Antyewangelia według Kubryńskiej.

…czyli kilka powodów, dla których skrajne feministki powinny (moim zdaniem) raz na zawsze zostawić Matkę Jezusa w spokoju.

Sylwia Kubryńska, felietonistka Wysokich Obcasów, popełniła ostatnio następujący tekst:

 

http://wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,100865,18581803,maria-strona-bierna.html

 

w którym dowodzi, ni mniej ni więcej, tylko, że cała postać Maryi została sztucznie „spreparowana”, oczywiście na potrzeby znienawidzonego przez autorkę „patriarchatu.”

Czytając te wynurzenia (z uczuciem niejakiej przykrości) miałam nieodparte wrażenie, że pisała to obrażona na Kościół (katolicki, bo jakiż by inny) gimnazjalistka, która o opisywanej przez siebie Postaci wie tyle, ile wyczytała w „staranie spreparowanych” (a jakże) tekstach krytyki feministycznej – że mianowicie Osoba ta uosabia wszystkie najbardziej obmierzłe dla niej (stylizującej się na „leninówkę”) cechy przypisywane stereotypowo kobiecie, jako to: uległość, cichość, posłuszeństwo…

Dziecinny jest już zresztą sam początek elaboratu, gdzie Kubryńska zapytuje naiwnie, „jak być cnotliwą i w ciąży?” – co dowodzi, że jest nadal święcie przekonana, że dla Kościoła „seks=grzech”, w co ja nie wierzyłam już nawet, gdy miałam szesnaście lat. Co mądrzejsze czytelniczki tekstu odpowiadały na to, że pogodzenie udanego życia seksualnego ze świętością jest niezwykle proste – wystarczy w tym celu wyjść za mąż!:)

Pisałam tu już kiedyś o tym (zob. np. „Maryja-REAKTYWACJA”), ale powtórzę, bo jak się okazuje, powtarzania prawdy nigdy dość: Maryja NIE DLATEGO jest nazywana Niepokalaną (bezgrzeszną), że nie uprawiała seksu z Józefem. Nie byłaby wcale mniej święta, gdyby nawet to robiła. Współżycie (zwłaszcza w małżeństwie) nie jest czymś, co automatycznie „brudzi” człowieka.

Ogólny poziom tego artykułu jest tak żenująco niski, że zaczynam podejrzewać, że redaktorzy „Wysokich Obcasów” są w stanie wpuścić na swoje łamy każdą bzdurę, o ile tylko pozwoli to „przywalić” raz jeszcze w to znienawidzone chrześcijaństwo, a osobliwie w katolicyzm.

Smutne to, ale zdaje się, że patrzenie na świat wyłącznie przez feministyczne okulary znakomicie pozbawia zdolności widzenia.

Bo gdyby pani Kubryńska zechciała je choć na chwilę zdjąć i poczytać chociażby bardziej zniuansowane opracowania teolożek „feministycznych” (takich, jak choćby Elżbieta Adamiak, która o Maryi pisze w dużo bardziej pozytywnym tonie), że już nawet o naszym głównym źródle – Ewangelii – nie wspomnę! – to przecież nie mogłaby nie zauważyć na przykład, że:

  • Przypadek Maryi jest bodaj JEDYNYM w całej Biblii, gdzie nie Ona zostaje określona jako czyjaś „żona” lub „córka”, ale to Józef nazywany jest „mężem Maryi” (Mt 1,16). To niesłychane jak na owe czasy „przestawienie pojęć” może pośrednio wskazywać na to, kto w tym małżeństwie grał pierwsze skrzypce.

 

  • Maryja, wbrew zasadom przyjętym dla „dobrze wychowanych panienek”  (i to nie tylko w Jej epoce – św. Hieronim, ten wielki mizogin, twierdził na przykład, że „mówienie, ogólnie rzecz biorąc, nie jest odpowiednie dla dziewicy” <sic!>) wcale nie „milczy.” Przeciwnie, aktywnie angażuje się w dialog z Bogiem. Milczy za to mężczyzna – św. Józef. Ewangelie nie przekazują nam nawet jednego jego słowa!

