Wielki Czwartek Alby.


To od lat dla mnie bardzo szczególny dzień.Nigdy nie zapominam, że wzięłam sobie kapłana za męża. Nigdy.


Czasami w oczach mego męża

Widzę blask słońca w Galilei

Jak wtedy gdy jawnogrzesznicę

Przed sąd Rabbiego przyciągnęli.

Czasem na dobrych jego rękach

Choć je się bardzo zetrzeć stara

Dostrzegam ślady tego Chleba

Tego, co serca nam przepala.

 

I zawsze, co roku, zastanawiam się, czy on na pewno nadal wypełnia swoje powołanie, służąc mnie i dzieciom z tak wielką miłością?

 

Kapłaństwo służebne…Wczoraj przeczytałam u jednego znajomego pastora, że katolicy się mylą. Że Wielki Czwartek jest, owszem, dniem kiedy Jezus ustanowił sakrament Eucharystii, ale NIE kapłaństwa.

 

Dowodził, że skoro Jezus jest „Arcykapłanem Nowego Przymierza”, to nie istnieje coś takiego, jak chrześcijańscy kapłani, którzy mieliby być-rzekomo-„pośrednikami” pomiędzy Bogiem a ludźmi.

 

Sęk jednak w tym, że katoliccy księża (tak samo jak Maryja czy święci) wcale takimi pośrednikami nie są.Nigdy nie pojmowałam tego w ten sposób. A mój mąż z pewnością nigdy nie czuł się „pośrednikiem” pomiędzy ludźmi a ich Stwórcą.Księża to NIE szamani!

 

Patrząc podczas wczorajszej liturgii na kapłana, który pokornie przyklękał przed ludźmi, umywając im nogi, przypomniało mi się, że nawet ostatni papieże używają pięknego tytułu „SŁUGA SŁUG BOŻYCH”. W miejsce innych, moim zdaniem mniej adekwatnych, jak „wikariusz” czy też”zastępca Chrystusa na ziemi.” (Pojęcie „zastępcy” sugeruje, że jego Pan jest chwilowo nieobecny. A przecież Jezus obiecał, że będzie z nami „aż do skończenia świata”! ) Nawet oni są tylko sługami wspólnoty, nawet jeśli – jak mówił mój znajomy rektor seminarium-trudno to czasem wytłumaczyć klerykom, którzy przychodzą często już z gotową wizją swojej kościelnej „kariery.” I nawet jeśli niektórzy z nich łatwo potem zapominają, że powinni być tylko „służącymi.”

 

Jest to zresztą logiczne.Ustanawiając święte obrzędy,  Jezus jednocześnie ustanowił tych, którzy mieli je sprawować dla wspólnoty.Nigdy nie miałam z tym problemu.

 

Antyewangelia według Kubryńskiej.

…czyli kilka powodów, dla których skrajne feministki powinny (moim zdaniem) raz na zawsze zostawić Matkę Jezusa w spokoju.

Sylwia Kubryńska, felietonistka Wysokich Obcasów, popełniła ostatnio następujący tekst:

 

http://wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,100865,18581803,maria-strona-bierna.html

 

w którym dowodzi, ni mniej ni więcej, tylko, że cała postać Maryi została sztucznie „spreparowana”, oczywiście na potrzeby znienawidzonego przez autorkę „patriarchatu.”

Czytając te wynurzenia (z uczuciem niejakiej przykrości) miałam nieodparte wrażenie, że pisała to obrażona na Kościół (katolicki, bo jakiż by inny) gimnazjalistka, która o opisywanej przez siebie Postaci wie tyle, ile wyczytała w „staranie spreparowanych” (a jakże) tekstach krytyki feministycznej – że mianowicie Osoba ta uosabia wszystkie najbardziej obmierzłe dla niej (stylizującej się na „leninówkę”) cechy przypisywane stereotypowo kobiecie, jako to: uległość, cichość, posłuszeństwo…

Dziecinny jest już zresztą sam początek elaboratu, gdzie Kubryńska zapytuje naiwnie, „jak być cnotliwą i w ciąży?” – co dowodzi, że jest nadal święcie przekonana, że dla Kościoła „seks=grzech”, w co ja nie wierzyłam już nawet, gdy miałam szesnaście lat. Co mądrzejsze czytelniczki tekstu odpowiadały na to, że pogodzenie udanego życia seksualnego ze świętością jest niezwykle proste – wystarczy w tym celu wyjść za mąż!:)

