Komu nie podawać ręki?

Jakiś czas temu dziennikarze „Więzi”, nazywanej „katolickim think tankiem” zainicjowali akcję „Przekażmy sobie znak pokoju”, skierowaną w stronę środowisk LGBT.

Na plakacie promującym tę jakże piękną ideę zobaczyliśmy dwie dłonie złączone w uścisku – jedną oplecioną różańcem, drugą zaś – z tęczową opaską na nadgarstku.

podanie-reki

Rozumiejąc i podzielając szlachetnie intencje organizatorów – Jezus wszak zasiadał do stołu z „celnikami i grzesznikami”, nie stawiając im żadnych warunków wstępnych (nie wiemy nawet, czy WSZYSCY uczestnicy tych spotkań masowo się nawracali – bardziej prawdopodobne jest raczej, że nie) – wydaje mi się jednocześnie, że wiem, dlaczego to nie wypaliło.

Proszę mnie dobrze zrozumieć, ja naprawdę nie mam najmniejszego problemu z przyjaznym odnoszeniem się do osób homoseksualnych (a tym bardziej z prostym gestem podania ręki). Ba, jestem nawet przekonana, że Kościół powinien przemyśleć na nowo niektóre aspekty swego nauczania na ten temat. Na przykład, Katechizm mówi, iż w odniesieniu do takich osób „należy unikać wszelkich oznak niesłusznej dyskryminacji.” Z tego niezbyt zręcznego sformułowania niektórzy mogliby wysnuć wniosek, że istnieje także dyskryminacja słuszna i uzasadniona…

Poza tym, choć Katechizm wyraźnie stwierdza, że osoby takie „nie wybierają swojej skłonności”, a Kościół za grzeszne uważa jedynie czyny (akty) o charakterze homoseksualnym,  to jednak w codziennej praktyce duszpasterskiej ta różnica bardzo często ulega zatarciu – i mówi się o osobach homoseksualnych wyłącznie w kontekście dewiacji i „gorszenia młodzieży”…

Tymczasem ja jestem przekonana, że pomiędzy osobami tej samej płci jest możliwy także głęboki związek uczuciowy, oparty na głębokiej przyjaźni, wierności i wzajemnej pomocy – niekoniecznie z komponentem seksualnym. Tak więc wszelkim próbom sprowadzania tego wyłącznie do „zboczonego seksu” zawsze będę się sprzeciwiać. A niestety, czasami odnoszę wrażenie, jak gdyby część ludzi uznawała homoseksualistów za istoty niezdolne do uczuć wyższych, skoncentrowane jedynie na kopulacji – to obrzydliwe i poniżające. Między ludźmi, oprócz seksu, jest jeszcze miłość, wzajemne przywiązanie, itd. A seks między osobami tej samej płci, jeśli nawet jest grzechem, to TYLKO takim samym, jak każde inne współżycie seksualne pomiędzy osobami, które nie są małżeństwem! A na pewno nie większym!

Jednakże jeśli chodzi o sam plakat, to problematyczny wydaje mi się już sam dobór grup, które mają się ze sobą jednak. Z jednej strony – geje, lesbijki i osoby traspłciowe, a z drugiej strony „katolicy.” Rozumiem zatem, że przedstawiciele pierwszej grupy nie należą (czy też nie mogą należeć) do drugiej? Nie wiedziałam…

Druga możliwość jest taka, że ta dłoń z tęczową opaską nie symbolizuje WSZYSTKICH osób homoseksualnych i transpłciowych, a jedynie pewną wąską – i niestety często dość agresywnie antyklerykalną – grupę „działaczy LGBT”. Obawiam się, że tak właśnie ten przekaz zrozumieli nasi biskupi, stwierdzając autorytatywnie, że środowiska katolickie nie mogą brać udziału w takiej akcji.

znak-pokoju

Oczywiście, można tu zarzucić hierarchom nadmierną bojaźliwość i powiedzieć, że wezwanie do zaniechania wzajemnej nienawiści nie musi koniecznie oznaczać zaraz żądania zmian w doktrynie (np. mówiącej o tym, że małżeństwo to związek mężczyzny i kobiety). Kiedy Jezus ucztował z grzesznikami, niekoniecznie oznaczało to, że aprobował wszystkie ich czyny, prawda? I naprawdę chciałabym wiedzieć, czy np. obecny prymas Polski zdobyłby się dziś na Jezusową odwagę i przyjął na obiedzie np. Roberta Biedronia bez obawy o to, że może to zostać odebrane jako „pochwała  grzechu”? Czy raczej strach, by się nie skalać przez sam kontakt z grzesznikiem by przeważył?