 

  • Maryja podejmuje decyzje bez pytania kogokolwiek o zdanie (por. np. Łk 1,39 :”Wtedy wybrała się i poszła z pośpiechem w góry…”). Taka Jej postawa jest wręcz szokująca, zwłaszcza, jeśli się wie, że dziś jeszcze są kraje (jak np. Arabia Saudyjska), gdzie kobietom zabrania się podróżowania bez męskiego opiekuna lub chociażby pisemnego pozwolenia tegoż. Tymczasem Ewangelie nic nie wspominają, by Dziewczynie z Nazaretu ktokolwiek towarzyszył, lub żeby kogokolwiek prosiła o zgodę… Nie, stanowczo nie nazwałabym Jej „stroną bierną”!

Warto w tym miejscu zatrzymać się na chwilę i porównać opis „zwiastowania Maryi” z innym (z pozoru tylko podobnym) opisem z 13.rozdziału Księgi Sędziów, gdzie anioł przynosi radosną nowinę o narodzinach syna innej – nawet nie wymienionej z imienia! – kobiecie, matce siłacza Samsona. Kobieta owa, nie czując się „uprawniona” do samodzielnych pertraktacji z aniołem, „jak Pan Bóg przykazał” idzie do domu i opowiada o wszystkim mężowi. I ten dopiero podejmuje dialog z Bożym wysłannikiem. O niczym podobnym, jako żywo, nie słyszymy w przypadku Miriam!

  • Gdyby Pan Bóg chciał mieć z Niej tylko (jak zdaje się nam sugerować Kubryńska) potrzebną Mu „macicę do wynajęcia” – nie musiałby się przecież bawić w ten cały „cyrk” z posyłaniem anioła. Mógłby przecież równie dobrze zrobić Jej „to” bez pytania Jej o zgodę, prawda?

Tymczasem jednak Ona jest tu przedstawiona (jako się rzekło) jako pełnoprawna, wolna uczestniczka dialogu z Bogiem, dla którego Jej „tak” lub „nie” ma pierwszorzędne znaczenie. Co więcej, Ona nie zamierza wcale się zgadzać na coś, czego nie rozumie, ma odwagę stawiać pytania, wyrażać wątpliwości. Wydaje mi się, że to całkiem niezły wzór postępowania dla współczesnych młodych kobiet?

  • Co powinno być szczególnie miłe sercu każdej feministki: ta młoda Dziewczyna jest najwyraźniej uświadomiona seksualnie, wie, skąd się biorą dzieci – skoro nie przyjmuje wieści o cudownych narodzinach Dzieciątka za coś naturalnego, jak musiałaby zareagować, gdyby była rzeczywiście taką „głupią gąską”, za jaką chce Ją brać Kubryńska. Co więcej, ta młodziutka panienka idzie pomagać w połogu starszej krewnej, co byłoby uważane za co najmniej niestosowne jeszcze dużo, dużo później. Aż do czasów prawie współczesnych „niewinność dziewczątek” była tak skrupulatnie chroniona przed wszelką wiedzą na ten temat, że czytałam nawet o pewnej austriackiej arcyksiężniczce (z wieku XVIII!), która aż do zamążpójścia była przeświadczona, że jej tatuś jest… dziewczynką. Z taką starannością dbano, by nie zobaczyła w swoim otoczeniu nawet żadnego zwierzątka płci męskiej…

 

  • To dość obcesowa interwencja Matki „zmusza” niejako Jezusa do ujawnienia swojej boskiej mocy na weselu w Kanie Galilejskiej. Na tymże weselu Maryja (która jest tam przecież tylko gościem!) nie zachowuje się zresztą wcale jak „zahukana kobietka” – a raczej jak Pani, nawykła do wydawania rozkazów! Wydaje polecenia (nie swoim!) sługom, a ci Jej słuchają…