Pisałam tu już kiedyś o tym (zob. np. „Maryja-REAKTYWACJA”), ale powtórzę, bo jak się okazuje, powtarzania prawdy nigdy dość: Maryja NIE DLATEGO jest nazywana Niepokalaną (bezgrzeszną), że nie uprawiała seksu z Józefem. Nie byłaby wcale mniej święta, gdyby nawet to robiła. Współżycie (zwłaszcza w małżeństwie) nie jest czymś, co automatycznie „brudzi” człowieka.

Ogólny poziom tego artykułu jest tak żenująco niski, że zaczynam podejrzewać, że redaktorzy „Wysokich Obcasów” są w stanie wpuścić na swoje łamy każdą bzdurę, o ile tylko pozwoli to „przywalić” raz jeszcze w to znienawidzone chrześcijaństwo, a osobliwie w katolicyzm.

Smutne to, ale zdaje się, że patrzenie na świat wyłącznie przez feministyczne okulary znakomicie pozbawia zdolności widzenia.

Bo gdyby pani Kubryńska zechciała je choć na chwilę zdjąć i poczytać chociażby bardziej zniuansowane opracowania teolożek „feministycznych” (takich, jak choćby Elżbieta Adamiak, która o Maryi pisze w dużo bardziej pozytywnym tonie), że już nawet o naszym głównym źródle – Ewangelii – nie wspomnę! – to przecież nie mogłaby nie zauważyć na przykład, że:

  • Przypadek Maryi jest bodaj JEDYNYM w całej Biblii, gdzie nie Ona zostaje określona jako czyjaś „żona” lub „córka”, ale to Józef nazywany jest „mężem Maryi” (Mt 1,16). To niesłychane jak na owe czasy „przestawienie pojęć” może pośrednio wskazywać na to, kto w tym małżeństwie grał pierwsze skrzypce.

 

  • Maryja, wbrew zasadom przyjętym dla „dobrze wychowanych panienek”  (i to nie tylko w Jej epoce – św. Hieronim, ten wielki mizogin, twierdził na przykład, że „mówienie, ogólnie rzecz biorąc, nie jest odpowiednie dla dziewicy” <sic!>) wcale nie „milczy.” Przeciwnie, aktywnie angażuje się w dialog z Bogiem. Milczy za to mężczyzna – św. Józef. Ewangelie nie przekazują nam nawet jednego jego słowa!

 

  • Maryja podejmuje decyzje bez pytania kogokolwiek o zdanie (por. np. Łk 1,39 :”Wtedy wybrała się i poszła z pośpiechem w góry…”). Taka Jej postawa jest wręcz szokująca, zwłaszcza, jeśli się wie, że dziś jeszcze są kraje (jak np. Arabia Saudyjska), gdzie kobietom zabrania się podróżowania bez męskiego opiekuna lub chociażby pisemnego pozwolenia tegoż. Tymczasem Ewangelie nic nie wspominają, by Dziewczynie z Nazaretu ktokolwiek towarzyszył, lub żeby kogokolwiek prosiła o zgodę… Nie, stanowczo nie nazwałabym Jej „stroną bierną”!

Warto w tym miejscu zatrzymać się na chwilę i porównać opis „zwiastowania Maryi” z innym (z pozoru tylko podobnym) opisem z 13.rozdziału Księgi Sędziów, gdzie anioł przynosi radosną nowinę o narodzinach syna innej – nawet nie wymienionej z imienia! – kobiecie, matce siłacza Samsona. Kobieta owa, nie czując się „uprawniona” do samodzielnych pertraktacji z aniołem, „jak Pan Bóg przykazał” idzie do domu i opowiada o wszystkim mężowi. I ten dopiero podejmuje dialog z Bożym wysłannikiem. O niczym podobnym, jako żywo, nie słyszymy w przypadku Miriam!

  • Gdyby Pan Bóg chciał mieć z Niej tylko (jak zdaje się nam sugerować Kubryńska) potrzebną Mu „macicę do wynajęcia” – nie musiałby się przecież bawić w ten cały „cyrk” z posyłaniem anioła. Mógłby przecież równie dobrze zrobić Jej „to” bez pytania Jej o zgodę, prawda?