Trzeba przyznać, że tej sprawy nie ułatwili również sami organizatorzy akcji, którzy niekiedy plątali się w zeznaniach – czy chodzi im tylko o zmianę języka, zaprzestanie wzajemnie obelżywych wypowiedzi – czy też może jednak o zmianę oficjalnego nauczania Kościoła o małżeństwie i seksualności.

Zasadnie wydawały mi się mi się także pojawiające się tu i ówdzie sugestie, ażeby, skoro pojednanie ma być obustronne i szczere, również strona LGBT zdobyła się na przeprosiny za niektóre antychrześcijańskie wypowiedzi i prowokacje. Do takowych przeprosin jednak nie doszło.

I tak oto wzajemne zaszłości i uprzedzenia doprowadziły do fiaska niegłupiej idei. Szkoda.

Sprawa ks. Charamsy.

Przygotowywałam się właśnie ( to prawda, że powoli – ale wybaczcie: obowiązki macierzyńskie przede wszystkim!) do napisania jakiegoś mniej lub bardziej wyważonego tekstu na temat obecnej fali imigracji – aż tu nagle wybuchła bomba: ks. prałat Krzysztof Charamsa, jeden z wysokich urzędników watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary, ogłosił w świetle jupiterów, że jest gejem, co więcej, że posiada „narzeczonego” o wdzięcznym imieniu Eduardo.

I okazało się, że skoro wszyscy o tym mówią, to i ja – żona byłego księdza, pisząca na tematy „okołokościelne” też jakieś zdanie na ten temat posiadać powinnam.

Zaznaczam od razu, że zaglądanie komukolwiek w rozporek nie leży w mej naturze (zresztą, kimże ja sama jestem, by kogokolwiek osądzać?), ale jeśli od kilku dni ktoś mi tym rozporkiem stale wymachuje przed oczami, to  chyba wypadałoby jakoś zareagować.

Warto może zacząć od tego, od czego w ogóle zaczęła się cała ta awantura. „Tygodnik Powszechny” opublikował wywiad z ks. Charamsą (wtedy jeszcze występującym w roli niezależnego eksperta) na temat konieczności zmiany języka, jakim Kościół często posługuje się, mówiąc o osobach homoseksualnych.

I z tym byłam skłonna w pełni się zgodzić. Sama, kiedy słyszę np. ks. Dariusza Oko, który opowiada o „tłokach w rurze wydechowej” mam ochotę zwymiotować. Gdyby się uprzeć, to i „święty seks małżeński” też można by opisać w podobnie obrzydliwy sposób. Pytanie tylko, PO CO?

Między ludźmi  (homo-i heteroseksualnymi) są w tych sprawach jeszcze uczucia – przypomnę dla porządku, że nawet pomiędzy osobami tej samej płci uczucia NIE SĄ grzechem! – ale te właśnie ks. Oko zdaje się zupełnie ignorować i mówi o osobach homoseksualnych tak, jakby mówił o zwierzętach. I to takich, które są dlań wyjątkowo odrażające.

Ale ks. Charamsa po tym niegłupim wstępie ruszył do ataku – i teraz, w kolejnych odcinkach swojej „telenoweli” mówi już nie tylko o swojej miłości do partnera (Jacek Dehnel, którego trudno raczej podejrzewać o „katolicki fundamentalizm”, trafnie zauważył, że słowo „narzeczony” jest w tym kontekście co najmniej niezręczne – „narzeczony” bowiem to ktoś, z kim zamierzamy w najbliższym czasie zawrzeć związek małżeński – a takiej możliwości jak na razie nie daje obu panom ani prawo kanoniczne, ani cywilne przepisy Polski czy Włoch), ale także o „antyludzkim Kościele”, w którym przez lata doświadczał cierpień i upokorzeń. Jak rozumiem, RÓWNOLEGLE z robieniem w tejże „zbrodniczej” instytucji błyskotliwej kariery?

Czyżby nowy Konrad Wallenrod homoseksualizmu?:)

A teraz ” Tygodnik Powszechny” skarży się, że został przez księdza prałata wykorzystany i poddany manipulacji – że był tylko narzędziem, mającym odpowiednio nagłośnić jego coming out. Nie chce mi się wprawdzie wierzyć w tę obrażoną niewinność żurnalistów TP – tacy starzy dziennikarscy wyjadacze publikując taki tekst musieli przecież zdawać sobie sprawę z tego, że jego reperkusje bynajmniej nie będą  pozytywne. I że przyczynią się raczej do wzmożenia ataków na Kościół (jako na – rzekomo – siedlisko patologii wszelkiego rodzaju) niż do wzrostu empatii u osobników takich, jak ks. Oko i jemu podobni.   Niemniej wychodzi na to, że ks. Charamsa jest nie tylko „uciemiężoną ofiarą katolickich zbrodni”, ale i zręcznym manipulatorem?

