Kilka myśli na 500-lecie Reformacji.

Przede wszystkim, muszę powiedzieć, że bardzo cieszę się, że papież Franciszek został zaproszony i przyjął zaproszenie na obchody jubileuszu 500-lecia Reformacji w Szwecji. Podczas spotkania ponoć rozdawano wodę mineralną w butelkach, na których po jednej stronie był napis „wod z Norymbergi”, a po drugiej – „woda z Rzymu.” Ciekawe, co by na to powiedział Marcin Luter, który tworzył zjadliwe pamflety „o papiestwie przez Antychrysta w Rzymie założonym.” 🙂 A także, co by powiedział na to, że w Kościele luterańskim w Szwecji, wbrew zasadzie „sola Scriptura” wyświęca się dziś kobiety na pastorki i biskupki… Musiałby się bardzo zdziwić. 🙂

W każdym razie, wszyscy przeszliśmy długą drogę, aby to w ogóle mogło być możliwe…

Czasami myślę, że gdyby Marcin Luter żył w dzisiejszych czasach, do rozłamu Kościoła w ogóle by nie doszło.

Bo nie tylko Kościół protestancki od czasów Lutra uległ daleko idącym przemianom. Podobnie zmienił się także Kościół katolicki, czego zdaje mi się, nasi bracia protestanci nie zauważają w wystarczającym stopniu. Często rozmawiając z nimi mam wrażenie, jakby ich wiedza o Kościele rzymskokatolickim i jego dogmatach zatrzymała się w XVI wieku. Zupełnie, jakby oni dla nas byli braćmi, ale my dla nich – wciąż jeszcze trwającymi w błędzie „heretykami”, których koniecznie trzeba nawrócić na „jedyną prawdziwą, ewangeliczną wiarę.” Przy czym każda z licznych protestanckich  denominacji na ogół uważa własną interpretację Pisma Świętego za jedyną właściwą.  Widywałam już braci protestantów, kłócących się między sobą zażarcie np. o to, czy „zgodnie” z Pismem” wolno chrzcić małe dzieci, czy też absolutnie nie. Może powinnam dodać, że w takich sporach, jako historyczka i katoliczka przychylałam się do opinii tych, którzy mówili, że można – choć nigdy nie powinno to był obowiązkowe czy przymusowe.Jednakże wątpię, by rozstrzygnięcie tej kwestii sprawiło, że świat stanie się bardziej chrześcijański…

Weźmy jednak dwie najprostsze kontrowersje katolicko-protestanckie: kult maryjny i kult obrazów.

Nie potrafię na przykład wytłumaczyć swoim protestanckim przyjaciołom, że my-katolicy NAPRAWDĘ, ale to naprawdę, nie czcimy Maryi (ani świętych) W TAKI SAM SPOSÓB, jak czcimy Boga. I że, na przykład, Maryja jest tylko JEDNA, a nie inna w każdym obrazie. 🙂 A znów te obrazy mają nam służyć tylko jako pomoc w modlitwie. (Niezależnie od nadużyć, które się zdarzają – i nad którymi ubolewam.). A Pismo Święte znam nie gorzej, niż wielu z nich…

Nieporozumienia te jednak nie przesłaniają mi nigdy wszystkiego, co nas łączy – i nie tracę nadziei, że kiedyś będziemy mogli modlić się razem w jednym Kościele – w „pojednanej różnorodności.”

reformacja

Oskarżona: Matka Teresa.

Na wstępie muszę zaznaczyć, że zawsze bardzo szanowałam Matkę Teresę. Jej gest porzucenia „wygodnego” (choć zakonnego) życia i zamieszkania wśród ubogich jest czymś, na co niewielu by się zdobyło.

Proszę mnie dobrze zrozumieć, ona NAPRAWDĘ nie musiała tego robić. Mogła w spokoju doczekać  emerytury, ucząc dziewczęta w ekskluzywnej, odizolowanej od wszelkiej nędzy, szkole sióstr loretanek. Co więcej, nawet jej przełożeni byli początkowo zszokowani tak niecodzienną decyzją młodej zakonnicy.

