Różańce jak szańce?

 

Proszę mnie źle nie zrozumieć.Ja naprawdę lubię i cenię modlitwę różańcową.I chętnie ją odmawiam, zwłaszcza w wersji zaproponowanej przez ks.Franciszka Blachnickiego.

 

Polega ona na tym, że odmawia się każdą „zdrowaśkę” do słowa „Jezus”-a potem jest czas na własną modlitwę, na zastanowienie się, kim Jezus w tym momencie życia dla mnie jest-i o co chcę Go prosić.Dopiero na zakończenie każdej dziesiątki mówi się „Zdrowaś Mario” już w całości.

 

Zapobiega to, moim zdaniem, mechanicznemu „klepaniu paciorków”, które często zarzuca się tej modlitwie.

 

Z tego samego względu obce mi są też różnego rodzaju „akcje modlitewne” w stylu „1000 różańców za coś tam.” Uważam je za trochę „magiczne”-bo co, jak się ktoś zapomni i zamiast tysiąca odmówi tylko 998? Czy jego modlitwa wówczas nie zostanie wysłuchana?;)

 

Podobne obiekcje mam wobec szeroko ostatnio reklamowanej akcji „RÓŻANIEC DO GRANIC.” Po pierwsze, znów mamy tu do czynienia raczej z akcją masową (polski Kościół lubuje się w takich), niż z próbą jakiegokolwiek „pójścia w głąb.”

 

Po drugie zaś, i to jest chyba jeszcze groźniejsze, modlitwa jest tu traktowana jako ZAPORA przed złym światem.Np. przed falą imigrantów.Należy się jednak modlić DO Kogoś i za kogoś-ale NIGDY przeciwko komuś!!! Osobiście wolałabym, aby była to raczej jakaś forma modlitwy PONAD granicami…

 

A w ogóle znacznie bliższa jest mi ewangeliczna wizja modlitwy „w głębi” własnego serca i pokoju.Wszelka ostentacja jakoś mnie razi.Czy naprawdę, aby się modlić za pokój na świecie, trzeba koniecznie wychodzić z różańcem w dłoni na granice-niczym na barykady?

 

I jeszcze te wszystkie pełne pychy komentarze, że oto my-Polacy jesteśmy ach, jacy pobożni, a na przykład tacy Francuzi to nie zdołaliby otoczyć różańcami nie tylko swojego kraju, ale nawet miasta czy dzielnicy!

 

Jak gdyby poza nami nikt, nigdy, na świecie się nie modlił…

 

Po co to wszystko? Się pytam…

 

POSTSCRIPTUM: Ostatnio ktoś mi powiedział, że za uchodźców w żadnym razie nie należy się modlić, ponieważ-cytuję „mają to, czego chcieli.” Jezus wszakże kazał się modlić nawet za nieprzyjaciół…

Stos dla o. Gużyńskiego

Pod koniec sierpnia dominikanin, o. Paweł Gużyński (uchodzący w polskim Kościele za „liberała”) udzielił Gazecie Wyborczej wywiadu, w którym m.in. krytykował zaangażowanie Kościoła po stronie PiS (mówiąc bez ogródek, że po lipcowych protestach „biskupi obudzili się z ręką w nocniku.” ) Sprzeciwiał się także próbom zmiany obecnego prawa aborcyjnego bez szerokich konsultacji społecznych. Mówił:” „Jestem przeciwny jakimkolwiek zmianom w obecnym porządku prawnym. Uzgodnienie wzajemnych odniesień etyki, prawa, polityki i życia społecznego w kwestii aborcji nie powinno być przedmiotem niekończącego się targu pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami prawa do aborcji.”

