Stealthing- krótkie studium zjawiska.

Ktoś kiedyś powiedział, że w dzisiejszych czasach seksualność, tak jak wszystko inne, stała się kwestią MODY. Jednego roku modne jest mleko i dziewictwo, a innego- whisky z colą i sado-maso. I wydaje mi się, że tzw. „stealthing”, zjawisko dość nowe, może być właśnie jedną z takich mód.

 

Niezorientowanym wyjaśniam, że chodzi o coraz powszechniej występującą – zwłaszcza w USA – sytuację, gdy mężczyzna nie tyle odmawia założenia prezerwatywy, co oszukuje partnerkę, że ją założył – lub zdejmuje ją już w trakcie stosunku.

 

Oczywiście, praktyka taka może mieć wiele poważnych następstw, jak choćby ryzyko niepożądanej ciąży lub zarażenie się chorobami przenoszonymi drogą płciową (z których najgroźniejszą jest AIDS).

 

Niektórzy widzą w tym przejaw chęci męskiej dominacji nad kobietami, a amerykańskie feministki już grzmią, aby postępujących w ten sposób panów karać na równi z gwałcicielami. Sprawa jednak nie wydaje mi się aż taka prosta – i stąd ten post.

 

Oczywiście, jest to pewnego rodzaju nieuczciwość, nadużycie zaufania, być może nawet jakaś forma nadużycia seksualnego (skoro narażamy tu bezpieczeństwo własne i partnera). Sam termin można byłoby chyba najlepiej przełożyć na polski jako „kradzież zaufania.” Niemniej, mam trudności z podciągnięciem tego pod klasyczną definicję gwałtu, skoro wcześniej nastąpiła obopólna, świadoma zgoda dorosłych ludzi na seks.

 

Gdybyśmy założyli inaczej, trzeba byłoby też przyjąć, że mężczyzna ma obowiązek założyć prezerwatywę zawsze, gdy partnerka tego zażąda. W takim ujęciu stosunek seksualny staje się niczym więcej, jak tylko rodzajem umowy – i każda ze stron może zostać pociągnięta do odpowiedzialności (karnej!) za złamanie jej warunków. Taka definicja niezbyt mi się uśmiecha, ale trudno. Możliwe, że jestem zbyt romantyczna czy też staroświecka.

 

Ale idąc tym torem, należałoby chyba w podobny sposób karać kobiety, które bez wiedzy partnera odstawiły pigułki antykoncepcyjne? Ciekawe, jak taki pomysł spodobałby się amerykańskim feministkom… Nie wiem, dlaczego autonomia kobiety miałaby być w tym przypadku ważniejsza od autonomii mężczyzny?

 

Szczerze mówiąc, nigdy nie mogłam pojąć dlaczego… jeśli mężczyzna pragnie mieć dziecko, a kobieta nie – nazywamy to gwałtem. Natomiast, jeśli kobieta chce dziecka, a mężczyzna nie – mówimy, że to „niespodzianka.” Według mnie w obydwu przypadkach mamy do czynienia z podobnym poziomem nieuczciwości.

 

Moim zdaniem, karać należałoby jedynie osoby, które w sposób świadomy narażają innych na utratę życia lub zdrowia – jak w przypadku celowego zakażenia chorobą weneryczną.

 

Poza tym, można też rozpatrywać stealthing jako nieudolną i głupią, to prawda, ale jednak, próbę obrony swojej godności/męskości przez facetów, upokorzonych faktem, że są zmuszeni do stosowania prezerwatyw zawsze i wszędzie. Warto dodać, że nawet te wyznania, które, jak judaizm, w sposób liberalny traktują kwestię antykoncepcji dla kobiet, do męskiej płodności podchodzą na ogół bardzo poważnie.

 

Zauważmy, że istnieje nawet specjalny Dzień bez Prezerwatywy (obchodzony już niebawem, bo 28 maja).

 

I chociaż zdecydowanie NIE POLECAM świętowania tego dnia (przede wszystkim z uwagi na rozliczne niebezpieczeństwa zdrowotne) ludziom nie będącym w stałych, wiernych związkach -to wyraża on moim zdaniem głęboką, choć nie zawsze uświadomioną, tęsknotę ludzi za seksem w pełni „naturalnym”, pozbawionym wszelkich ograniczeń.

 

Ostatecznie – za zaufaniem i miłością, które daleko wykraczają poza logikę seksu rozumianego jako zwykła umowa dwustronna.

 

Logika ta, jak zresztą przekonałam się niedawno, może mieć wręcz przerażające następstwa. Oto na jednej ze stron internetowych pewna pani nazwała swoją zdradę małżeńską „zwykłą przygodą seksualną dorosłej kobiety” – tłumacząc jednocześnie, dlaczego „musi” się pozbyć niechcianych następstw tej zupełnie niewinnej „przygody”. Bo mąż „nie zrozumiałby, że to nie jego dziecko.” Jasne – dziecka przecież nie było w kontrakcie, prawda? I w drugą stronę – czytałam też o pewnym panu, który domaga się pociągnięcia do odpowiedzialności karnej swojej byłej, która, wbrew wcześniejszym ustaleniom (i temu, że za to zapłacił!) odmówiła usunięcia ciąży. No, cóż – jak umowa-to umowa! 🙁

 

Pigułka „po” czyli dzieje zamieszania.

Pigułka „po”, antykoncepcja postkoitalna lub awaryjna.Mało które środki hormonalne wzbudzają aż tyle kontrowersji.