 

  • Po samowolnym pozostaniu dwunastolatka w świątyni to Maryja, a nie, jakby „wypadało”, męski opiekun, upomina dorastającego Chłopca. Również później, gdy rozeszła się pogłoska, jakoby Jezus odszedł od zmysłów, Jego męscy krewni zabierają ze sobą Jego Matkę (por. np.Mt 12,47), przypuszczalnie po to, aby raz jeszcze „przemówiła Synowi do rozumu.”

Gdyby zatem pani Kubryńska zechciała wziąć przynajmniej te rozproszone w Ewangeliach kanonicznych wzmianki pod rozwagę, i tak musiałaby dojść do wniosku, że Maria z Nazaretu to jednak zbyt nietuzinkowa postać, by autorzy biblijni (przypuszczalnie sami mężczyźni!) mogli kogoś takiego „wymyślić” jedynie dla pognębienia rodzaju żeńskiego. Tym bardziej, że końcowy obraz (z  Objawienia św. Jana) „Niewiasty obleczonej w słońce” (Ap 12,1) można interpretować wręcz jako ostateczne, „kosmiczne”, wywyższenie kobiecości w ogóle, a tej jednej wyjątkowej Niewiasty w szczególności…

I nie musiałaby tak dramatycznie pytać, „czy z Niej samej jeszcze coś zostało?” Bo zostało, i to całkiem sporo. Trzeba tylko umieć patrzeć i słuchać.

A przecież jest jeszcze cała bogata tradycja apokryficzna, która mówi np. o okresie kształcenia Maryi przy Świątyni Jerozolimskiej, na której podstawie Kościół pozostawał dla kobiet przez długie wieki jedyną możliwą drogą rozwoju intelektualnego (do dziś zresztą zdecydowaną większość absolwentów katolickich szkół średnich i wyższych na świecie stanowią kobiety – jaka inna instytucja angażuje się tak bardzo w podniesienie poziomu wykształcenia tych, których podobno tak bardzo nienawidzi?) – co po wiekach wydało wspaniałe owoce w rodzaju, na przykład, Hildegardy z Bingen…

Jest też na pewno jeszcze jedna rzecz, której lewicujące publicystki mogłyby się nauczyć od Tej, która sama siebie nazwała „Służebnicą Pańską” (mimo tego, że radykalne feministki mają alergię na wszystko, co tylko „służbą” zatrąca, NIE JEST to wcale tytuł uwłaczający!  Biblijne określenie „Sługi Pańskiego” zgodna tradycja chrześcijańska odnosi do Jezusa Chrystusa, istnieje tu zatem raczej idealna symetria. A że Maryja jest „pokorna”, co tak bardzo mierzi Kubryńską, to tylko dlatego, że stanęła w swoim życiu oko w oko z Tajemnicą, wobec której my wszyscy – i kobiety, i mężczyźni – jesteśmy bardzo, bardzo mali…). Otóż często mówi się o Niej, że miała w zwyczaju „rozważać w swoim sercu” różne sprawy.

Tej samej rozwagi należałoby z pewnością życzyć wszystkim, którzy nie posiadając ku temu odpowiedniej wiedzy i kwalifikacji, zabierają się ochoczo za „dekonstrukcję” całej chrześcijańskiej teologii…

Antyewangelia-150x150

Ten skandalizujący obraz sympatyzującego z komunizmem niemieckiego malarza Maxa Ernsta (1891-1976) Madonna, karcąca Dzieciątko w obecności trzech świadków (1926) jest oczywiście równie nieewangeliczny jak omawiany tekst, ale być może mówi nam WIĘCEJ o prawdziwej osobowości Maryi (jako że z kart Ewangelii wyziera Kobieta o raczej zdecydowanym charakterze!:)), niż blade komunały…

Jeden niezły powód, by głosować na Magdalenę Ogórek.

