Stealthing- krótkie studium zjawiska.

Ktoś kiedyś powiedział, że w dzisiejszych czasach seksualność, tak jak wszystko inne, stała się kwestią MODY. Jednego roku modne jest mleko i dziewictwo, a innego- whisky z colą i sado-maso. I wydaje mi się, że tzw. „stealthing”, zjawisko dość nowe, może być właśnie jedną z takich mód.

 

Niezorientowanym wyjaśniam, że chodzi o coraz powszechniej występującą – zwłaszcza w USA – sytuację, gdy mężczyzna nie tyle odmawia założenia prezerwatywy, co oszukuje partnerkę, że ją założył – lub zdejmuje ją już w trakcie stosunku.

 

Oczywiście, praktyka taka może mieć wiele poważnych następstw, jak choćby ryzyko niepożądanej ciąży lub zarażenie się chorobami przenoszonymi drogą płciową (z których najgroźniejszą jest AIDS).

 

Niektórzy widzą w tym przejaw chęci męskiej dominacji nad kobietami, a amerykańskie feministki już grzmią, aby postępujących w ten sposób panów karać na równi z gwałcicielami. Sprawa jednak nie wydaje mi się aż taka prosta – i stąd ten post.

 

Oczywiście, jest to pewnego rodzaju nieuczciwość, nadużycie zaufania, być może nawet jakaś forma nadużycia seksualnego (skoro narażamy tu bezpieczeństwo własne i partnera). Sam termin można byłoby chyba najlepiej przełożyć na polski jako „kradzież zaufania.” Niemniej, mam trudności z podciągnięciem tego pod klasyczną definicję gwałtu, skoro wcześniej nastąpiła obopólna, świadoma zgoda dorosłych ludzi na seks.

 

Gdybyśmy założyli inaczej, trzeba byłoby też przyjąć, że mężczyzna ma obowiązek założyć prezerwatywę zawsze, gdy partnerka tego zażąda. W takim ujęciu stosunek seksualny staje się niczym więcej, jak tylko rodzajem umowy – i każda ze stron może zostać pociągnięta do odpowiedzialności (karnej!) za złamanie jej warunków. Taka definicja niezbyt mi się uśmiecha, ale trudno. Możliwe, że jestem zbyt romantyczna czy też staroświecka.

 

Ale idąc tym torem, należałoby chyba w podobny sposób karać kobiety, które bez wiedzy partnera odstawiły pigułki antykoncepcyjne? Ciekawe, jak taki pomysł spodobałby się amerykańskim feministkom… Nie wiem, dlaczego autonomia kobiety miałaby być w tym przypadku ważniejsza od autonomii mężczyzny?

 

Szczerze mówiąc, nigdy nie mogłam pojąć dlaczego… jeśli mężczyzna pragnie mieć dziecko, a kobieta nie – nazywamy to gwałtem. Natomiast, jeśli kobieta chce dziecka, a mężczyzna nie – mówimy, że to „niespodzianka.” Według mnie w obydwu przypadkach mamy do czynienia z podobnym poziomem nieuczciwości.

 

Moim zdaniem, karać należałoby jedynie osoby, które w sposób świadomy narażają innych na utratę życia lub zdrowia – jak w przypadku celowego zakażenia chorobą weneryczną.

 

Poza tym, można też rozpatrywać stealthing jako nieudolną i głupią, to prawda, ale jednak, próbę obrony swojej godności/męskości przez facetów, upokorzonych faktem, że są zmuszeni do stosowania prezerwatyw zawsze i wszędzie. Warto dodać, że nawet te wyznania, które, jak judaizm, w sposób liberalny traktują kwestię antykoncepcji dla kobiet, do męskiej płodności podchodzą na ogół bardzo poważnie.

 

Zauważmy, że istnieje nawet specjalny Dzień bez Prezerwatywy (obchodzony już niebawem, bo 28 maja).

 

I chociaż zdecydowanie NIE POLECAM świętowania tego dnia (przede wszystkim z uwagi na rozliczne niebezpieczeństwa zdrowotne) ludziom nie będącym w stałych, wiernych związkach -to wyraża on moim zdaniem głęboką, choć nie zawsze uświadomioną, tęsknotę ludzi za seksem w pełni „naturalnym”, pozbawionym wszelkich ograniczeń.

 

Ostatecznie – za zaufaniem i miłością, które daleko wykraczają poza logikę seksu rozumianego jako zwykła umowa dwustronna.

 

Logika ta, jak zresztą przekonałam się niedawno, może mieć wręcz przerażające następstwa. Oto na jednej ze stron internetowych pewna pani nazwała swoją zdradę małżeńską „zwykłą przygodą seksualną dorosłej kobiety” – tłumacząc jednocześnie, dlaczego „musi” się pozbyć niechcianych następstw tej zupełnie niewinnej „przygody”. Bo mąż „nie zrozumiałby, że to nie jego dziecko.” Jasne – dziecka przecież nie było w kontrakcie, prawda? I w drugą stronę – czytałam też o pewnym panu, który domaga się pociągnięcia do odpowiedzialności karnej swojej byłej, która, wbrew wcześniejszym ustaleniom (i temu, że za to zapłacił!) odmówiła usunięcia ciąży. No, cóż – jak umowa-to umowa! 🙁

 

Komu nie podawać ręki?

Jakiś czas temu dziennikarze „Więzi”, nazywanej „katolickim think tankiem” zainicjowali akcję „Przekażmy sobie znak pokoju”, skierowaną w stronę środowisk LGBT.

Na plakacie promującym tę jakże piękną ideę zobaczyliśmy dwie dłonie złączone w uścisku – jedną oplecioną różańcem, drugą zaś – z tęczową opaską na nadgarstku.

podanie-reki

Rozumiejąc i podzielając szlachetnie intencje organizatorów – Jezus wszak zasiadał do stołu z „celnikami i grzesznikami”, nie stawiając im żadnych warunków wstępnych (nie wiemy nawet, czy WSZYSCY uczestnicy tych spotkań masowo się nawracali – bardziej prawdopodobne jest raczej, że nie) – wydaje mi się jednocześnie, że wiem, dlaczego to nie wypaliło.