I proszę mnie źle nie zrozumieć: mnie naprawdę nic do tego, z kim ks. Krzysztof zamierza dzielić swoje noce i dnie. Zastanawiam się tylko, czemu musi to robić koniecznie jako ksiądz? Nie jest to bynajmniej kwestia jego orientacji seksualnej (czego on najwyraźniej nie rozumie – albo udaje, że nie rozumie), a jedynie zwykłej uczciwości. Mój mąż, kiedy zakochał się we mnie, zrezygnował z kapłaństwa. Nie pojmuję, dlaczego ks. Charamsa i inni homoseksualni kapłani mieliby być w tej sprawie traktowani lepiej (inaczej) niż heteroseksualni?

jak to celnie ujął jeden z internautów: „Ksiądz ma kobietę na boku? No, tak, to jest właśnie ta hipokryzja klechów! Ksiądz ma faceta na boku? Ach, cóż to za odwaga, postawić mu pomnik!”

Otóż to, kochani Czytelnicy. Bo wyobraźcie sobie, że jakiś heteryk wyszedłby przed kamery i oświadczył: „Drodzy Państwo, oszukiwałem Was przez wiele lat, grając przykładnego męża i ojca rodziny! W rzeczywistości jestem bigamistą. A teraz oczekuję na oklaski za to, że jestem taki ODWAŻNY!”  Kto z Was przyklasnąłby takiemu „bohaterowi”?

Zawsze uważałam, że należy mieć wyrozumiałość dla ludzkich słabości, dla niewierności nawet (tak, jak to czyni dla nas sam Bóg) – ale jednak nie należy podnosić ich do rangi cnoty…

Dodam jeszcze, że swoim postępowaniem ks. Charamsa podkopał moje niezłomne dotąd przekonanie, że osoby homoseksualne są tak samo zdolne dotrzymywać słowa, jak heteroseksualne – i paradoksalnie, jeszcze bardziej utrudnił im drogę do kapłaństwa (osobiście nigdy nie byłam przeciwna udzielaniu święceń takim osobom – znałam kilku wspaniałych, homoseksualnych księży).

Ktoś może mi teraz słusznie powiedzieć, że także mój P. nie dotrzymał dobrowolnie podjętych zobowiązań. To prawda, lecz my nie domagamy się z tego powodu rewizji całego nauczania Kościoła. Nie jest winą Kościoła, że ja się zakochałam (choć być może jest jego zasługą, że P. jest tak wspaniałym mężczyzną, jakim jest:)) – i nie ośmieliłabym się w tej sytuacji czegokolwiek butnie od niego „żądać”.

Ja mogę tylko czekać, prosić, modlić się i mieć nadzieję, że Bóg będzie dla nas miłosierny…

A o ks. Charamie już krążą słuchy, że JEDYNA rzecz, która mogłaby teraz udobruchać tego dumnego, watykańskiego prałata (swoją drogą, dobrze, że Franciszek zniósł prałatury w ogóle, skoro mamy TAKICH prałatów…), to gdyby sam papież pokornie udzielił jemu i jego „narzeczonemu” ślubu w Kaplicy Sykstyńskiej. Najlepiej na klęczkach i obleczony w wór pokutny…:)

A jako kobietę zmartwiło mnie także to (zbyt) nachalne wywlekanie własnej intymności na widok publiczny. Żal mi było biednego Eduardo, wyraźnie speszonego koniecznością zaprezentowania swojej wielkiej miłości w świetle jupiterów. (Sama Ewa Wanat, która do pruderyjnych raczej nie należy, określiła to przedstawienie jako „kiczowate”).

Ktoś mi na to napisał, że zapewne takie zachowanie ks. Charamsy było spowodowane chęcią wypromowania przezeń swojej nowej książki, w której, jak zapowiada, „ujawni wszystkie swoje grzechy” (nie wiedziałam, że jeszcze jakieś zostały do odkrycia?:)). Jest on bowiem świadomy, że po takich wyznaniach wkrótce straci lukratywną posadę, a żyć z czegoś trzeba…

Jeśli tak, to tym gorzej. Bo „wszystko na sprzedaż!” to raczej kiepskie motto dla kogoś, kto kreuje się na jedynego sprawiedliwego?