I jeśli, idąc za wewnętrznym wezwaniem, postanowiła ona zająć się – na miarę swoich sił i możliwości – tymi, którymi nikt się nie zajmował – to tylko chwała jej i cześć.

Matka Teresa NIE BYŁA lekarzem, psychologiem, ani pracownicą społeczną. Była tylko prostą zakonnicą, która próbowała zaradzić złu, które widziała wokół siebie tak, jak potrafiła. Na pewno NIE WSZYSTKO zrobiła tak, jak trzeba. Z pewnością miała swoje wady i popełniała błędy. Ale Kościół, ze swej strony, NIGDY nie nauczał, że jego święci byli „bezgrzeszni.” A zdecydowana większość jej najbardziej zajadłych krytyków nigdy nie zrobiła dla bliźnich nawet tego, co ona.

Zastanawiające jest też i to, że zdecydowana większość zarzutów, skierowanych przeciwko Matce Teresie (np. o rzekomą defraudację miliardowych środków finansowych, uzależnianie pomocy od konwersji na chrześcijaństwo, przesadne gloryfikowanie cierpienia  czy też wynikającą z tego niewłaściwą opiekę w przytułkach)  pojawiła się dopiero po jej śmierci, gdy ona już nie może się bronić. Szczerze wątpię, że tej niepozornej kobiecie udało się aż do tego stopnia omamić cały świat, by tak zupełnie bez powodu przyznano jej Pokojową Nagrodę Nobla. Gdyby tak się stało, musiałaby ona chyba być oszustką wszech czasów… W każdym razie, dobrze to świadczy o rzetelności Kościoła katolickiego w tej sprawie, że o pełnienie funkcji advocatus diaboli w jej procesie kanonizacyjnym (jest to osoba, która ma za zadanie przedstawić powody, dla których dana osoba nie powinna zostać wyniesiona na ołtarze) poproszono Christophera Hitchensa, znanego ateistę, który większość powyższych zarzutów zawarł w swojej książce. („Matka Teresa w teorii i w praktyce.”)

I jeśli ostatecznie nawet jemu nie udało się doprowadzić do tego, by zrezygnowano z ogłoszenia założycielki Sióstr Misjonarek Miłości świętą Kościoła katolickiego – to chyba znaczy, że dowody na poparcie jego twierdzeń nie były zbyt mocne.

Nigdy też nie wierzyłam, by Matka Teresa była w rzeczywistości „opętaną ateistką”. Jej poruszające prywatne listy, które przeczytałam, są raczej świadectwem duchowych zmagań, które przeżywa wielu świadomie wierzących – tylko niewielu się do tego przyznaje. Wiara, która jest „skokiem w ciemność” mimo doświadczania milczenia Boga, wydaje mi się bardziej godna podziwu, niż lukrowana pobożność, która nigdy nie przeżywa żadnych wątpliwości. Jest to wiara wręcz heroiczna. Wiara podobna do tej, jaką wykazał się pewien rabin, który patrząc na kaźń swoich współbraci w obozie koncentracyjnym, miał wykrzyknąć z rozpaczą: „Boże Wszechmogący! Pomimo tego wszystkiego, co nam robisz – i czego NIE robisz – ja nadal chcę w Ciebie wierzyć! Będę wierzył WBREW Tobie samemu!!!”

Oczywiście, można powiedzieć, że fakt, iż Matka Teresa od lat była używana przez katolików w celach apologetycznych – niemal każdą dyskusję na temat „spasionych, bogatych księży” można było szybko uciąć jednym krótkim zdaniem:”Ale spójrz, przecież w Kościele są i tacy ludzie, jak Matka Teresa!” – musiał wywołać jeszcze ostrzejszą reakcję drugiej strony – wojujących antyklerykałów, którzy wzięli sobie za punkt honoru, żeby udowodnić, mówiąc krótko, że „ta wasza dyżurna święta wcale nie była taka święta!”