 

Jedni utożsamiają te pigułki wprost ze środkami wczesnoporonnymi -czyli aborcją farmakologiczną-i nazywają je „pigułką śmierci.” Drudzy mówią, że jest to po prostu środek antykoncepcyjny, taki sam, jak inne.Ale jednocześnie, na tym samym wydechu,dodają, że „gdyby jednak” doszło do zapłodnienia, pigułka ta nie dopuści do zagnieżdżenia się już powstałego zarodka w macicy. Poziom niewiedzy i po tej stronie bywa zatrważający.Na blogu pewnej mamy, przedstawiającej się zresztą jako lekarka (?) znalazłam takie zdanie:”Pigułka nie dopuszcza do zagnieżdżenia się plemnika w pochwie-i tyle.” Plemnik, droga pani „doktor”, ma to do siebie, że nigdzie się nie „zagnieżdża.” A już na pewno nie w pochwie!

 

No, dobrze.Uporządkujmy więc trochę ten chaos.

 

Pigułki takie, jak EllaOne czy też starsze typu Escapelle (Postinor i podobne) zawierają bardzo duże dawki substancji (zwykle syntetycznego progesteronu lub jego antagonistów) których podstawowym zadaniem jest NIE DOPUŚCIĆ DO ZAPŁODNIENIA, poprzez zahamowanie owulacji-przesunięcie jej o co najmniej 5 dni.Tyle wynosi czas przeżycia plemników w organizmie kobiety.

 

Stąd zresztą wynika podstawowe działanie uboczne tego typu środków, jakim jest czasowe rozregulowanie cyklu i zaburzenie objawów płodności.Z tego względu absolutnie nie wolno traktować takich środków jako zwyczajnej formy antykoncepcji (należy się do nich uciekać jedynie w sytuacjach wyjątkowych, takich jak np.gwałt)-a kobiety stosujące na co dzień inne metody (np.naturalne) powinny do końca bieżącego cyklu (tj.do wystąpienia następnej miesiączki) zaprzestać współżycia lub zastosować dodatkową metodę, np.prezerwatywę.Nie należy stosować takich preparatów więcej, niż raz w ciągu danego cyklu, a spotkałam się nawet z opinią pewnej ginekolog, która stwierdza, że nawet miesięczny odstęp między kolejnymi dawkami jest zbyt krótki.

 

Jako zwolenniczka NPR dodałabym od siebie, że prowadzenie obserwacji w takich dramatycznych przypadkach jest szczególnie ważne.

 

Po pierwsze dlatego, żeby w ogóle wiedzieć, czy aplikowanie sobie takiej „bomby hormonalnej” jest naprawdę konieczne.Wbrew pozorom NIE jest tak, jak nas przekonują na swojej stronie producenci EllaOne, że „do zapłodnienia może dojść w dowolnym momencie cyklu.” Czytałam o kilku dość obrzydliwych przypadkach prowokacji, kiedy to kobiety specjalnie szły do lekarza, znanego z niechętnego stosunku do tych środków i opowiadały mu jakąś dramatyczną historyjkę, aby go przyłapać na odmowie wypisania recepty. Dociekliwy lekarz jednak przeprowadzał badanie ginekologiczne, z którego wynikało, że pacjentka w ogóle takiej pigułki nie potrzebuje, ponieważ znajduje się w niepłodnej fazie cyklu.

 

Po drugie zaś, dlatego, żeby wiedzieć, w jaki sposób środki te działają na nasz organizm-i w jaki sposób zaburzają nasz cykl.Należy też pamiętać, że kobiety karmiące piersią (ze względu na brak badań, dotyczących wpływu tych substancji na zdrowie karmionego niemowlęcia) powinny powstrzymać się od karmienia przez co najmniej 36 godzin.Producenci EllaOne piszą nawet o siedmiu dniach (!) co przy jednoczesnych gromkich  zapewnieniach o „bezpieczeństwie” tego preparatu wydaje mi się cokolwiek dziwne.

 

Przypominam, że do niedawna EllaOne znajdowała się na półce „leków bez recepty”, razem z suplementami diety o znikomej szkodliwości…Zdaje się, że obecny rząd chce zmienić tę sytuację, przywracając stan prawny sprzed roku 2015, kiedy to środki tego rodzaju wymagały wizyty u lekarza.Tak, wiem, że w przypadkach nagłych, jak gwałt, liczy się przede wszystkim CZAS. A czas oczekiwania na wizytę u specjalisty może być u nas dłuższy, niż czas działania tego środka.Jednakże wcześniej nie widziałam żadnych „czarnych protestów” w związku z koniecznością uzyskania recepty.Ciekawe.

 

Natomiast Papieska Akademia Życia stwierdza, iż kobieta zgwałcona MA PRAWO ” do obrony przed nasieniem gwałciciela”, włącznie z pigułką „po”-o ile nie jest to tabletka o działaniu wprost poronnym. Warto tu może dodać, że kiedy byłam w katolickim liceum, opowiadano nam, że siostry zakonne, pracujące w rejonach zagrożonych gwałtem, otrzymują takie pigułki „opóźniające cykl” (jak to określono) w razie potrzeby.Nie mam więc wielkich problemów z odróżnieniem tych środków od tabletek poronnych.Szczególnie, że te pierwsze działają tylko 3-5 dni po stosunku seksualnym-natomiast te drugie- nawet do 9 tygodni po zapłodnieniu.Jest różnica?Jest!Sprawą kluczową jest tu to, czy doszło już do spotkania dwóch gamet.