Mogłabym teraz napisać na przykład, że „kobiety powinny głosować na kobiety” – ale, po prawdzie, tego rodzaju „seksizm” w polityce nigdy nie był mi szczególnie bliski. Szczerze mówiąc, wolę zawsze głosować po prostu na mądrego CZŁOWIEKA, polityka, nie zważając zbytnio na fakt, czy ów nosi spodnie, czy sukienkę.

Z tego samego względu raczej odpadają też wszystkie argumenty, dotyczące urody czy też młodości kandydatki – mimo, że (skoro nasza Konstytucja przyznaje prezydentowi rolę przede wszystkim „reprezentacyjną”) miło byłoby mieć na tym stanowisku osobę tak sympatyczną i ładną. Osobę, która po prostu dobrze się prezentuje,

Inna rzecz, że właśnie ta kandydatka od samego początku pada ofiarą dosyć obrzydliwych ataków właśnie z uwagi na swój atrakcyjny wygląd – i to, co jeszcze bardziej przykre, nawet ze strony polityków lewicy i etatowych feministek… A ja już jakoś tak mam, że z zasady opowiadam się po stronie (niesłusznie) prześladowanych…:)

Mam również wrażenie, że jeśli w ogóle którykolwiek ze startujących w tej dosyć mdłej kampanii ma to „coś”, co można by określić mianem charyzmy (chociaż konia z rzędem temu, kto wie, co to właściwie jest…), to właśnie ona ma jej więcej, niż wszyscy pozostali kandydaci razem wzięci. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że zdania na ten temat mogą być podzielone.

Mogłabym wreszcie oświadczyć, że zmęczył mnie już ten dwubiegunowy podział pomiędzy Platformą i PiS-em (jak gdyby żadne inne opcje w ogóle nie istniały!) i że chciałabym nareszcie, zamiast głosować ciągle tylko na „mniejsze zło”, wybrać w końcu jakieś „większe dobro.” To prawda, ale i to nie wydaje mi się w tym przypadku dość przekonującym argumentem.

Prawda bowiem jest taka, że ja, Alba, po prostu życzę sobie mieć prezydenta, który – w przeciwieństwie do tylu innych samozwańczych „ekspertów” w tej dziedzinie (takich, jak choćby profesorowie Hartman i Środa) – kiedy mówi o Kościele, to na pewno WIE, o czym mówi. Czyż to nie jest równie dobry powód, jak każdy inny?

Postscriptum: Niestety, sprawdziły się moje najgorsze przewidywania – i tzw. „nowa lewica” po wyborach ma mieć znowu antyklerykalną twarz Andrzeja Rozenka, Wandy Nowickiej (która zresztą kandydowała również na prezydenta, ale nie zdołała nawet zebrać wymaganych 100 tysięcy podpisów…), Magdaleny Środy i Jana Hartmana… Wraca stare.Mam tylko cichą nadzieję, że ten projekt (Ruch Palikota bez Palikota!:)) także nie wypali. A taka była szansa, żeby coś zmienić…

Historia pewnej kampanii.

Niedawno Amnesty International, organizacja, która – mówiąc delikatnie – przynajmniej w ostatnich latach wykazuje wyraźny „lewicowy przechył” opublikowała plakat, mający za zadanie propagować wśród państw-stron ratyfikację europejskiej Konwencji o Zapobieganiu Przemocy wobec kobiet i przemocy domowej.

O ideologicznych podtekstach tego dokumentu (np. o tym, że dość jednoznacznie uznaje się w nim „religię i tradycję” – bez żadnych niuansów! – za źródło problemu) już tu kiedyś pisałam, więc ani myślę się powtarzać.

Godne uwagi jest jednakże samo dzieło plastyczne, o którym mowa powyżej.