Jednego takiego, co to ujawniał w swoich książkach „wszystkie grzechy” (głównie cudze) – już mieliśmy i wystarczy. Nazywał się Roman Kotliński i obecnie (jeszcze) jest posłem z Ruchu Palikota. Ten to potrzebował całego cyklu, aby udowodnić sobie że miał rację!:) Po przeczytaniu tego mój przyjaciel, Tomasz Jaeschke  (inny były ksiądz, który swego czasu odrzucił propozycję pracy w antyklerykalnych „Faktach i Mitach”), stwierdził z przekąsem, że aż dziw bierze, jakim cudem biedny Romek wytrzymał aż tyle lat w takim bagnie, jakim według niego jest Kościół katolicki…

Jak zapewne wiecie, jako żona „byłego” chętnie kolekcjonuję książki „byłych”, mając nadzieję, że dzięki poznawaniu historii innych ludzi  lepiej poznam i zrozumiem samą siebie. I niestety muszę stwierdzić ze smutkiem, że na palcach jednej ręki można policzyć takie publikacje, w których byli księża nie próbują zrzucić na Kościół całej winy za swoje osobiste decyzje.

Czy naprawdę ks. Charamsa chce być kimś takim?

No,cóż – życzę mu wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia. Ale mój osobisty stosunek do całej sprawy całkiem nieźle oddaje ten fragment z tekstu ks. Wojciecha Węgrzyniaka:

„Od 17 lat jestem księdzem. 6 lat mieszkałem w seminarium, w pokoju sześcioosobowym, trójce i dwójkach. 5 lat mieszkałem z księżmi w Rzymie, w Jerozolimie rok u Legionistów, 2 lata u Franciszkanów. Nigdy nie spotkałem się z jakimkolwiek przejawem homoseksualizmu. Może nie jestem atrakcyjny seksualnie. Może nie widzę rzeczy, które widzą inni. A może, tak naprawdę, nie jest was wielu, wbrew powtarzanym opiniom.

Nie chodzi jednak o liczby. Jeśli nawet jest was więcej niż widać i jeśli żadne spotkania kapłańskie nie są objawem jawnej przeciw wam walki, to jest to tylko dowodem na to, że nie jest wam źle w kapłaństwie. Mówią, że się wspieracie, że są powiązania i układy, ale jeśli tak, to dlatego, że pod wieloma względami jest wam lepiej niż księżom heteroseksualnym. Wy możecie jechać razem na wakacje. My z kobietami nie możemy. Wy możecie spotykać się co tydzień i zostawać na noc u kolegi. My tak nie możemy. Wy możecie tworzyć przyjaźnie. Na nas od razu podejrzliwe patrzą. Nawet seks możecie uprawiać bezpiecznie, nie bojąc się, że partner zajdzie w ciążę. W wielu miejscach sprzyja wam prawo, jak w Jerozolimie, gdzie nie można było zapraszać kobiety do swego pokoju w klasztorze, a mężczyznę można było za zgodą przeora. Doceńcie to. Możecie oskarżać wszystkich, że wam utrudniają życie, ale nie Kościół hierarchiczny.”

Nic dodać, nic ująć…

Elegia na śmierć ONZ.

Przy okazji niedawnych tragicznych wydarzeń w Tunezji doszłam do dwóch bardzo (po)ważnych wniosków. Po pierwsze, z całą mocą po raz kolejny dotarło do mnie, jak miałkimi w istocie informacjami na co dzień karmią nas media w sytej i bogatej (jeszcze) Europie. Patrz mój poprzedni post.

W różnych miejscach globu toczą się wojny, niemal codziennie dochodzi do zamachów terrorystycznych, miliony ludzi nie mają dostępu do wody, edukacji, leków i pożywienia – ale wszystko to nic, w porównaniu ze „skandaliczną” wypowiedzią pary słynnych projektantów, którzy mieli czelność powiedzieć, że dzieci biorą się z mamy i taty.

Wypowiedź ta nie tylko stała się „newsem dnia” prawie na całym świecie, ale też okazała się sprawą na tyle ważną, że premier polskiego rządu zdecydowała się zająć stanowisko (choć, jako żywo, obaj panowie nie są naszymi obywatelami).

To samo zresztą można zauważyć, jeśli chodzi o stosunek Europejczyków do putinowskiej Rosji. Przed i w trakcie olimpiady w Soczi, gdy już trwała tragedia Ukrainy, właściwie jedyne protesty dotyczyły tego, że JE Władimir Władymirowicz nie traktuje tak, jak należy swoich homoseksualnych poddanych. Cała reszta, jak np. powszechna przemoc, alkoholizm, brak wolności słowa czy też więźniowie polityczni, już nawet o zajęciu cudzego terytorium nie wspominając, nie zasługuje na tak powszechną uwagę.