Warto przy tym zauważyć, że o. Paweł NIE ZAKWESTIONOWAŁ w wywiadzie poglądu, że aborcja jest złem i grzechem – a w kwestiach politycznych powtórzył jedynie tradycyjne nauczanie o tym, że Kościół NIE MOŻE opowiadać się tak jawnie za żadną partią polityczną. Wyraził też obawę, że wprowadzanie na siłę legislacji w miejsce ewangelizacji może przynieść odwrotne skutki w przyszłości, gdy polityczne wiatry zmienią kierunek. Nic to. I tak w konserwatywnym skrzydle zawrzało. Z Gużyńskiego zrobiono natychmiast zwolennika mordowania nienarodzonych-co mu zapewne nawet w głowie nie postało!- i zażądano od jego przełożonego, by zakazał mu publicznych wypowiedzi. Na szczęście prowincjał, o. Paweł Kozacki, roztropnie wstrzymał się na razie z tą decyzją. Dominikanie słyną od wieków z wewnętrznej demokracji.I mam szczerą nadzieję, że nie zechcą sprzeniewierzyć się tej tradycji.  Dodać też należy, że w obronie wolności słowa dla zakonnika stanął nawet redaktor Terlikowski.

Ja też sądzę, że nie byłoby dobrze, gdybyśmy wszyscy w Kościele musieli we wszystkich sprawach nie tylko wierzyć, ale i myśleć i mówić unisono. Zawsze wielce sobie ceniłam pewną różnorodność, która możliwa jest w obrębie katolicyzmu. Jest to jeden z powodów, które pozwalają mi trwać – choćby na obrzeżach mojego Kościoła. Niestety, w Polsce A.D. 2017 – gdzie nawet papież Franciszek (ze swoim umiłowaniem ekologii i uchodźców) traktowany jest podejrzliwie – staje się to coraz trudniejsze…

A oto jest ten „wróg publiczny nr 1” i „heretyk, szkodzący Kościołowi”. Prawda, że niezwykle groźnie wygląda? 🙂

Kompromis aborcyjny- droga pomiędzy skrajnościami.

Pisałam już kiedyś o tym (zob. „Wokół całkowitego zakazu aborcji” na starym blogu), ale powtórzę, bo i blog mam nowy, i sprawa, jak się okazuje, znów aktualna.

Jestem PRZECIW aborcji. I to chyba tym bardziej, że sama kiedyś o mały włos nie dopuściłam się takiego zła. Ale jestem także przeciw zmianom w obecnej ustawie. Do dobra trzeba ludzi przekonywać, a nie przymuszać. Naiwnie wierzę zresztą w „postęp moralny” ludzkości. Z czasem ludzie sami zrozumieją, że aborcja nie jest dobrym rozwiązaniem (tak, jak to było np.z torturami, niewolnictwem i karą śmierci-dawniej tak powszechnymi).

Ewangeliczna pokusa „wyrwania kąkolu” jednym ruchem ręki oczywiście stale nam zagraża – ale wątpię, by jakiekolwiek zło dało się całkowicie wyeliminować ze świata jakąś ustawą. Jezus powiedział, że dobro i zło będą egzystować obok siebie „aż do żniwa.”

Wobec upadku tradycyjnej etyki lekarskiej (Hipokrates wszak zabraniał i aborcji i eutanazji) pilnie potrzebujemy chrześcijan w tym zawodzie – już teraz wielu z nich z poświęceniem prowadzi np. hospicja, jak niedawno zmarły ks.Jan Kaczkowski. Rolą Kościoła jest, by wychowywać takich ludzi. Ludzi sumienia. Ale PRAWO nie jest najlepszym instrumentem do kształtowania sumienia. (Może demoralizować ludzi zarówno wtedy, gdy jest zbyt liberalne, jak i wtedy, gdy jest nazbyt surowe.) A już na pewno nie jest jedynym środkiem, jakim dysponujemy.

Szczerze mówiąc, męczy mnie już odpowiadanie przy tej okazji wciąż na te same pytania – dlatego właśnie postanowiłam napisać ten post – żeby ostatecznie zebrać w jednym miejscu różne myśli, które mi się w związku z tym nasuwają. Wybaczcie, jeśli z tej racji zabrzmi to nieco chaotycznie.

Szczerze mówiąc, śmieszy mnie trochę zwyczajowe w takich razach „wymachiwanie macicami” przez feministki. W sprawie aborcji nie o macice, d..y, czy jak tam jeszcze ktoś zechce to nazwać, chodzi. Z pewnością także ludzki płód nie jest czymś zbliżonym do „nowotworu” czy też pasożyta, bo i takie opinie ostatnio słyszałam.(Od rozwiązania  problemu „dysponowania własnym ciałem” jest antykoncepcja, względnie sterylizacja. ). Chodzi tu o życie innego organizmu. Należącego bezsprzecznie do gatunku H. sapiens. (I tak – „żołądź JEST dębem.” 🙂 Zarodkowym stadium dębu.) Nigdy nie słyszano, by mężczyzna i kobieta zrodzili coś innego, niż ludzkie dziecko.

