Komu nie podawać ręki?

Jakiś czas temu dziennikarze „Więzi”, nazywanej „katolickim think tankiem” zainicjowali akcję „Przekażmy sobie znak pokoju”, skierowaną w stronę środowisk LGBT.

Na plakacie promującym tę jakże piękną ideę zobaczyliśmy dwie dłonie złączone w uścisku – jedną oplecioną różańcem, drugą zaś – z tęczową opaską na nadgarstku.

podanie-reki

Rozumiejąc i podzielając szlachetnie intencje organizatorów – Jezus wszak zasiadał do stołu z „celnikami i grzesznikami”, nie stawiając im żadnych warunków wstępnych (nie wiemy nawet, czy WSZYSCY uczestnicy tych spotkań masowo się nawracali – bardziej prawdopodobne jest raczej, że nie) – wydaje mi się jednocześnie, że wiem, dlaczego to nie wypaliło.

Proszę mnie dobrze zrozumieć, ja naprawdę nie mam najmniejszego problemu z przyjaznym odnoszeniem się do osób homoseksualnych (a tym bardziej z prostym gestem podania ręki). Ba, jestem nawet przekonana, że Kościół powinien przemyśleć na nowo niektóre aspekty swego nauczania na ten temat. Na przykład, Katechizm mówi, iż w odniesieniu do takich osób „należy unikać wszelkich oznak niesłusznej dyskryminacji.” Z tego niezbyt zręcznego sformułowania niektórzy mogliby wysnuć wniosek, że istnieje także dyskryminacja słuszna i uzasadniona…

Poza tym, choć Katechizm wyraźnie stwierdza, że osoby takie „nie wybierają swojej skłonności”, a Kościół za grzeszne uważa jedynie czyny (akty) o charakterze homoseksualnym,  to jednak w codziennej praktyce duszpasterskiej ta różnica bardzo często ulega zatarciu – i mówi się o osobach homoseksualnych wyłącznie w kontekście dewiacji i „gorszenia młodzieży”…

Tymczasem ja jestem przekonana, że pomiędzy osobami tej samej płci jest możliwy także głęboki związek uczuciowy, oparty na głębokiej przyjaźni, wierności i wzajemnej pomocy – niekoniecznie z komponentem seksualnym. Tak więc wszelkim próbom sprowadzania tego wyłącznie do „zboczonego seksu” zawsze będę się sprzeciwiać. A niestety, czasami odnoszę wrażenie, jak gdyby część ludzi uznawała homoseksualistów za istoty niezdolne do uczuć wyższych, skoncentrowane jedynie na kopulacji – to obrzydliwe i poniżające. Między ludźmi, oprócz seksu, jest jeszcze miłość, wzajemne przywiązanie, itd. A seks między osobami tej samej płci, jeśli nawet jest grzechem, to TYLKO takim samym, jak każde inne współżycie seksualne pomiędzy osobami, które nie są małżeństwem! A na pewno nie większym!

Jednakże jeśli chodzi o sam plakat, to problematyczny wydaje mi się już sam dobór grup, które mają się ze sobą jednak. Z jednej strony – geje, lesbijki i osoby traspłciowe, a z drugiej strony „katolicy.” Rozumiem zatem, że przedstawiciele pierwszej grupy nie należą (czy też nie mogą należeć) do drugiej? Nie wiedziałam…

Druga możliwość jest taka, że ta dłoń z tęczową opaską nie symbolizuje WSZYSTKICH osób homoseksualnych i transpłciowych, a jedynie pewną wąską – i niestety często dość agresywnie antyklerykalną – grupę „działaczy LGBT”. Obawiam się, że tak właśnie ten przekaz zrozumieli nasi biskupi, stwierdzając autorytatywnie, że środowiska katolickie nie mogą brać udziału w takiej akcji.

znak-pokoju

Oczywiście, można tu zarzucić hierarchom nadmierną bojaźliwość i powiedzieć, że wezwanie do zaniechania wzajemnej nienawiści nie musi koniecznie oznaczać zaraz żądania zmian w doktrynie (np. mówiącej o tym, że małżeństwo to związek mężczyzny i kobiety). Kiedy Jezus ucztował z grzesznikami, niekoniecznie oznaczało to, że aprobował wszystkie ich czyny, prawda? I naprawdę chciałabym wiedzieć, czy np. obecny prymas Polski zdobyłby się dziś na Jezusową odwagę i przyjął na obiedzie np. Roberta Biedronia bez obawy o to, że może to zostać odebrane jako „pochwała  grzechu”? Czy raczej strach, by się nie skalać przez sam kontakt z grzesznikiem by przeważył?

Trzeba przyznać, że tej sprawy nie ułatwili również sami organizatorzy akcji, którzy niekiedy plątali się w zeznaniach – czy chodzi im tylko o zmianę języka, zaprzestanie wzajemnie obelżywych wypowiedzi – czy też może jednak o zmianę oficjalnego nauczania Kościoła o małżeństwie i seksualności.

Zasadnie wydawały mi się mi się także pojawiające się tu i ówdzie sugestie, ażeby, skoro pojednanie ma być obustronne i szczere, również strona LGBT zdobyła się na przeprosiny za niektóre antychrześcijańskie wypowiedzi i prowokacje. Do takowych przeprosin jednak nie doszło.

I tak oto wzajemne zaszłości i uprzedzenia doprowadziły do fiaska niegłupiej idei. Szkoda.

Kompromis aborcyjny- droga pomiędzy skrajnościami.

Pisałam już kiedyś o tym (zob. „Wokół całkowitego zakazu aborcji” na starym blogu), ale powtórzę, bo i blog mam nowy, i sprawa, jak się okazuje, znów aktualna.

Jestem PRZECIW aborcji. I to chyba tym bardziej, że sama kiedyś o mały włos nie dopuściłam się takiego zła. Ale jestem także przeciw zmianom w obecnej ustawie. Do dobra trzeba ludzi przekonywać, a nie przymuszać. Naiwnie wierzę zresztą w „postęp moralny” ludzkości. Z czasem ludzie sami zrozumieją, że aborcja nie jest dobrym rozwiązaniem (tak, jak to było np.z torturami, niewolnictwem i karą śmierci-dawniej tak powszechnymi).

Ewangeliczna pokusa „wyrwania kąkolu” jednym ruchem ręki oczywiście stale nam zagraża – ale wątpię, by jakiekolwiek zło dało się całkowicie wyeliminować ze świata jakąś ustawą. Jezus powiedział, że dobro i zło będą egzystować obok siebie „aż do żniwa.”

Wobec upadku tradycyjnej etyki lekarskiej (Hipokrates wszak zabraniał i aborcji i eutanazji) pilnie potrzebujemy chrześcijan w tym zawodzie – już teraz wielu z nich z poświęceniem prowadzi np. hospicja, jak niedawno zmarły ks.Jan Kaczkowski. Rolą Kościoła jest, by wychowywać takich ludzi. Ludzi sumienia. Ale PRAWO nie jest najlepszym instrumentem do kształtowania sumienia. (Może demoralizować ludzi zarówno wtedy, gdy jest zbyt liberalne, jak i wtedy, gdy jest nazbyt surowe.) A już na pewno nie jest jedynym środkiem, jakim dysponujemy.

Szczerze mówiąc, męczy mnie już odpowiadanie przy tej okazji wciąż na te same pytania – dlatego właśnie postanowiłam napisać ten post – żeby ostatecznie zebrać w jednym miejscu różne myśli, które mi się w związku z tym nasuwają. Wybaczcie, jeśli z tej racji zabrzmi to nieco chaotycznie.

Szczerze mówiąc, śmieszy mnie trochę zwyczajowe w takich razach „wymachiwanie macicami” przez feministki. W sprawie aborcji nie o macice, d..y, czy jak tam jeszcze ktoś zechce to nazwać, chodzi. Z pewnością także ludzki płód nie jest czymś zbliżonym do „nowotworu” czy też pasożyta, bo i takie opinie ostatnio słyszałam.(Od rozwiązania  problemu „dysponowania własnym ciałem” jest antykoncepcja, względnie sterylizacja. ). Chodzi tu o życie innego organizmu. Należącego bezsprzecznie do gatunku H. sapiens. (I tak – „żołądź JEST dębem.” 🙂 Zarodkowym stadium dębu.) Nigdy nie słyszano, by mężczyzna i kobieta zrodzili coś innego, niż ludzkie dziecko.