Tymczasem jednak Ona jest tu przedstawiona (jako się rzekło) jako pełnoprawna, wolna uczestniczka dialogu z Bogiem, dla którego Jej „tak” lub „nie” ma pierwszorzędne znaczenie. Co więcej, Ona nie zamierza wcale się zgadzać na coś, czego nie rozumie, ma odwagę stawiać pytania, wyrażać wątpliwości. Wydaje mi się, że to całkiem niezły wzór postępowania dla współczesnych młodych kobiet?

  • Co powinno być szczególnie miłe sercu każdej feministki: ta młoda Dziewczyna jest najwyraźniej uświadomiona seksualnie, wie, skąd się biorą dzieci – skoro nie przyjmuje wieści o cudownych narodzinach Dzieciątka za coś naturalnego, jak musiałaby zareagować, gdyby była rzeczywiście taką „głupią gąską”, za jaką chce Ją brać Kubryńska. Co więcej, ta młodziutka panienka idzie pomagać w połogu starszej krewnej, co byłoby uważane za co najmniej niestosowne jeszcze dużo, dużo później. Aż do czasów prawie współczesnych „niewinność dziewczątek” była tak skrupulatnie chroniona przed wszelką wiedzą na ten temat, że czytałam nawet o pewnej austriackiej arcyksiężniczce (z wieku XVIII!), która aż do zamążpójścia była przeświadczona, że jej tatuś jest… dziewczynką. Z taką starannością dbano, by nie zobaczyła w swoim otoczeniu nawet żadnego zwierzątka płci męskiej…

 

  • To dość obcesowa interwencja Matki „zmusza” niejako Jezusa do ujawnienia swojej boskiej mocy na weselu w Kanie Galilejskiej. Na tymże weselu Maryja (która jest tam przecież tylko gościem!) nie zachowuje się zresztą wcale jak „zahukana kobietka” – a raczej jak Pani, nawykła do wydawania rozkazów! Wydaje polecenia (nie swoim!) sługom, a ci Jej słuchają…

 

  • Po samowolnym pozostaniu dwunastolatka w świątyni to Maryja, a nie, jakby „wypadało”, męski opiekun, upomina dorastającego Chłopca. Również później, gdy rozeszła się pogłoska, jakoby Jezus odszedł od zmysłów, Jego męscy krewni zabierają ze sobą Jego Matkę (por. np.Mt 12,47), przypuszczalnie po to, aby raz jeszcze „przemówiła Synowi do rozumu.”

Gdyby zatem pani Kubryńska zechciała wziąć przynajmniej te rozproszone w Ewangeliach kanonicznych wzmianki pod rozwagę, i tak musiałaby dojść do wniosku, że Maria z Nazaretu to jednak zbyt nietuzinkowa postać, by autorzy biblijni (przypuszczalnie sami mężczyźni!) mogli kogoś takiego „wymyślić” jedynie dla pognębienia rodzaju żeńskiego. Tym bardziej, że końcowy obraz (z  Objawienia św. Jana) „Niewiasty obleczonej w słońce” (Ap 12,1) można interpretować wręcz jako ostateczne, „kosmiczne”, wywyższenie kobiecości w ogóle, a tej jednej wyjątkowej Niewiasty w szczególności…

I nie musiałaby tak dramatycznie pytać, „czy z Niej samej jeszcze coś zostało?” Bo zostało, i to całkiem sporo. Trzeba tylko umieć patrzeć i słuchać.

A przecież jest jeszcze cała bogata tradycja apokryficzna, która mówi np. o okresie kształcenia Maryi przy Świątyni Jerozolimskiej, na której podstawie Kościół pozostawał dla kobiet przez długie wieki jedyną możliwą drogą rozwoju intelektualnego (do dziś zresztą zdecydowaną większość absolwentów katolickich szkół średnich i wyższych na świecie stanowią kobiety – jaka inna instytucja angażuje się tak bardzo w podniesienie poziomu wykształcenia tych, których podobno tak bardzo nienawidzi?) – co po wiekach wydało wspaniałe owoce w rodzaju, na przykład, Hildegardy z Bingen…