Proszę mnie dobrze zrozumieć, ja naprawdę nie mam najmniejszego problemu z przyjaznym odnoszeniem się do osób homoseksualnych (a tym bardziej z prostym gestem podania ręki). Ba, jestem nawet przekonana, że Kościół powinien przemyśleć na nowo niektóre aspekty swego nauczania na ten temat. Na przykład, Katechizm mówi, iż w odniesieniu do takich osób „należy unikać wszelkich oznak niesłusznej dyskryminacji.” Z tego niezbyt zręcznego sformułowania niektórzy mogliby wysnuć wniosek, że istnieje także dyskryminacja słuszna i uzasadniona…

Poza tym, choć Katechizm wyraźnie stwierdza, że osoby takie „nie wybierają swojej skłonności”, a Kościół za grzeszne uważa jedynie czyny (akty) o charakterze homoseksualnym,  to jednak w codziennej praktyce duszpasterskiej ta różnica bardzo często ulega zatarciu – i mówi się o osobach homoseksualnych wyłącznie w kontekście dewiacji i „gorszenia młodzieży”…

Tymczasem ja jestem przekonana, że pomiędzy osobami tej samej płci jest możliwy także głęboki związek uczuciowy, oparty na głębokiej przyjaźni, wierności i wzajemnej pomocy – niekoniecznie z komponentem seksualnym. Tak więc wszelkim próbom sprowadzania tego wyłącznie do „zboczonego seksu” zawsze będę się sprzeciwiać. A niestety, czasami odnoszę wrażenie, jak gdyby część ludzi uznawała homoseksualistów za istoty niezdolne do uczuć wyższych, skoncentrowane jedynie na kopulacji – to obrzydliwe i poniżające. Między ludźmi, oprócz seksu, jest jeszcze miłość, wzajemne przywiązanie, itd. A seks między osobami tej samej płci, jeśli nawet jest grzechem, to TYLKO takim samym, jak każde inne współżycie seksualne pomiędzy osobami, które nie są małżeństwem! A na pewno nie większym!

Jednakże jeśli chodzi o sam plakat, to problematyczny wydaje mi się już sam dobór grup, które mają się ze sobą jednak. Z jednej strony – geje, lesbijki i osoby traspłciowe, a z drugiej strony „katolicy.” Rozumiem zatem, że przedstawiciele pierwszej grupy nie należą (czy też nie mogą należeć) do drugiej? Nie wiedziałam…

Druga możliwość jest taka, że ta dłoń z tęczową opaską nie symbolizuje WSZYSTKICH osób homoseksualnych i transpłciowych, a jedynie pewną wąską – i niestety często dość agresywnie antyklerykalną – grupę „działaczy LGBT”. Obawiam się, że tak właśnie ten przekaz zrozumieli nasi biskupi, stwierdzając autorytatywnie, że środowiska katolickie nie mogą brać udziału w takiej akcji.

znak-pokoju

Oczywiście, można tu zarzucić hierarchom nadmierną bojaźliwość i powiedzieć, że wezwanie do zaniechania wzajemnej nienawiści nie musi koniecznie oznaczać zaraz żądania zmian w doktrynie (np. mówiącej o tym, że małżeństwo to związek mężczyzny i kobiety). Kiedy Jezus ucztował z grzesznikami, niekoniecznie oznaczało to, że aprobował wszystkie ich czyny, prawda? I naprawdę chciałabym wiedzieć, czy np. obecny prymas Polski zdobyłby się dziś na Jezusową odwagę i przyjął na obiedzie np. Roberta Biedronia bez obawy o to, że może to zostać odebrane jako „pochwała  grzechu”? Czy raczej strach, by się nie skalać przez sam kontakt z grzesznikiem by przeważył?

Trzeba przyznać, że tej sprawy nie ułatwili również sami organizatorzy akcji, którzy niekiedy plątali się w zeznaniach – czy chodzi im tylko o zmianę języka, zaprzestanie wzajemnie obelżywych wypowiedzi – czy też może jednak o zmianę oficjalnego nauczania Kościoła o małżeństwie i seksualności.

Zasadnie wydawały mi się mi się także pojawiające się tu i ówdzie sugestie, ażeby, skoro pojednanie ma być obustronne i szczere, również strona LGBT zdobyła się na przeprosiny za niektóre antychrześcijańskie wypowiedzi i prowokacje. Do takowych przeprosin jednak nie doszło.

I tak oto wzajemne zaszłości i uprzedzenia doprowadziły do fiaska niegłupiej idei. Szkoda.

Miłość, seks i ich (niektóre:)) następstwa…

Wytrwale (choć nie zawsze skutecznie) walcząc z depresją w czasie ostatniej ciąży i tuż po niej, jak zwykle ratowałam się, czytając książki. Oczywiście o rodzinach takich, jak moja, tzn. wielodzietnych.

Notabene, muszę jeszcze raz podkreślić, że za moich czasów rodzina z trójką dzieci to była po prostu przeciętna, polska rodzina, a nie żadna tam „wielodzietność.” Sama mam dwójkę rodzeństwa, podobnie mój mąż.

Czasy się jednak wyraźnie zmieniają, ponieważ – co skonstatowałam z pewnym zdziwieniem – w klasie mojego syna on jeden ma brata i siostrę… Dobrze więc, przyjmijmy, że jestem „wielodzietna.”

Pocieszam się jednak, że może być jeszcze „gorzej”, jak stwierdziłam po lekturze książki  Justyny Walczak „Dom pełen kosmitów – czyli jak nie zwariować z dziewiątką dzieci w dziesiątej ciąży.”

Co ciekawe, autorka z zawodu jest lekarką, więc nie można powiedzieć, że „dorobiła się” tak licznej gromadki, ponieważ po prostu „nie wiedziała,  jak się zabezpieczać.” Co więcej, na początku małżeństwa w ogóle nie chciała mieć dzieci, pragnęła raczej realizować się zawodowo – a i przed poczęciem tytułowego „dziesiątego” kosmity planowała właśnie wrócić do pracy.

Zabawnie opisuje np. ten specyficzny „sport małżeński”, jakim jest w ich domu… kupowanie testów ciążowych (z których mniej więcej co dziesiąty okazuje się pozytywny:)): „Mój mąż wyszedł, mamrocząc coś pod nosem na temat wspierania przemysłu farmaceutycznego.”