 

No, i ostatnia, najbardziej chyba kontrowersyjna kwestia.Jeżeli już doszło do zapłodnienia, pigułka ta MOŻE -i trzeba to sobie z całą mocą powiedzieć!-nie dopuścić do zagnieżdżenia zarodka w macicy.Dla mnie ciąża rozpoczyna się z chwilą zapłodnienia, tak więc coś, co może doprowadzić do obumarcia istniejącego już zarodka, NIE jest takim sobie „zwykłym środkiem antykoncepcyjnym.”

 

A zmianę definicji „ciąży” WHO przeprowadziło właśnie po to, by można było twierdzić, że w pewnych przypadkach śmierć zarodka nie jest istotna.

 

Zastanawia mnie w tym kontekście jedna rzecz.Producenci EllaOne przyznają, że istnieją zasadniczo trzy typy reakcji na ich produkt.Większość kobiet ma po tym preparacie cykl normalnej długości.Świetnie.Bo to znaczy, że do zapłodnienia w ogóle nie doszło (a pigułka została wzięta tylko „na wszelki wypadek”).Druga grupa to kobiety, u których środek ten wydłuża cykl.To też jest OK, bo oznacza, że owulacja została przesunięta.Niepokojąca jest jedynie trzecia grupa kobiet, u których cykl się skraca.To w tej grupie mogą być ukryte bardzo wczesne poronienia, zwane fachowo „mikroporonieniami.”

 

Z punktu widzenia ryzyka poronnego bezpieczniejsza wydaje się zatem pigułka Escapelle.Ona jedynie hamuje owulację poprzez dostarczenie organizmowi dodatkowej dawki progesteronu.Progesteron (jak sama nazwa wskazuje:”pro gestatio”znaczy- „dla ciąży”) nigdy nie przerywa ciąży.Przeciwnie, służy jej podtrzymywaniu.Escapelle działa tylko do 72 godzin po stosunku i jest nieco mniej „skuteczna” niż EllaOne.Zapewne ta różnica wynika właśnie z braku działania wczesnoporonnego.Zapewne więc TE pigułki mieli na myśli moi nauczyciele, mówiąc o zgwałconych zakonnicach.

 

Nie wszyscy wiedzą, że istnieją również pigułki antykoncepcyjne z samym progesteronem do codziennego stosowania.Są to tzw.”minipigułki”, bezpieczniejsze od tradycyjnych, z mniejszą ilością działań niepożądanych, zapisywane nawet matkom karmiącym.

 

Zastanawia mnie też, dlaczego relatywnie bezpieczniejsza Escapelle jest u nas tylko na receptę, a mająca groźniejsze efekty uboczne EllaOne ma być w wolnej sprzedaży?

 

Jednakże i tak kluczowe wydaje mi się tu słowo „może”. Coś może utrudnić czy nawet uniemożliwić implantację zarodka. Może, ale nie musi.Tak samo, u kobiet ciężarnych zwykły ibuprom MOŻE (ale nie musi!) wywołać krwawienie, prowadzące nawet do poronienia.Czy w związku z tym niewielkim ryzykiem powinniśmy profilaktycznie zabronić sprzedaży tego popularnego leku wszystkim kobietom? Bo przecież niektóre z nich mogą być w ciąży, nawet jeszcze o tym nie wiedząc?

 

W przypadku pigułek „po” mamy do czynienia z chęcią (intencją) jedynie zatrzymania owulacji.Ewentualna śmierć zarodka (przy czym nie wiemy, jak często do takiej sytuacji rzeczywiście dochodzi) byłaby tu tylko z reguły niechcianym skutkiem ubocznym.Natomiast w przypadku kobiety, która ucieka się do środków poronnych (aborcji farmakologicznej) mamy do czynienia z sytuacją, gdy wie już ona na pewno, że jest w ciąży-i jest zdecydowana tę ciążę przerwać.

 

Teologia moralna uczy, że większym złem jest to dokonane w pełni świadomie i dobrowolnie.Poza tym znane jej jest też pojęcie „podwójnego skutku.” Na przykład, kiedy podajemy kobiecie w ciąży lek, który ratuje jej życie, lecz może-znów nie „musi”!-zabić dziecko, które ona nosi.Poronienie, gdyby do niego nawet doszło, nie było naszym celem.I sądzę, że podobny przypadek zachodzi przy pigułce „po.”

 

Reasumując, myślę, że pigułki „po” powinny być czymś takim jak gaśnica.Każda kobieta powinna mieć do nich dostęp, ale używać ich tylko w razie poważnej konieczności.Jeżeli stosunek seksualny dwojga kochających się ludzi można zasadnie porównać do uczty, to BARDZO bym nie chciała, by antykoncepcja awaryjna stała się czymś w rodzaju środków na wymioty, stosowanych kompulsywnie przez bulimiczki po każdym posiłku…

Spór o publiczne karmienie.

Jako że jest to problem, który od bez mała czterech lat dotyczy mnie prawie bez przerwy, przyznam, że nie mogę wyjść z podziwu jakim poziomem agresji wykazują się w tej dyskusji zwłaszcza kobiety wobec innych kobiet.

