Wielki Piątek Alby.

 

Od razu mówię, że co najmniej od czasu afery bunga-bunga z udziałem nieletnich prostytutek były włoski premier, Silvio Berlusconi, nie należy do moich idoli.

 

Jednakże niedawno wystąpił on (razem ze swoją aktualną partnerką) w reklamie społecznej, w której zachęca swoich rodaków aby „na Wielkanoc wybrali życie”-i zrezygnowali ze zwyczajowego w tym kraju jedzenia jagnięciny w te święta.

 

I muszę powiedzieć, że to w pełni popieram.Jestem głęboko przekonana, iż młode baranki NIE MUSZĄ już dziś ginąć z okazji chrześcijańskich świąt – tak, jak masowo są wciąż zabijane na święta żydowskie czy muzułmańskie.Wierzę, że Jezus, Baranek Boży, zastąpił je raz na zawsze. W pewnym sensie On wybawił je więc od śmierci, tak samo jak nas.

 

„Niemożliwe jest bowiem, by krew cielców i kozłów usuwała grzechy.” (List do Hebrajczyków 10,4).

 

POSTSCRIPTUM: Z wczorajszej homilii opata tynieckiego.”My, chrześcijanie, nie mamy się czego wstydzić.Mamy Boga, który za nas umarł.”

„Konkubinat to GRZECH!” Tak, ale

Billboardy z napisem: „Konkubinat to grzech! Nie cudzołóż.” zawisły z inicjatywy Krajowego Ośrodka Duszpasterstwa Rodzin na ulicach największych polskich miast. Na plakacie złączone dłonie kobiety i mężczyzny oplata wąż…

A ja, jak zwykle, mam co tego mieszane odczucia.

Bo, choć trudno się nie zgodzić z tym, że i w Polakach, jak i wśród innych wysoko rozwiniętych społeczeństw, stopniowo zanika poczucie grzeszności czy niestosowności rozmaitych zachowań (często myśli się: „Jeżeli tylko czegoś bardzo pragniesz, to musi  być dobre z definicji – w przeciwnym razie przecież byś tego nie chciał!” – co z kolei ma w moim odczuciu podstawy w filozoficznym  założeniu, że „ludzie z natury są dobrzy” – i stąd sami, bez żadnego pouczania, WIEDZĄ, co jest dla nich dobre, a co złe – które ciągnie się przez całą historię co najmniej od epoki Oświecenia, poprzez marksizm aż po dzień dzisiejszy. Kiedyś może napiszę o tym jeszcze coś więcej.) – to uważam, że taka kampania, oparta na jednoznacznie negatywnym przekazie, może być tylko przeciwskuteczna.

I to nie tylko dlatego, że ludzie (ja też!) z zasady nie lubią przypominania im, że coś, co robią, jest nie całkiem OK – a tym TAKŻE, z natury swojej, MUSI zajmować się Kościół. I wcale nie dlatego, że prawdą jest to, co często powtarzał mój spowiednik, że „co nasDOTYKA, to nas DOTYCZY.

Tylko dlatego, że ostrość tego języka, zamiast skłaniać do refleksji,  „przekona” tylko już przekonanych. U pozostałych, szczególnie zaś u bezpośrednich adresatów (tj. u osób żyjących w różnego typu związkach niesakramentalnych) może wywołać tylko poczucie jeszcze głębszego odrzucenia i potępienia przez Kościół, od którego i tak się często dystansują.

Co mam przede wszystkim za złe językowi tej kampanii, to to, że jest tak mało… ewangeliczny. „Ewangelia” to przecież jest DOBRA NOWINA –  a jakąż to nowinę mają do zakomunikowania te billboardy? Ewidentnie złą: „Żyjesz bez ślubu? Jesteś grzesznikiem i cudzołożnikiem!” Tyle. Koniec, kropka. Nic więcej. Tylko się powiesić.

Jezus tak nie przemawiał – nawet do Samarytanki, która miała pięciu mężów i szóstego nieślubnego. Nie zaczął rozmowy z nią od napominania: „O, ty, grzeszna, zła kobieto, cudzołożnico! Najpierw się nawróć, a dopiero wtedy staniesz się godna tego, by ze Mną rozmawiać!”

Nie. On rozpoznał w niej, pod pozorami zła, jej głębokie pragnienie: wiary, miłości, prawdziwego oczyszczenia…

Co więcej, On nigdy nikogo nie odrzucał, nawet ku zgorszeniu ówczesnych „strażników moralności”, którzy szemrali: „Przyjmuje grzeszników i jada z nimi!”