Istota ta, podkreślmy raz jeszcze (bo słyszałam już brednie, jakobym mordowała jedno swoje dziecko przy każdej menstruacji, a także, jakoby podczas męskiej masturbacji ginęły wręcz miliony ludzkich istnień…:)) jest czymś diametralnie różnym od rodzicielskich gamet, z których powstała. Ma swoje własne, unikalne DNA (nawet bliźnięta jednojajowe, czy też sztucznie wyhodowane „klony” posiadają pewne własne, niepowtarzalne cechy). Uważam także, że nie ma w tym miejscu potrzeby zajmowania się dywagacjami, „od kiedy płód posiada duszę?” Embriologia nie jest nauką o duszy.

Z powodów definicyjnych nie ma też potrzeby zajmować się tutaj dość rzadkimi anomaliami genetycznymi, takimi jak chociażby Zespół Downa (ludzie ci posiadają dodatkowy chromosom w 21 parze) czy Zespół Turnera (brak jednego chromosomu X u dziewczynek). Zakładam, że wszyscy zgadzamy się co do tego, że pies z trzema nogami to nadal jest PIES (a nie na przykład kaczka), mimo że czworonożność przynależy do zwykłej definicji tego zwierzęcia. Inaczej musielibyśmy również uznać, że osoby nie posiadające np. kończyn (jak Nick Vujicić) także nie są  istotami ludzkimi – ponieważ posiadanie rąk i nóg normalnie przynależy do opisu człowieka…

Istnieje dosyć znany eksperyment, w którym naukowcy badali, czy możliwe jest stworzenie nowego gatunku drogą przypadkowych mutacji (takich właśnie, jak opisane powyżej zespoły). W tym celu wykorzystano muszki owocówki, stanowiące wdzięczny obiekt do badań ze względu na szybkie następstwo pokoleń. Poddawano je – czy też ich jaja, już nie pamiętam – działaniu różnych czynników, o których wiemy, że mogą takie mutacje wywoływać, między innymi naświetlano promieniami rentgenowskimi. W następstwie tego oczywiście przychodziły na świat osobniki poważnie zdeformowane, np. mające dwie pary skrzydeł, nieprawidłową liczbę odnóży, a nawet dwie głowy. W żadnym przypadku nie udało się jednak stwierdzić, byśmy mieli do czynienia z osobnikiem innego gatunku, niż muszka owocówka. Cielę z dwoma głowami to wciąż cielę, ok?

Często używane w takich dyskusjach kryterium „osoby ludzkiej” (w zdaniu:”Płód ludzki jest może człowiekiem, ale nie jest osobą!”) pochodzi z nauk filozoficznych, a nie przyrodniczych i jako takie jest znacznie bardziej podatne na manipulacje. Dla nazistów Żydzi, a dla członków Ku-Klux-Klanu Afroamerykanie nie byli „osobami ludzkimi.” Także obecnie istnieje grupa etyków (z najsłynniejszym  z nich Peterem Singerem na czele), którzy nie przyznają statusu „osoby” nawet noworodkom. I usprawiedliwiają dzieciobójstwo. Jak Hillary Clinton, która ostatnio stwierdziła, że „dziecko w kilka godzin po urodzeniu nie posiada jeszcze żadnych praw konstytucyjnych.”(sic!)  Dlatego ja wolę pozostać przy mniej podatnej na ideologię definicji biologicznej: „człowiekiem jest każdy, kto należy do gatunku H. sapiens.”

Zdaję sobie przy tym sprawę, że jeśli się odrzuci dwa bezsporne momenty, czyli zapłodnienie i narodziny, określenie statusu płodu może być niezwykle trudne. Prawodawstwa różnych krajów są w tej sprawie niezwykle arbitralne: w niektórych krajach za granicę dopuszczalności aborcji uważa się dwunasty, a gdzie indziej dopiero 24. tydzień ciąży. Nie ma to, moim zdaniem, absolutnie żadnych podstaw „naukowych.”   Ale gdybym musiała mimo wszystko wskazać jakiś moment o absolutnie przełomowym znaczeniu, byłby to z pewnością szósty tydzień ciąży, kiedy to u małego człowieka można już zarejestrować aktywność mózgu. Chciałabym także zauważyć, że zdecydowaną większość zabiegów przerywania ciąży na świecie wykonuje się dużo, dużo później.

Podobnie możemy raczej pominąć (jako należącą jeszcze do sfery przyszłości) kwestię ludzkiego statusu klonów (czyli dzieci posiadających tylko jednego biologicznego rodzica), jak również hybryd ludzko-zwierzęcych („Jaki procent ludzkiego DNA trzeba posiadać, aby zostać uznanym za człowieka?”). Choć przypuszczam, że w przyszłości obydwie te kwestie będą musiały się stać przedmiotem poważnej bioetycznej refleksji.

A ponieważ jesteśmy z natury stworzeniami rozdzielnopłciowymi, nie wydaje mi się też właściwe szermowanie argumentem, jakoby „aborcja była wyłącznie sporawą kobiet.” Podejście tego typu uważam za niebezpieczne nie tylko w perspektywie zdejmowania z mężczyzn wszelkiej odpowiedzialności za niepożądaną ciążę („to nie moja sprawa! Niech ONA się tym zajmie!”), ale i za niesprawiedliwe w kontekście tak hołubionej przez nas „równości.”

Czytałam o przypadku młodego mężczyzny z Anglii, który w wyniku chemioterapii całkowicie utracił swoją płodność. Dowiedział się jednak, że jego „ex” jest w ciąży- z nim.Prosił i błagał przed ichniejszym sądem o życie dla swego dziecka – jedynego, które mógł mieć. Deklarował, że sam je wychowa, że poniesie wszelkie koszty, związane z trudami ciąży i porodu, jakie tylko jego była naznaczy. Wszystko na próżno. Sąd uznał, że „święte prawo kobiety do decydowania o SWOIM ciele” jest ważniejsze, niż prawo mężczyzny do posiadania dziecka. Hosanna… :(((

Niesprawiedliwość takich rozwiązań można by opisać per analogiam. Załóżmy, że mężczyzna i kobieta wspólnie znaleźli cenny skarb, ale że tylko kobieta posiadała właściwe warunki do przechowywania go, postanowili tymczasowo zdeponować go u niej. (W związku z tym, oczywiście, to kobieta ponosiła większe ryzyko – mogła np. zostać napadnięta, a nawet zastrzelona, ale zakładamy, że mężczyzna ze swej strony starał się jej zapewnić wszelkie możliwe środki bezpieczeństwa, jakich by zażądała, minimalizując w ten sposób zagrożenie. Na tym polega współodpowiedzialność). A mimo to, gdy mężczyzna zgłosiłby się po odbiór depozytu, usłyszałby, że kobieta go roztrwoniła. Co więcej, że miała do tego pełne prawo: „Mój sejf, to i wszystko MOJE – a ty się wynoś!” Nikt mi nie powie, że to jest tak całkiem fair.

TAK, uważam, że również mężczyźni powinni mieć prawo do współdecydowania o losach swego nienarodzonego dziecka, przy czym sądzę, że w przypadku rozbieżności pomiędzy rodzicami w tej sprawie należałoby zawsze zadecydować na korzyść „oskarżonego”, to znaczy za pozostawieniem go przy życiu. Zasada ta w oczywisty sposób nie powinna dotyczyć jedynie gwałcicieli. Ci nie powinni mieć prawa do decydowania o niczym.