Nie mogę się też uwolnić od niejasnego wrażenia, że tak bezprecedensowa  wrogość niektórych środowisk wobec Matki Teresy MOŻE mieć jakiś związek z jej nieprzejednanym stanowiskiem w sprawie aborcji. Ale, zaznaczam, to tylko moje mgliste przeczucie.

Ale i reakcje sporej części katolickich publicystów na tę krytykę nie zawsze wydają mi się właściwe. Każdy, kto ośmiela się mieć jakiekolwiek wątpliwości co do absolutnej nieskazitelności Matki Teresy (która to, przypomnę, wcale nie jest konieczna do świętości) może teraz zostać uraczony argumentem, że po prostu „nic nie zrozumiał z dzieła tej wielkiej świętej”. Co na ogół kończy wszelką dyskusję.

Na jednym z portali znalazłam utrzymany w podobnym duchu artykuł pewnej studentki medycyny, która była wolontariuszką w jednym z domów Zgromadzenia dla dzieci niepełnosprawnych. „Pomyślałam, pisze ona, że fizjoterapeuta mógłby odwiedzać te dzieci częściej. Ale przecież (autorka zaraz karci samą siebie za tę jakże śmiałą myśl!) siostry nie zamierzają przecież prowadzić profesjonalnego ośrodka dla niepełnosprawnych, tylko dom. Mała Rosa nie ma wprawdzie na tyle sprawnych nóg, żeby móc normalnie stać, ale może żyć w domu pełnym miłości.” I tym sposobem zostanie w tym domu na zawsze, uzależniona od życzliwej (nie przeczę!) pomocy sióstr – dopowiedziałam sobie w myśli. I tu już się we mnie, jako w osobie niepełnosprawnej, coś zagotowało.

Przecież nawet w rodzinie, gdzie jest dziecko niepełnosprawne, kochający opiekunowie starają się zrobić WSZYSTKO, co w ich mocy, żeby dać dziecku jak największą sprawność, a co za tym idzie – także samodzielność. Miłość nie wyklucza fachowej pomocy – i nie powinna być jej przeciwstawiana w taki sposób!

Reasumując, apelowałabym do obydwu stron sporu o większą uczciwość w ocenie rzeczywistych  dokonań Matki Teresy. Jestem przekonana, że prawda jeszcze nikomu nie zaszkodziła. A już z pewnością nie zaszkodzi tej niezwykłej kobiecie, która, jak wierzę, jest już bezpieczna w objęciach Ojca.

oskarzona

Dookoła burkini.

Przy okazji zakazu noszenia islamskich strojów kąpielowych, który, na szczęście, ostatecznie uchylono we Francji, wyszły na jaw pewne bardzo niepokojące tendencje, zarówno w łonie liberalnego laicyzmu, jak i – co mnie znacznie bardziej smuci – wśród konserwatywnych katolików.

Najpierw jednak uściślijmy może, o czym w ogóle mówimy. Otóż „burkini” – wbrew pozorom! –  to nie synonim „burki”. Burkini jest to po prostu strój kąpielowy/plażowy, zakrywający szczelnie całe ciało (ale bez twarzy!), przypominający nieco kombinezon do nurkowania.

TO, proszę państwa, jest burka…

burkini (1)

A tak, mniej więcej, wygląda burkini.

burkini 2

Jest różnica? Jest! Australijska projektantka libańskiego pochodzenia, Aheda Zanetti, twierdzi, że zaprojektowała te stroje nie po to, by „zamknąć kobiety w domach”, lecz przeciwnie, po to, by dać dziewczętom pochodzącym z konserwatywnych rodzin muzułmańskich możliwość uczestniczenia w wielu aktywnościach, m.in. sportowych, które inaczej byłyby dla nich zakazane. Nie mam chyba powodu, by jej nie wierzyć. I wydaje mi się, że tutaj sytuacja może być podobna jak z zakazem noszenia chust. Zastanówmy się, czy zabraniając tego, zachodnie społeczeństwa rzeczywiście „wyzwalają” te kobiety. I myślę, że tym samym już na samym początku dyskusji odpadnie nam argument o „Arabkach wchodzących do morza w tonach szmat” – choć nie ukrywam, że i takie się zdarzają (ale to głównie w starszym pokoleniu i w krajach muzułmańskich) .