A więc i Kościół, jeśli naprawdę chce być jak Matka (a nie tylko jak surowa Nauczycielka) – nie powinien nikogo „wykluczać”, lecz wszystkich przygarniać z miłością – jak o tym często mówi papież Franciszek; „Trzeba przyjmować ludzi z ich konkretną egzystencją, umieć wspierać ich poszukiwania, umacniać w nich pragnienie Boga i wolę poczucia się w pełni częścią Kościoła, także w tych, którzy doświadczyli niepowodzenia czy znajdują się w najróżniejszych sytuacjach.” (Fragment Relatio, czyli swego rodzaju dokumentu końcowego z ostatniego synodu biskupów, poświęconego rodzinie)

Tak, tym bardziej, że w praktyce duszpasterskiej często do jednego worka z napisem„Konkubinat! Grzech! Cudzołóstwo!” wrzuca się najróżniejsze sytuacje – od młodych ludzi, którzy po prostu nie mają ochoty sformalizować swego związku, poprzez tych, których na to „nie stać” (i tym według mnie Kościół najłatwiej mógłby wyjść naprzeciw, na przykład udzielając ślubów za symboliczną złotówkę – i wciąż na nowo tłumacząc, że w całej tej „zabawie” suknia, limuzyna i wystawne przyjęcie wcale nie są najważniejsze), aż po osoby żyjące w niesakramentalnych (cywilnych) związkach małżeńskich – które nierzadko bardzo pragną zawrzeć ślub kościelny, lecz nie mogą.

Jest także coraz większa grupa osób, które się zraziły do „świętej instytucji małżeństwa”, obserwując nieudane związki swoich bliskich czy znajomych. Uważam, że całkiem zasadnie pytają one: „Czyżby związek mojego sąsiada, o którym wiem, że regularnie zdradza żonę oraz często jej powtarza, że już jej nie kocha – był dla Kościoła bardziej godny szacunku, niż nasz zgodny i pełen miłości konkubinat?”

A swoją drogą nigdy jeszcze nie widziałam chrześcijańskiej reklamy ulicznej, w której by powiedziano równie dobitnie, że nie tylko konkubinat jest grzechem, ale także np. przemoc w rodzinie… Ciekawa jestem, dlaczego? Inna rzecz, że moim zdaniem osoby żyjące w „wolnych związkach” nieco idealizują swój sposób życia, nie zauważając, że niewierność czy alkoholizm to nie są problemy dotykające jedynie ślubnych małżonków. W ostatniej drastycznej sprawie tego typu 2-letniego chłopczyka zakatował na śmierć nie mąż, lecz właśnie konkubent jego matki.

Także takie osoby należałoby otoczyć troską Kościoła, aby im powiedzieć, że nie tyle ich „miłość bez papierka” – jak to chętnie nazywają – jest GORSZA, ale że z łaską sakramentu (w co wierzę głęboko!) mogłaby być jeszcze lepsza…

Może więc zamiast tylko „straszyć” ludzi grzechem cudzołóstwa, lepiej byłoby zorganizować kampanię pokazującą POZYTYWNE strony małżeństwa – taką, jak ta, w której przekonywano, że „WIERNOŚĆ JEST SEXY„?

Mam w zanadrzu kilka niezłych haseł, w rodzaju: „MAŁŻEŃSTWO. ODWAŻYSZ SIĘ?”albo: „ŚLUB NIE MUSI BYĆ KOŃCEM MIŁOŚCI. Może być także jej początkiem.”Jak Wam się to podoba?:)

Konkubinat-1-150x150 Konkubinat-21

Dzieci w świecie konsumpcji. Prezentologia stosowana.

Często spotykam się z twierdzeniem, że to dopiero szkoły i przedszkola (poprzez panujący w nich klimat rywalizacji) kształtują w naszych dzieciach chęć porównywania się z innymi i, przede wszystkim, oceniania ludzi jedynie przez pryzmat tego, co posiadają.

Ja jednak samokrytycznie uważam, że sporą cześć winy za taki stan rzeczy ponosimy także my sami, rodzice.

Czy zauważyliście na przykład, że już z wizytą do niemowlęcia „nie wypada” iść bez jakiegoś prezentu (zabawki)? W efekcie dzieci, nawet jeszcze zanim nauczą się chodzić, mają już mnóstwo rzeczy, których wcale nie potrzebują – i którymi się nie bawią.