To z ich ust można najczęściej usłyszeć urocze zdania o „wywalaniu cyca gdzie popadnie” czy też pouczenia, że jak ma się „bachora”, to się z nim siedzi w domu, zamiast leźć z nim między normalnych ludzi. Pewna młoda mama w rozmowie ze mną zauważyła wręcz pewną interesującą prawidłowość: jeśli zdarzało jej się nosić niemowlę w chuście, ludzie na ogół mijali ją obojętnie, spiesząc w swoją stronę („To pewnie dlatego, że „to” wygląda jak torba – skomentowała – Każdy może mieć torbę…”). Ale kiedy tylko pojawiła się na mieście z wózkiem, goniły ją złośliwe komentarze. Zupełnie, jakby sam widok dziecięcego wózka wyzwalał u niektórych ludzi agresję…

Ogólnie mówiąc: niemowlęta są „kłopotliwe”, czy to w restauracji, w galerii czy w kościele. Zdarza im się płakać, czasami nieładnie pachną i – o zgrozo- chcą jeść w miejscach publicznych (co nam, dorosłym, oczywiście nigdy się nie zdarza!). Zwłaszcza karmienie piersią, ta rzecz najbardziej naturalna pod słońcem, wydaje się w dzisiejszych zwariowanych czasach szczególnie „obrzydliwe.” Słyszałam już porównania do wydalania – na co nieodmiennie odpowiadam, że jeśli faktycznie jest to to samo, to niech mi ktoś wyjaśni, dlaczego nigdzie nie ma obrazów Maryi siedzącej na ustępie…

 

Rzecz to zresztą całkiem nienowa: już w Ewangeliach mamy zapis tego, że matki z małymi dziećmi uważano za „uciążliwe” i odsuwano je. Tym niemniej, ponieważ wiadomo, że Izraelitki karmiły swoje dzieci długo, nawet przez trzy lata, kobiety z pewnością przystawiały maluchy do piersi słuchając długich przemówień Jezusa – i chyba nikogo to nie gorszyło. W tę tradycję pięknie wpisał się także papież Franciszek, zachęcając matki, by karmiły swoje dzieci, jeśli one tego potrzebują, nawet podczas oficjalnych spotkań na Placu św.Piotra.”Karmcie swoje dzieci, jak Matka Boża!”-powiedział papież. Jednakże i to nie wszystkim się podoba…

Wśród argumentów przeciw słyszałam i takie, że (rzekomo) karmiące kobiety nie liczą się z innymi ludźmi i ich estetycznymi odczuciami – i że chcą tylko bez żadnych przeszkód epatować nagością i tym, co z natury swojej jest bardzo intymne.

No, cóż – choć tego typu pruderia wydaje mi się nieco przesadzona w czasach, gdzie każdy, wszędzie, może zobaczyć o wiele więcej, niż ten maleńki fragmencik obnażonej skóry (a jako matka od lat karmiąca doskonale wiem, że DA SIĘ nakarmić dziecko, nie pokazując prawie NIC osobom postronnym)- to jednak zdaje mi się, że większość tego typu problemów dałoby się rozwiązać przy minimalnym poziomie dobrej woli z obydwu stron. A więc z jednej strony nie przeganiać matek z dziećmi, jakby były  zadżumione (czy tylko mi się zdaje, czy to trąci dyskryminacją?I ciekawe, co na to feministki? Czy i dla nich widok karmiącej kobiety jest „po prostu wstrętny”?Przy pogardzie, jaką niektóre z nich okazują wobec tego, co fizjologiczne i biologiczne, wcale by mnie to nie zdziwiło….) – a z drugiej, nie domagać się prawa do karmienia zawsze, wszędzie i niezależnie od okoliczności….

A może należałoby stworzyć jakiś ranking miejsc przyjaznych karmiącym mamom?Tak tylko pytam.

Kompromis aborcyjny- droga pomiędzy skrajnościami.

Pisałam już kiedyś o tym (zob. „Wokół całkowitego zakazu aborcji” na starym blogu), ale powtórzę, bo i blog mam nowy, i sprawa, jak się okazuje, znów aktualna.

Jestem PRZECIW aborcji. I to chyba tym bardziej, że sama kiedyś o mały włos nie dopuściłam się takiego zła. Ale jestem także przeciw zmianom w obecnej ustawie. Do dobra trzeba ludzi przekonywać, a nie przymuszać. Naiwnie wierzę zresztą w „postęp moralny” ludzkości. Z czasem ludzie sami zrozumieją, że aborcja nie jest dobrym rozwiązaniem (tak, jak to było np.z torturami, niewolnictwem i karą śmierci-dawniej tak powszechnymi).

Ewangeliczna pokusa „wyrwania kąkolu” jednym ruchem ręki oczywiście stale nam zagraża – ale wątpię, by jakiekolwiek zło dało się całkowicie wyeliminować ze świata jakąś ustawą. Jezus powiedział, że dobro i zło będą egzystować obok siebie „aż do żniwa.”

Wobec upadku tradycyjnej etyki lekarskiej (Hipokrates wszak zabraniał i aborcji i eutanazji) pilnie potrzebujemy chrześcijan w tym zawodzie – już teraz wielu z nich z poświęceniem prowadzi np. hospicja, jak niedawno zmarły ks.Jan Kaczkowski. Rolą Kościoła jest, by wychowywać takich ludzi. Ludzi sumienia. Ale PRAWO nie jest najlepszym instrumentem do kształtowania sumienia. (Może demoralizować ludzi zarówno wtedy, gdy jest zbyt liberalne, jak i wtedy, gdy jest nazbyt surowe.) A już na pewno nie jest jedynym środkiem, jakim dysponujemy.

Szczerze mówiąc, męczy mnie już odpowiadanie przy tej okazji wciąż na te same pytania – dlatego właśnie postanowiłam napisać ten post – żeby ostatecznie zebrać w jednym miejscu różne myśli, które mi się w związku z tym nasuwają. Wybaczcie, jeśli z tej racji zabrzmi to nieco chaotycznie.