Kryteria, jakie rzekomo należy spełnić, by móc się w ogóle wypowiadać w tym temacie, są zresztą bardziej wyśrubowane, niż samo tylko „posiadanie macicy” (a ja, głupia, ciemna, nieoświecona parafianka, zawsze myślałam, że do dyskusji na jakikolwiek temat jest konieczny raczej mózg, niż macica! No, proszę, jak to się można pomylić…:)) . Nie wystarczy bowiem do tego być kobietą, nie wystarczy być „w wieku prokreacyjnym”, ba, nie wystarczy nawet być matką. Trzeba jeszcze być matką dziecka niepełnosprawnego (choć i wśród nich znalazłoby się wiele przeciwniczek aborcji – przykładem może być Kaja Godek…) albo przynajmniej takowe adoptować.

Rozumiem zatem, że powinniśmy również odebrać mężczyznom-ginekologom prawo do wykonywania zawodu. Żaden z nich wszak nigdy nie był w ciąży.:) A morderców niechaj sądzą jedynie ci, którzy sami kogoś zabili. Nikt z nas nigdy nie był w  podobnej  sytuacji – jakież więc mamy „moralne prawo” by się wypowiadać?

Idąc tym torem, powinniśmy założyć, że o aborcji mają prawo wypowiadać się jedynie te kobiety, które same przeszły choć jedną. (I znowu: skąd pewność, że wszystkie byłyby „za”?) Zachodzę przy tym w głowę, ile też takowych zabiegów przeszła np. Kazimiera Szczuka, że daje jej to prawo do wypowiadania się na ten temat niemal bezustannie?

Bo, rzecz ciekawa, w przypadku ZWOLENNIKÓW prawa do aborcji wszystkie powyższe kryteria jakoś nie obowiązują…

Jestem niepełnosprawna, a jednak, rzecz dziwna, udało mi się „przeżyć koszmar porodu” – i to aż trzy razy. Miałam najwyraźniej szczęście, bo zdaniem niektórych spośród moich dyskutantów ciąża i poród są ZAWSZE bezpośrednim zagrożeniem dla życia i zdrowia kobiety. W XXI wieku, w Europie. W opozycji do tego, aborcja to podobno niezwykle bezpieczny zabieg (no, to czemu feministki straszą nas ciągle wizją tysięcy, jeśli nie milionów kobiet, które będą umierać w męczarniach po nieumiejętnie przeprowadzonym zabiegu? Nie wierzę zarówno w mit o „bezbolesnej aborcji”, jak i to, że we współczesnej Polsce „nielegalna aborcja” nazywa się pani Stasia i przyjmuje w brudnej szopie z zakrzywionym drutem w ręku…), który zarówno dla płodu, jak i dla jego matki jest wręcz dobroczynny.

Aborcja definitywnie „leczy” wszystkie choroby, ze szczególnym uwzględnieniem tych nieuleczalnych. Rozwiązuje wszelkie problemy, od traumy gwałtu (kobieta, która na skutek gwałtu NIE zaszła w ciążę – a takich jest większość, ponieważ silny stres może blokować owulację lub spowodować samoistne poronienie – powinna chyba wobec tego uznać, że „właściwie nic takiego się nie stało”, ponieważ „ominęło ją to, co najgorsze”?) po Zespół Downa.

W wielu krajach nawet dosłownie, ponieważ dzieci z trisomią już się tam prawie nie rodzą. Bo aborcja to nie tylko kwestia zewnętrznych warunków (ekonomicznych czy prawnych – chociaż one też są ważne), ale także, a może nawet przede wszystkim, kwestia mentalności – indywidualnej i społecznej. Mentalności, która mówi: „Jesteś okrutny nie wtedy, gdy uśmiercasz swoje chore dziecko, lecz wtedy, kiedy pozwalasz mu żyć!”  Będzie o tym jeszcze mowa nieco dalej.

Gdzieś na Zachodzie był naukowiec, który badał w tym wypadku możliwość „wyciszenia” wadliwego chromosomu. Nie otrzymał jednak funduszy na dalsze badania. Wyjaśniono mu uprzejmie, że są one niepotrzebne, ponieważ…legalna aborcja w pełni rozwiązuje ten problem… I niech nam żyje „możliwość wyboru”, hip, hip, hurra….

W Norwegii pewna Polka, która odmówiła abortowania dziecka z rozszczepem kręgosłupa, stała się ogólnokrajową sensacją- w TV ją pokazywali. Tamtejsi lekarze uważali aborcję za jedyną możliwą formę „terapii” w takich przypadkach. A ona wróciła do rodzinnego kraju, poddała dziecko operacji prenatalnej – i jej syn będzie chodził….

Jestem niepełnosprawna, a mimo to urodziłam szczęśliwie troje zdrowych dzieci. Lecz gdyby były „takie jak ja”, kochalibyśmy je z P. tak samo.

Często mnie pytają: „czy byłabyś w stanie patrzeć na śmierć i cierpienie swoich dzieci?” (Z którego to cierpienia aborcja, względnie eutanazja, mogłaby je raz na zawsze wyzwolić…)

Odpowiadam zawsze, że pojmuję rolę rodzica jako TOWARZYSZENIE dziecku we wszystkim, jeśli trzeba, także w chorobie i umieraniu. I jednocześnie zrobiłabym wszystko, co tylko leży w ludzkiej mocy, żeby zmniejszyć cierpienie mojego dziecka. Wszystko, z wyjątkiem bezpośredniego pozbawienia go życia. Bo niewielu wie, że nie jest eutanazją w sensie ścisłym podanie choremu środka przeciwbólowego nawet w dawce letalnej (tzn. takiej, o której wiemy, że może go zabić – jeśli zwykłe dawki nie działają) o ile tylko naszym głównym celem nie było zabicie go, a tylko złagodzenie cierpienia.

Jednocześnie, jako osoba niepełnosprawna głęboko wierzę, że każde dziecko, nawet bardzo cierpiące, może być na swój sposób szczęśliwe, jeśli tylko jest kochane i otaczane czułą opieką i troską. Nigdy też, spędzając nieraz długie lata w szpitalach, nie spotkałam żadnego dziecka, które by samo chciało umrzeć. Nie cierpieć-owszem. Ale nie umrzeć. Wola przetrwania u człowieka jest przeogromna. Czytałam o przypadku z mojej okolicy, gdzie dziecko urodziło się żywe mimo dwukrotnego wyłyżeczkowania macicy (błędnie uznano ciążę za obumarłą).

Uważam też za głęboko nieuczciwe epatowanie przy tej okazji zdjęciami ciężko chorych dzieci, jak gdyby były one tylko „straszydełkami”, których widok ma wywołać pożądany efekt – poparcie dla aborcji. W rzeczywistości zaś żywe urodzenia dzieci z takimi wadami, jakie są uwiecznione na tych fotografiach, są niezwykle rzadkie (w większości wypadków dochodzi wtedy do samoistnego poronienia) – a zdecydowaną większość aborcji eugenicznych na świecie stanowią  dzieci z Zespołem Downa.

Gdyby więc moje dziecko (co zawsze przecież zdarzyć się może) miało niebawem umrzeć, chciałabym, żeby umarło w moich ramionach. I gdyby zostało mi dane tylko na kilka chwil, także nie chciałabym mu żadnej z tych chwil odebrać. Chyba nie brzmi to jak jakiś straszny „fanatyzm”?

Rzecz ciekawa, jak niektórzy „obrońcy praw kobiet” pogardzają tymi spośród nich, które zdecydowały się urodzić śmiertelnie chore dziecko, nazywając je np. „żywymi trumnami.” Jacek Żakowski kiedyś wręcz stwierdził, że rodzicom, którzy wiedzieli, że urodzi im się chore dziecko, a mimo to pozwolili mu przyjść na świat, nie powinna przysługiwać żadna pomoc państwa. No, jasne, bo oni przecież zrobili to „specjalnie”.

A mnie się przypomina w tym momencie piękne zdanie jednej z takich kobiet:”Kiedy byłam w ciąży, nie czułam się wcale jak „chodząca trumna”. Przeciwnie, miałam bardzo głęboką świadomość, że moje ciało jest jedynym środowiskiem, w którym moje dziecko może żyć…”

Co mnie oburza w tym kontekście to, że w Polsce są jak na razie DWA (słownie dwa) hospicja perinatalne – w Warszawie i w Łodzi (chyba że jeszcze o czymś nie wiem). Ale to, jak się zdaje, nie interesuje  żadnej ze stron tego sporu.