Istota ta, podkreślmy raz jeszcze (bo słyszałam już brednie, jakobym mordowała jedno swoje dziecko przy każdej menstruacji, a także, jakoby podczas męskiej masturbacji ginęły wręcz miliony ludzkich istnień…:)) jest czymś diametralnie różnym od rodzicielskich gamet, z których powstała. Ma swoje własne, unikalne DNA (nawet bliźnięta jednojajowe, czy też sztucznie wyhodowane „klony” posiadają pewne własne, niepowtarzalne cechy). Uważam także, że nie ma w tym miejscu potrzeby zajmowania się dywagacjami, „od kiedy płód posiada duszę?” Embriologia nie jest nauką o duszy.

Z powodów definicyjnych nie ma też potrzeby zajmować się tutaj dość rzadkimi anomaliami genetycznymi, takimi jak chociażby Zespół Downa (ludzie ci posiadają dodatkowy chromosom w 21 parze) czy Zespół Turnera (brak jednego chromosomu X u dziewczynek). Zakładam, że wszyscy zgadzamy się co do tego, że pies z trzema nogami to nadal jest PIES (a nie na przykład kaczka), mimo że czworonożność przynależy do zwykłej definicji tego zwierzęcia. Inaczej musielibyśmy również uznać, że osoby nie posiadające np. kończyn (jak Nick Vujicić) także nie są  istotami ludzkimi – ponieważ posiadanie rąk i nóg normalnie przynależy do opisu człowieka…

Istnieje dosyć znany eksperyment, w którym naukowcy badali, czy możliwe jest stworzenie nowego gatunku drogą przypadkowych mutacji (takich właśnie, jak opisane powyżej zespoły). W tym celu wykorzystano muszki owocówki, stanowiące wdzięczny obiekt do badań ze względu na szybkie następstwo pokoleń. Poddawano je – czy też ich jaja, już nie pamiętam – działaniu różnych czynników, o których wiemy, że mogą takie mutacje wywoływać, między innymi naświetlano promieniami rentgenowskimi. W następstwie tego oczywiście przychodziły na świat osobniki poważnie zdeformowane, np. mające dwie pary skrzydeł, nieprawidłową liczbę odnóży, a nawet dwie głowy. W żadnym przypadku nie udało się jednak stwierdzić, byśmy mieli do czynienia z osobnikiem innego gatunku, niż muszka owocówka. Cielę z dwoma głowami to wciąż cielę, ok?

Często używane w takich dyskusjach kryterium „osoby ludzkiej” (w zdaniu:”Płód ludzki jest może człowiekiem, ale nie jest osobą!”) pochodzi z nauk filozoficznych, a nie przyrodniczych i jako takie jest znacznie bardziej podatne na manipulacje. Dla nazistów Żydzi, a dla członków Ku-Klux-Klanu Afroamerykanie nie byli „osobami ludzkimi.” Także obecnie istnieje grupa etyków (z najsłynniejszym  z nich Peterem Singerem na czele), którzy nie przyznają statusu „osoby” nawet noworodkom. I usprawiedliwiają dzieciobójstwo. Jak Hillary Clinton, która ostatnio stwierdziła, że „dziecko w kilka godzin po urodzeniu nie posiada jeszcze żadnych praw konstytucyjnych.”(sic!)  Dlatego ja wolę pozostać przy mniej podatnej na ideologię definicji biologicznej: „człowiekiem jest każdy, kto należy do gatunku H. sapiens.”