Zazwyczaj przy okazji „takich” rodzin mówi się o nieodpowiedzialności czy wręcz o patologii, tutaj jednak nie zauważyłam ani jednego, ani drugiego. Tylko mnóstwo miłości, sporo poczucia humoru i garść mądrych przemyśleń na temat, na przykład, polskiego systemu oświaty (ja też uważam, że promuje „przeciętniaków” i wynagradza tych, którzy nie lubią się zbytnio „wychylać”, nawet w obronie innych).

Ot, zupełnie zwyczajna polska rodzina – z całkiem typowymi problemami. No, może niekiedy tylko… pomnożonymi przez dziesięć. 🙂

Podobną atmosferę odnalazłam w książce „Masakra piłą mechaniczną w domu Terlikowskich” – autorstwa małżonków Tomasza i Małgorzaty (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa:)).

Obraz „katola z Warszawy” (jak sam siebie określa), jaki wyłania się z tej książki, znacząco różni się od złowrogiego wizerunku „taliba” i kobietożercy, wykreowanego przez liberalne media i feministki. Widzimy tu nowiem człowieka, który nie tylko potrafi w potrzebie czule przytulić każdą ze swoich licznych (pięciorga!) pociech, ale także np. zrobić zakupy i prasowanie. Ja też miałam okazję poznać go od tej „bardziej ludzkiej” (a może po prostu – bardziej prawdziwej?) strony – ponieważ kiedyś bardzo mi pomógł.

Sam Terlikowski zresztą ma do swojego medialnego wizerunku wiele dystansu, gdy pisze np. „Przecież wiadomo, że my-konserwatyści nie pytamy żon o zdanie! My je wiążemy, kneblujemy i zapładniamy!” Hehe…

Sukcesu wydawniczego tej książki (bo widocznie znalazło się całkiem sporo ludzi, którzy chcieli, tak jak ja, „zajrzeć redaktorowi w garnki”:)) nie mogła najwyraźniej przeboleć niezastąpiona Eliza Michalik (notabene dawna konserwatystka, nawrócona na skrajny feminizm…), która stwierdziła, iż to dlatego, że Terlikowski, udzielając wywiadu dla Superstacji, rzekomo zyskał „darmową reklamę” dla swojej publikacji.

Chciałabym się mylić, ale mam nieodparte wrażenie, że gdyby chodziło np. o autobiografię posłanki Anny Grodzkiej lub przynajmniej prezydenta Słupska, to tego rodzaju „promocja” w macierzystej stacji pani redaktor nie wydawałaby się jej niczym niestosownym…

Nie ukrywam, że po książkę Marty Brzezińskiej-Waleszczyk „Wszystko, co chcecie wiedzieć o seksie bez antykoncepcji, ale boicie się zapytać” (notabene, wśród par przepytanych przez autorkę znaleźli się również Terlikowscy), sięgnęłam przede wszystkim z uwagi na ostre spory i kontrowersje, które ta publikacja wzbudziła zwłaszcza wśród „ortodoksyjnych katolików” – to znaczy tych, którzy uważają, że nawet NPR to już „katolicka antykoncepcja”, a zatem „grzech i obraza boska” (bo sprzeciwia się, rzekomo, „woli bożej”).

I muszę niestety powiedzieć, że trochę mnie ta książka rozczarowała – mimo że obala między innymi stereotyp „NPR=całe tabuny dzieci” i mimo, że zawiera sporo stwierdzeń, z którymi się zgadzam. Bo oprócz tego zawiera, niestety, ciągłe podkreślanie „heroiczności” czasu abstynencji, oraz dość kategoryczne odrzucenie już nie tylko antykoncepcji, ale i wszelkich innych poza „właściwym, pełnym stosunkiem” form fizycznej bliskości, jako rzekomo niezadowalających i w ogóle „nie wartych zachodu.” A z taką logiką („Albo WSZYSTKO – albo NIC!”), absolutnie nie mogę się pogodzić. Wydaje mi się, że ludzka seksualność ma jednak nieskończenie wiele więcej barw i odcieni.

Napisana w formie listów do przyjaciółek i wielokrotnie już tu przeze mnie wspominana książka Constanzy Miriano „Wyjdź za mąż i poddaj się!” to za to bezsprzecznie… najbardziej błyskotliwa i zabawna  ”konserwatywna” książka o małżeństwie i rodzinie, jaką kiedykolwiek zdarzyło mi się czytać.

Nawet, jeśli nie do końca zgadzam się ze wszystkimi poglądami autorki – jak chociażby z tym, jakoby zmienianie pieluszek własnym dzieciom ujmowało mężczyznom męskości (sic!) – to i tak pękałam ze śmiechu, czytając na przykład jakże prawdziwe zdania typu: „Odkąd jesteśmy rodzicami, w najbliższej aptece wisi nasze zdjęcie z podpisem: „NASI DOBRODZIEJE.””  lub: „Nie obraź się, droga przyjaciółko, ale muszę Ci powiedzieć, że ostatnio trochę się zaniedbałaś. Szczerze powiedziawszy, to wydajesz się teraz równie atrakcyjna, jak wezwanie z Urzędu Skarbowego.” 

Natomiast wywiad Magdaleny Rigamonti z małżeństwem ginekologów, Marzeną i Romualdem Dębskimi „Bez znieczulenia: Jak powstaje człowiek” kupiłam chyba ze względu na… znajomych. Na lekarzy ze Szpitala Bielańskiego i nie tylko, których miałam szczęście spotkać i i na kartkach tej książki i w życiu. Na lekarzy takich, jak dr Adam Koleśnik  (w książce zwany pieszczotliwie „Adasiem”) z przychodni na Agatowej, który robił Bogusiowi echo serca przed narodzeniem. I do dziś nie mogę wyjść z podziwu, jak człowiek, który na co dzień styka się z tyloma przypadkami cierpienia i śmierci małych pacjentów, może być jednocześnie tak pogodny – jak beztroski dzieciak! Nigdy chyba nie śmiałam się tyle, co podczas tamtego badania. A przy tym, jak dowiedziałam się z tej książki, jest to jeden z najwybitniejszych w Polsce specjalistów od kardiologii prenatalnej!