Dla jednych bowiem aborcja wydaje się uniwersalnym i ostatecznym rozwiązaniem „problemu cierpienia”, drugim zaś zdaje się wystarcza sama moralna satysfakcja, że kobieta nie usunęła ciąży. Reszta ich nie obchodzi.

I to jest właśnie pierwszy powód, dla którego jestem przeciwna obecnym zmianom. Taki zakaz „aborcji eugenicznych” jaki się proponuje, można byłoby wprowadzić, ale… dopiero na końcu. Po zbudowaniu całej niezbędnej infrastruktury medycznej, a także (co nie mniej ważne!) klimatu społecznego, sprzyjającego rodzicom dzieci niepełnosprawnych. Bo nawet w krajach, takich jak jak Norwegia czy Francja, gdzie warunki życia osób niepełnosprawnych są znacznie lepsze, niż w Polsce, liczba takich aborcji jest bardzo duża – po prostu dlatego, że przekonano większość ludzi, że jeśli tylko można (poprzez aborcję) „oszczędzić takiemu dziecku cierpienia” (czyli po prostu życia), to tak właśnie NALEŻY postąpić.

Dlatego ja niezmiennie  wierzę w moc perswazji. Stanowczo wolę ludzi do czegoś przekonywać, niż przymuszać. Inaczej będzie to tylko „budowanie domu od komina.”

Poza tym, decyzja o przyjęciu (często na całe życie) chorego dziecka może być niekiedy wręcz heroiczna – a prawo nie może wymagać heroizmu.

Podobnie, jak w przypadku najbardziej oczywistym z możliwych: zagrożenia życia i zdrowia matki. Proszę mnie dobrze zrozumieć: oddanie własnego życia, aby ratować dziecko, uważam za rzecz wielką, piękną, godną najwyższego uznania, a wręcz aureoli. Ale do takiego stopnia świętości dorasta się stopniowo – i byłoby szaleństwem wymagać go od WSZYSTKICH kobiet. Poświęcenie, żeby było cenne, musi być dobrowolne („radosnego dawcę miłuje Bóg”).

W tym miejscu chciałabym dodać, że problem ciąży pozamacicznej, który tak rozpala emocje niektórych, dla mnie (i dla wielu bioetyków) w ogóle nie jest problemem etycznym. W zdecydowanej większości przypadków nie mamy tutaj absolutnie żadnych szans, aby ocalić życie dziecka (nawet za cenę życia matki!), tak więc właściwe jest ratowanie tego życia, które da się uratować. Wychodzę z założenia, że jedna żywa osoba jest większym dobrem, niż dwie martwe.

Podsumowując ten wątek, chciałabym stwierdzić, że gdybyśmy uchylili ten wyjątek, oznaczałoby to, ni mniej ni więcej, tylko, że życie dziecka jest dla nas więcej warte, niż życie jego matki – ona zaś sama jest tylko „opakowaniem” dla rozwijającego się dziecka. A na to, jako kobieta i jako matka, zgodzić się po prostu nie mogę.

I wreszcie sytuacja ostatnia – przypadek gwałtu. Gwałt jest jedyną sytuacją, kiedy można rzeczywiście mówić o tym, że kobieta została przymuszona do bycia w ciąży, i choć brzmi to tragicznie (jak by nie patrzeć, karę za winy gwałciciela ponosi inna istota ludzka – życie zaś owego przestępcy prawo chroni, jako – rzekomo – człowieka) należy pozostawić jej możliwość obrony przed nasieniem gwałciciela w imię jej podmiotowości. Gwałt to nie jest żadna „wola Boża”, a gwałciciel nie jest jej wykonawcą!

Wolałabym jednak, by pomoc dla kobiet zgwałconych w moim kraju obejmowała więcej, niż tylko możliwość aborcji. Pomoc psychologiczną, medyczną, wsparcie społeczne i duszpasterskie, a także pigułkę „po” – nie wczesnoporonną (na przykład czysty progesteron, zastosowany odpowiednio szybko może uchronić kobietę przed zajściem w ciążę z gwałtu). Jakże często mamy tendencję do stygmatyzowania kobiet zgwałconych i ich dzieci (czytałam o dwóch „pobożnych” sąsiadkach, które wykrzyczały w twarz zgwałconej 17-latce, że „na takie dzieci Pan Jezus nie dał zgody!”), z drugiej zaś strony, do bagatelizowania długofalowych skutków gwałtu, jeżeli tylko nie doszło do ciąży.

Na zakończenie jednak chciałabym powiedzieć zajadłym krytykom tego projektu ustawy, że jest to dopiero projekt, w dodatku obywatelski, który żeby w ogóle wejść pod obrady Sejmu, musi najpierw zebrać wymaganą liczbę podpisów. W moim przekonaniu szanse na to są niewielkie (nawet chrześcijanie są podzieleni w kwestii oceny tych konkretnych propozycji – a nawet to, po czym niektóre feministki tak demonstracyjnie „wychodziły” z kościołów – do których normalnie nie chodzą:) – to nie był jeszcze nawet list CAŁEGO EPISKOPATU, a jedynie „stanowisko” pewnej jego części).

Wyjaśniam: katolik nie może popierać aborcji, ale nie musi się to wiązać koniecznie z poparciem dla konkretnych rozwiązań prawnych.

Całą tę aborcyjną i antykatolicką  histerię (całe to straszenie nas „drugim Salwadorem” itd., co miało już zresztą miejsce w latach dziewięćdziesiątych – i okazało się nieprawdą) uważam zatem w najlepszym razie za mocno przedwczesną i przesadzoną.

 

skrajnośći (1)skrajności (2)skrajności (3)

Dlaczego Kościół nie może pogodzić się z gender?

Przy okazji niedawnego dnia Świętej Rodziny nasi biskupi wydali list (dość gruntownie zresztą, i słusznie, skrytykowany przez mojego ulubionego Szymona Hołownię), w którym wśród zagrożeń, czyhających na prawdziwie katolicką, polską rodzinę, obok rozwodów wymienili także, a jakże, znowu tajemniczą „ideologię gender”.

I chociaż naprawdę nie sądzę, by był to rzeczywiście problem spędzający sen z powiek przeciętnym Kowalskim (zdaje mi się raczej, że – w swoich najbardziej bzdurnych przejawach – jest to raczej rodzaj mody, która dotyka niewielkie grupy zaangażowanych wyznawców – i która przeminie prędzej czy później, jak wiele innych) – to jednak myślę, że jestem także w stanie zrozumieć głęboki powód tego sprzeciwu.

Od razu mówię, że nie wierzę, aby była nim zasadnicza niechęć katolicyzmu (czy też szerzej – chrześcijaństwa) do równości płci czy też nawet do pewnego stopnia – do wymienności ról społecznych pomiędzy płciami.

Mimo że (przypomnę) dla tradycyjnej teologii płci nie są całkowicie „zastępowalne” (żadna matka w pełni nie zastąpi ojca, ani też odwrotnie), lecz raczej  „komplementarne” (dopełniają się nawzajem), to jednak jestem głęboko przekonana, że nie musi to wcale oznaczać niesprawiedliwej „nierówności.”

Wierzę raczej w to, że między mężczyznami i kobietami – podobnie jak pomiędzy różnymi wyznaniami chrześcijańskimi – możliwa jest „jedność w różnorodności”, przy poszanowaniu odrębności i unikalnych cech  każdej ze stron.

Nikt rozsądny przecież nie zaprzeczy, że odkąd kobiety zaczęły w większym stopniu angażować się w różne aktywności poza domem, bardziej sprawiedliwy i „elastyczny” podział obowiązków wewnątrz rodziny stał się zwykłą koniecznością. I znakiem czasu.