Jest też na pewno jeszcze jedna rzecz, której lewicujące publicystki mogłyby się nauczyć od Tej, która sama siebie nazwała „Służebnicą Pańską” (mimo tego, że radykalne feministki mają alergię na wszystko, co tylko „służbą” zatrąca, NIE JEST to wcale tytuł uwłaczający!  Biblijne określenie „Sługi Pańskiego” zgodna tradycja chrześcijańska odnosi do Jezusa Chrystusa, istnieje tu zatem raczej idealna symetria. A że Maryja jest „pokorna”, co tak bardzo mierzi Kubryńską, to tylko dlatego, że stanęła w swoim życiu oko w oko z Tajemnicą, wobec której my wszyscy – i kobiety, i mężczyźni – jesteśmy bardzo, bardzo mali…). Otóż często mówi się o Niej, że miała w zwyczaju „rozważać w swoim sercu” różne sprawy.

Tej samej rozwagi należałoby z pewnością życzyć wszystkim, którzy nie posiadając ku temu odpowiedniej wiedzy i kwalifikacji, zabierają się ochoczo za „dekonstrukcję” całej chrześcijańskiej teologii…

Antyewangelia-150x150

Ten skandalizujący obraz sympatyzującego z komunizmem niemieckiego malarza Maxa Ernsta (1891-1976) Madonna, karcąca Dzieciątko w obecności trzech świadków (1926) jest oczywiście równie nieewangeliczny jak omawiany tekst, ale być może mówi nam WIĘCEJ o prawdziwej osobowości Maryi (jako że z kart Ewangelii wyziera Kobieta o raczej zdecydowanym charakterze!:)), niż blade komunały…

Dlaczego Kościół sprzeciwia się „sztucznej” antykoncepcji?

Ponieważ pytanie to bardzo często przewija się na blogu (zwłaszcza pod moimi wpisami na temat NPR), uznałam, że jest na tyle istotne, że warto mu poświęcić osobny artykuł.

Od razu mówię, że nie wierzę, by przyczyną owego sprzeciwu było to – jak to z właściwym sobie brakiem subtelności ujął kiedyś tygodnik „NIE” – że Kościół żąda po prostu ciągłego dopływu nowych owieczek, aby móc je „strzyc” do skóry – choć to sam papież Pius XI w encyklice Castii Conubii [O małżeństwie chrześcijańskim] z roku 1931 stwierdził,wprost że stałe”ofiarowywanie” Kościołowi nowych Dzieci Bożych jest podstawowym obowiązkiem małżeństwa (inne cele, jak wzajemna pomoc czy miłość małżonków, określone zostały w tym tekście zaledwie jako „drugorzędne”).

Trzeba jednak oddać temu papieżowi, że jako pierwszy tak wyraźnie zaznaczył, że nie ma nic zdrożnego w utrzymywaniu stosunków małżeńskich przez osoby „które czy to z powodu wieku, czy też dla innych jakichś ułomności potomstwa spodziewać się nie mogą.”  Dodał także mimochodem, że „dla ratowania życia” możliwe jest nawet „okaleczenie ciała” (przez co można chyba rozumieć także „ubezpłodnienie”,w innych wypadkach całkowicie zakazane i grzeszne).

Nie przekonuje mnie też znana narracja feministyczna, jakoby zakaz ten miał służyć jedynie sprawowaniu kontroli nad kobietami przez rządzących Kościołem mężczyzn – czyli w istocie utrzymywaniu dawnego „patriarchalnego porządku.” – mimo że rzeczywiście papież Pius XI wraz z rozwodami, antykoncepcją i aborcją potępił „hurtem” także emancypację i równouprawnienie kobiet – stwierdzając dosłownie, że dla porządku społecznego w stosunkach pomiędzy płciami „wskazana jest pewna nierówność.”:)

Sądzę bowiem, że (podobnie jak w wielu innych przypadkach) prawdziwych źródeł takiego nauczania a nie innego Kościoła trzeba szukać gdzie indziej – w poglądach naukowych i filozoficznych, a także w ogólnym klimacie obyczajowym epoki, w której rodziło się chrześcijaństwo.