A sama książka? No, cóż. Jest dziwna. Niejednoznaczna. Bo z jednej strony państwo profesorostwo wielokrotnie podkreślają, że według ich najlepszej wiedzy „człowiek jest od początku” (tj. od połączenia komórki jajowej i plemnika) i że są „za życiem” – a z drugiej mówią np. że rodzicom dzieci z Downem „miłości wystarcza na trzy lata”. Z jednej strony opowiadają o niesamowitych zabiegach wewnątrzmacicznych, ratujących życie bardzo chorych dzieci, a z drugiej – o wewnątrzmacicznej eutanazji, którą przeprowadza się przez wkłucie w pępowinę zastrzyku z trucizną (brrr!), bo to, rzekomo „w sensie bólowym”, jest dla dziecka… lepsze…

Profesor deklaruje przyjaźń z Kazimierą Szczuką i „prawo kobiet do decydowania o sobie” (czytaj: do aborcji) – a jednocześnie opowiada o „złotych” dla tego prawa czasach PRL-u, kiedy to trafiały mu się pacjentki przerywające ciążę po kilkanaście razy w życiu – i o tym jak wówczas próbował je przekonywać, by tego nie robiły. No, i to on jest tym „bezdusznym lekarzem” który odmówił wykonania aborcji u samej Alicji Tysiąc. Skomplikowane to wszystko, prawda? Chyba trzeba ich znać osobiście, żeby zrozumieć, w jaki sposób mogą pogodzić to wszystko w sobie.

A ostatniej książki, którą chciałabym Wam dzisiaj polecić, „Zawołajcie położną”Jennifer Worth, nie mam już niestety przy sobie.

Oddałam ją innemu wspaniałemu lekarzowi ze Szpitala Bielańskiego, jako  mój skromny „dowód wdzięczności” (ciekawe, co na to CBA?:)) za opiekę, jaką mnie otoczył podczas ostatniej ciąży i porodu.To i tak o wiele za mało.

Mogę Wam jednak zagwarantować, że te historie z ery „przedpigułkowej”, kiedy to w Anglii rodzina z dziesięciorgiem dzieci nie była wcale rzadkim zjawiskiem, spisane przez emerytowaną położną, wciągają lepiej, niż najlepszy kryminał! Na podstawie tej książki telewizja BBC wyprodukowała serial („Z pamiętnika położnej”), który jednak, mam wrażenie, nie oddaje całego kolorytu oryginału.

Mnie samą na przykład najbardziej poruszyła historia mieszanej pary z dwudziestką piątką (tak, tak – to nie pomyłka!:)) pociech, która chyba dlatego tworzyła tak zgodne i kochające się małżeństwo, że on- stateczny Anglik, nie mówił ani słowa po hiszpańsku, zaś ona – piękna Hiszpanka, ani słowa po angielsku!:)

Albo inna, dużo bardziej dramatyczna historia kobiety, którą ubóstwo zmusiło do oddania wszystkich swoich dzieci do państwowego przytułku, gdzie w krótkim czasie wszystkie poumierały. I nie działo się to bynajmniej na Czarnym Lądzie ani w średniowieczu – ale w królestwie Wielkiej Brytanii jeszcze w XX wieku…

Dlaczego Kościół sprzeciwia się „sztucznej” antykoncepcji?

Ponieważ pytanie to bardzo często przewija się na blogu (zwłaszcza pod moimi wpisami na temat NPR), uznałam, że jest na tyle istotne, że warto mu poświęcić osobny artykuł.

Od razu mówię, że nie wierzę, by przyczyną owego sprzeciwu było to – jak to z właściwym sobie brakiem subtelności ujął kiedyś tygodnik „NIE” – że Kościół żąda po prostu ciągłego dopływu nowych owieczek, aby móc je „strzyc” do skóry – choć to sam papież Pius XI w encyklice Castii Conubii [O małżeństwie chrześcijańskim] z roku 1931 stwierdził,wprost że stałe”ofiarowywanie” Kościołowi nowych Dzieci Bożych jest podstawowym obowiązkiem małżeństwa (inne cele, jak wzajemna pomoc czy miłość małżonków, określone zostały w tym tekście zaledwie jako „drugorzędne”).

Trzeba jednak oddać temu papieżowi, że jako pierwszy tak wyraźnie zaznaczył, że nie ma nic zdrożnego w utrzymywaniu stosunków małżeńskich przez osoby „które czy to z powodu wieku, czy też dla innych jakichś ułomności potomstwa spodziewać się nie mogą.”  Dodał także mimochodem, że „dla ratowania życia” możliwe jest nawet „okaleczenie ciała” (przez co można chyba rozumieć także „ubezpłodnienie”,w innych wypadkach całkowicie zakazane i grzeszne).

Nie przekonuje mnie też znana narracja feministyczna, jakoby zakaz ten miał służyć jedynie sprawowaniu kontroli nad kobietami przez rządzących Kościołem mężczyzn – czyli w istocie utrzymywaniu dawnego „patriarchalnego porządku.” – mimo że rzeczywiście papież Pius XI wraz z rozwodami, antykoncepcją i aborcją potępił „hurtem” także emancypację i równouprawnienie kobiet – stwierdzając dosłownie, że dla porządku społecznego w stosunkach pomiędzy płciami „wskazana jest pewna nierówność.”:)

Sądzę bowiem, że (podobnie jak w wielu innych przypadkach) prawdziwych źródeł takiego nauczania a nie innego Kościoła trzeba szukać gdzie indziej – w poglądach naukowych i filozoficznych, a także w ogólnym klimacie obyczajowym epoki, w której rodziło się chrześcijaństwo.

