezliczonych domach uciechy. Panienki do nich – w tym również dziesięciolatki, cieszące się niebagatelnym popytem – sprowadzano z Azji, Ameryki Południowej i Afryki.

Wielbiciele filmów porno splunęliby rumieńcem na widok pokazów, jakimi cieszyli oko bywalcy ówczesnych zamkniętych klubów dla arystokracji.

Jedyną granicą, jaką sobie stawiali, była granica ich własnej wyobraźni. Do najbardziej popularnych widowisk tego rodzaju należały sceny, przedstawiające najrozmaitsze warianty współżycia płciowego – od pedofilii po zoofilię.

Warto przy tym zauważyć, że członkowie stołecznych klubów za nic w świecie nie przyznaliby się, że toną rozpuście. To, co działo się na ich oczach, uważali za swego rodzaju rozrywkę estetyczną, wierząc, że – przynajmniej jeśli o nich chodzi – obserwować to nie to samo, co uczestniczyć.”

A do tego wszystkiego jeszcze wszechobecne seanse spirytystyczne, podejrzane „Towarzystwo Teozoficzne” Heleny Bławatskiej i całe tabuny różnych mniemanych proroków, oszustów i rzezimieszków….

Do takiej właśnie stolicy trafił młody Grisza Rasputin, obdarzony osobliwym darem leczenia siłą sugestii, który niebawem miał zostać okrzyknięty „najbardziej znienawidzonym człowiekiem w Rosji.”

I po przeczytaniu tego wszystkiego śmiem twierdzić, że nie był on wcale bardziej zepsuty od tych, którzy go oskarżali – a niektórzy z jego zabójców, jak książę Jusupow, to typy doprawdy odrażające. Ale przekonajcie się sami!

Niezmiennie interesują mnie też zagadnienia związane z historią idei i historią Kościoła.

Jeśli więc chcecie dowiedzieć się, jak (i na co) w przeszłości umierali papieże, i jak wybierano ich następców, przeczytajcie świetnie udokumentowaną książkę autorstwa Johna-Petera Phama „Następcy świętego Piotra. Kulisy śmierci i wyborów papieży”(Wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2005). A jeśli interesuje Was,, jak to NAPRAWDĘ było na przykład z Galileuszem, Giordano Bruno, papieżycą Joanną – i wieloma innymi jeszcze „wstydliwie skrywanymi tajemnicami”, polecam Wam książkę niemieckiego historyka Michaela Hesemanna „Ciemne postacie w historii Kościoła. Mity. Kłamstwa. Legendy.”((Wydawnictwo M, Kraków 2013). Przeczytajcie, bo warto! Naprawdę – tylko PRAWDAjest ciekawa!:)

Na tym tle sporym rozczarowaniem okazała się natomiast książka Benjamina Wikera„Dziesięć książek, które każdy konserwatysta musi znać – oraz cztery nie do pomięcia i jedna uzurpatorska. „ (Wyd. FRONDA Warszawa 2013). Nie zachwyciła mnie ona pomimo rzetelnego omówienia dzieł takich autorów jak C. S. Lewis czy  J. R.R Tolkien – niezmiennie za to nadal polecam część pierwszą -, „Dziesięć książek, które zepsuły świat.” (wyd. FRONDA Warszawa 2012). No, cóż – widocznie w autorze dopiero walka z ideami, z którymi się nie zgadza (a nie obrona własnych) wyzwala prawdziwą pasję polemiczną i lekkie pióro…

I na zakończenie trzy powieści – bo przecież są wakacje i trochę rozrywki też Wam się ode mnie przyda.

Pierwsza z nich,  ”Na zawsze wygnańcy”, autorstwa Fiorelii de Maria (Wyd. PROMIC, Warszawa 2013), którą pochłonęłam w ciągu zaledwie jednej nocy, to zjawisko doprawdy wyjątkowe na rynku szeroko pojętej „książki katolickiej.”

Z pozoru ta historia młodziutkiej dziewczyny, Maltanki porwanej przez piratów i odsprzedanej muzułmańskim handlarzom niewolników, wygląda na typową powieść z gatunku przygodowych.  A jednak w swej głębszej warstwie jest to opowieść o dramatycznych wyborach nietuzinkowej bohaterki (zdradzę tylko, że Warda została przez przybranego ojca wyedukowana na… lekarkę!), która często szczerze pragnąc dobra, wywołuje wielkie zło – albo odwrotnie…

W tej powieści prawie nic nie jest jednoznaczne, czarno-białe (wypisz-wymaluj – tak, jak w moim życiu…).

Wielbicielom, a zwłaszcza wielbicielkom, powieści osnutych na wątkach biblijnych szczerze polecam  natomiast książkę Francine Rivers, autorki międzynarodowych bestsellerów z kręgu tzw. „literatury chrześcijańskiej” (choć, co prawda, według mnie literatura dzieli się wyłącznie na „dobrą” lub „złą” – i ta jest zdecydowanie DOBRA), m.in.. znakomitego „Dziecka pokuty” (niech Was nie odstrasza tytuł:)), , traktującego o problemie gwałtu i aborcji.

„Tamar”  (Wyd. AETOS Wrocław 2013) natomiast to oparta dość luźno na motywach biblijnych opowieść o jednej z kobiet, których imiona znajdują się w rodowodzie Chrystusa. Książka stanowi pierwszą część cyklu –  Rodowód ŁASKI – i jakiś czas temu miałam niewątpliwe szczęście wygrać ją w pewnym konkursie radiowym…. 🙂

Z pewnym wahaniem natomiast polecam Wam cykl pióra Melvina R. Starra o perypetiach  średniowiecznego chirurga i detektywa-amatora Hugh z Singelton (w serii nakładem wydawnictwa PROMIC ukazały się np. „Niespokojne kości” i „W cieniu kaplicy.”).

Mimo że zawsze lubiłam opowieści w klimacie „Imienia róży” i przygody różnego typu „detektywów w sutannie” (poczynając od księdza Browna, a na Ojcu Mateuszu kończąc:)) – to jednak tym razem styl tych książek wydaje mi się nieco przyciężki, a sympatia, okazywana angielskim „heretykom”, w rodzaju Johna Wycliffe’a  nieco zbyt ostentacyjna.

Zdecydowanie bardziej podobały mi się „Kroniki braciszka Cadfaela” Elllis Peters (aczkolwiek też przede wszystkich chodzi o pierwszych siedem tomów – może to zresztą zasługa bardziej udanego tłumaczenia na język polski) – o których tu już kiedyś pisałam.

Ale przeczytać zawsze  można.  No, i…. miłych wakacji Wam wszystkim życzę!