Przede wszystkim, warto sobie uświadomić, jak niewiele wówczas wiedziano o fizjologii człowieka – dość powszechnie przyjmowano na przykład, że jedynym „nośnikiem życia” (a w istocie już miniaturową, autonomiczną istotą ludzką! – średniowieczny homunkulus) jest męska sperma, która w ciele kobiety jedynie znajduje odpowiednie warunki do rozwoju (nie sądzono bowiem, aby  „bierny” pierwiastek żeński mógł odgrywać jakąkolwiek czynną rolę przy poczęciu). Z tej racji również współczesne wspólnoty żydowskie – wyrastając z tego samego starożytnego źródła –  spośród wszystkich metod antykoncepcyjnych szczególnie sceptycznie odnoszą się do…prezerwatywy, widząc w niej najbardziej jaskrawe naruszenie micwy (przykazania) „peru urewu” („bądźcie płodni!”) – która to ma się odnosić przede wszystkim do mężczyzn. W takim ujęciu kobieta była jedynie „naczyniem” które nosi w sobie życiodajne męskie nasienie. (I dlatego dziś jeszcze część duszpasterzy uważa za moralnie dopuszczalne intymne pieszczoty żony przez męża poza „właściwym” stosunkiem, lecz już nie odwrotnie – te drugie bowiem mogą się wiązać z niekontrolowanym wytryskiem nasienia:)). Tak więc każde działanie, zmierzające do zniszczenia owej „mocy życia”, zrównywano praktycznie z zabójstwem – a to już, jak wiadomo, jest zbyt poważna sprawa, by Kościół mógł się nie wypowiadać.

Nie znając przeto mechanizmów zapłodnienia, nagminnie mylono środki „antykoncepcyjne” z poronnymi – i tych drugich używano często jako pierwszych. Były one zresztą nierzadko tak szkodliwe dla zdrowia, że powodowały śmierć nie tylko płodu, ale i matki, stąd sam Hipokrates zakazywał swoim uczniom ich podawania. Parały się tym zatem rozmaite „babki-zielarki”, które poza tym przeprowadzały także aborcje (czytałam gdzieś, że w szczytowym okresie rozwoju Cesarstwa spędzanie płodu stało się praktyką tak powszechną, że ciała dzieci zatykały urządzenia kanalizacyjne w Wiecznym Mieście) i trudniły się magią – a na takie praktyki Kościół zawsze patrzył podejrzliwym okiem.

Natomiast pod wpływem prądów neoplatońskich (gnostyckich) chrześcijaństwo późnej starożytności zaczęło coraz bardziej przeciwstawiać „dobrą” duszę człowieka jego ciału, które zaczęto postrzegać w dużej mierze jako złe, grzeszne i skalane – co na wieki całe naznaczyło całą naukę o ludzkiej seksualności.

Święty Augustyn, notabene były manichejczyk, którego poglądy w przemożny sposób ukształtowały kościelne przekonania w tej kwestii, okazuje się więc całkiem typowym intelektualistą swojej epoki, gdy mówi:„Rozpustne to okrucieństwo albo raczej okrutna rozpusta zapędza się nieraz tak daleko, że używa trucizn przeciw zapłodnieniu, a gdy zawiodą, niweczy jakimiś środkami poczęty płód w łonie i spędza go. Wolą tacy ludzie,by potomstwo już ginęło, nim jeszcze żyć zaczęło, lub, gdy już było w żywocie, wolą je zabić, niż mu pozwolić ujrzeć światło.” (Podkreślenia moje).

Biskup Hippony jest także (o czym tu już kiedyś pisałam) twórcą skrajnie pesymistycznych poglądów na małżeństwo, zgodnie z którymi, na przykład, „grzech pierworodny” (tj. ową przyrodzoną skłonność człowieka raczej do złego, niż do dobrego:)) przekazuje się potomstwu FIZYCZNIE, poprzez akt poczęcia właśnie. (I dlatego nie brak i dziś ludzi, którzy pytają, w jaki sposób Matka Chrystusa mogła być wolna od grzechu, jeśli poczęła się – o ile można sądzić – tak jak wszyscy, z normalnego współżycia swoich rodziców; lub też sądzą, że in vitro to w istocie „lepszy” moralnie sposób powoływania dzieci na świat, ponieważ obywa się „bez tego brzydkiego seksu”). Jako że akt seksualny nawet w małżeństwie jest dla Augustyna  (jednak!) jakoś „nieczysty”, niepodobna go również spełniać godnie w innym celu, niż tylko zrodzenie potomstwa  – jeśli więc ktoś tego unika, to „albo ona jest poniekąd nałożnicą męża, albo on cudzołoży z żoną swoją”. Zawtóruje mu wkrótce św. Tomasz z Akwinu, dodając, że „kto pożąda swojej żony, postępuje z nią tak, jakby była nierządnicą!”