 

Oto elegancko odziany mężczyzna zmywa mopem krew z podłogi w kuchni – w domyśle: oczywiście krew swojej niewinnej, żeńskiej ofiary. Szyderczy napis głosi: „TO NIEPRAWDA, ŻE MĘŻCZYŹNI NIC NIE ROBIĄ W DOMU.”

Przyznacie, że przekaz jest jasny: JEDYNE, co mężczyźni w domu robią, to piorą swoje towarzyszki i/lub nieletnie potomstwo – rano, w południe i wieczorem – a potem jeszcze, ewentualnie, perfidnie zacierają ślady tej ponurej zbrodni.

Jest to, że się tak wyrażę, podejście potrójnie niesprawiedliwe. Po pierwsze bowiem obraża wszystkich mężczyzn hurtem; po drugie, tych, którzy rzeczywiście „coś” (i to niekiedy bardzo dużo, jak np. mój mąż) w domu robią, a po trzecie utrwala szkodliwy stereotyp, jakoby zawsze tylko oni byli sprawcami przemocy. (Aczkolwiek badania pokazują, że jeśli chodzi np. o nadużycia wobec dzieci, to kobiety dopuszczają się ich niemal równie często, jak mężczyźni – już nawet nie wspominając o tym, że i sami mężczyźni nierzadko padają ofiarą różnego typu przemocy, który to problem jest powszechnie bagatelizowany – „no, i co z tego, że dostał od żony parę razy po pysku, pewnie się chłopu należało i tyle!” – i skrywany bodaj jeszcze bardziej wstydliwie, niż katowanie kobiet.)

Rozumiem zatem, że według pań i panów z AI przemoc  NIGDY nie zdarza się np. wZAWSZE szczęśliwych związkach między kobietami? Niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że jestem już za dużą dziewczynką, żeby wierzyć w takie bajki – tym bardziej, że kiedyś sama czytałam na blogu pewnej lesbijki (której zapewne wcale nie zależało na tym, żeby pluć we własne gniazdo), jak to była świadkiem, jak na dyskotece jedna partnerka rozkwasiła nos drugiej – za to tylko, że tamta miała czelność… zagadać do kogoś innego.

W podobnym duchu wypowiedziała się ostatnio także niezastąpiona Eliza Michalik, stwierdzając w swoim programie (podobno „satyrycznym”, aczkolwiek mnie on już od dawna wcale nie śmieszy), że fakt, iż Polska uparcie nie chce tej Konwencji ratyfikować, oznacza, ni mniej ni więcej, tylko, że nadal MOŻNA w naszym kraju legalnie bić kobiety i dzieci. Można? Naprawdę? No, patrzcie, państwo –  a ja, głupia, ciemna, nieoświecona parafianka, przez całe życie myślałam, że przemoc w rodzinie jest u nas już od wielu lat przestępstwem, zagrożonym karą więzienia. Jak to się jednak można pomylić…

Zawsze wzrusza mnie zresztą ta naiwna wiara lewicy w moc „słowa pisanego.”

Już tu kiedyś pytałam o to, co właściwie taka maltretowana osoba ma zrobić z takim dokumentem? Może pomachać nim swemu oprawcy przed nosem i powiedzieć: „Słuchaj no, ty… Tu jest napisane, że NIE WOLNO ci mnie bić!” – co, oczywiście, powinno przynieść skutek natychmiastowy? I rozumiem, że w owych szczęśliwych krainach, które już Konwencję przyjęły, przemoc pomiędzy najbliższymi jest tak rzadka, jak śnieg na Saharze?

Moim zdaniem rzecz nie w mnożeniu kolejnych deklaracji, tylko we właściwym egzekwowaniu prawa, które już mamy. Truizmy o „prawie do życia wolnego od przemocy” nikogo nie uchronią przed biciem, tak samo, jak żadne międzynarodowe sympozjum na temat „woli walki z głodem na świecie” nigdy jeszcze nikogo nie nakarmiło. (A śmiem twierdzić, że koszty niektórych tego typu urzędniczych przedsięwzięć znacznie przewyższają koszt przysłowiowej „kromki chleba” dla potrzebujących).