Pewna Europejka przeszła na islam po tym, jak pracując w Bośni podczas wojny w byłej Jugosławii wróciła do rodzinnych Niemiec – i zauważyła, że chociaż dzieci na Zachodzie mają pełne szafy ubrań, zabawek i różnego typu gadżetów, i tak wciąż rozmawiają o tym, co by jeszcze chciały „mieć, mieć, mieć” – i w rezultacie nigdy nie są szczęśliwe. (Bo przecież szczęście to, w dużej mierze, umiejętność cieszenia się z tego, co się już posiada.)

Muszę się przyznać, że kiedy mój synek był młodszy, niczym rasowy spec od reklamy sama niekiedy tworzyłam w nim potrzeby i pragnienia, które wcześniej nie istniały, mówiąc do niego np. „Wiesz, chciałabym Ci to kupić!”

Sądzę, że odzywał się tu we mnie swoisty „kompleks dziecka PRL-u”: za moich czasów nie było tylu tak pięknych zabawek, jakie są dzisiaj w każdym sklepie. Do tego wszechobecne reklamy, które osaczają zewsząd tak dzieci, jak i rodziców.

W tym miejscu warto na chwilę się zatrzymać – i zrobić sobie mały rachunek sumienia. Jak na nas samych oddziałuje ich magia? Czy jest coś, czego sami nie potrafimy sobie odmówić? Ja się uczciwie przyznaję, że dla mnie czymś takim zawsze były książki…

Odkąd jednak sobie to uświadomiłam, usilnie staram się naprawić tamte wczesne błędy, na przykład tłumacząc synkowi, że pieniądze nie spadają z nieba, lecz są owocem pracy i wysiłku (rodziców) lub oszczędzania (dzieci). I że NIKT(choćby był milionerem) nie może mieć WSZYSTKIEGO.

Ważne jest też, aby wyjaśnić dzieciom iluzoryczność reklam, której one zazwyczaj nie rozumieją. Nie wiedzą, na przykład, że kupiona zabawka nie będzie poruszać się i mówić tak, jak na filmie.

Ale nawet jeżeli producenci zastawiają na nas i na naszych milusińskich coraz to nowe pułapki, nie znaczy to jeszcze, że jako rodzice jesteśmy wobec nich zupełnie bezradni.

Można np. zamiast „nowej, zupełnie zmienionej” (w rzeczywistości: na ogół tylko w jakimś szczególe) wersji zabawki czy gry, o której marzy nasze dziecko, kupić wersję poprzednią, starszą, która u progu „nowego sezonu prezentowego” będzie pewnie o połowę tańsza. Pamiętajmy: nowy sezon to nowe, droższe zabawki – i warto tę wiedzę wykorzystać w naszych polowaniach na tańsze prezenty.

Sama z powodzeniem od lat stosuję tę sztuczkę, kupując np. gry komputerowe (gwarantuję, że np. „zeszłoroczna” FIFA 13 będzie teraz sporo tańsza od najnowszej „czternastki”) i planszowe, typu Monopoly czy Hot Wheels.

Poza tym warto rozpocząć świąteczne zakupy już październiku lub listopadzie.

I to nie tylko dlatego, że mniejszy jednorazowo wydatek to mniejsze ogólnie obciążenie dla domowego budżetu – ale przede wszystkim dlatego, że im bliżej Świąt, tym ceny będą wyższe, a wybór mniejszy.

Tym sposobem zyskujemy też coś niebywale cennego: dodatkowy CZAS na zastanowienie się, co naprawdę komu by się przydało.  Szczerze mówiąc, nigdy nie uważałam za właściwe obdarowywania się w rodzinie pieniędzmi ze słowami: „A, weź, kup sobie coś!” Dla mnie to oznacza ni mniej ni więcej, tylko: „Wiesz, nie znam Cię na tyle, by wiedzieć, co Ci sprawi przyjemność. I nie mam czasu ani ochoty, by się nad tym zastanowić.” A przecież nawet „nietrafiony” prezent świadczy o tym, że ktoś przynajmniej próbował. Ale prezenty kupowane w ostatniej chwili to bardzo rzadko trafione prezenty!

Wiele niebanalnych – i niedrogich! – rzeczy można też nabyć przez serwisy aukcyjne, np. Allegro. Znalezienie ciekawej i bezpiecznej zabawki (szczególnie dla dzieci poniżej 3. roku życia) pośród tej chińskiej tandety, jaka zalewa nasz rynek, może być o wiele łatwiejsze w Internecie, niż gdzie indziej.