Szczerze mówiąc, sama wychowywałam się w rodzinie, gdzie podział ról był dość, jak na owe czasy, niestandardowy: mój tata zrezygnował z własnego awansu, aby umożliwić mojej mamie karierę zawodową, w której się spełniała. Mając zatem ojca, który gotował kaszki i wycierał noski nigdy jakoś nie mogłam uwierzyć w to, co napisała sympatyczna skądinąd włoska autorka Constanza Miriano: że mianowicie zmienianie pieluszek własnym dzieciom pozbawia facetów jakiejś części ich męskości. Nie pozbawia.

Myślę jednak, że spór o gender jest o wiele głębszy – toczy się bowiem o samą naturę poznania. I człowieka.

Czy istnieje jakakolwiek obiektywna rzeczywistość (a więc PRAWDA obiektywna), czy też „prawdą” może być każde nasze subiektywne przekonanie – inaczej mówiąc, wszystko, cokolwiek nam się wydaje?

Często przytaczam w tym miejscu przykład z tym nieszczęśnikiem, który zapragnął być kotem – co więcej, udało mu się znaleźć usłużnych lekarzy, którzy dzięki całej serii zabiegów przeistaczają go coraz bardziej w stworzenie „kotopodobne.”

I teraz będzie pytanie kontrolne: czy po zakończeniu całej kontrowersyjnej kuracji człowiek ten rzeczywiście STANIE SIĘ kotem (zgodnie ze swoim najgłębszym pragnieniem)?

Większość z Was zapewne odpowie: nie. No, dobrze – ale właściwie DLACZEGO nie?

I myślę – a przynajmniej mam nadzieję – że większość z Was tym razem odpowie: „Bo człowiek NIE MOŻE być kotem. Z natury. Bo człowiek i kot należą do różnych gatunków.” – albo jakoś podobnie.

Otóż to. A główny filozoficzny problem z gender, tak jak ja je rozumiem (i jak zapewne rozumieją je księża biskupi) polega na tym, że zdaje się ono mówić: „Bzdura, żadna „natura ludzka” nie istnieje. Każdy człowiek może być tym, czym zechce. Kobietą, mężczyzną, kotem…Nie ma granic dla ludzkiej wolności. Nie istnieje też żadna „prawda obiektywna” – a jedynym wyznacznikiem tego, co prawdziwe, jest Twoje najgłębsze wewnętrzne przekonanie.”

W konsekwencji nie istnieje też żaden „Stwórca natury ludzkiej” – albo inaczej: każdy człowiek sam dla siebie jest „stwórcą.”

Oczywiste jest zatem, że z takim postawieniem sprawy chrześcijaństwo (i w ogóle żadna religia, która zakłada istnienie jakiegokolwiek Najwyższego Prawodawcy), które od zawsze – bez względu na to, co nim mówiono w różnych epokach! – było dosyć „realistyczne” (tzn. zakładało, że ISTNIEJE zarówno niezależna od nas rzeczywistość, jak i prawda obiektywna, którą człowiek może poznać i do niej dostosować swoje działanie) pogodzić się  nie może.

Z punktu widzenia zarówno religii jak i wielowiekowego doświadczenia (oraz nauki) wiemy, że istota ludzka NIE JEST nieskończenie plastyczna (zresztą, czyż genderyści naprawdę wierzą, że w przeciągu zaledwie kilku pokoleń poprzez odpowiedni „trening społeczny” da się wykorzenić wszystkie te unikalne cechy, którymi natura – nie bez powodu przecież – w ciągu milionów lat obdarzyła obydwie płci? Szczerze mówiąc, bardzo wątpię, by ktokolwiek mógł w to wierzyć…). A nasza wolność wyboru NIE JEST nieograniczona – ograniczają nas chociażby zwykłe prawa fizyki. Jeśli teraz stanę na parapecie okna i zacznę energicznie machać rękami, nie wzniosę się w powietrze, choćbym nawet bardzo głęboko wierzyła, że jestem ptakiem…

I dlatego właśnie, jak sądzę, Kościół nigdy nie będzie mógł pogodzić się z gender.

 

gender-4

 

 

Czy rzeczy naprawdę są tym, czym nam się wydają?;) Czy może tym, czym chcielibyśmy, aby były?  Czy też są po prostu tym… czym są? Oto jest pytanie!

Źródło obrazka: www.giznet.pl

Dlaczego Kościół sprzeciwia się „sztucznej” antykoncepcji?

Ponieważ pytanie to bardzo często przewija się na blogu (zwłaszcza pod moimi wpisami na temat NPR), uznałam, że jest na tyle istotne, że warto mu poświęcić osobny artykuł.

Od razu mówię, że nie wierzę, by przyczyną owego sprzeciwu było to – jak to z właściwym sobie brakiem subtelności ujął kiedyś tygodnik „NIE” – że Kościół żąda po prostu ciągłego dopływu nowych owieczek, aby móc je „strzyc” do skóry – choć to sam papież Pius XI w encyklice Castii Conubii [O małżeństwie chrześcijańskim] z roku 1931 stwierdził,wprost że stałe”ofiarowywanie” Kościołowi nowych Dzieci Bożych jest podstawowym obowiązkiem małżeństwa (inne cele, jak wzajemna pomoc czy miłość małżonków, określone zostały w tym tekście zaledwie jako „drugorzędne”).

Trzeba jednak oddać temu papieżowi, że jako pierwszy tak wyraźnie zaznaczył, że nie ma nic zdrożnego w utrzymywaniu stosunków małżeńskich przez osoby „które czy to z powodu wieku, czy też dla innych jakichś ułomności potomstwa spodziewać się nie mogą.”  Dodał także mimochodem, że „dla ratowania życia” możliwe jest nawet „okaleczenie ciała” (przez co można chyba rozumieć także „ubezpłodnienie”,w innych wypadkach całkowicie zakazane i grzeszne).

Nie przekonuje mnie też znana narracja feministyczna, jakoby zakaz ten miał służyć jedynie sprawowaniu kontroli nad kobietami przez rządzących Kościołem mężczyzn – czyli w istocie utrzymywaniu dawnego „patriarchalnego porządku.” – mimo że rzeczywiście papież Pius XI wraz z rozwodami, antykoncepcją i aborcją potępił „hurtem” także emancypację i równouprawnienie kobiet – stwierdzając dosłownie, że dla porządku społecznego w stosunkach pomiędzy płciami „wskazana jest pewna nierówność.”:)

Sądzę bowiem, że (podobnie jak w wielu innych przypadkach) prawdziwych źródeł takiego nauczania a nie innego Kościoła trzeba szukać gdzie indziej – w poglądach naukowych i filozoficznych, a także w ogólnym klimacie obyczajowym epoki, w której rodziło się chrześcijaństwo.

Przede wszystkim, warto sobie uświadomić, jak niewiele wówczas wiedziano o fizjologii człowieka – dość powszechnie przyjmowano na przykład, że jedynym „nośnikiem życia” (a w istocie już miniaturową, autonomiczną istotą ludzką! – średniowieczny homunkulus) jest męska sperma, która w ciele kobiety jedynie znajduje odpowiednie warunki do rozwoju (nie sądzono bowiem, aby  „bierny” pierwiastek żeński mógł odgrywać jakąkolwiek czynną rolę przy poczęciu). Z tej racji również współczesne wspólnoty żydowskie – wyrastając z tego samego starożytnego źródła –  spośród wszystkich metod antykoncepcyjnych szczególnie sceptycznie odnoszą się do…prezerwatywy, widząc w niej najbardziej jaskrawe naruszenie micwy (przykazania) „peru urewu” („bądźcie płodni!”) – która to ma się odnosić przede wszystkim do mężczyzn. W takim ujęciu kobieta była jedynie „naczyniem” które nosi w sobie życiodajne męskie nasienie. (I dlatego dziś jeszcze część duszpasterzy uważa za moralnie dopuszczalne intymne pieszczoty żony przez męża poza „właściwym” stosunkiem, lecz już nie odwrotnie – te drugie bowiem mogą się wiązać z niekontrolowanym wytryskiem nasienia:)). Tak więc każde działanie, zmierzające do zniszczenia owej „mocy życia”, zrównywano praktycznie z zabójstwem – a to już, jak wiadomo, jest zbyt poważna sprawa, by Kościół mógł się nie wypowiadać.