Od nadrzędnego obowiązku prokreacji NIC nie mogło małżonków zdyspensować – ani skrajne ubóstwo, ani ciężka choroba.

Podobny klimat panował zresztą aż do czasów najnowszych nie tylko w katolicyzmie. Marcin Luter, notabene  były mnich augustiański, jednoznacznie twierdził, że kobieta (zgodnie z Pismem!) „zostanie zbawiona przez rodzenie dzieci” (1 Tm 2,15) – powinna więc rodzić, rodzić ich jak najwięcej – nawet kosztem własnego życia…

Nie brak będzie i takich, którzy idąc za tą myślą stwierdzą, że pożycie małżeńskie można tolerować (jako swego rodzaju „mniejsze zło” – ale jednak zło) JEDYNIE w tym celu, aby mieć dzieci – a więc najlepiej tylko raz do roku: „bo i rolnik – przekonywali tacy nadgorliwi kaznodzieje we wczesnym średniowieczu – przecież nie obsiewa swojego pola dwa razy w ciągu roku!” A ponieważ przyjemność seksualna została właściwie wyłączona z obszaru zainteresowań (nawet Pius XI przeciwstawia jeszcze „cudzołóstwo nierządnic” nie tyle „czystemu pożyciu” – zdaje się, że takowe dla niego nie istnieje – co „czystemu MACIERZYŃSTWU prawej małżonki.”) często uważano też współżycie z kobietą ciężarną (jako z natury „nieskuteczne”) za szczególną formę „rozpusty” i przejaw nieopanowania. Na szczęście pogląd ten nigdy nie stał się obowiązujący w całym Kościele.

Jako ciekawostkę można jeszcze dodać, że z podobną nieufnością traktowano stosunki seksualne podczas menstruacji. Miały się z nich rodzić dzieci dotknięte szaleństwem, lub co najmniej… rude. 🙂  Św. Tomasz zresztą twierdził, że zdrowa, zamężna kobieta w ciągu swego życia właściwie nie powinna mieć miesiączek (przypadłość tę uważano za swego rodzaju „chorobę” i skutek grzechu pierworodnego – teologowie, tak żydowscy, jak i chrześcijańscy, twierdzili, że przed upadkiem człowieka Ewa nie miesiączkowała…:)). Całe swe dorosłe życie powinna bowiem być w ciąży lub karmić piersią. Można więc z tego wysnuć podobny wniosek, jak pewna badaczka, analizująca przepisy judaizmu, odnoszące się do kobiet: że zasadniczo stosunki seksualne były dozwolone w okresie płodnym, zakazane zaś – w niepłodnym. Gwoli sprawiedliwości – i na pohybel tym wszystkim, którzy twierdzą, jakoby to dopiero współczesne feministki „przyznały kobietom prawo do orgazmu” – trzeba koniecznie jeszcze powiedzieć, że rozkosz kobiecą uważano za tak istotny element płodzenia dzieci, że byli teologowie, którzy uważali, że za grzeszne należy uznać także te akty małżeńskie, podczas których kobieta nie odczuwałaby przyjemności!

Pobożni małżonkowie zresztą i bez tych dodatkowych ograniczeń  nie mieli zbyt wiele czasu, by cieszyć się swoją bliskością – stopniowo bowiem zaczęło przybywać w kalendarzu dni, a potem całych okresów, kiedy z różnych względów „nie wypadało” tego robić: a więc okresy Adwentu i Wielkiego Postu, święta ku czci Jezusa i Maryi, niedziele… (Wobec powyższego wysoki przyrost naturalny w dawnych wiekach może dziwić – chyba, że, co bardziej prawdopodobne, do zaleceń tych nie stosowano się nazbyt gorliwie…:))).