Co więcej, pani redaktor dodała, uśmiechając się uroczo, że „zbliżają się Święta, więc prawdziwi Polacy-katolicy napiją się wódki, a potem będą lać.” Przyznaję ze skruchą, że jak żyję, nie wiedziałam, że bicie żony po pijaku należy do naszej wigilijnej tradycji… Ale trudno: jak mus, to mus. Dla dobra kultury narodowej trzeba będzie jakoś te potworne Święta przetrzymać… 😉

A swoją drogą, wciąż czekam na to, by pani Eliza powiedziała kiedyś jakieś dobre słowo pod adresem tych znienawidzonych „katoli”. Kiedyś wprawdzie wypsnęło się jej, chyba przypadkiem, że i wśród nich zdarzają się (o dziwo!) „normalni i sympatyczni ludzie, którzy robią fajne rzeczy” (choć po mojemu to mniej więcej tak, jakby powiedzieć, że „ateiści są nienormalni, ale nie wszyscy.”;)) – jednak żadnych konkretnych przykładów podać nie potrafiła. Z lubością za to napawa się w każdym programie przykładami wszelkich możliwych świństw, których katolicy dopuszczają się (nie przeczę!), a jakże. Mniejsza jednak o to.

Zaraz pewnie odezwą się głosy: „No, i czego się czepiasz, KAŻDY sposób jest dobry, żeby zwrócić uwagę na dramat tych maltretowanych kobiet i dzieci… A są ich miliony! Miliony!!!!”

Nawiasem mówiąc, takie ujęcie problemu oznacza, że uważamy, że to raczej zdrowa i normalna rodzina (czyli taka, gdzie NIKT NIKOGO nie poniża i nie krzywdzi) jest jakąś anomalią, a nie coś przeciwnego. Ale dobrze, przyjmijmy na chwilę, że „szlachetny cel uświęca wszelkie środki.”

Wyobraźcie sobie, że ktoś wypuściłby analogiczny plakat – w ramach jakże potrzebnej kampanii poświęconej walce z pedofilią – przedstawiający mężczyznę, trzymającego na kolanach nagiego chłopczyka i z podpisem: „TO NIEPRAWDA, ŻE GEJE NIE POTRAFIĄ ZAJMOWAĆ SIĘ DZIEĆMI! Ponad 80% przypadków molestowania nieletnich na świecie dotyczy wykorzystywania chłopców przez dorosłych mężczyzn.”

Jestem przekonana, że wówczas – i zapewne słusznie – głosom oburzenia na tak „obrzydliwy przejaw homofobii” nie byłoby końca. Prawda?

Nie, nie i jeszcze raz nie! Żaden cel, choćby nie wiem, jak szlachetny, nie uświęcaTAKICH środków.

Na szczęście w tej sprawie mam wsparcie nie byle kogo, bo byłej pełnomocniczki do spraw równego traktowania, Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz, która zwraca uwagę (w co ja sama zresztą nigdy nie wątpiłam!), że „i mężczyźni są różni”: ”Po tym świecie chodzą również kanalie. Niektórzy gwałcą – oby zgnili w więzieniu. Są oni wrogami tak kobiet, jak porządnych mężczyzn (…) Mężczyźni to nie jest płeć oprawców.” – przekonuje (tych, których widać przekonywać trzeba) obecna europarlamentarzystka PO. No, cóż, dobre i to…

***

W ostatnich dniach i tygodniach (kiedy mnie tu ze zrozumiałych względów nie było) głośno było u nas także o innej „kampanii” – tym razem reklamowej. Empiku, który do promocji świątecznej zaangażował m.in. budzącą kontrowersje dwójkę wykonawców: Adama Darskiego, zwanego Nergalem i Marię Czubaszek.