Nie znając przeto mechanizmów zapłodnienia, nagminnie mylono środki „antykoncepcyjne” z poronnymi – i tych drugich używano często jako pierwszych. Były one zresztą nierzadko tak szkodliwe dla zdrowia, że powodowały śmierć nie tylko płodu, ale i matki, stąd sam Hipokrates zakazywał swoim uczniom ich podawania. Parały się tym zatem rozmaite „babki-zielarki”, które poza tym przeprowadzały także aborcje (czytałam gdzieś, że w szczytowym okresie rozwoju Cesarstwa spędzanie płodu stało się praktyką tak powszechną, że ciała dzieci zatykały urządzenia kanalizacyjne w Wiecznym Mieście) i trudniły się magią – a na takie praktyki Kościół zawsze patrzył podejrzliwym okiem.

Natomiast pod wpływem prądów neoplatońskich (gnostyckich) chrześcijaństwo późnej starożytności zaczęło coraz bardziej przeciwstawiać „dobrą” duszę człowieka jego ciału, które zaczęto postrzegać w dużej mierze jako złe, grzeszne i skalane – co na wieki całe naznaczyło całą naukę o ludzkiej seksualności.

Święty Augustyn, notabene były manichejczyk, którego poglądy w przemożny sposób ukształtowały kościelne przekonania w tej kwestii, okazuje się więc całkiem typowym intelektualistą swojej epoki, gdy mówi:„Rozpustne to okrucieństwo albo raczej okrutna rozpusta zapędza się nieraz tak daleko, że używa trucizn przeciw zapłodnieniu, a gdy zawiodą, niweczy jakimiś środkami poczęty płód w łonie i spędza go. Wolą tacy ludzie,by potomstwo już ginęło, nim jeszcze żyć zaczęło, lub, gdy już było w żywocie, wolą je zabić, niż mu pozwolić ujrzeć światło.” (Podkreślenia moje).

Biskup Hippony jest także (o czym tu już kiedyś pisałam) twórcą skrajnie pesymistycznych poglądów na małżeństwo, zgodnie z którymi, na przykład, „grzech pierworodny” (tj. ową przyrodzoną skłonność człowieka raczej do złego, niż do dobrego:)) przekazuje się potomstwu FIZYCZNIE, poprzez akt poczęcia właśnie. (I dlatego nie brak i dziś ludzi, którzy pytają, w jaki sposób Matka Chrystusa mogła być wolna od grzechu, jeśli poczęła się – o ile można sądzić – tak jak wszyscy, z normalnego współżycia swoich rodziców; lub też sądzą, że in vitro to w istocie „lepszy” moralnie sposób powoływania dzieci na świat, ponieważ obywa się „bez tego brzydkiego seksu”). Jako że akt seksualny nawet w małżeństwie jest dla Augustyna  (jednak!) jakoś „nieczysty”, niepodobna go również spełniać godnie w innym celu, niż tylko zrodzenie potomstwa  – jeśli więc ktoś tego unika, to „albo ona jest poniekąd nałożnicą męża, albo on cudzołoży z żoną swoją”. Zawtóruje mu wkrótce św. Tomasz z Akwinu, dodając, że „kto pożąda swojej żony, postępuje z nią tak, jakby była nierządnicą!”

Od nadrzędnego obowiązku prokreacji NIC nie mogło małżonków zdyspensować – ani skrajne ubóstwo, ani ciężka choroba.

Podobny klimat panował zresztą aż do czasów najnowszych nie tylko w katolicyzmie. Marcin Luter, notabene  były mnich augustiański, jednoznacznie twierdził, że kobieta (zgodnie z Pismem!) „zostanie zbawiona przez rodzenie dzieci” (1 Tm 2,15) – powinna więc rodzić, rodzić ich jak najwięcej – nawet kosztem własnego życia…

Nie brak będzie i takich, którzy idąc za tą myślą stwierdzą, że pożycie małżeńskie można tolerować (jako swego rodzaju „mniejsze zło” – ale jednak zło) JEDYNIE w tym celu, aby mieć dzieci – a więc najlepiej tylko raz do roku: „bo i rolnik – przekonywali tacy nadgorliwi kaznodzieje we wczesnym średniowieczu – przecież nie obsiewa swojego pola dwa razy w ciągu roku!” A ponieważ przyjemność seksualna została właściwie wyłączona z obszaru zainteresowań (nawet Pius XI przeciwstawia jeszcze „cudzołóstwo nierządnic” nie tyle „czystemu pożyciu” – zdaje się, że takowe dla niego nie istnieje – co „czystemu MACIERZYŃSTWU prawej małżonki.”) często uważano też współżycie z kobietą ciężarną (jako z natury „nieskuteczne”) za szczególną formę „rozpusty” i przejaw nieopanowania. Na szczęście pogląd ten nigdy nie stał się obowiązujący w całym Kościele.

Jako ciekawostkę można jeszcze dodać, że z podobną nieufnością traktowano stosunki seksualne podczas menstruacji. Miały się z nich rodzić dzieci dotknięte szaleństwem, lub co najmniej… rude. 🙂  Św. Tomasz zresztą twierdził, że zdrowa, zamężna kobieta w ciągu swego życia właściwie nie powinna mieć miesiączek (przypadłość tę uważano za swego rodzaju „chorobę” i skutek grzechu pierworodnego – teologowie, tak żydowscy, jak i chrześcijańscy, twierdzili, że przed upadkiem człowieka Ewa nie miesiączkowała…:)). Całe swe dorosłe życie powinna bowiem być w ciąży lub karmić piersią. Można więc z tego wysnuć podobny wniosek, jak pewna badaczka, analizująca przepisy judaizmu, odnoszące się do kobiet: że zasadniczo stosunki seksualne były dozwolone w okresie płodnym, zakazane zaś – w niepłodnym. Gwoli sprawiedliwości – i na pohybel tym wszystkim, którzy twierdzą, jakoby to dopiero współczesne feministki „przyznały kobietom prawo do orgazmu” – trzeba koniecznie jeszcze powiedzieć, że rozkosz kobiecą uważano za tak istotny element płodzenia dzieci, że byli teologowie, którzy uważali, że za grzeszne należy uznać także te akty małżeńskie, podczas których kobieta nie odczuwałaby przyjemności!

Pobożni małżonkowie zresztą i bez tych dodatkowych ograniczeń  nie mieli zbyt wiele czasu, by cieszyć się swoją bliskością – stopniowo bowiem zaczęło przybywać w kalendarzu dni, a potem całych okresów, kiedy z różnych względów „nie wypadało” tego robić: a więc okresy Adwentu i Wielkiego Postu, święta ku czci Jezusa i Maryi, niedziele… (Wobec powyższego wysoki przyrost naturalny w dawnych wiekach może dziwić – chyba, że, co bardziej prawdopodobne, do zaleceń tych nie stosowano się nazbyt gorliwie…:))).

Małżonkom przedstawiano jako ideał „czyste macierzyństwo” Maryi, ale że jest on raczej nieosiągalny dla zwykłych kobiet, w średniowieczu zaczęły się mnożyć jak grzyby po deszczu „dziewicze małżeństwa” – takie, jak np. związek Bolesława Wstydliwego (którego matka, Grzymisława, notabene bardzo upodobała sobie rozkosze alkowy – i nie zawahała się nawet pozwać swego męża przed sąd biskupi, gdy książę niezbyt chętnie przykładał się do rzeczy…:))) ze św. Kingą. Św. Jadwiga Śląska (ok. 1178-1243) wymogła na mężu, Henryku Brodatym, złożenie „dobrowolnych” ślubów czystości po 19 latach małżeństwa i urodzeniu siedmiorga dzieci. (Książę zresztą stał się z tego powodu obiektem powszechnego współczucia wśród swoich poddanych…:)).