I czasami zastanawiam się, czy nie ma to aby na pewno żadnego związku z faktem, że imperium Putina może się poszczycić najwyższą na świecie liczbą legalnych aborcji – corocznie około miliona.(Organizacje pozarządowe alarmują jednak, że tzw. „aborcji niezarejestrowanych” może być wielokrotnie więcej – swego czasu Onet.pl informował, że może być nawet od 5 do 12 (sic!) milionów tego typu zabiegów, o których władze nie mają pojęcia.)

A przecież wiadomo, że w opinii postępowych Europejczyków możliwość uśmiercenia płodu według własnego uznania jest bodaj najważniejszym spośród wszystkich praw człowieka – i jeśli  Polskę, gdzie tego prawa praktycznie nie ma, tak chętnie nazywa się tylko z tej racji „piekłem kobiet” – to Rosja musi im się chyba jawić jako „raj”?

I to zupełnie niezależnie od tego, że miliony Rosjanek doświadczają przemocy ze strony swoich partnerów – a kolejne miliony – przedwczesnego wdowieństwa z powodu zapicia się tychże. Nie bez przyczyny mówi się w Rosji, że „mężczyzna idealny” to taki, który nie pije i nie bije – to chyba niezbyt wygórowane wymagania, prawda? (A i tak w tym coraz bardziej wyludniającym się ogromnym kraju niemal równie popularne w dalszym ciągu jest powiedzenie: „niechby pił, niechby bił – byleby był!”)

A po drugie, zastanawiam się, gdzie w tym wszystkim, co się obecnie dzieje na świecie, podziała się ONZ? Ktoś wie w ogóle, jak się nazywa obecny Sekretarz Generalny tej organizacji? Ja to wiem, bo sprawdziłam przed przystąpieniem do pisania tego tekstu: nazywa się otóż Ban-Ki Moon i pochodzi z Korei Południowej. Niewiele więcej można o nim powiedzieć, ponieważ wzmianki o jego działalności (?) nader rzadko pojawiają się w światowych mediach.

W ogóle mam wrażenie, że ONZ nie poradziła sobie z przemianami, jakie zaszły w świecie po roku 1989 (podobnie jak jej poprzedniczka, Liga Narodów, nie przetrwała „kryzysu” późnych lat 30 XX w. i II wojny światowej). Być może sama idea pokojowej współpracy między narodami i globalnego rozwiązywania problemów jest szlachetna i piękna (jak to zazwyczaj z ideami bywa), ale próby wcielania jej w życie są, jak dotąd, niezbyt udane.

Dopóki świat był podzielony, z grubsza rzecz biorąc, na dwa wrogie „obozy”, sytuacja była prostsza – dzięki strukturom ONZ mogły się one wzajemnie trzymać w szachu i tak utrzymywać swoisty „pokój w stanie wojny”. Ale kiedy upadł komunizm, wszystko znacznie się skomplikowało i pojawiły się zupełnie nowe wyzwania (jak choćby rosnący w siłę islamski terroryzm), na które Narody Zjednoczone zupełnie nie były przygotowane.

Jaskrawym przykładem tego jest choćby fakt, że pomimo jawnego naruszania zasad, na których miała się opierać ta organizacja (podam dla przykładu tylko dwie z nich: „rozwiązywanie sporów środkami pokojowymi” oraz „powstrzymanie się od groźby użycia siły lub użycia jej w sposób nieuzgodniony z celami ONZ”) Rosja NADAL nie została wykluczona z Rady Bezpieczeństwa ONZ (i prawdopodobnie nigdy nie zostanie). Mówiąc najprościej: o sprawach „światowego pokoju” decyduje facet, który właśnie prowadzi wojnę z sąsiednim państwem…

Zwiększyła się również liczba grup interesu i nacisku, które mogą znacząco wpływać na kierunki jej rozwoju – dość przypomnieć niesławną sprawę ogłoszenia przez Światową Organizację Zdrowia „pandemii” grypy, której nie było (wcześniej w tym celu zmieniono samą definicję pandemii, najprawdopodobniej pod naciskiem wielkich koncernów farmaceutycznych) czy też Konferencję na temat Kobiet w Pekinie (1995) – kiedy to z kolei zaznaczył się przemożny wpływ radykalnych organizacji feministycznych (wówczas to po raz pierwszy dokumentach oficjalnych padło słowo„gender”), który można obserwować po dziś dzień.