Zdaję sobie przy tym sprawę, że jeśli się odrzuci dwa bezsporne momenty, czyli zapłodnienie i narodziny, określenie statusu płodu może być niezwykle trudne. Prawodawstwa różnych krajów są w tej sprawie niezwykle arbitralne: w niektórych krajach za granicę dopuszczalności aborcji uważa się dwunasty, a gdzie indziej dopiero 24. tydzień ciąży. Nie ma to, moim zdaniem, absolutnie żadnych podstaw „naukowych.”   Ale gdybym musiała mimo wszystko wskazać jakiś moment o absolutnie przełomowym znaczeniu, byłby to z pewnością szósty tydzień ciąży, kiedy to u małego człowieka można już zarejestrować aktywność mózgu. Chciałabym także zauważyć, że zdecydowaną większość zabiegów przerywania ciąży na świecie wykonuje się dużo, dużo później.

Podobnie możemy raczej pominąć (jako należącą jeszcze do sfery przyszłości) kwestię ludzkiego statusu klonów (czyli dzieci posiadających tylko jednego biologicznego rodzica), jak również hybryd ludzko-zwierzęcych („Jaki procent ludzkiego DNA trzeba posiadać, aby zostać uznanym za człowieka?”). Choć przypuszczam, że w przyszłości obydwie te kwestie będą musiały się stać przedmiotem poważnej bioetycznej refleksji.

A ponieważ jesteśmy z natury stworzeniami rozdzielnopłciowymi, nie wydaje mi się też właściwe szermowanie argumentem, jakoby „aborcja była wyłącznie sporawą kobiet.” Podejście tego typu uważam za niebezpieczne nie tylko w perspektywie zdejmowania z mężczyzn wszelkiej odpowiedzialności za niepożądaną ciążę („to nie moja sprawa! Niech ONA się tym zajmie!”), ale i za niesprawiedliwe w kontekście tak hołubionej przez nas „równości.”

Czytałam o przypadku młodego mężczyzny z Anglii, który w wyniku chemioterapii całkowicie utracił swoją płodność. Dowiedział się jednak, że jego „ex” jest w ciąży- z nim.Prosił i błagał przed ichniejszym sądem o życie dla swego dziecka – jedynego, które mógł mieć. Deklarował, że sam je wychowa, że poniesie wszelkie koszty, związane z trudami ciąży i porodu, jakie tylko jego była naznaczy. Wszystko na próżno. Sąd uznał, że „święte prawo kobiety do decydowania o SWOIM ciele” jest ważniejsze, niż prawo mężczyzny do posiadania dziecka. Hosanna… :(((

Niesprawiedliwość takich rozwiązań można by opisać per analogiam. Załóżmy, że mężczyzna i kobieta wspólnie znaleźli cenny skarb, ale że tylko kobieta posiadała właściwe warunki do przechowywania go, postanowili tymczasowo zdeponować go u niej. (W związku z tym, oczywiście, to kobieta ponosiła większe ryzyko – mogła np. zostać napadnięta, a nawet zastrzelona, ale zakładamy, że mężczyzna ze swej strony starał się jej zapewnić wszelkie możliwe środki bezpieczeństwa, jakich by zażądała, minimalizując w ten sposób zagrożenie. Na tym polega współodpowiedzialność). A mimo to, gdy mężczyzna zgłosiłby się po odbiór depozytu, usłyszałby, że kobieta go roztrwoniła. Co więcej, że miała do tego pełne prawo: „Mój sejf, to i wszystko MOJE – a ty się wynoś!” Nikt mi nie powie, że to jest tak całkiem fair.

TAK, uważam, że również mężczyźni powinni mieć prawo do współdecydowania o losach swego nienarodzonego dziecka, przy czym sądzę, że w przypadku rozbieżności pomiędzy rodzicami w tej sprawie należałoby zawsze zadecydować na korzyść „oskarżonego”, to znaczy za pozostawieniem go przy życiu. Zasada ta w oczywisty sposób nie powinna dotyczyć jedynie gwałcicieli. Ci nie powinni mieć prawa do decydowania o niczym.

Kryteria, jakie rzekomo należy spełnić, by móc się w ogóle wypowiadać w tym temacie, są zresztą bardziej wyśrubowane, niż samo tylko „posiadanie macicy” (a ja, głupia, ciemna, nieoświecona parafianka, zawsze myślałam, że do dyskusji na jakikolwiek temat jest konieczny raczej mózg, niż macica! No, proszę, jak to się można pomylić…:)) . Nie wystarczy bowiem do tego być kobietą, nie wystarczy być „w wieku prokreacyjnym”, ba, nie wystarczy nawet być matką. Trzeba jeszcze być matką dziecka niepełnosprawnego (choć i wśród nich znalazłoby się wiele przeciwniczek aborcji – przykładem może być Kaja Godek…) albo przynajmniej takowe adoptować.