Wobec braku dostatecznej wiedzy o procesach rozrodu, praktyki takie – które dziś o. Knotz słusznie nazywa „antymałżeńskimi” – poza oczywistym sensem „pobożnościowym” mogły mieć także mniej dostrzegany wymiar „antykoncepcyjny” – zmierzający do utrzymania liczby potomstwa w rozsądnych granicach…

Przecież jeszcze dla Piusa XI jedyną dopuszczalną formą ograniczania dzietności była (całkowita) wstrzemięźliwość. Ogino i Knauss, odkrywcy owulacji i twórcy pierwszego „kalendarzyka”, za jego czasów dopiero rozpoczynali swe badania – tak więc szczerze rozbawiła mnie kiedyś jedna z autorek FEMINOTEKI, twierdząca, iż sam św. Augustyn doczekał się nieślubnego syna właśnie dlatego, że jakoby stosował tę metodę i zawiodła go ona tak samo, jak tylu innych po nim – i nic to, że została ona opracowana bez mała piętnaście wieków później…

Warto też zauważyć, że aż do roku 1930  stanowisko wszystkich głównych Kościołów chrześcijańskich było w tej mierze zgodne z Kościołem katolickim – dopiero w tymże roku biskupi anglikańscy, zgromadzeni na konferencji w Lambeth wyrazili „ograniczoną akceptację” dla stosowania antykoncepcji w małżeństwie.  W specjalnej rezolucji stwierdzili oni: „Gdy istnieje wyraźnie odczuwane moralne zobowiązanie do ograniczenia lub uniknięcia rodzicielstwa, o wyborze metody powinny rozstrzygać zasady chrześcijańskie. Pierwszą i oczywistą metodą jest całkowite powstrzymanie się od zbliżeń (tak długo, jak to konieczne) w karności i samokontroli przeżywanych w mocy Ducha Świętego. Jednakże jeśli istnieje wyraźnie odczuwane moralne zobowiązanie do ograniczenia lub uniknięcia rodzicielstwa, a równocześnie są moralnie istotne powody wykluczające całkowitą wstrzemięźliwość, Konferencja wyraża zgodę na zastosowanie innych metod, pod warunkiem zachowania tych samych zasad chrześcijańskich. Konferencja odnotowuje zdecydowane potępienie dla stosowania jakichkolwiek form kontroli poczęć z powodu egoizmu, dążenia do bogactwa lub zwykłego wygodnictwa.”

Na gruncie katolickim natomiast raz pierwszy na poważnie kwestią właściwej i koniecznej „regulacji poczęć” (papież sam ukuł ten termin – w opozycji do coraz bardziej popularnego ówcześnie „birth control” – „kontrola urodzeń” – którym to obejmowano również niedopuszczalne dla Kościoła aborcję i sterylizację) zajął się dopiero Pius XII – który (jak wieść niesie, po wizycie w rzymskim szpitalu, gdzie zobaczył m.in. kobiety wyniszczone zbyt częstymi porodami) doszedł do wniosku, że należy poszukiwać skutecznej metody, która by pozwoliła wydłużyć odstępy pomiędzy kolejnymi dziećmi – i jednocześnie zadośćuczynić „słusznym pragnieniom” (seksualnym) małżonków. Zaowocowało to akceptacją dla dopiero co powstałego „kalendarzyka” – który, niestety, na całe dziesięciolecia (i aż do teraz) stał się symbolem „katolickiego” podejścia do tej kwestii.

Wkrótce zresztą, bo już w latach pięćdziesiątych XX w., australijski lekarz John Billings, na podstawie obserwacji prowadzonych wspólnie z żoną, odkrył znacznie dokładniejszą i lepszą metodę – o tym jednak już nikt, poza wąskim gronem zainteresowanych nowo powstającą nauką o płodności, nie miał się dowiedzieć.

Świat bowiem zmierzał szybkimi krokami do odkrycia pigułki antykoncepcyjnej, która do tego stopnia miała odmienić nasze postrzeganie seksualności, że w niektórych językach (jak w angielskim) jej nazwę pisze się wielką literą…

Jej pojawienie się na rynku zbiegło się w czasie z Soborem Watykańskim II, zapoczątkowującym ogromne zmiany w Kościele katolickim – i z nową encykliką, tym razem papieża Pawła VI, na interesujący nas temat. W encyklice tej, Humanae vitae [O zasadach moralnych w dziedzinie przekazywania życia ludzkiego], w której krytycy widzą często tylko „potępienie dla pigułki” (choć, jako żywo, nazwa żadnej konkretnej metody tam nie pada!), dowartościowany został przede wszystkim „więziotwórczy” charakter zbliżenia seksualnego, przedstawiony już nie jako „drugorzędny” lecz równorzędny cel naszej seksualności. Dlatego także współczesny Katechizm Kościoła Katolickiego mówi na przykład, że: „gdy małżonkowie szukają i używają tej przyjemności, nie czynią niczego złego, korzystają tylko z tego, czego udzielił im Stwórca.”

Jak wielki to, niemal rewolucyjny przewrót w katolickim myśleniu o seksie, w pełni docenić może tylko ten, kto wie, jaki był punkt wyjścia. Jedna z amerykańskich publicystek, zresztą sceptyczna wobec niektórych zapisów encykliki, chyba słusznie nazwała ją „hymnem na cześć miłości małżeńskiej.”

W dokumencie tym papież po raz pierwszy zwraca uwagę na „słuszne powody” dążenia do ograniczania wzrostu populacji (takie jak np. groźba przeludnienia Ziemi) – po raz pierwszy też pada w niej określenie „planowanie rodziny” – przy którym Paweł VI zaleca się kierować zarówno „odpowiedzialnością” jak i „wielkodusznością.”

Papież zauważa także (po raz pierwszy tak dobitnie w całej historii Kościoła, co niektórych „tradycjonalistów” oburza do dziś!), że małżonkowie mają prawo nie pragnąć zrodzenia kolejnego potomka w określonym czasie, a nawet, dla ważnych przyczyn, odłożyć to na czas nieograniczony i mogą chcieć „pewności, że dziecko nie zostanie poczęte” – czyli, mówiąc po prostu – mogą „planować” sobie liczbę dzieci. Powtarza również z całą mocą, że w pełni dopuszczalne jest stosowanie środków antykoncepcyjnych w przebiegu leczenia pewnych chorób.

Nie jest więc prawdą, że dla katolików te rzeczy są zakazane w każdym przypadku, a zatem mylą się także ci farmaceuci, którzy chcieliby (zasłaniając się „sprzeciwem sumienia”) zupełnie zaprzestać ich sprzedaży…

W encyklice tej papież dokonał także klasycznego – i do dziś chętnie przywoływanego w dyskusjach – rozróżnienia pomiędzy dopuszczalnymi a  niedozwolonymi metodami:o ile te pierwsze dla uniknięcia poczęcia wykorzystują jedynie naturalne mechanizmy, działające w ciele człowieka, o tyle te drugie próbują w te mechanizmy ingerować, niekiedy bardzo brutalnie.

Ogólny wydźwięk tego dokumentu był jednak na tyle pozytywny, że niektórzy zaczęli już mieć nadzieję na jakąś nową, tym razem katolicką, „deklarację z Lambeth”, tym bardziej, że podobne rozwiązanie (warunkowe przyzwolenie na niektóre środki antykoncepcyjne w ramach małżeństwa), rekomendowała także Pawłowi VI powołana przezeń komisja, złożona z teologów, lekarzy i – także po raz pierwszy w historii! – samych małżonków. Tak się jednak nie stało, a papieska „rewolucja” w tym względzie została zatrzymana jakby w pół drogi.

Papież podtrzymał zakaz stosowania jakichkolwiek sztucznych środków przeciw poczęciu (poza wyjątkiem omówionym powyżej) – wyraził tylko nadzieję (którą i ja zresztą podzielam). że w przyszłości „medycyna zdoła wypracować wystarczająco pewną metodę poprawnej moralnie regulacji poczęć, opartą na uwzględnianiu naturalnego rytmu płodności.”

Dlaczego tak się stało? Moim zdaniem bardziej z pewnych racji duszpasterskich i moralnych, niż teologicznych.