Niekiedy można wręcz odnieść wrażenie, że jedyne obszary, w których ONZ przejawia jeszcze jakąkolwiek aktywność, to właśnie wspomniane kwestie „praw reprodukcyjnych” (przede wszystkim nawoływanie do zapewnienia wszystkim i wszędzie dostępu do antykoncepcji, aborcji i edukacji seksualnej – tu poczynając już od 4. roku życia) oraz wzywanie „na dywanik” Kościoła katolickiego w sprawie pedofilii.

Były też pionierskie próby twórczego połączenia obydwu tych głównych obszarów zainteresowania w jedno, np. wtedy, gdy przedstawiciel Watykanu przy ONZ ośmielił się dowodzić, że więcej kobiet na świecie wciąż jeszcze umiera z powodu braku dostępu do antybiotyków, środków opatrunkowych, czystej wody i właściwej opieki okołoporodowej, niż (jak brzmi wersja oficjalna) z powodu „braku dostępu do bezpiecznej i legalnej aborcji.” Lewicowe organizacje po tej wypowiedzi dosyć głośno domagały się, by pozbawić Watykan statusu państwa-obserwatora…

Nie usłyszycie natomiast – przynajmniej ja nie usłyszałam – żadnej oficjalnej wypowiedzi przedstawicieli ONZ na przykład na temat: zamachów terrorystycznych, takich, jak ostatnio w Tunisie, czy wcześniej w Paryżu; prześladowania chrześcijan, Żydów i jazydów oraz niszczenia bezcennych dóbr kultury przez Państwo Islamskie (a kiedyś była też taka organizacja, jak UNESCO…); wojen w Republice Środkowoafrykańskiej i Syrii, czy też domniemanego udziału pracowników jednej z agend ONZ w aferze pedofilskiej (coś takiego kiedyś obiło mi się o uszy).

Już nawet nie wspominając o tym, o czym odważyła się opowiedzieć w jednym z wywiadów Janina Ochojska: że ludzie rzeczywiście zajmujący się pomocą humanitarną czasami są wręcz niezadowoleni, gdy na miejsce przybywa jakiś przedstawiciel ONZ. Po prostu dlatego, że często ci ludzie mają o wiele wyższe wymagania, dotyczące np. bezpieczeństwa, warunków zakwaterowania i wyżywienia, niż można im zapewnić na miejscu. Nie dość więc, że w niczym nie pomagają, to jeszcze trzeba się nimi ciągle opiekować jako „dostojnymi gośćmi…”

Ale wydaje mi się, że agonia tej niemal 70-letniej organizacji zaczęła się już nieco wcześniej. Być może już podczas wojny w byłej Jugosławii (1992-1995), kiedy to żołnierze sił pokojowych bezczynnie przyglądali się czystkom etnicznym, lub nieco później, w Rwandzie, gdzie masakra około 800 tysięcy ludzi również odbywała się na oczach zupełnie biernych żołnierzy w błękitnych hełmach (ale oczywiście zawsze łatwiej jest oskarżać o rzekomy „współudział” tamtejszy kler katolicki, niż uderzyć się we własne piersi…).

I tutaj nasuwa się dosyć oczywiste pytanie – na co komu takie „wojsko”, które nie potrafi nawet (bo nie ma takich uprawnień!) obronić bezbronnych w sytuacji zagrożenia? I czy naprawdę musimy w dalszym ciągu utrzymywać taką półmartwą organizację?

ONZ-150x150

Na zdjęciu: Sala Zgromadzenia Ogólnego ONZ. (Źródło: tvp.info)

A w tym wszystkim, oczywiście poza ofiarami, najbardziej mi szkoda zwykłych Tunezyjczyków, dla których te zamachy mogą oznaczać ruinę gospodarczą ich kraju, nędzę i bezrobocie – a to z kolei najskuteczniej może ich pchnąć w objęcia islamskich ekstremistów, jak to już dawno zaobserwował mój brat, który służył w Iraku: „Tacy ludzie mogą myśleć sobie: ja osobiście nie mam nic przeciw Europejczykom, ale jeśli nie przystanę na propozycję dokonania tego zamachu, to kto wyżywi moją rodzinę?!” – tłumaczył mi.

***

Kiedyś czytałam książkę ks. Marka Rybińskiego (1977-2011) „Zapiski tunezyjskie.” Nie będę ukrywać, że kupiłam ją przede wszystkim dlatego, że rzecz dotyczy młodego salezjanina, mniej więcej w wieku mojego P. Ale okazuje się, że jest ona niezwykle aktualna także dzisiaj, kiedy to oczy całego świata zwracają się na ten śródziemnomorski kraj.