Rozumiem zatem, że powinniśmy również odebrać mężczyznom-ginekologom prawo do wykonywania zawodu. Żaden z nich wszak nigdy nie był w ciąży.:) A morderców niechaj sądzą jedynie ci, którzy sami kogoś zabili. Nikt z nas nigdy nie był w  podobnej  sytuacji – jakież więc mamy „moralne prawo” by się wypowiadać?

Idąc tym torem, powinniśmy założyć, że o aborcji mają prawo wypowiadać się jedynie te kobiety, które same przeszły choć jedną. (I znowu: skąd pewność, że wszystkie byłyby „za”?) Zachodzę przy tym w głowę, ile też takowych zabiegów przeszła np. Kazimiera Szczuka, że daje jej to prawo do wypowiadania się na ten temat niemal bezustannie?

Bo, rzecz ciekawa, w przypadku ZWOLENNIKÓW prawa do aborcji wszystkie powyższe kryteria jakoś nie obowiązują…

Jestem niepełnosprawna, a jednak, rzecz dziwna, udało mi się „przeżyć koszmar porodu” – i to aż trzy razy. Miałam najwyraźniej szczęście, bo zdaniem niektórych spośród moich dyskutantów ciąża i poród są ZAWSZE bezpośrednim zagrożeniem dla życia i zdrowia kobiety. W XXI wieku, w Europie. W opozycji do tego, aborcja to podobno niezwykle bezpieczny zabieg (no, to czemu feministki straszą nas ciągle wizją tysięcy, jeśli nie milionów kobiet, które będą umierać w męczarniach po nieumiejętnie przeprowadzonym zabiegu? Nie wierzę zarówno w mit o „bezbolesnej aborcji”, jak i to, że we współczesnej Polsce „nielegalna aborcja” nazywa się pani Stasia i przyjmuje w brudnej szopie z zakrzywionym drutem w ręku…), który zarówno dla płodu, jak i dla jego matki jest wręcz dobroczynny.

Aborcja definitywnie „leczy” wszystkie choroby, ze szczególnym uwzględnieniem tych nieuleczalnych. Rozwiązuje wszelkie problemy, od traumy gwałtu (kobieta, która na skutek gwałtu NIE zaszła w ciążę – a takich jest większość, ponieważ silny stres może blokować owulację lub spowodować samoistne poronienie – powinna chyba wobec tego uznać, że „właściwie nic takiego się nie stało”, ponieważ „ominęło ją to, co najgorsze”?) po Zespół Downa.

W wielu krajach nawet dosłownie, ponieważ dzieci z trisomią już się tam prawie nie rodzą. Bo aborcja to nie tylko kwestia zewnętrznych warunków (ekonomicznych czy prawnych – chociaż one też są ważne), ale także, a może nawet przede wszystkim, kwestia mentalności – indywidualnej i społecznej. Mentalności, która mówi: „Jesteś okrutny nie wtedy, gdy uśmiercasz swoje chore dziecko, lecz wtedy, kiedy pozwalasz mu żyć!”  Będzie o tym jeszcze mowa nieco dalej.

Gdzieś na Zachodzie był naukowiec, który badał w tym wypadku możliwość „wyciszenia” wadliwego chromosomu. Nie otrzymał jednak funduszy na dalsze badania. Wyjaśniono mu uprzejmie, że są one niepotrzebne, ponieważ…legalna aborcja w pełni rozwiązuje ten problem… I niech nam żyje „możliwość wyboru”, hip, hip, hurra….

W Norwegii pewna Polka, która odmówiła abortowania dziecka z rozszczepem kręgosłupa, stała się ogólnokrajową sensacją- w TV ją pokazywali. Tamtejsi lekarze uważali aborcję za jedyną możliwą formę „terapii” w takich przypadkach. A ona wróciła do rodzinnego kraju, poddała dziecko operacji prenatalnej – i jej syn będzie chodził….