Po pierwsze, warto zauważyć, że te Kościoły, które kiedyś „w ograniczonym zakresie” zgodziły się na stosowanie antykoncepcji w małżeństwie, dziś już w ogromnej większości zaakceptowały nie tylko wszystkie jej metody, ale często i przerywanie ciąży. Tak to już niestety bywa z wszelkimi „wyjątkami od reguły”, że mają tendencję do rozszerzania się w nieskończoność.

Po drugie zaś (i kto wie, czy nawet nie ważniejsze) papież pisząc swoją „rewolucyjną” encyklikę miał okazję na własne oczy obserwować postępy innej rewolucji, rozgrywającej się poza Kościołem – rewolucji seksualnej.

Rewolucji, która kusząc (zwłaszcza kobiety) nowo odkrytymi możliwościami „uwolnienia od lęku” przed niepożądaną ciążą, „wyzwoliła” jednocześnie całe życie seksualne człowieka już nie tylko z pożądanego przez Kościół kontekstu małżeństwa i rodziny, ale nawet z jakiegokolwiek wymagania wzajemnej miłości i wierności. Odtąd pojęcie „odpowiedzialności za drugą osobę” zaczęło być niekiedy używane już tylko jako przypomnienie o założeniu prezerwatywy we właściwym momencie…

Mam wrażenie, że w takim klimacie Paweł VI miał poważne powody, aby przewidywać, że wyjęcie tylko jednej małej „cegiełki” z katolickiej nauki o małżeństwie spowoduje równie szybki demontaż całej moralności również wewnątrz Kościoła. Przecież sama miałam okazję czytać książkę pod przewrotnym tytułem: „Katolicy i seks”, której autorzy (chociaż nawet nie wszyscy z nich są katolikami…) postulują między innymi, by Kościół uznał za „bezgrzeszne” wszystkie stosunki seksualne pomiędzy dorosłymi ludźmi nie związanymi małżeństwem – w zupełnie dowolnych konfiguracjach…

A nikt chyba nie zaprzeczy, że wynalezienie „absolutnie skutecznych” środków antykoncepcyjnych w sposób znakomity przyspieszyło ten proces? Chociaż oczywiście wolałabym, żeby ludzie powstrzymywali się od przypadkowych kontaktów seksualnych nie tylko ze strachu przed niechcianą ciążą czy chorobami – ale przede wszystkim z własnego wewnętrznego przekonania…

Rozczarowanie w pewnych kręgach było tak ogromne, że niektórzy skłonni byli nawet nagłą śmierć „uśmiechniętego papieża” Jana Pawła I (który według wszelkiego prawdopodobieństwa zmarł na zator płucny) przypisywać temu, że rzekomo planował on zmienić stanowisko Kościoła w sprawie antykoncepcji. Nie ma jednak na to żadnych dowodów.

W każdym razie, choć nauczanie Pawła VI w tej kwestii nadal obowiązuje, warto dodać, że NIE MA ono statusu dogmatu – a papież pisząc o tym nie skorzystał z klauzuli o swojej „nieomylności.” Tak więc nadal można o tym dyskutować bez obawy o ekskomunikę (na swoim blogu od lat czyni to np. red. Artur Sporniak z „Tygodnika Powszechnego”). A sądząc choćby z wypowiedzi Franciszka o braku „katolickiego przymusu wielodzietności”, Benedykta XVI o dopuszczalności używania prezerwatyw w przypadku zagrożenia śmiertelną chorobą (taką jak AIDS) czy też Papieskiej Akademii Życia o tym, że uzasadniona obrona kobiety przed gwałtem obejmuje także jej prawo „do obrony przed nasieniem gwałciciela”, włącznie z pigułką „po” (byleby nie była to pigułka wczesnoporonna) – dyskusja ta wciąż jeszcze nie jest zakończona.

Na zakończenie zaś mojego wywodu muszę dodać jeszcze parę słów na temat tego, co według mnie z „tradycyjnego” nauczania Kościoła (poza wymogiem, że seks powinien implikować miłość i wierność, o czym pisałam już wcześniej) domaga się także dziś koniecznie zachowania i obrony.

Przede wszystkim więc jest to to niezłomne przekonanie, że PŁODNOŚĆ ludzka jest wciąż pozytywną wartością, oznaką zdrowia i darem Boga – a nie największym możliwym zagrożeniem, przed którym należy się bronić rękami i nogami. A dzieci są zawsze błogosławieństwem, nigdy ciężarem. W perspektywie dotykającej nas „epidemii niepłodności” i kryzysu demograficznego (który zresztą Paweł VI przewidywał już ponad 40 lat temu!) wydaje mi się to szczególnie ważne.

Wiecie, dlaczego upadło Cesarstwo Rzymskie? Nie, wcale nie „przez chrześcijan” – jak do dziś sądzą niektórzy. Upadło przede wszystkim dlatego, że wobec postępującego spadku dzietności w pewnym momencie zaczęło tam brakować rąk do pracy (i do obrony rozległych terytoriów) – i Rzymianie zostali zmuszeni do przyjmowania w swe granice coraz większych grup „barbarzyńców.” A kiedy ci imigranci (jak byśmy dzisiaj powiedzieli) zorientowali się, że stanowią już większość społeczeństw Imperium Romanum, doszli do wniosku, że nie ma sensu bronić starego porządku – lepiej na jego gruzach zbudować nowy, własny. I jako historyczka poważnie się obawiam, że „starą”  (także pod względem fizycznym) Europę czeka niedługo taki sam los – choć się na razie jeszcze rozpaczliwie broni przed napływem „obcych.” A różne pomysły ich „asymilacji” (tak, aby woleli raczej kultywować nasze wartości, niż wprowadzać własne) okazują się dziś równie mało skuteczne, jak kilkanaście wieków wcześniej.

My tymczasem żyjemy w świecie, gdzie troska o zdrowie ciała (szczególnie ludzi młodych) posuwa się tak daleko, że planuje się „dla naszego dobra” ograniczyć dostęp np. do niezdrowej żywności czy do solarium – jednocześnie dając nawet nieletnim niemal nieograniczony dostęp do antykoncepcji, a nawet aborcji farmakologicznej. Wniosek: nieplanowana ciąża jest zawsze większym nieszczęściem, niż ewentualne następstwa zdrowotne tych środków, które wciąż są dość poważne – mimo że co pewien czas wypuszcza się na rynek nową ich generację, która to ma zapewniać już tylko samą „czystą radość bezpiecznego seksu.”

Równocześnie jednak wciąż powstają nowe suplementy, które mają ograniczyć te mniej przyjemne następstwa antykoncepcji, których (już) podobno ma nie być. I tak biznes (farmaceutyczny) się kręci…

Sama przez kilka lat brałam na moje problemy hormonalne pewien lek, powszechnie przepisywany nastolatkom np. na kłopoty z trądzikiem i na „wyregulowanie okresu” (co zresztą w wielu przypadkach jest bzdurą – bo albo rytm biologiczny po kilku latach ustali się sam, albo też nie ma w ogóle mowy o żadnej „nieregularności” – wahania cyklu w granicach 5-7 dni są rzeczą normalną u każdej kobiety i nie muszą świadczyć o żadnych zaburzeniach). Czułam się po nim tak koszmarnie, że po dwóch latach męczarni zdecydowałam się go odstawić na własną rękę – a teraz czytam, że właśnie ten środek został wycofany ze sprzedaży w wielu krajach, m.in. we Francji, z powodu groźnych, nawet śmiertelnych, skutków ubocznych. Tak więc moje dolegliwości nie były bynajmniej przejawem „przewrażliwienia”, jak sugerowała mi lekarka…

Jest w tym także pewien szerszy a nie dostrzegany wymiar „ekologiczny”: któż bowiem jest w stanie przewidzieć, jakie długofalowe skutki będzie miało dla przyrody przenikanie do środowiska syntetycznych substancji hormonalnych, wydalanych codziennie przez miliony zażywających je na świecie kobiet? Poważnie pytam.