W tych bardzo osobistych notatkach (które nigdy nie miały być przeznaczone do publikacji – chwała jednak salezjanom, że na nią zezwolili) ks. Marek opowiada o realiach codziennego życia w Tunezji, zwracając uwagę na trudności w byciu tam kapłanem (salezjanie, prowadzący nam szkołę, muszą występować jako osoby świeckie) – ale i na wielką serdeczność i otwartość tamtejszych ludzi. Wspomina na przykład, jak to pewnego razu naszła go nieprzeparta ochota na drinka (ach, ci mężczyźni!:)). Ale co tu zrobić, wokół sami muzułmanie, dla których alkohol w jakiejkolwiek formie to szatański wynalazek. I nawet gdyby to było możliwe, to przecież nie będzie pił do lustra, w ukryciu, jak jakiś alkoholik…

Zwierzył się z takich myśli zaprzyjaźnionym ze szkołą Tunezyjczykom – i ze zdziwieniem usłyszał, jak jeden z nich mówi do innych: „Wy, to wy, bracia – ale JA nie jestem wierzący, więc mogę się z nim napić!”:)  Zdziwiłem się, pisze, że nawet w kraju islamskim, jakim niewątpliwie jest Tunezja, możliwe jest tak otwarte przyznawanie się do własnego zdania w kwestiach religijnych.

A jednak właśnie w tej otwartej Tunezji, gdzie zyskał tak wielu przyjaciół, ksiądz Rybiński (na zdjęciu poniżej) znalazł straszną śmierć. Morderca, który był winien zakonnikowi jakieś pieniądze, najpierw zadźgał go nożem, a następnie odciął mu głowę, aby upozorować zbrodnię na tle religijnym…

„Wybaczcie nam! – mówili Tunezyjczycy na jego pogrzebie. – Tunezja nie jest TAKA!”

A więc jaka jest? Nie wiem.

Tunezja

„Podsłuchowywać? Podsłuchowywać?!”

Wprawdzie temat ten tylko luźno łączy się z ogólną tematyką tego bloga, ale że jest interesujący i na czasie – a ja pomyślałam że przyda mi się coś, co choć na chwilę oderwie moje myśli (oraz uwagę moich Czytelników) od moich osobistych problemów – to i ja coś o tym napiszę. A, co!

Afera podsłuchowa, oczywiście.

Przede wszystkim, przyszło mi do głowy, że podsłuchiwanie, szpiegowanie i nagrywanie to już poniekąd nasz sport narodowy. Podsłuchują i szpiegują prawie wszyscy wszystkich. Zazdrośni zakochani „sprawdzają” w ten sposób swoich partnerów, szkoły – monitorują zachowania uczniów, pracodawcy-pracowników, policja- kierowców… A nade wszystko do tego środka nader chętnie uciekają się dziennikarze wszelkich mediów, pod przykrywką „śledztwa dziennikarskiego” odsłaniając nawet mroczne tajemnice tego, o czym mówi się na zebraniu kółka różańcowego w Pipidówku Dolnym.

Na podsłuchiwaniu (i podglądaniu) bazują też oczywiście wszystkie agencje detektywistyczne i programy typu reality show

Można chyba bez wielkiej przesady powiedzieć, że ludzie obecnie dzielą się na tych, którzy byli, są lub będą szpiegowani – oraz na tych, którzy ich śledzą lub będą śledzić w przyszłości.

Raczej wątpię, by dzięki temu rósł pomiędzy nami poziom „zaufania społecznego”, który i tak, według wszelkich badań, mamy w Polsce żenująco niski.

I to wszystko pomimo tego, że nasza Konstytucja gwarantuje każdemu obywatelowi tajemnicę korespondencji,ochronę wizerunku,  rozmów i życia prywatnego – a prawo wyraźnie stanowi, że przywileje te można naruszyć tylko za zgodą sądu na wniosek prokuratury… Przynajmniej tak słyszałam.

Co więcej (a tego już dowiedziałam się ostatnio z wypowiedzi mecenasa Giertycha – który, jako prawnik, chyba wie, co mówi) przestępstwem jest nie tylko samo bezprawne „wchodzenie w posiadanie informacji dla nas nie przeznaczonych” – ale, tym bardziej, ich wykorzystywanie  i rozpowszechnianie.

To niegłupi przepis – i dlatego nie rozumiem, dlaczego jedynie dziennikarze mieliby być wyjęci spod tego prawa?

Oni sami zasłaniają się często sloganem, że „społeczeństwo ma prawo wiedzieć!”