Nade wszystko zaś warto uważnie obserwować swoje dziecko, by wiedzieć, czym się aktualnie interesuje. O czym marzy? I co sprawiłoby mu prawdziwą radość?

Także po to, by nie powiększać bezsensownie zasobu rzeczy, zalegających bezużytecznie na dziecięcych półkach, w pudłach i w szufladach.

I dlatego mój synek w tym roku dostatnie na Boże Narodzenie książkę z eksperymentami naukowymi dla przedszkolaków, a córeczka – miauczącego kotka z pluszu (moja młodsza latorośl jest wielką kociarą – wszelkie żywe stworzenia to dla niej „kicie.”:)).

Warto zresztą przed świętami zrobić wraz z dzieckiem przegląd jego zabawek: powyrzucać uszkodzone, naprawić te, które jeszcze nadają się do działania. Może to być także zachęta do dzielenia się z innymi, biedniejszymi kolegami.

Nie bez przyczyny ks. Twardowski przecież mówił, że ten „zły” bogacz, piętnowany przez Ewangelię, to ktoś, kto „ma wszystko tylko dla siebie.”

Zaplątani w…bieliznę.

Przypadkowo podczas otwierania innych stron internetowych zauważyłam wyskakujące okienko, a w nim reklamę bielizny oraz formularz do złożenia zamówienia. Tuż nad lukami do wypełnienia widniał napis, a zarazem oświadczenie: „Tak,proszę o przysłanie mi stringów i biustonosza… w cenie promocyjnej 19,90zł (wartość zestawu 137,70zł) + koszty przesyłki 9,90 zł. Tym samym przystępuję do grona Klientek…bez zobowiązania do dalszych zakupów. Po otrzymaniu przesyłki będę miała okazję zapoznać się z przywilejami przysługującymi Klientkom… i zdecyduję, czy chcę pozostać Klientką… także w przyszłości. Jeśli nie, poinformuję o tym Firmę.”

No, proszę – zawsze uważałam, że jestem tak bardzo asertywną i ostrożną osobą, że żadna taka reklama nie zrobi na mnie wrażenia – a jednak, gdy któregoś dnia zadzwoniła do mnie pewna miła panienka, zrobiło mi się jej zwyczajnie żal (w końcu każdy musi jakoś zarabiać na życie…) i na swoje nieszczęście zgodziłam się na kupno kompletu bielizny damskiej „w bardzo atrakcyjnej cenie.”

Zanim jednak zgodnie z umową po kilku dniach otrzymałam pisemne potwierdzenie zamówienia, namyśliłam się i zmieniłam zdanie. Zadzwoniłam pod numer tej infolinii i zgłosiłam rezygnację, dobrze wiedząc, że konsument może, w określonym terminie, odstąpić od transakcji kupna-sprzedaży bez podawania przyczyny. A już na pewno wtedy, gdy zwykła rozmowa telefoniczna traktowana jest jako wiążące zobowiązanie do zakupu.  Nic mi to jednak nie pomogło.

Swój „komplet promocyjny” owszem, dostałam, a później…zaczęły regularnie przychodzić paczki z następnymi towarami, których, jako żywo, nigdy nie zamawiałam. Mało tego, zaczęły też przychodzić „wezwania do zapłaty” kolejnych, coraz wyższych sum. Zdesperowana sięgnęłam od Internetu po informacje o owej firmie, co to tak lubi uszczęśliwiać ludzi na siłę, a tam, jak się okazało, aż roi się od następujących opinii:

„…byłam ich klientką 1,5 roku; bielizna jest ok, ale jest wielki problem, żeby się wycofać- nie radzę!”

„…nie mogę się od nich uwolnić. Gdy napisałam, że już nie chcę dostawać przesyłek, to mi odpisali, że pomylili ofertę i dostanę inne, teraz czekam, co będzie…

Myślałam, że bez problemu można zrezygnować z ich usług...”  (Ja też!)

„Ponad pół roku temu zamawiałam u nich top i majtki – i do tej pory niczego nie dostałam. Ale za to otrzymuję wezwania do zapłaty za rzeczy, których nie zamawiałam i na oczy nie widziałam.

Ta bielizna nie jest wcale lepsza od tych, które normalnie ukazują się na rynku, a i ceny też nie są konkurencyjne. Uwolniłam się od tej firmy  zupełnym przypadkiem. Dostałam raz i drugi przesyłkę podczas mojej dłuższej nieobecności w domu. W związku z tym otrzymałam upomnienie o zapłatę rachunku. Po uiszczeniu opłat i po drugiej zwłoce bielizna przestała przychodzić.