Szczerze mówiąc, śmieszy mnie trochę zwyczajowe w takich razach „wymachiwanie macicami” przez feministki. W sprawie aborcji nie o macice, d..y, czy jak tam jeszcze ktoś zechce to nazwać, chodzi. Z pewnością także ludzki płód nie jest czymś zbliżonym do „nowotworu” czy też pasożyta, bo i takie opinie ostatnio słyszałam.(Od rozwiązania  problemu „dysponowania własnym ciałem” jest antykoncepcja, względnie sterylizacja. ). Chodzi tu o życie innego organizmu. Należącego bezsprzecznie do gatunku H. sapiens. (I tak – „żołądź JEST dębem.” 🙂 Zarodkowym stadium dębu.) Nigdy nie słyszano, by mężczyzna i kobieta zrodzili coś innego, niż ludzkie dziecko.

Istota ta, podkreślmy raz jeszcze (bo słyszałam już brednie, jakobym mordowała jedno swoje dziecko przy każdej menstruacji, a także, jakoby podczas męskiej masturbacji ginęły wręcz miliony ludzkich istnień…:)) jest czymś diametralnie różnym od rodzicielskich gamet, z których powstała. Ma swoje własne, unikalne DNA (nawet bliźnięta jednojajowe, czy też sztucznie wyhodowane „klony” posiadają pewne własne, niepowtarzalne cechy). Uważam także, że nie ma w tym miejscu potrzeby zajmowania się dywagacjami, „od kiedy płód posiada duszę?” Embriologia nie jest nauką o duszy.

Z powodów definicyjnych nie ma też potrzeby zajmować się tutaj dość rzadkimi anomaliami genetycznymi, takimi jak chociażby Zespół Downa (ludzie ci posiadają dodatkowy chromosom w 21 parze) czy Zespół Turnera (brak jednego chromosomu X u dziewczynek). Zakładam, że wszyscy zgadzamy się co do tego, że pies z trzema nogami to nadal jest PIES (a nie na przykład kaczka), mimo że czworonożność przynależy do zwykłej definicji tego zwierzęcia. Inaczej musielibyśmy również uznać, że osoby nie posiadające np. kończyn (jak Nick Vujicić) także nie są  istotami ludzkimi – ponieważ posiadanie rąk i nóg normalnie przynależy do opisu człowieka…

Istnieje dosyć znany eksperyment, w którym naukowcy badali, czy możliwe jest stworzenie nowego gatunku drogą przypadkowych mutacji (takich właśnie, jak opisane powyżej zespoły). W tym celu wykorzystano muszki owocówki, stanowiące wdzięczny obiekt do badań ze względu na szybkie następstwo pokoleń. Poddawano je – czy też ich jaja, już nie pamiętam – działaniu różnych czynników, o których wiemy, że mogą takie mutacje wywoływać, między innymi naświetlano promieniami rentgenowskimi. W następstwie tego oczywiście przychodziły na świat osobniki poważnie zdeformowane, np. mające dwie pary skrzydeł, nieprawidłową liczbę odnóży, a nawet dwie głowy. W żadnym przypadku nie udało się jednak stwierdzić, byśmy mieli do czynienia z osobnikiem innego gatunku, niż muszka owocówka. Cielę z dwoma głowami to wciąż cielę, ok?

Często używane w takich dyskusjach kryterium „osoby ludzkiej” (w zdaniu:”Płód ludzki jest może człowiekiem, ale nie jest osobą!”) pochodzi z nauk filozoficznych, a nie przyrodniczych i jako takie jest znacznie bardziej podatne na manipulacje. Dla nazistów Żydzi, a dla członków Ku-Klux-Klanu Afroamerykanie nie byli „osobami ludzkimi.” Także obecnie istnieje grupa etyków (z najsłynniejszym  z nich Peterem Singerem na czele), którzy nie przyznają statusu „osoby” nawet noworodkom. I usprawiedliwiają dzieciobójstwo. Jak Hillary Clinton, która ostatnio stwierdziła, że „dziecko w kilka godzin po urodzeniu nie posiada jeszcze żadnych praw konstytucyjnych.”(sic!)  Dlatego ja wolę pozostać przy mniej podatnej na ideologię definicji biologicznej: „człowiekiem jest każdy, kto należy do gatunku H. sapiens.”

Zdaję sobie przy tym sprawę, że jeśli się odrzuci dwa bezsporne momenty, czyli zapłodnienie i narodziny, określenie statusu płodu może być niezwykle trudne. Prawodawstwa różnych krajów są w tej sprawie niezwykle arbitralne: w niektórych krajach za granicę dopuszczalności aborcji uważa się dwunasty, a gdzie indziej dopiero 24. tydzień ciąży. Nie ma to, moim zdaniem, absolutnie żadnych podstaw „naukowych.”   Ale gdybym musiała mimo wszystko wskazać jakiś moment o absolutnie przełomowym znaczeniu, byłby to z pewnością szósty tydzień ciąży, kiedy to u małego człowieka można już zarejestrować aktywność mózgu. Chciałabym także zauważyć, że zdecydowaną większość zabiegów przerywania ciąży na świecie wykonuje się dużo, dużo później.

Podobnie możemy raczej pominąć (jako należącą jeszcze do sfery przyszłości) kwestię ludzkiego statusu klonów (czyli dzieci posiadających tylko jednego biologicznego rodzica), jak również hybryd ludzko-zwierzęcych („Jaki procent ludzkiego DNA trzeba posiadać, aby zostać uznanym za człowieka?”). Choć przypuszczam, że w przyszłości obydwie te kwestie będą musiały się stać przedmiotem poważnej bioetycznej refleksji.