Kolejną kwestią wartą rozważenia – jeśli nawet założyć, że „burkini jest emanacją kultury, zmierzającej do zniewolenia kobiet” – jest, czy NALEŻ Y kogokolwiek „wyzwalać” na siłę, wbrew jego woli. Dla mnie te obrazki z niektórych francuskich plaż, gdzie strażnicy nakazywali tak odzianym kobietom się rozebrać na oczach innych turystów, były wręcz oburzające i ani z wolnością, ani z poszanowaniem godności takiej osoby nie miały zbyt wiele wspólnego. Były raczej wyrazem patriarchalnego (tak, tak – tutaj używam tego słowa z pełną świadomością!) przekonania:„MY wiemy lepiej, co dla Ciebie, kobieto, jest najlepsze!”

Słyszałam także opinie, iż „burkini mówi:”moje ciało jest własnością mojego ojca/męża!” i jako takie jest złe. Nawet, gdyby tak było, to po pierwsze, nie ma nic złego w takim myśleniu, jeśli tylko kobieta SAMA jest do tego przekonana. Po drugie, można by przekornie zapytać, jaki sygnał wysyła z kolei skąpe bikini czy topless, dozwolony na wielu plażach? „Moje ciało jest własnością Was wszystkich?” 🙂 Nie wydaje mi się.

Inna sprawa, że w islamie – jak też w kilku innych kulturach pozaeuropejskich – „publiczny” (to jest: inny niż domowy) strój kobiecy ma służyć przede wszystkim temu, by UKRYĆ ich urodę przed wzrokiem „niepowołanych” – podczas gdy na Zachodzie, niezależnie od epoki, miał jednak za zadanie ją EKSPONOWAĆ.

W każdym razie nie sądzę, by jedynie druga postawa – w odróżnieniu od pierwszej – doskonale odzwierciedlała ideę „prawa do dysponowania własnym ciałem.” Nie rozumiem, dlaczego kobieta MUSI się rozebrać, by udowodnić sobie (i światu) że jest „naprawdę wolna.”  Wydawało mi się dotąd, że w sercu „europejskich wartości” leży raczej przekonanie, że każdy ma prawo czynić (a więc i nosić na sobie!), cokolwiek chce, tak długo, dopóki swoim postępowaniem nie krzywdzi innych ludzi.

I  tak, domyślam się, co za chwilę znajdzie się w komentarzach: „socjalizacja, głupia!” 🙂 Sęk w tym, że my wszyscy, we wszystkich społeczeństwach i kulturach jesteśmy do czegoś tam „socjalizowani.” Do ewentualnego przekonania, że  absolutna nagość w dowolnym miejscu nie jest niczym złym – także. Któż z nas może z całą pewnością powiedzieć, że wszystkie nasze przekonania są wyłącznie nasze własne, a nie „wdrukowane” nam przez wychowanie, lektury, otoczenie?:))

Czy wobec powyższego zaczniemy dokładnie określać, jaki strój „godzi w europejskie wartości” – a jaki jest z nimi zgodny? Tylko że i to chyba niewiele ma wspólnego z koncepcją „wolności jednostki”, jak ja ją rozumiem.

No, i wreszcie – co z tymi kobietami, które z jakichś powodów (np. zdrowotnych) muszą być na plaży bardziej zakryte, niż inne? Twórczyni burkini twierdzi, że ostatnio otrzymała też wiele zapytań o kostiumy od niemuzułmańskich kobiet chorych na raka. Czy je również będziemy „wykluczać” z plaży? Czy też trzeba będzie mieć przy sobie zaświadczenie lekarskie, uprawniające do określonego ubioru?