„Ich jakość także pozostawia wiele do życzenia.Po kilku praniach wszystkie,obojętnie czy oryginalnie były czerwone, niebieskie czy granatowe, przybierają kolor niezbyt ładnego szarego...”

„Ja również dałam się  naciągnąć… pierwszy komplecik był uroczy … jako następne natomiast dostawałam wielkie gacie na pół pupy, w kolorach raczej mało uroczych!Zatrudniłam prawnika i dopiero Rzecznik Konsumenta mi pomógł…

Ale są i głosy pełne pocieszenia:

„Mam ciocię, która pracuje na poczcie i poinformowała mnie, że jeżeli coś zamawiamy i przesyłka przychodzi zwykłym listem, a my nic nie podpisujemy, to takie przesyłki często giną. Mógł je wiatr zdmuchnąć, mogły komuś innemu się przydać. Takie przesyłki nie są odnotowywane i firma, która je wysyła, nie ma podstaw do wytyczenia sprawy o niezapłacenie. Tak, że powodzenia i miłego noszenia Wam życzę.”

„Oczywiście, jest to chamstwo, jeśli coś zamawiasz i nie płacisz. Natomiast jak nazwać wciskanie towaru, po tym, jak zrezygnowałeś z usług danej firmy?Naciąganiem? Bałaganem i brakiem kompetencji? Superchamstwem? A wysyłanie upomnień – żądań zapłaty przy braku możliwości udowodnienia, że wysłano towar, kwalifikuje się do zgłoszenia do prokuratury. Ale oczywiście szkoda się w to bawić, bo nie ma żadnych prawnych podstaw do upomnień.”


A pewna młoda studentka prawa napisała tak:

„Dziewczyny, jeśli dostajecie przesyłki od tej Firmy (czyli 3 pary majtek w każdej paczce) za które trzeba zapłacić niemałe pieniądze, to NIC NIE PŁAĆCIE – TO JEST ICH SPOSÓB NACIĄGANIA-TYPOWE WYŁUDZENIE. Jeśli nawet zachowacie sobie tę przesyłkę, to nie musicie za nią płacić. Jest to zgodne z prawem i nic nie mogą Wam zrobić. Po prostu zadzwońcie do siedziby tej Firmy i powiedzcie żeby nic więcej nie wysyłali, ponieważ nie składałyście żadnego zamówienia. Ja tak właśnie zrobiłam, ponieważ na zajęciach z prawa cywilnego profesor powiedział, że ich działania są typowym wyłudzeniem oraz są niezgodne z normami prawnymi:jeśli coś zamawiamy, to dostajemy to zawsze przesyłka poleconą – w tym przypadku jest to tylko list zwykły, którego nikt nie podpisuje- proste?

A jeśli o mnie chodzi, to wysłałam do tej Firmy kolejnego już e-maila tej treści: „Szanowni Państwo! Po raz kolejny proszę o skreślenie mnie z listy Klientów – biorąc pod uwagę, że nie poinformowano mnie wcześniej, że jednorazowe skorzystanie z Państwa „oferty promocyjnej” wiąże się z koniecznością dokonywania dalszych zakupów i przysyłaniem towarów, których NIE ZAMAWIAŁAM, nie czuję się prawnie ani moralnie zobowiązana do regulowania jakichkolwiek dalszych roszczeń na Państwa rzecz. „Monity” Państwa, które zresztą nie mają mocy prawnej, nie będą przeze mnie uwzględniane. Z poważaniem.”

Miałam nadzieję, że zadziała… Nie zadziałało… W piątek przysłali mi zawiadomienie, że jeśli chcę zrezygnować z kolejnej przesyłki, muszę ich o tym poinformować do dnia 25 września, inaczej znowu wyślą bez pytania… W ogóle nie przyjmują do wiadomości, że ktoś może chcieć ZUPEŁNIE się wycofać! I co ja mam z tym fantem zrobić?!

Zdaję sobie sprawę z tego, że opisany przeze mnie problem nie dotyczy jedynie bielizny. W ten podobny sposób próbuje się sprzedawać ludziom kosmetyki, książki a nawet… dewocjonalia (sama dostałam kiedyś przesyłkę ze „specjalnie pobłogosławionym przez papieża” różańcem, za który należało zapłacić na konto jakiejś enigmatycznej fundacji). Jeśli więc macie za sobą podobne doświadczenia – proszę, podzielcie się nimi…