A ponieważ jesteśmy z natury stworzeniami rozdzielnopłciowymi, nie wydaje mi się też właściwe szermowanie argumentem, jakoby „aborcja była wyłącznie sporawą kobiet.” Podejście tego typu uważam za niebezpieczne nie tylko w perspektywie zdejmowania z mężczyzn wszelkiej odpowiedzialności za niepożądaną ciążę („to nie moja sprawa! Niech ONA się tym zajmie!”), ale i za niesprawiedliwe w kontekście tak hołubionej przez nas „równości.”

Czytałam o przypadku młodego mężczyzny z Anglii, który w wyniku chemioterapii całkowicie utracił swoją płodność. Dowiedział się jednak, że jego „ex” jest w ciąży- z nim.Prosił i błagał przed ichniejszym sądem o życie dla swego dziecka – jedynego, które mógł mieć. Deklarował, że sam je wychowa, że poniesie wszelkie koszty, związane z trudami ciąży i porodu, jakie tylko jego była naznaczy. Wszystko na próżno. Sąd uznał, że „święte prawo kobiety do decydowania o SWOIM ciele” jest ważniejsze, niż prawo mężczyzny do posiadania dziecka. Hosanna… :(((

Niesprawiedliwość takich rozwiązań można by opisać per analogiam. Załóżmy, że mężczyzna i kobieta wspólnie znaleźli cenny skarb, ale że tylko kobieta posiadała właściwe warunki do przechowywania go, postanowili tymczasowo zdeponować go u niej. (W związku z tym, oczywiście, to kobieta ponosiła większe ryzyko – mogła np. zostać napadnięta, a nawet zastrzelona, ale zakładamy, że mężczyzna ze swej strony starał się jej zapewnić wszelkie możliwe środki bezpieczeństwa, jakich by zażądała, minimalizując w ten sposób zagrożenie. Na tym polega współodpowiedzialność). A mimo to, gdy mężczyzna zgłosiłby się po odbiór depozytu, usłyszałby, że kobieta go roztrwoniła. Co więcej, że miała do tego pełne prawo: „Mój sejf, to i wszystko MOJE – a ty się wynoś!” Nikt mi nie powie, że to jest tak całkiem fair.

TAK, uważam, że również mężczyźni powinni mieć prawo do współdecydowania o losach swego nienarodzonego dziecka, przy czym sądzę, że w przypadku rozbieżności pomiędzy rodzicami w tej sprawie należałoby zawsze zadecydować na korzyść „oskarżonego”, to znaczy za pozostawieniem go przy życiu. Zasada ta w oczywisty sposób nie powinna dotyczyć jedynie gwałcicieli. Ci nie powinni mieć prawa do decydowania o niczym.

Kryteria, jakie rzekomo należy spełnić, by móc się w ogóle wypowiadać w tym temacie, są zresztą bardziej wyśrubowane, niż samo tylko „posiadanie macicy” (a ja, głupia, ciemna, nieoświecona parafianka, zawsze myślałam, że do dyskusji na jakikolwiek temat jest konieczny raczej mózg, niż macica! No, proszę, jak to się można pomylić…:)) . Nie wystarczy bowiem do tego być kobietą, nie wystarczy być „w wieku prokreacyjnym”, ba, nie wystarczy nawet być matką. Trzeba jeszcze być matką dziecka niepełnosprawnego (choć i wśród nich znalazłoby się wiele przeciwniczek aborcji – przykładem może być Kaja Godek…) albo przynajmniej takowe adoptować.

Rozumiem zatem, że powinniśmy również odebrać mężczyznom-ginekologom prawo do wykonywania zawodu. Żaden z nich wszak nigdy nie był w ciąży.:) A morderców niechaj sądzą jedynie ci, którzy sami kogoś zabili. Nikt z nas nigdy nie był w  podobnej  sytuacji – jakież więc mamy „moralne prawo” by się wypowiadać?

Idąc tym torem, powinniśmy założyć, że o aborcji mają prawo wypowiadać się jedynie te kobiety, które same przeszły choć jedną. (I znowu: skąd pewność, że wszystkie byłyby „za”?) Zachodzę przy tym w głowę, ile też takowych zabiegów przeszła np. Kazimiera Szczuka, że daje jej to prawo do wypowiadania się na ten temat niemal bezustannie?

Bo, rzecz ciekawa, w przypadku ZWOLENNIKÓW prawa do aborcji wszystkie powyższe kryteria jakoś nie obowiązują…

Jestem niepełnosprawna, a jednak, rzecz dziwna, udało mi się „przeżyć koszmar porodu” – i to aż trzy razy. Miałam najwyraźniej szczęście, bo zdaniem niektórych spośród moich dyskutantów ciąża i poród są ZAWSZE bezpośrednim zagrożeniem dla życia i zdrowia kobiety. W XXI wieku, w Europie. W opozycji do tego, aborcja to podobno niezwykle bezpieczny zabieg (no, to czemu feministki straszą nas ciągle wizją tysięcy, jeśli nie milionów kobiet, które będą umierać w męczarniach po nieumiejętnie przeprowadzonym zabiegu? Nie wierzę zarówno w mit o „bezbolesnej aborcji”, jak i to, że we współczesnej Polsce „nielegalna aborcja” nazywa się pani Stasia i przyjmuje w brudnej szopie z zakrzywionym drutem w ręku…), który zarówno dla płodu, jak i dla jego matki jest wręcz dobroczynny.

Aborcja definitywnie „leczy” wszystkie choroby, ze szczególnym uwzględnieniem tych nieuleczalnych. Rozwiązuje wszelkie problemy, od traumy gwałtu (kobieta, która na skutek gwałtu NIE zaszła w ciążę – a takich jest większość, ponieważ silny stres może blokować owulację lub spowodować samoistne poronienie – powinna chyba wobec tego uznać, że „właściwie nic takiego się nie stało”, ponieważ „ominęło ją to, co najgorsze”?) po Zespół Downa.