Burkini.3

I przechodząc powoli w stronę naszego katolickiego podwórka. Niektórzy komentatorzy, zwłaszcza we Francji, wyrażali zdziwienie, że „muzułmańskie stroje religijne” miały zostać zakazane, a bliźniaczo nieraz do nich podobne zakonne habity – rzekomo nie. Wydaje mi się, że to nie jest prawda. Zakaz miał objąć wszystkie religie, co wydaje mi się tym bardziej prawdopodobne, że to właśnie katolickie zakonnice najostrzej wystąpiły w obronie swoich muzułmańskich sióstr (podobnie zresztą było po wprowadzeniu zakazu noszenia chust, kiedy to szkoły katolickie z otwartymi ramionami przyjmowały muzułmańskie uczennice, aby umożliwić im dalszą edukację…) Interesujące jest wszakże, dlaczego, skoro księża na urlopie z reguły paradują po plaży w kąpielówkach lub spodenkach, siostry zakonne pojawiają się tam na ogół „w pełnym rynsztunku”?:)

Żartobliwie nieco zaproponowałam kiedyś, by w ramach reformy poszczególne zgromadzenia żeńskie zaprojektowały sobie własną wersję strojów plażowych, zgodnych z charyzmatem danego zakonu. Dajmy na to- dominikanki powinny mieć kostiumy białe, a franciszkanki – w kolorach Ziemi… 🙂

Problem ten ma jednak także zupełnie już katolicką stronę medalu.

Oto jakiś czas temu na „Frondzie” ukazał się artykuł, piętnujący nie tylko „plaże mieszane” jako potencjalne źródło pokusy i cudzołóstwa, ale nawet przypominający niektóre przedsoborowe dokumenty, zgodnie z którymi „publiczne pokazy pływania dziewcząt nie powinny się odbywać.” Rozumiem zatem, że dla dziewcząt z katolickich domów powinien to być kres marzeń o występach na Olimpiadzie?:) I że nawet chrześcijańskie rodziny powinny podlegać przymusowej segregacji płciowej na plaży?

Burkini 4

Pruderia tego typu jest groźna nie tylko dlatego, że zakłada, że ludzkie (kobiece) ciało jest tylko źródłem pokusy dla niewinnych mężczyzn – choć, szczerze powiedziawszy, w dobie ogólnodostępnej pornografii młody katolik nie musi wcale udawać się na plażę, aby zobaczyć kawałeczek nagiego ciała.  To nie czasy naszych pradziadków, kiedy to nawet widok obnażonej… kostki wywoływał erotyczne dreszcze! Należałoby chyba współczuć mężczyźnie, który nie umie patrzeć na kobietę bez seksualnych podtekstów (warto tu jeszcze dodać, że często cytowany w tym kontekście tekst Ewangelii o „pożądliwym spojrzeniu” nie piętnuje „nieskromnie odzianych” kobiet, lecz raczej mężczyzn, którzy nie umieją na nie patrzeć we właściwy sposób. Mahometowi zaś przypisuje się zdanie, jakoby „prawdziwa zasłona była w oczach mężczyzn.” Szkoda, że nie tylko muzułmanie tak często o tym zapominają!) A ktoś aż tak wrażliwy na bodźce wzrokowe nie powinien chyba nawet wychodzić na ulicę (zwłaszcza latem) – że już nawet nie wspomnę o pójściu do galerii sztuki. Sęk w tym, że dla istoty ludzkiej WSZYSTKO może stać się źródłem zmysłowej podniety – tym też się tłumaczy popularność np. strojów zakonnych w sex-shopach…