Jestem niepełnosprawna, a mimo to urodziłam szczęśliwie troje zdrowych dzieci. Lecz gdyby były „takie jak ja”, kochalibyśmy je z P. tak samo.

Często mnie pytają: „czy byłabyś w stanie patrzeć na śmierć i cierpienie swoich dzieci?” (Z którego to cierpienia aborcja, względnie eutanazja, mogłaby je raz na zawsze wyzwolić…)

Odpowiadam zawsze, że pojmuję rolę rodzica jako TOWARZYSZENIE dziecku we wszystkim, jeśli trzeba, także w chorobie i umieraniu. I jednocześnie zrobiłabym wszystko, co tylko leży w ludzkiej mocy, żeby zmniejszyć cierpienie mojego dziecka. Wszystko, z wyjątkiem bezpośredniego pozbawienia go życia. Bo niewielu wie, że nie jest eutanazją w sensie ścisłym podanie choremu środka przeciwbólowego nawet w dawce letalnej (tzn. takiej, o której wiemy, że może go zabić – jeśli zwykłe dawki nie działają) o ile tylko naszym głównym celem nie było zabicie go, a tylko złagodzenie cierpienia.

Jednocześnie, jako osoba niepełnosprawna głęboko wierzę, że każde dziecko, nawet bardzo cierpiące, może być na swój sposób szczęśliwe, jeśli tylko jest kochane i otaczane czułą opieką i troską. Nigdy też, spędzając nieraz długie lata w szpitalach, nie spotkałam żadnego dziecka, które by samo chciało umrzeć. Nie cierpieć-owszem. Ale nie umrzeć. Wola przetrwania u człowieka jest przeogromna. Czytałam o przypadku z mojej okolicy, gdzie dziecko urodziło się żywe mimo dwukrotnego wyłyżeczkowania macicy (błędnie uznano ciążę za obumarłą).

Uważam też za głęboko nieuczciwe epatowanie przy tej okazji zdjęciami ciężko chorych dzieci, jak gdyby były one tylko „straszydełkami”, których widok ma wywołać pożądany efekt – poparcie dla aborcji. W rzeczywistości zaś żywe urodzenia dzieci z takimi wadami, jakie są uwiecznione na tych fotografiach, są niezwykle rzadkie (w większości wypadków dochodzi wtedy do samoistnego poronienia) – a zdecydowaną większość aborcji eugenicznych na świecie stanowią  dzieci z Zespołem Downa.

Gdyby więc moje dziecko (co zawsze przecież zdarzyć się może) miało niebawem umrzeć, chciałabym, żeby umarło w moich ramionach. I gdyby zostało mi dane tylko na kilka chwil, także nie chciałabym mu żadnej z tych chwil odebrać. Chyba nie brzmi to jak jakiś straszny „fanatyzm”?

Rzecz ciekawa, jak niektórzy „obrońcy praw kobiet” pogardzają tymi spośród nich, które zdecydowały się urodzić śmiertelnie chore dziecko, nazywając je np. „żywymi trumnami.” Jacek Żakowski kiedyś wręcz stwierdził, że rodzicom, którzy wiedzieli, że urodzi im się chore dziecko, a mimo to pozwolili mu przyjść na świat, nie powinna przysługiwać żadna pomoc państwa. No, jasne, bo oni przecież zrobili to „specjalnie”.

A mnie się przypomina w tym momencie piękne zdanie jednej z takich kobiet:”Kiedy byłam w ciąży, nie czułam się wcale jak „chodząca trumna”. Przeciwnie, miałam bardzo głęboką świadomość, że moje ciało jest jedynym środowiskiem, w którym moje dziecko może żyć…”

Co mnie oburza w tym kontekście to, że w Polsce są jak na razie DWA (słownie dwa) hospicja perinatalne – w Warszawie i w Łodzi (chyba że jeszcze o czymś nie wiem). Ale to, jak się zdaje, nie interesuje  żadnej ze stron tego sporu.

Dla jednych bowiem aborcja wydaje się uniwersalnym i ostatecznym rozwiązaniem „problemu cierpienia”, drugim zaś zdaje się wystarcza sama moralna satysfakcja, że kobieta nie usunęła ciąży. Reszta ich nie obchodzi.