Małżonkom przedstawiano jako ideał „czyste macierzyństwo” Maryi, ale że jest on raczej nieosiągalny dla zwykłych kobiet, w średniowieczu zaczęły się mnożyć jak grzyby po deszczu „dziewicze małżeństwa” – takie, jak np. związek Bolesława Wstydliwego (którego matka, Grzymisława, notabene bardzo upodobała sobie rozkosze alkowy – i nie zawahała się nawet pozwać swego męża przed sąd biskupi, gdy książę niezbyt chętnie przykładał się do rzeczy…:))) ze św. Kingą. Św. Jadwiga Śląska (ok. 1178-1243) wymogła na mężu, Henryku Brodatym, złożenie „dobrowolnych” ślubów czystości po 19 latach małżeństwa i urodzeniu siedmiorga dzieci. (Książę zresztą stał się z tego powodu obiektem powszechnego współczucia wśród swoich poddanych…:)).

Wobec braku dostatecznej wiedzy o procesach rozrodu, praktyki takie – które dziś o. Knotz słusznie nazywa „antymałżeńskimi” – poza oczywistym sensem „pobożnościowym” mogły mieć także mniej dostrzegany wymiar „antykoncepcyjny” – zmierzający do utrzymania liczby potomstwa w rozsądnych granicach…

Przecież jeszcze dla Piusa XI jedyną dopuszczalną formą ograniczania dzietności była (całkowita) wstrzemięźliwość. Ogino i Knauss, odkrywcy owulacji i twórcy pierwszego „kalendarzyka”, za jego czasów dopiero rozpoczynali swe badania – tak więc szczerze rozbawiła mnie kiedyś jedna z autorek FEMINOTEKI, twierdząca, iż sam św. Augustyn doczekał się nieślubnego syna właśnie dlatego, że jakoby stosował tę metodę i zawiodła go ona tak samo, jak tylu innych po nim – i nic to, że została ona opracowana bez mała piętnaście wieków później…

Warto też zauważyć, że aż do roku 1930  stanowisko wszystkich głównych Kościołów chrześcijańskich było w tej mierze zgodne z Kościołem katolickim – dopiero w tymże roku biskupi anglikańscy, zgromadzeni na konferencji w Lambeth wyrazili „ograniczoną akceptację” dla stosowania antykoncepcji w małżeństwie.  W specjalnej rezolucji stwierdzili oni: „Gdy istnieje wyraźnie odczuwane moralne zobowiązanie do ograniczenia lub uniknięcia rodzicielstwa, o wyborze metody powinny rozstrzygać zasady chrześcijańskie. Pierwszą i oczywistą metodą jest całkowite powstrzymanie się od zbliżeń (tak długo, jak to konieczne) w karności i samokontroli przeżywanych w mocy Ducha Świętego. Jednakże jeśli istnieje wyraźnie odczuwane moralne zobowiązanie do ograniczenia lub uniknięcia rodzicielstwa, a równocześnie są moralnie istotne powody wykluczające całkowitą wstrzemięźliwość, Konferencja wyraża zgodę na zastosowanie innych metod, pod warunkiem zachowania tych samych zasad chrześcijańskich. Konferencja odnotowuje zdecydowane potępienie dla stosowania jakichkolwiek form kontroli poczęć z powodu egoizmu, dążenia do bogactwa lub zwykłego wygodnictwa.”

Na gruncie katolickim natomiast raz pierwszy na poważnie kwestią właściwej i koniecznej „regulacji poczęć” (papież sam ukuł ten termin – w opozycji do coraz bardziej popularnego ówcześnie „birth control” – „kontrola urodzeń” – którym to obejmowano również niedopuszczalne dla Kościoła aborcję i sterylizację) zajął się dopiero Pius XII – który (jak wieść niesie, po wizycie w rzymskim szpitalu, gdzie zobaczył m.in. kobiety wyniszczone zbyt częstymi porodami) doszedł do wniosku, że należy poszukiwać skutecznej metody, która by pozwoliła wydłużyć odstępy pomiędzy kolejnymi dziećmi – i jednocześnie zadośćuczynić „słusznym pragnieniom” (seksualnym) małżonków. Zaowocowało to akceptacją dla dopiero co powstałego „kalendarzyka” – który, niestety, na całe dziesięciolecia (i aż do teraz) stał się symbolem „katolickiego” podejścia do tej kwestii.