Nade wszystko jednak taka postawa zwalnia praktycznie mężczyznę z odpowiedzialności za własne myśli i czyny, z pracy nad sobą, z samokontroli – przerzucając w całości tę odpowiedzialność na kobietę, „która go skusiła.” Przypomnę, że „prowokacyjnym zachowaniem kobiety” i zbyt krótką spódniczką tłumaczą się prawie wszyscy gwałciciele świata…

Jest to zresztą błąd podobny do tego, który popełniają niektóre feministki, twierdząc, że choćby pijana kobieta szła nocą przez szemraną dzielnicę, odziana tylko w perły, to i tak żadne męskie zwierzę „nie ma prawa” jej zgwałcić. Tutaj z kolei mamy do czynienia z sytuacją, kiedy dorosła, świadoma kobieta przerzuca odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo na mężczyzn, którzy rzekomo powinni zadbać o to, żeby nic złego jej się nie stało. Analogicznie, wyjeżdżając na wakacje powinniśmy zostawiać drzwi i okna naszych domów szeroko otwarte, ponieważ nikt przecież „nie ma prawa” nas okraść, nieprawdaż?

Tylko proszę znów nie brać powyższego za dowód, że uważam, że „kobieta jest w gruncie rzeczy odpowiedzialna za gwałt.” Nie, nigdy nie jest odpowiedzialna za gwałt – ale zawsze to przede wszystkim ona sama odpowiada za własne BEZPIECZEŃSTWO. A mnie się marzą odpowiedzialne kobiety. I odpowiedzialni mężczyźni. Po prostu.

 

Dlaczego Kościół nie może pogodzić się z gender?

Przy okazji niedawnego dnia Świętej Rodziny nasi biskupi wydali list (dość gruntownie zresztą, i słusznie, skrytykowany przez mojego ulubionego Szymona Hołownię), w którym wśród zagrożeń, czyhających na prawdziwie katolicką, polską rodzinę, obok rozwodów wymienili także, a jakże, znowu tajemniczą „ideologię gender”.

I chociaż naprawdę nie sądzę, by był to rzeczywiście problem spędzający sen z powiek przeciętnym Kowalskim (zdaje mi się raczej, że – w swoich najbardziej bzdurnych przejawach – jest to raczej rodzaj mody, która dotyka niewielkie grupy zaangażowanych wyznawców – i która przeminie prędzej czy później, jak wiele innych) – to jednak myślę, że jestem także w stanie zrozumieć głęboki powód tego sprzeciwu.

Od razu mówię, że nie wierzę, aby była nim zasadnicza niechęć katolicyzmu (czy też szerzej – chrześcijaństwa) do równości płci czy też nawet do pewnego stopnia – do wymienności ról społecznych pomiędzy płciami.

Mimo że (przypomnę) dla tradycyjnej teologii płci nie są całkowicie „zastępowalne” (żadna matka w pełni nie zastąpi ojca, ani też odwrotnie), lecz raczej  „komplementarne” (dopełniają się nawzajem), to jednak jestem głęboko przekonana, że nie musi to wcale oznaczać niesprawiedliwej „nierówności.”

Wierzę raczej w to, że między mężczyznami i kobietami – podobnie jak pomiędzy różnymi wyznaniami chrześcijańskimi – możliwa jest „jedność w różnorodności”, przy poszanowaniu odrębności i unikalnych cech  każdej ze stron.

Nikt rozsądny przecież nie zaprzeczy, że odkąd kobiety zaczęły w większym stopniu angażować się w różne aktywności poza domem, bardziej sprawiedliwy i „elastyczny” podział obowiązków wewnątrz rodziny stał się zwykłą koniecznością. I znakiem czasu.

Szczerze mówiąc, sama wychowywałam się w rodzinie, gdzie podział ról był dość, jak na owe czasy, niestandardowy: mój tata zrezygnował z własnego awansu, aby umożliwić mojej mamie karierę zawodową, w której się spełniała. Mając zatem ojca, który gotował kaszki i wycierał noski nigdy jakoś nie mogłam uwierzyć w to, co napisała sympatyczna skądinąd włoska autorka Constanza Miriano: że mianowicie zmienianie pieluszek własnym dzieciom pozbawia facetów jakiejś części ich męskości. Nie pozbawia.