I to jest właśnie pierwszy powód, dla którego jestem przeciwna obecnym zmianom. Taki zakaz „aborcji eugenicznych” jaki się proponuje, można byłoby wprowadzić, ale… dopiero na końcu. Po zbudowaniu całej niezbędnej infrastruktury medycznej, a także (co nie mniej ważne!) klimatu społecznego, sprzyjającego rodzicom dzieci niepełnosprawnych. Bo nawet w krajach, takich jak jak Norwegia czy Francja, gdzie warunki życia osób niepełnosprawnych są znacznie lepsze, niż w Polsce, liczba takich aborcji jest bardzo duża – po prostu dlatego, że przekonano większość ludzi, że jeśli tylko można (poprzez aborcję) „oszczędzić takiemu dziecku cierpienia” (czyli po prostu życia), to tak właśnie NALEŻY postąpić.

Dlatego ja niezmiennie  wierzę w moc perswazji. Stanowczo wolę ludzi do czegoś przekonywać, niż przymuszać. Inaczej będzie to tylko „budowanie domu od komina.”

Poza tym, decyzja o przyjęciu (często na całe życie) chorego dziecka może być niekiedy wręcz heroiczna – a prawo nie może wymagać heroizmu.

Podobnie, jak w przypadku najbardziej oczywistym z możliwych: zagrożenia życia i zdrowia matki. Proszę mnie dobrze zrozumieć: oddanie własnego życia, aby ratować dziecko, uważam za rzecz wielką, piękną, godną najwyższego uznania, a wręcz aureoli. Ale do takiego stopnia świętości dorasta się stopniowo – i byłoby szaleństwem wymagać go od WSZYSTKICH kobiet. Poświęcenie, żeby było cenne, musi być dobrowolne („radosnego dawcę miłuje Bóg”).

W tym miejscu chciałabym dodać, że problem ciąży pozamacicznej, który tak rozpala emocje niektórych, dla mnie (i dla wielu bioetyków) w ogóle nie jest problemem etycznym. W zdecydowanej większości przypadków nie mamy tutaj absolutnie żadnych szans, aby ocalić życie dziecka (nawet za cenę życia matki!), tak więc właściwe jest ratowanie tego życia, które da się uratować. Wychodzę z założenia, że jedna żywa osoba jest większym dobrem, niż dwie martwe.

Podsumowując ten wątek, chciałabym stwierdzić, że gdybyśmy uchylili ten wyjątek, oznaczałoby to, ni mniej ni więcej, tylko, że życie dziecka jest dla nas więcej warte, niż życie jego matki – ona zaś sama jest tylko „opakowaniem” dla rozwijającego się dziecka. A na to, jako kobieta i jako matka, zgodzić się po prostu nie mogę.

I wreszcie sytuacja ostatnia – przypadek gwałtu. Gwałt jest jedyną sytuacją, kiedy można rzeczywiście mówić o tym, że kobieta została przymuszona do bycia w ciąży, i choć brzmi to tragicznie (jak by nie patrzeć, karę za winy gwałciciela ponosi inna istota ludzka – życie zaś owego przestępcy prawo chroni, jako – rzekomo – człowieka) należy pozostawić jej możliwość obrony przed nasieniem gwałciciela w imię jej podmiotowości. Gwałt to nie jest żadna „wola Boża”, a gwałciciel nie jest jej wykonawcą!

Wolałabym jednak, by pomoc dla kobiet zgwałconych w moim kraju obejmowała więcej, niż tylko możliwość aborcji. Pomoc psychologiczną, medyczną, wsparcie społeczne i duszpasterskie, a także pigułkę „po” – nie wczesnoporonną (na przykład czysty progesteron, zastosowany odpowiednio szybko może uchronić kobietę przed zajściem w ciążę z gwałtu). Jakże często mamy tendencję do stygmatyzowania kobiet zgwałconych i ich dzieci (czytałam o dwóch „pobożnych” sąsiadkach, które wykrzyczały w twarz zgwałconej 17-latce, że „na takie dzieci Pan Jezus nie dał zgody!”), z drugiej zaś strony, do bagatelizowania długofalowych skutków gwałtu, jeżeli tylko nie doszło do ciąży.