Przede wszystkim, warto sobie uświadomić, jak niewiele wówczas wiedziano o fizjologii człowieka – dość powszechnie przyjmowano na przykład, że jedynym „nośnikiem życia” (a w istocie już miniaturową, autonomiczną istotą ludzką! – średniowieczny homunkulus) jest męska sperma, która w ciele kobiety jedynie znajduje odpowiednie warunki do rozwoju (nie sądzono bowiem, aby  „bierny” pierwiastek żeński mógł odgrywać jakąkolwiek czynną rolę przy poczęciu). Z tej racji również współczesne wspólnoty żydowskie – wyrastając z tego samego starożytnego źródła –  spośród wszystkich metod antykoncepcyjnych szczególnie sceptycznie odnoszą się do…prezerwatywy, widząc w niej najbardziej jaskrawe naruszenie micwy (przykazania) „peru urewu” („bądźcie płodni!”) – która to ma się odnosić przede wszystkim do mężczyzn. W takim ujęciu kobieta była jedynie „naczyniem” które nosi w sobie życiodajne męskie nasienie. (I dlatego dziś jeszcze część duszpasterzy uważa za moralnie dopuszczalne intymne pieszczoty żony przez męża poza „właściwym” stosunkiem, lecz już nie odwrotnie – te drugie bowiem mogą się wiązać z niekontrolowanym wytryskiem nasienia:)). Tak więc każde działanie, zmierzające do zniszczenia owej „mocy życia”, zrównywano praktycznie z zabójstwem – a to już, jak wiadomo, jest zbyt poważna sprawa, by Kościół mógł się nie wypowiadać.

Nie znając przeto mechanizmów zapłodnienia, nagminnie mylono środki „antykoncepcyjne” z poronnymi – i tych drugich używano często jako pierwszych. Były one zresztą nierzadko tak szkodliwe dla zdrowia, że powodowały śmierć nie tylko płodu, ale i matki, stąd sam Hipokrates zakazywał swoim uczniom ich podawania. Parały się tym zatem rozmaite „babki-zielarki”, które poza tym przeprowadzały także aborcje (czytałam gdzieś, że w szczytowym okresie rozwoju Cesarstwa spędzanie płodu stało się praktyką tak powszechną, że ciała dzieci zatykały urządzenia kanalizacyjne w Wiecznym Mieście) i trudniły się magią – a na takie praktyki Kościół zawsze patrzył podejrzliwym okiem.

Natomiast pod wpływem prądów neoplatońskich (gnostyckich) chrześcijaństwo późnej starożytności zaczęło coraz bardziej przeciwstawiać „dobrą” duszę człowieka jego ciału, które zaczęto postrzegać w dużej mierze jako złe, grzeszne i skalane – co na wieki całe naznaczyło całą naukę o ludzkiej seksualności.

Święty Augustyn, notabene były manichejczyk, którego poglądy w przemożny sposób ukształtowały kościelne przekonania w tej kwestii, okazuje się więc całkiem typowym intelektualistą swojej epoki, gdy mówi:„Rozpustne to okrucieństwo albo raczej okrutna rozpusta zapędza się nieraz tak daleko, że używa trucizn przeciw zapłodnieniu, a gdy zawiodą, niweczy jakimiś środkami poczęty płód w łonie i spędza go. Wolą tacy ludzie,by potomstwo już ginęło, nim jeszcze żyć zaczęło, lub, gdy już było w żywocie, wolą je zabić, niż mu pozwolić ujrzeć światło.” (Podkreślenia moje).

Biskup Hippony jest także (o czym tu już kiedyś pisałam) twórcą skrajnie pesymistycznych poglądów na małżeństwo, zgodnie z którymi, na przykład, „grzech pierworodny” (tj. ową przyrodzoną skłonność człowieka raczej do złego, niż do dobrego:)) przekazuje się potomstwu FIZYCZNIE, poprzez akt poczęcia właśnie. (I dlatego nie brak i dziś ludzi, którzy pytają, w jaki sposób Matka Chrystusa mogła być wolna od grzechu, jeśli poczęła się – o ile można sądzić – tak jak wszyscy, z normalnego współżycia swoich rodziców; lub też sądzą, że in vitro to w istocie „lepszy” moralnie sposób powoływania dzieci na świat, ponieważ obywa się „bez tego brzydkiego seksu”). Jako że akt seksualny nawet w małżeństwie jest dla Augustyna  (jednak!) jakoś „nieczysty”, niepodobna go również spełniać godnie w innym celu, niż tylko zrodzenie potomstwa  – jeśli więc ktoś tego unika, to „albo ona jest poniekąd nałożnicą męża, albo on cudzołoży z żoną swoją”. Zawtóruje mu wkrótce św. Tomasz z Akwinu, dodając, że „kto pożąda swojej żony, postępuje z nią tak, jakby była nierządnicą!”

Od nadrzędnego obowiązku prokreacji NIC nie mogło małżonków zdyspensować – ani skrajne ubóstwo, ani ciężka choroba.

Podobny klimat panował zresztą aż do czasów najnowszych nie tylko w katolicyzmie. Marcin Luter, notabene  były mnich augustiański, jednoznacznie twierdził, że kobieta (zgodnie z Pismem!) „zostanie zbawiona przez rodzenie dzieci” (1 Tm 2,15) – powinna więc rodzić, rodzić ich jak najwięcej – nawet kosztem własnego życia…

Nie brak będzie i takich, którzy idąc za tą myślą stwierdzą, że pożycie małżeńskie można tolerować (jako swego rodzaju „mniejsze zło” – ale jednak zło) JEDYNIE w tym celu, aby mieć dzieci – a więc najlepiej tylko raz do roku: „bo i rolnik – przekonywali tacy nadgorliwi kaznodzieje we wczesnym średniowieczu – przecież nie obsiewa swojego pola dwa razy w ciągu roku!” A ponieważ przyjemność seksualna została właściwie wyłączona z obszaru zainteresowań (nawet Pius XI przeciwstawia jeszcze „cudzołóstwo nierządnic” nie tyle „czystemu pożyciu” – zdaje się, że takowe dla niego nie istnieje – co „czystemu MACIERZYŃSTWU prawej małżonki.”) często uważano też współżycie z kobietą ciężarną (jako z natury „nieskuteczne”) za szczególną formę „rozpusty” i przejaw nieopanowania. Na szczęście pogląd ten nigdy nie stał się obowiązujący w całym Kościele.