Choć, szczerze mówiąc, czasami mam wrażenie, że z tym jest właśnie trochę tak, jak z przyłapaniem niewiernej żony na zdradzie – niektórych rzeczy lepiej byłoby się chyba nigdy nie dowiedzieć…

No, tak. Moim zdaniem, jest to klasyczne pytanie o to, czy – i ewentualnie KIEDY? – cel uświęca środki?  Bo wyobraźcie sobie na przykład (żeby już trzymać się bliżej profilu tego bloga) podsłuchy , które ktoś zainstalowałby np. w konfesjonałach, aby dzięki temu wykryć hipotetyczną (tzn. taką, która mogłaby dopiero skutkiem tego wyjść na jaw) aferę pedofilską? Można by coś takiego zaakceptować w imię „wyższego dobra” czy też nie?

Na upartego również za pomocą tortur można wydobyć z człowieka jakieś prawdziwe zeznania – ale czy tak zdobyta „prawda” jest naprawdę tego warta?  Chyba jednak nie – skoro większość państw świata zabrania zbierania informacji w ten sposób….

To oczywiście bardzo przykre, że nasi politycy PRYWATNIE często okazują się kimś zupełnie innym, niż w świetle jupiterów – zwłaszcza po ministrze Sikorskim, który lubił pozować na oksfordzkiego dżentelmena, spodziewałam się czegoś więcej, niż (jak to dawniej mówiono) „języka rodem spod budki z piwem.”

Ale… czy oni nie mają prawa prywatnie, „po godzinach”  (i po alkoholu!) nawet gadać głupot? Czy naprawdę musimy przywiązywać do tego aż taką wagę? I czy to to my, Polacy, jesteśmy w tej sprawie jakimś wyjątkiem? Podobnie, jak sądzę, jest (niestety) prawie wszędzie na świecie. Dzięki aferze Wikileaks wszyscy mieliśmy się przecież okazję przekonać, co tak naprawdę Amerykanie myślą o swoich „drogich sojusznikach” zza oceanu, których zresztą podsłuchiwali na potęgę (i jakoś nie słyszałam, by z tej racji ktoś domagał się na poważnie dymisji Obamy i/lub jego współpracowników…); znana też była sprawa szefa brytyjskiej Partii Pracy, który szczerząc się (nieszczerze) do jakiejś żarliwej zwolenniczki, równocześnie, sądząc, że nikt go nie słyszy, cedził przez zęby w kierunku swoich asystentów coś w rodzaju:”Zabierzcie ode mnie tę starą bigotkę!”

Że już o słynnym, polskim „Spieprzaj, dziadu!” (i na próżno tłumaczyć, że był to jedynie wyraz szczerej miłości pewnej partii do prostego ludu miast i wsi…) – nawet nie warto wspominać.

Tak, tak. Współczesna wielka polityka to bagno. Wszędzie.

Oczywiście, w tym wszystkim śmiechu wart jest też minister Sienkiewicz – pradziadek Henryk nie miałby powodów do dumy z takiego potomka. Bo cóż to w końcu za szef wszystkich służb, który (zanim jeszcze zacznie gadać bzdury…) się nawet nie upewnia, czy aby nie jest nagrywany?

Także premier Tusk (zakładając, że to był on) popełnił gruby błąd, wysyłając ABW do redakcji niezależnego pisma, by odebrała kompromitujące go materiały. Przykro mi, takich rzeczy w państwie demokratycznym się po prostu nie robi – i już.

Ale i redaktor Latkowski (który bronił tajemnic swego laptopa co najmniej jak niepodległości) wcale nie ma w moich oczach zadatków na męczennika świętej, narodowej sprawy, za jakiego chciałby uchodzić. Już chociażby z uwagi na swoją, powiedzmy oględnie, mocno nieciekawą przeszłość…

I wreszcie Robert Sowa, w którego (podobno) „przyjaznym” lokalu to wszystko się zdarzyło – moim zdaniem ów znany mistrz rondla i patelni powinien być odtąd spalony w swoim środowisku. Czy szanowany restaurator pozwala, by  podsłuchiwano jego drogich gości? Bo jakoś nie chce mi się wierzyć, by jako szef interesu mógł rzeczywiście nic o tym nie wiedzieć…

Tak więc, drodzy Państwo – w którąkolwiek stronę by nie powęszyć,fetorek jest mocno nieprzyjemny.

Tylko co nam, zwykłym obywatelom, przyjdzie z tej tak hucznie ujawnionej prawdy?  Ano, obawiam się, że nic. Jak zawsze -”ksiądz wini pana, pan-księdza. A nam, prostym, zewsząd nędza.” Takie tam brzydkie zabawy elit.