Na zakończenie jednak chciałabym powiedzieć zajadłym krytykom tego projektu ustawy, że jest to dopiero projekt, w dodatku obywatelski, który żeby w ogóle wejść pod obrady Sejmu, musi najpierw zebrać wymaganą liczbę podpisów. W moim przekonaniu szanse na to są niewielkie (nawet chrześcijanie są podzieleni w kwestii oceny tych konkretnych propozycji – a nawet to, po czym niektóre feministki tak demonstracyjnie „wychodziły” z kościołów – do których normalnie nie chodzą:) – to nie był jeszcze nawet list CAŁEGO EPISKOPATU, a jedynie „stanowisko” pewnej jego części).

Wyjaśniam: katolik nie może popierać aborcji, ale nie musi się to wiązać koniecznie z poparciem dla konkretnych rozwiązań prawnych.

Całą tę aborcyjną i antykatolicką  histerię (całe to straszenie nas „drugim Salwadorem” itd., co miało już zresztą miejsce w latach dziewięćdziesiątych – i okazało się nieprawdą) uważam zatem w najlepszym razie za mocno przedwczesną i przesadzoną.

 

skrajnośći (1)skrajności (2)skrajności (3)

Jeden niezły powód, by głosować na Magdalenę Ogórek.

Mogłabym teraz napisać na przykład, że „kobiety powinny głosować na kobiety” – ale, po prawdzie, tego rodzaju „seksizm” w polityce nigdy nie był mi szczególnie bliski. Szczerze mówiąc, wolę zawsze głosować po prostu na mądrego CZŁOWIEKA, polityka, nie zważając zbytnio na fakt, czy ów nosi spodnie, czy sukienkę.

Z tego samego względu raczej odpadają też wszystkie argumenty, dotyczące urody czy też młodości kandydatki – mimo, że (skoro nasza Konstytucja przyznaje prezydentowi rolę przede wszystkim „reprezentacyjną”) miło byłoby mieć na tym stanowisku osobę tak sympatyczną i ładną. Osobę, która po prostu dobrze się prezentuje,

Inna rzecz, że właśnie ta kandydatka od samego początku pada ofiarą dosyć obrzydliwych ataków właśnie z uwagi na swój atrakcyjny wygląd – i to, co jeszcze bardziej przykre, nawet ze strony polityków lewicy i etatowych feministek… A ja już jakoś tak mam, że z zasady opowiadam się po stronie (niesłusznie) prześladowanych…:)

Mam również wrażenie, że jeśli w ogóle którykolwiek ze startujących w tej dosyć mdłej kampanii ma to „coś”, co można by określić mianem charyzmy (chociaż konia z rzędem temu, kto wie, co to właściwie jest…), to właśnie ona ma jej więcej, niż wszyscy pozostali kandydaci razem wzięci. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że zdania na ten temat mogą być podzielone.

Mogłabym wreszcie oświadczyć, że zmęczył mnie już ten dwubiegunowy podział pomiędzy Platformą i PiS-em (jak gdyby żadne inne opcje w ogóle nie istniały!) i że chciałabym nareszcie, zamiast głosować ciągle tylko na „mniejsze zło”, wybrać w końcu jakieś „większe dobro.” To prawda, ale i to nie wydaje mi się w tym przypadku dość przekonującym argumentem.

Prawda bowiem jest taka, że ja, Alba, po prostu życzę sobie mieć prezydenta, który – w przeciwieństwie do tylu innych samozwańczych „ekspertów” w tej dziedzinie (takich, jak choćby profesorowie Hartman i Środa) – kiedy mówi o Kościele, to na pewno WIE, o czym mówi. Czyż to nie jest równie dobry powód, jak każdy inny?

Postscriptum: Niestety, sprawdziły się moje najgorsze przewidywania – i tzw. „nowa lewica” po wyborach ma mieć znowu antyklerykalną twarz Andrzeja Rozenka, Wandy Nowickiej (która zresztą kandydowała również na prezydenta, ale nie zdołała nawet zebrać wymaganych 100 tysięcy podpisów…), Magdaleny Środy i Jana Hartmana… Wraca stare.Mam tylko cichą nadzieję, że ten projekt (Ruch Palikota bez Palikota!:)) także nie wypali. A taka była szansa, żeby coś zmienić…