Jako ciekawostkę można jeszcze dodać, że z podobną nieufnością traktowano stosunki seksualne podczas menstruacji. Miały się z nich rodzić dzieci dotknięte szaleństwem, lub co najmniej… rude. 🙂  Św. Tomasz zresztą twierdził, że zdrowa, zamężna kobieta w ciągu swego życia właściwie nie powinna mieć miesiączek (przypadłość tę uważano za swego rodzaju „chorobę” i skutek grzechu pierworodnego – teologowie, tak żydowscy, jak i chrześcijańscy, twierdzili, że przed upadkiem człowieka Ewa nie miesiączkowała…:)). Całe swe dorosłe życie powinna bowiem być w ciąży lub karmić piersią. Można więc z tego wysnuć podobny wniosek, jak pewna badaczka, analizująca przepisy judaizmu, odnoszące się do kobiet: że zasadniczo stosunki seksualne były dozwolone w okresie płodnym, zakazane zaś – w niepłodnym. Gwoli sprawiedliwości – i na pohybel tym wszystkim, którzy twierdzą, jakoby to dopiero współczesne feministki „przyznały kobietom prawo do orgazmu” – trzeba koniecznie jeszcze powiedzieć, że rozkosz kobiecą uważano za tak istotny element płodzenia dzieci, że byli teologowie, którzy uważali, że za grzeszne należy uznać także te akty małżeńskie, podczas których kobieta nie odczuwałaby przyjemności!

Pobożni małżonkowie zresztą i bez tych dodatkowych ograniczeń  nie mieli zbyt wiele czasu, by cieszyć się swoją bliskością – stopniowo bowiem zaczęło przybywać w kalendarzu dni, a potem całych okresów, kiedy z różnych względów „nie wypadało” tego robić: a więc okresy Adwentu i Wielkiego Postu, święta ku czci Jezusa i Maryi, niedziele… (Wobec powyższego wysoki przyrost naturalny w dawnych wiekach może dziwić – chyba, że, co bardziej prawdopodobne, do zaleceń tych nie stosowano się nazbyt gorliwie…:))).

Małżonkom przedstawiano jako ideał „czyste macierzyństwo” Maryi, ale że jest on raczej nieosiągalny dla zwykłych kobiet, w średniowieczu zaczęły się mnożyć jak grzyby po deszczu „dziewicze małżeństwa” – takie, jak np. związek Bolesława Wstydliwego (którego matka, Grzymisława, notabene bardzo upodobała sobie rozkosze alkowy – i nie zawahała się nawet pozwać swego męża przed sąd biskupi, gdy książę niezbyt chętnie przykładał się do rzeczy…:))) ze św. Kingą. Św. Jadwiga Śląska (ok. 1178-1243) wymogła na mężu, Henryku Brodatym, złożenie „dobrowolnych” ślubów czystości po 19 latach małżeństwa i urodzeniu siedmiorga dzieci. (Książę zresztą stał się z tego powodu obiektem powszechnego współczucia wśród swoich poddanych…:)).

Wobec braku dostatecznej wiedzy o procesach rozrodu, praktyki takie – które dziś o. Knotz słusznie nazywa „antymałżeńskimi” – poza oczywistym sensem „pobożnościowym” mogły mieć także mniej dostrzegany wymiar „antykoncepcyjny” – zmierzający do utrzymania liczby potomstwa w rozsądnych granicach…

Przecież jeszcze dla Piusa XI jedyną dopuszczalną formą ograniczania dzietności była (całkowita) wstrzemięźliwość. Ogino i Knauss, odkrywcy owulacji i twórcy pierwszego „kalendarzyka”, za jego czasów dopiero rozpoczynali swe badania – tak więc szczerze rozbawiła mnie kiedyś jedna z autorek FEMINOTEKI, twierdząca, iż sam św. Augustyn doczekał się nieślubnego syna właśnie dlatego, że jakoby stosował tę metodę i zawiodła go ona tak samo, jak tylu innych po nim – i nic to, że została ona opracowana bez mała piętnaście wieków później…

Warto też zauważyć, że aż do roku 1930  stanowisko wszystkich głównych Kościołów chrześcijańskich było w tej mierze zgodne z Kościołem katolickim – dopiero w tymże roku biskupi anglikańscy, zgromadzeni na konferencji w Lambeth wyrazili „ograniczoną akceptację” dla stosowania antykoncepcji w małżeństwie.  W specjalnej rezolucji stwierdzili oni: „Gdy istnieje wyraźnie odczuwane moralne zobowiązanie do ograniczenia lub uniknięcia rodzicielstwa, o wyborze metody powinny rozstrzygać zasady chrześcijańskie. Pierwszą i oczywistą metodą jest całkowite powstrzymanie się od zbliżeń (tak długo, jak to konieczne) w karności i samokontroli przeżywanych w mocy Ducha Świętego. Jednakże jeśli istnieje wyraźnie odczuwane moralne zobowiązanie do ograniczenia lub uniknięcia rodzicielstwa, a równocześnie są moralnie istotne powody wykluczające całkowitą wstrzemięźliwość, Konferencja wyraża zgodę na zastosowanie innych metod, pod warunkiem zachowania tych samych zasad chrześcijańskich. Konferencja odnotowuje zdecydowane potępienie dla stosowania jakichkolwiek form kontroli poczęć z powodu egoizmu, dążenia do bogactwa lub zwykłego wygodnictwa.”

Na gruncie katolickim natomiast raz pierwszy na poważnie kwestią właściwej i koniecznej „regulacji poczęć” (papież sam ukuł ten termin – w opozycji do coraz bardziej popularnego ówcześnie „birth control” – „kontrola urodzeń” – którym to obejmowano również niedopuszczalne dla Kościoła aborcję i sterylizację) zajął się dopiero Pius XII – który (jak wieść niesie, po wizycie w rzymskim szpitalu, gdzie zobaczył m.in. kobiety wyniszczone zbyt częstymi porodami) doszedł do wniosku, że należy poszukiwać skutecznej metody, która by pozwoliła wydłużyć odstępy pomiędzy kolejnymi dziećmi – i jednocześnie zadośćuczynić „słusznym pragnieniom” (seksualnym) małżonków. Zaowocowało to akceptacją dla dopiero co powstałego „kalendarzyka” – który, niestety, na całe dziesięciolecia (i aż do teraz) stał się symbolem „katolickiego” podejścia do tej kwestii.

Wkrótce zresztą, bo już w latach pięćdziesiątych XX w., australijski lekarz John Billings, na podstawie obserwacji prowadzonych wspólnie z żoną, odkrył znacznie dokładniejszą i lepszą metodę – o tym jednak już nikt, poza wąskim gronem zainteresowanych nowo powstającą nauką o płodności, nie miał się dowiedzieć.