W wielu krajach nawet dosłownie, ponieważ dzieci z trisomią już się tam prawie nie rodzą. Bo aborcja to nie tylko kwestia zewnętrznych warunków (ekonomicznych czy prawnych – chociaż one też są ważne), ale także, a może nawet przede wszystkim, kwestia mentalności – indywidualnej i społecznej. Mentalności, która mówi: „Jesteś okrutny nie wtedy, gdy uśmiercasz swoje chore dziecko, lecz wtedy, kiedy pozwalasz mu żyć!”  Będzie o tym jeszcze mowa nieco dalej.

Gdzieś na Zachodzie był naukowiec, który badał w tym wypadku możliwość „wyciszenia” wadliwego chromosomu. Nie otrzymał jednak funduszy na dalsze badania. Wyjaśniono mu uprzejmie, że są one niepotrzebne, ponieważ…legalna aborcja w pełni rozwiązuje ten problem… I niech nam żyje „możliwość wyboru”, hip, hip, hurra….

W Norwegii pewna Polka, która odmówiła abortowania dziecka z rozszczepem kręgosłupa, stała się ogólnokrajową sensacją- w TV ją pokazywali. Tamtejsi lekarze uważali aborcję za jedyną możliwą formę „terapii” w takich przypadkach. A ona wróciła do rodzinnego kraju, poddała dziecko operacji prenatalnej – i jej syn będzie chodził….

Jestem niepełnosprawna, a mimo to urodziłam szczęśliwie troje zdrowych dzieci. Lecz gdyby były „takie jak ja”, kochalibyśmy je z P. tak samo.

Często mnie pytają: „czy byłabyś w stanie patrzeć na śmierć i cierpienie swoich dzieci?” (Z którego to cierpienia aborcja, względnie eutanazja, mogłaby je raz na zawsze wyzwolić…)

Odpowiadam zawsze, że pojmuję rolę rodzica jako TOWARZYSZENIE dziecku we wszystkim, jeśli trzeba, także w chorobie i umieraniu. I jednocześnie zrobiłabym wszystko, co tylko leży w ludzkiej mocy, żeby zmniejszyć cierpienie mojego dziecka. Wszystko, z wyjątkiem bezpośredniego pozbawienia go życia. Bo niewielu wie, że nie jest eutanazją w sensie ścisłym podanie choremu środka przeciwbólowego nawet w dawce letalnej (tzn. takiej, o której wiemy, że może go zabić – jeśli zwykłe dawki nie działają) o ile tylko naszym głównym celem nie było zabicie go, a tylko złagodzenie cierpienia.

Jednocześnie, jako osoba niepełnosprawna głęboko wierzę, że każde dziecko, nawet bardzo cierpiące, może być na swój sposób szczęśliwe, jeśli tylko jest kochane i otaczane czułą opieką i troską. Nigdy też, spędzając nieraz długie lata w szpitalach, nie spotkałam żadnego dziecka, które by samo chciało umrzeć. Nie cierpieć-owszem. Ale nie umrzeć. Wola przetrwania u człowieka jest przeogromna. Czytałam o przypadku z mojej okolicy, gdzie dziecko urodziło się żywe mimo dwukrotnego wyłyżeczkowania macicy (błędnie uznano ciążę za obumarłą).

Uważam też za głęboko nieuczciwe epatowanie przy tej okazji zdjęciami ciężko chorych dzieci, jak gdyby były one tylko „straszydełkami”, których widok ma wywołać pożądany efekt – poparcie dla aborcji. W rzeczywistości zaś żywe urodzenia dzieci z takimi wadami, jakie są uwiecznione na tych fotografiach, są niezwykle rzadkie (w większości wypadków dochodzi wtedy do samoistnego poronienia) – a zdecydowaną większość aborcji eugenicznych na świecie stanowią  dzieci z Zespołem Downa.

Gdyby więc moje dziecko (co zawsze przecież zdarzyć się może) miało niebawem umrzeć, chciałabym, żeby umarło w moich ramionach. I gdyby zostało mi dane tylko na kilka chwil, także nie chciałabym mu żadnej z tych chwil odebrać. Chyba nie brzmi to jak jakiś straszny „fanatyzm”?

Rzecz ciekawa, jak niektórzy „obrońcy praw kobiet” pogardzają tymi spośród nich, które zdecydowały się urodzić śmiertelnie chore dziecko, nazywając je np. „żywymi trumnami.” Jacek Żakowski kiedyś wręcz stwierdził, że rodzicom, którzy wiedzieli, że urodzi im się chore dziecko, a mimo to pozwolili mu przyjść na świat, nie powinna przysługiwać żadna pomoc państwa. No, jasne, bo oni przecież zrobili to „specjalnie”.

A mnie się przypomina w tym momencie piękne zdanie jednej z takich kobiet:”Kiedy byłam w ciąży, nie czułam się wcale jak „chodząca trumna”. Przeciwnie, miałam bardzo głęboką świadomość, że moje ciało jest jedynym środowiskiem, w którym moje dziecko może żyć…”

Co mnie oburza w tym kontekście to, że w Polsce są jak na razie DWA (słownie dwa) hospicja perinatalne – w Warszawie i w Łodzi (chyba że jeszcze o czymś nie wiem). Ale to, jak się zdaje, nie interesuje  żadnej ze stron tego sporu.