Pragnę od razu zaznaczyć, że cała ta sprawa właściwie ani mnie ziębi, ani grzeje. W empikach w ogóle bywam raczej rzadko, ze względu na wcale nie największy (jak na mój gust) wybór produktów i bynajmniej nie najniższe ceny.

Niemniej wydaje mi się, że nie jest trafionym pomysłem angażować do promocjiKSIĘGARNI faceta, który publicznie spalił bestseller wszech czasów (którym wciąż jeszcze pozostaje Biblia) – i którego mroczny image bardziej by chyba pasował do Halloween? – oraz, z okazji Świąt, w czasie których wspominamy narodziny pewnego Dziecka (i to niezależnie od tego, czy akurat wierzymy w Jego boskość, czy też nie) kobietę, która publicznie mówi o swoich dwóch aborcjach: „To CUDOWNIE, że to zrobiłam!”

I myślę, że nie trzeba wcale być „moherowym beretem”, by zauważyć w tym jakiś dysonans. Tylko tyle.

Burza wokół tęczy…

Muszę przyznać, że bardzo mi przykro i smutno, że moi rodacy znaleźli sobie kolejny pretekst, by się sprzeczać i kłócić – zupełnie, jakbyśmy nie dość jeszcze byli podzieleni…

Jest coś iście szatańskiego w tej obustronnej nienawiści między „lewicą” a „prawicą” w Polsce – zwłaszcza, jeśli się weźmie pod uwagę, że „diabeł”,diabolos, to właściwie „ten, który rozdziela.”

I to z jakiego powodu! Z powodu TĘCZY, pięknego, biblijnego symbolu pojednania Boga z Jego stworzeniem!

Tak więc jedni piszą, że ta (cytuję!) „pedalska tęcza” nie ma prawa stać – i to gdzie, przed kościołem Zbawiciela! – i że właściwie to dobrze, że jacyś „młodzi patrioci” (których ja bym nazwała po imieniu: chuliganami) po raz któryś ją podpalili…

Tym bym chciała tylko nieśmiało powiedzieć, że w średniowiecznej teologii sam krzyż bywał przyrównywany do tęczy – jako że podobnie jak ona „łączy” niebo z ziemią. I że ten element zdobniczy jeszcze dziś można znaleźć w niektórych starych kościołach.

Nie bardzo więc rozumiem, dlaczego akurat plac przed świątynią to miałoby być „nieodpowiednie” miejsce dla tęczy? Moim zdaniem ona tam pasuje, nawet bardziej, niż gdzie indziej.

Natomiast inni, może liczniejsi (a na pewno bardziej krzykliwi), mówią, że owszem, tęcza tam stała, stoi i ma stać, bośmy są państwo europejskie,TOLERANCYJNE, a nie jakiś tam Iran czy inny Afganistan…

Tym z kolei chciałabym szepnąć nieśmiało, że tęcza jest symbolem o wiele starszym, niż  ruch LGBT i jego żądania – że jest symbolem, że się tak wyrażę, ogólnoludzkim. I że nie wolno im się zachowywać tak, jak gdyby tęcza była już tylko i wyłącznie ich własnością. Takiemu „zawłaszczaniu” symboli ZAWSZE będę się sprzeciwiać.

 

Ale chociaż z wyżej wzmiankowanych powodów (jako że chciałabym, aby tęcza znów zaczęła ŁĄCZYĆ ludzi, zamiast ich dzielić) jestem gorącą zwolenniczką odnowienia tego znaku na Placu Zbawiciela – to jednak zastanawiam się, czy to naprawdę musi być wykonane z tak nietrwałych materiałów? W naszym klimacie, zimnym i wilgotnym, to chyba nie jest najlepszy pomysł? Trzeba ją chyba ciągle odnawiać, żeby zdobiła, zamiast szpecić?

I ciekawi mnie także, ile to do tej pory kosztowało?