Świat bowiem zmierzał szybkimi krokami do odkrycia pigułki antykoncepcyjnej, która do tego stopnia miała odmienić nasze postrzeganie seksualności, że w niektórych językach (jak w angielskim) jej nazwę pisze się wielką literą…

Jej pojawienie się na rynku zbiegło się w czasie z Soborem Watykańskim II, zapoczątkowującym ogromne zmiany w Kościele katolickim – i z nową encykliką, tym razem papieża Pawła VI, na interesujący nas temat. W encyklice tej, Humanae vitae [O zasadach moralnych w dziedzinie przekazywania życia ludzkiego], w której krytycy widzą często tylko „potępienie dla pigułki” (choć, jako żywo, nazwa żadnej konkretnej metody tam nie pada!), dowartościowany został przede wszystkim „więziotwórczy” charakter zbliżenia seksualnego, przedstawiony już nie jako „drugorzędny” lecz równorzędny cel naszej seksualności. Dlatego także współczesny Katechizm Kościoła Katolickiego mówi na przykład, że: „gdy małżonkowie szukają i używają tej przyjemności, nie czynią niczego złego, korzystają tylko z tego, czego udzielił im Stwórca.”

Jak wielki to, niemal rewolucyjny przewrót w katolickim myśleniu o seksie, w pełni docenić może tylko ten, kto wie, jaki był punkt wyjścia. Jedna z amerykańskich publicystek, zresztą sceptyczna wobec niektórych zapisów encykliki, chyba słusznie nazwała ją „hymnem na cześć miłości małżeńskiej.”

W dokumencie tym papież po raz pierwszy zwraca uwagę na „słuszne powody” dążenia do ograniczania wzrostu populacji (takie jak np. groźba przeludnienia Ziemi) – po raz pierwszy też pada w niej określenie „planowanie rodziny” – przy którym Paweł VI zaleca się kierować zarówno „odpowiedzialnością” jak i „wielkodusznością.”

Papież zauważa także (po raz pierwszy tak dobitnie w całej historii Kościoła, co niektórych „tradycjonalistów” oburza do dziś!), że małżonkowie mają prawo nie pragnąć zrodzenia kolejnego potomka w określonym czasie, a nawet, dla ważnych przyczyn, odłożyć to na czas nieograniczony i mogą chcieć „pewności, że dziecko nie zostanie poczęte” – czyli, mówiąc po prostu – mogą „planować” sobie liczbę dzieci. Powtarza również z całą mocą, że w pełni dopuszczalne jest stosowanie środków antykoncepcyjnych w przebiegu leczenia pewnych chorób.

Nie jest więc prawdą, że dla katolików te rzeczy są zakazane w każdym przypadku, a zatem mylą się także ci farmaceuci, którzy chcieliby (zasłaniając się „sprzeciwem sumienia”) zupełnie zaprzestać ich sprzedaży…

W encyklice tej papież dokonał także klasycznego – i do dziś chętnie przywoływanego w dyskusjach – rozróżnienia pomiędzy dopuszczalnymi a  niedozwolonymi metodami:o ile te pierwsze dla uniknięcia poczęcia wykorzystują jedynie naturalne mechanizmy, działające w ciele człowieka, o tyle te drugie próbują w te mechanizmy ingerować, niekiedy bardzo brutalnie.

Ogólny wydźwięk tego dokumentu był jednak na tyle pozytywny, że niektórzy zaczęli już mieć nadzieję na jakąś nową, tym razem katolicką, „deklarację z Lambeth”, tym bardziej, że podobne rozwiązanie (warunkowe przyzwolenie na niektóre środki antykoncepcyjne w ramach małżeństwa), rekomendowała także Pawłowi VI powołana przezeń komisja, złożona z teologów, lekarzy i – także po raz pierwszy w historii! – samych małżonków. Tak się jednak nie stało, a papieska „rewolucja” w tym względzie została zatrzymana jakby w pół drogi.

Papież podtrzymał zakaz stosowania jakichkolwiek sztucznych środków przeciw poczęciu (poza wyjątkiem omówionym powyżej) – wyraził tylko nadzieję (którą i ja zresztą podzielam). że w przyszłości „medycyna zdoła wypracować wystarczająco pewną metodę poprawnej moralnie regulacji poczęć, opartą na uwzględnianiu naturalnego rytmu płodności.”

Dlaczego tak się stało? Moim zdaniem bardziej z pewnych racji duszpasterskich i moralnych, niż teologicznych.

Po pierwsze, warto zauważyć, że te Kościoły, które kiedyś „w ograniczonym zakresie” zgodziły się na stosowanie antykoncepcji w małżeństwie, dziś już w ogromnej większości zaakceptowały nie tylko wszystkie jej metody, ale często i przerywanie ciąży. Tak to już niestety bywa z wszelkimi „wyjątkami od reguły”, że mają tendencję do rozszerzania się w nieskończoność.

Po drugie zaś (i kto wie, czy nawet nie ważniejsze) papież pisząc swoją „rewolucyjną” encyklikę miał okazję na własne oczy obserwować postępy innej rewolucji, rozgrywającej się poza Kościołem – rewolucji seksualnej.

Rewolucji, która kusząc (zwłaszcza kobiety) nowo odkrytymi możliwościami „uwolnienia od lęku” przed niepożądaną ciążą, „wyzwoliła” jednocześnie całe życie seksualne człowieka już nie tylko z pożądanego przez Kościół kontekstu małżeństwa i rodziny, ale nawet z jakiegokolwiek wymagania wzajemnej miłości i wierności. Odtąd pojęcie „odpowiedzialności za drugą osobę” zaczęło być niekiedy używane już tylko jako przypomnienie o założeniu prezerwatywy we właściwym momencie…

Mam wrażenie, że w takim klimacie Paweł VI miał poważne powody, aby przewidywać, że wyjęcie tylko jednej małej „cegiełki” z katolickiej nauki o małżeństwie spowoduje równie szybki demontaż całej moralności również wewnątrz Kościoła. Przecież sama miałam okazję czytać książkę pod przewrotnym tytułem: „Katolicy i seks”, której autorzy (chociaż nawet nie wszyscy z nich są katolikami…) postulują między innymi, by Kościół uznał za „bezgrzeszne” wszystkie stosunki seksualne pomiędzy dorosłymi ludźmi nie związanymi małżeństwem – w zupełnie dowolnych konfiguracjach…