Myślę jednak, że spór o gender jest o wiele głębszy – toczy się bowiem o samą naturę poznania. I człowieka.

Czy istnieje jakakolwiek obiektywna rzeczywistość (a więc PRAWDA obiektywna), czy też „prawdą” może być każde nasze subiektywne przekonanie – inaczej mówiąc, wszystko, cokolwiek nam się wydaje?

Często przytaczam w tym miejscu przykład z tym nieszczęśnikiem, który zapragnął być kotem – co więcej, udało mu się znaleźć usłużnych lekarzy, którzy dzięki całej serii zabiegów przeistaczają go coraz bardziej w stworzenie „kotopodobne.”

I teraz będzie pytanie kontrolne: czy po zakończeniu całej kontrowersyjnej kuracji człowiek ten rzeczywiście STANIE SIĘ kotem (zgodnie ze swoim najgłębszym pragnieniem)?

Większość z Was zapewne odpowie: nie. No, dobrze – ale właściwie DLACZEGO nie?

I myślę – a przynajmniej mam nadzieję – że większość z Was tym razem odpowie: „Bo człowiek NIE MOŻE być kotem. Z natury. Bo człowiek i kot należą do różnych gatunków.” – albo jakoś podobnie.

Otóż to. A główny filozoficzny problem z gender, tak jak ja je rozumiem (i jak zapewne rozumieją je księża biskupi) polega na tym, że zdaje się ono mówić: „Bzdura, żadna „natura ludzka” nie istnieje. Każdy człowiek może być tym, czym zechce. Kobietą, mężczyzną, kotem…Nie ma granic dla ludzkiej wolności. Nie istnieje też żadna „prawda obiektywna” – a jedynym wyznacznikiem tego, co prawdziwe, jest Twoje najgłębsze wewnętrzne przekonanie.”

W konsekwencji nie istnieje też żaden „Stwórca natury ludzkiej” – albo inaczej: każdy człowiek sam dla siebie jest „stwórcą.”

Oczywiste jest zatem, że z takim postawieniem sprawy chrześcijaństwo (i w ogóle żadna religia, która zakłada istnienie jakiegokolwiek Najwyższego Prawodawcy), które od zawsze – bez względu na to, co nim mówiono w różnych epokach! – było dosyć „realistyczne” (tzn. zakładało, że ISTNIEJE zarówno niezależna od nas rzeczywistość, jak i prawda obiektywna, którą człowiek może poznać i do niej dostosować swoje działanie) pogodzić się  nie może.

Z punktu widzenia zarówno religii jak i wielowiekowego doświadczenia (oraz nauki) wiemy, że istota ludzka NIE JEST nieskończenie plastyczna (zresztą, czyż genderyści naprawdę wierzą, że w przeciągu zaledwie kilku pokoleń poprzez odpowiedni „trening społeczny” da się wykorzenić wszystkie te unikalne cechy, którymi natura – nie bez powodu przecież – w ciągu milionów lat obdarzyła obydwie płci? Szczerze mówiąc, bardzo wątpię, by ktokolwiek mógł w to wierzyć…). A nasza wolność wyboru NIE JEST nieograniczona – ograniczają nas chociażby zwykłe prawa fizyki. Jeśli teraz stanę na parapecie okna i zacznę energicznie machać rękami, nie wzniosę się w powietrze, choćbym nawet bardzo głęboko wierzyła, że jestem ptakiem…

I dlatego właśnie, jak sądzę, Kościół nigdy nie będzie mógł pogodzić się z gender.

 

gender-4

 

 

Czy rzeczy naprawdę są tym, czym nam się wydają?;) Czy może tym, czym chcielibyśmy, aby były?  Czy też są po prostu tym… czym są? Oto jest pytanie!

Źródło obrazka: www.giznet.pl