Dla jednych bowiem aborcja wydaje się uniwersalnym i ostatecznym rozwiązaniem „problemu cierpienia”, drugim zaś zdaje się wystarcza sama moralna satysfakcja, że kobieta nie usunęła ciąży. Reszta ich nie obchodzi.

I to jest właśnie pierwszy powód, dla którego jestem przeciwna obecnym zmianom. Taki zakaz „aborcji eugenicznych” jaki się proponuje, można byłoby wprowadzić, ale… dopiero na końcu. Po zbudowaniu całej niezbędnej infrastruktury medycznej, a także (co nie mniej ważne!) klimatu społecznego, sprzyjającego rodzicom dzieci niepełnosprawnych. Bo nawet w krajach, takich jak jak Norwegia czy Francja, gdzie warunki życia osób niepełnosprawnych są znacznie lepsze, niż w Polsce, liczba takich aborcji jest bardzo duża – po prostu dlatego, że przekonano większość ludzi, że jeśli tylko można (poprzez aborcję) „oszczędzić takiemu dziecku cierpienia” (czyli po prostu życia), to tak właśnie NALEŻY postąpić.

Dlatego ja niezmiennie  wierzę w moc perswazji. Stanowczo wolę ludzi do czegoś przekonywać, niż przymuszać. Inaczej będzie to tylko „budowanie domu od komina.”

Poza tym, decyzja o przyjęciu (często na całe życie) chorego dziecka może być niekiedy wręcz heroiczna – a prawo nie może wymagać heroizmu.

Podobnie, jak w przypadku najbardziej oczywistym z możliwych: zagrożenia życia i zdrowia matki. Proszę mnie dobrze zrozumieć: oddanie własnego życia, aby ratować dziecko, uważam za rzecz wielką, piękną, godną najwyższego uznania, a wręcz aureoli. Ale do takiego stopnia świętości dorasta się stopniowo – i byłoby szaleństwem wymagać go od WSZYSTKICH kobiet. Poświęcenie, żeby było cenne, musi być dobrowolne („radosnego dawcę miłuje Bóg”).

W tym miejscu chciałabym dodać, że problem ciąży pozamacicznej, który tak rozpala emocje niektórych, dla mnie (i dla wielu bioetyków) w ogóle nie jest problemem etycznym. W zdecydowanej większości przypadków nie mamy tutaj absolutnie żadnych szans, aby ocalić życie dziecka (nawet za cenę życia matki!), tak więc właściwe jest ratowanie tego życia, które da się uratować. Wychodzę z założenia, że jedna żywa osoba jest większym dobrem, niż dwie martwe.

Podsumowując ten wątek, chciałabym stwierdzić, że gdybyśmy uchylili ten wyjątek, oznaczałoby to, ni mniej ni więcej, tylko, że życie dziecka jest dla nas więcej warte, niż życie jego matki – ona zaś sama jest tylko „opakowaniem” dla rozwijającego się dziecka. A na to, jako kobieta i jako matka, zgodzić się po prostu nie mogę.

I wreszcie sytuacja ostatnia – przypadek gwałtu. Gwałt jest jedyną sytuacją, kiedy można rzeczywiście mówić o tym, że kobieta została przymuszona do bycia w ciąży, i choć brzmi to tragicznie (jak by nie patrzeć, karę za winy gwałciciela ponosi inna istota ludzka – życie zaś owego przestępcy prawo chroni, jako – rzekomo – człowieka) należy pozostawić jej możliwość obrony przed nasieniem gwałciciela w imię jej podmiotowości. Gwałt to nie jest żadna „wola Boża”, a gwałciciel nie jest jej wykonawcą!

Wolałabym jednak, by pomoc dla kobiet zgwałconych w moim kraju obejmowała więcej, niż tylko możliwość aborcji. Pomoc psychologiczną, medyczną, wsparcie społeczne i duszpasterskie, a także pigułkę „po” – nie wczesnoporonną (na przykład czysty progesteron, zastosowany odpowiednio szybko może uchronić kobietę przed zajściem w ciążę z gwałtu). Jakże często mamy tendencję do stygmatyzowania kobiet zgwałconych i ich dzieci (czytałam o dwóch „pobożnych” sąsiadkach, które wykrzyczały w twarz zgwałconej 17-latce, że „na takie dzieci Pan Jezus nie dał zgody!”), z drugiej zaś strony, do bagatelizowania długofalowych skutków gwałtu, jeżeli tylko nie doszło do ciąży.

Na zakończenie jednak chciałabym powiedzieć zajadłym krytykom tego projektu ustawy, że jest to dopiero projekt, w dodatku obywatelski, który żeby w ogóle wejść pod obrady Sejmu, musi najpierw zebrać wymaganą liczbę podpisów. W moim przekonaniu szanse na to są niewielkie (nawet chrześcijanie są podzieleni w kwestii oceny tych konkretnych propozycji – a nawet to, po czym niektóre feministki tak demonstracyjnie „wychodziły” z kościołów – do których normalnie nie chodzą:) – to nie był jeszcze nawet list CAŁEGO EPISKOPATU, a jedynie „stanowisko” pewnej jego części).

Wyjaśniam: katolik nie może popierać aborcji, ale nie musi się to wiązać koniecznie z poparciem dla konkretnych rozwiązań prawnych.

Całą tę aborcyjną i antykatolicką  histerię (całe to straszenie nas „drugim Salwadorem” itd., co miało już zresztą miejsce w latach dziewięćdziesiątych – i okazało się nieprawdą) uważam zatem w najlepszym razie za mocno przedwczesną i przesadzoną.

 

skrajnośći (1)skrajności (2)skrajności (3)