A nikt chyba nie zaprzeczy, że wynalezienie „absolutnie skutecznych” środków antykoncepcyjnych w sposób znakomity przyspieszyło ten proces? Chociaż oczywiście wolałabym, żeby ludzie powstrzymywali się od przypadkowych kontaktów seksualnych nie tylko ze strachu przed niechcianą ciążą czy chorobami – ale przede wszystkim z własnego wewnętrznego przekonania…

Rozczarowanie w pewnych kręgach było tak ogromne, że niektórzy skłonni byli nawet nagłą śmierć „uśmiechniętego papieża” Jana Pawła I (który według wszelkiego prawdopodobieństwa zmarł na zator płucny) przypisywać temu, że rzekomo planował on zmienić stanowisko Kościoła w sprawie antykoncepcji. Nie ma jednak na to żadnych dowodów.

W każdym razie, choć nauczanie Pawła VI w tej kwestii nadal obowiązuje, warto dodać, że NIE MA ono statusu dogmatu – a papież pisząc o tym nie skorzystał z klauzuli o swojej „nieomylności.” Tak więc nadal można o tym dyskutować bez obawy o ekskomunikę (na swoim blogu od lat czyni to np. red. Artur Sporniak z „Tygodnika Powszechnego”). A sądząc choćby z wypowiedzi Franciszka o braku „katolickiego przymusu wielodzietności”, Benedykta XVI o dopuszczalności używania prezerwatyw w przypadku zagrożenia śmiertelną chorobą (taką jak AIDS) czy też Papieskiej Akademii Życia o tym, że uzasadniona obrona kobiety przed gwałtem obejmuje także jej prawo „do obrony przed nasieniem gwałciciela”, włącznie z pigułką „po” (byleby nie była to pigułka wczesnoporonna) – dyskusja ta wciąż jeszcze nie jest zakończona.

Na zakończenie zaś mojego wywodu muszę dodać jeszcze parę słów na temat tego, co według mnie z „tradycyjnego” nauczania Kościoła (poza wymogiem, że seks powinien implikować miłość i wierność, o czym pisałam już wcześniej) domaga się także dziś koniecznie zachowania i obrony.

Przede wszystkim więc jest to to niezłomne przekonanie, że PŁODNOŚĆ ludzka jest wciąż pozytywną wartością, oznaką zdrowia i darem Boga – a nie największym możliwym zagrożeniem, przed którym należy się bronić rękami i nogami. A dzieci są zawsze błogosławieństwem, nigdy ciężarem. W perspektywie dotykającej nas „epidemii niepłodności” i kryzysu demograficznego (który zresztą Paweł VI przewidywał już ponad 40 lat temu!) wydaje mi się to szczególnie ważne.

Wiecie, dlaczego upadło Cesarstwo Rzymskie? Nie, wcale nie „przez chrześcijan” – jak do dziś sądzą niektórzy. Upadło przede wszystkim dlatego, że wobec postępującego spadku dzietności w pewnym momencie zaczęło tam brakować rąk do pracy (i do obrony rozległych terytoriów) – i Rzymianie zostali zmuszeni do przyjmowania w swe granice coraz większych grup „barbarzyńców.” A kiedy ci imigranci (jak byśmy dzisiaj powiedzieli) zorientowali się, że stanowią już większość społeczeństw Imperium Romanum, doszli do wniosku, że nie ma sensu bronić starego porządku – lepiej na jego gruzach zbudować nowy, własny. I jako historyczka poważnie się obawiam, że „starą”  (także pod względem fizycznym) Europę czeka niedługo taki sam los – choć się na razie jeszcze rozpaczliwie broni przed napływem „obcych.” A różne pomysły ich „asymilacji” (tak, aby woleli raczej kultywować nasze wartości, niż wprowadzać własne) okazują się dziś równie mało skuteczne, jak kilkanaście wieków wcześniej.

My tymczasem żyjemy w świecie, gdzie troska o zdrowie ciała (szczególnie ludzi młodych) posuwa się tak daleko, że planuje się „dla naszego dobra” ograniczyć dostęp np. do niezdrowej żywności czy do solarium – jednocześnie dając nawet nieletnim niemal nieograniczony dostęp do antykoncepcji, a nawet aborcji farmakologicznej. Wniosek: nieplanowana ciąża jest zawsze większym nieszczęściem, niż ewentualne następstwa zdrowotne tych środków, które wciąż są dość poważne – mimo że co pewien czas wypuszcza się na rynek nową ich generację, która to ma zapewniać już tylko samą „czystą radość bezpiecznego seksu.”

Równocześnie jednak wciąż powstają nowe suplementy, które mają ograniczyć te mniej przyjemne następstwa antykoncepcji, których (już) podobno ma nie być. I tak biznes (farmaceutyczny) się kręci…

Sama przez kilka lat brałam na moje problemy hormonalne pewien lek, powszechnie przepisywany nastolatkom np. na kłopoty z trądzikiem i na „wyregulowanie okresu” (co zresztą w wielu przypadkach jest bzdurą – bo albo rytm biologiczny po kilku latach ustali się sam, albo też nie ma w ogóle mowy o żadnej „nieregularności” – wahania cyklu w granicach 5-7 dni są rzeczą normalną u każdej kobiety i nie muszą świadczyć o żadnych zaburzeniach). Czułam się po nim tak koszmarnie, że po dwóch latach męczarni zdecydowałam się go odstawić na własną rękę – a teraz czytam, że właśnie ten środek został wycofany ze sprzedaży w wielu krajach, m.in. we Francji, z powodu groźnych, nawet śmiertelnych, skutków ubocznych. Tak więc moje dolegliwości nie były bynajmniej przejawem „przewrażliwienia”, jak sugerowała mi lekarka…

Jest w tym także pewien szerszy a nie dostrzegany wymiar „ekologiczny”: któż bowiem jest w stanie przewidzieć, jakie długofalowe skutki będzie miało dla przyrody przenikanie do środowiska syntetycznych substancji hormonalnych, wydalanych codziennie przez miliony zażywających je na świecie kobiet? Poważnie pytam.