Wkrótce zresztą, bo już w latach pięćdziesiątych XX w., australijski lekarz John Billings, na podstawie obserwacji prowadzonych wspólnie z żoną, odkrył znacznie dokładniejszą i lepszą metodę – o tym jednak już nikt, poza wąskim gronem zainteresowanych nowo powstającą nauką o płodności, nie miał się dowiedzieć.

Świat bowiem zmierzał szybkimi krokami do odkrycia pigułki antykoncepcyjnej, która do tego stopnia miała odmienić nasze postrzeganie seksualności, że w niektórych językach (jak w angielskim) jej nazwę pisze się wielką literą…

Jej pojawienie się na rynku zbiegło się w czasie z Soborem Watykańskim II, zapoczątkowującym ogromne zmiany w Kościele katolickim – i z nową encykliką, tym razem papieża Pawła VI, na interesujący nas temat. W encyklice tej, Humanae vitae [O zasadach moralnych w dziedzinie przekazywania życia ludzkiego], w której krytycy widzą często tylko „potępienie dla pigułki” (choć, jako żywo, nazwa żadnej konkretnej metody tam nie pada!), dowartościowany został przede wszystkim „więziotwórczy” charakter zbliżenia seksualnego, przedstawiony już nie jako „drugorzędny” lecz równorzędny cel naszej seksualności. Dlatego także współczesny Katechizm Kościoła Katolickiego mówi na przykład, że: „gdy małżonkowie szukają i używają tej przyjemności, nie czynią niczego złego, korzystają tylko z tego, czego udzielił im Stwórca.”

Jak wielki to, niemal rewolucyjny przewrót w katolickim myśleniu o seksie, w pełni docenić może tylko ten, kto wie, jaki był punkt wyjścia. Jedna z amerykańskich publicystek, zresztą sceptyczna wobec niektórych zapisów encykliki, chyba słusznie nazwała ją „hymnem na cześć miłości małżeńskiej.”

W dokumencie tym papież po raz pierwszy zwraca uwagę na „słuszne powody” dążenia do ograniczania wzrostu populacji (takie jak np. groźba przeludnienia Ziemi) – po raz pierwszy też pada w niej określenie „planowanie rodziny” – przy którym Paweł VI zaleca się kierować zarówno „odpowiedzialnością” jak i „wielkodusznością.”

Papież zauważa także (po raz pierwszy tak dobitnie w całej historii Kościoła, co niektórych „tradycjonalistów” oburza do dziś!), że małżonkowie mają prawo nie pragnąć zrodzenia kolejnego potomka w określonym czasie, a nawet, dla ważnych przyczyn, odłożyć to na czas nieograniczony i mogą chcieć „pewności, że dziecko nie zostanie poczęte” – czyli, mówiąc po prostu – mogą „planować” sobie liczbę dzieci. Powtarza również z całą mocą, że w pełni dopuszczalne jest stosowanie środków antykoncepcyjnych w przebiegu leczenia pewnych chorób.

Nie jest więc prawdą, że dla katolików te rzeczy są zakazane w każdym przypadku, a zatem mylą się także ci farmaceuci, którzy chcieliby (zasłaniając się „sprzeciwem sumienia”) zupełnie zaprzestać ich sprzedaży…

W encyklice tej papież dokonał także klasycznego – i do dziś chętnie przywoływanego w dyskusjach – rozróżnienia pomiędzy dopuszczalnymi a  niedozwolonymi metodami:o ile te pierwsze dla uniknięcia poczęcia wykorzystują jedynie naturalne mechanizmy, działające w ciele człowieka, o tyle te drugie próbują w te mechanizmy ingerować, niekiedy bardzo brutalnie.

Ogólny wydźwięk tego dokumentu był jednak na tyle pozytywny, że niektórzy zaczęli już mieć nadzieję na jakąś nową, tym razem katolicką, „deklarację z Lambeth”, tym bardziej, że podobne rozwiązanie (warunkowe przyzwolenie na niektóre środki antykoncepcyjne w ramach małżeństwa), rekomendowała także Pawłowi VI powołana przezeń komisja, złożona z teologów, lekarzy i – także po raz pierwszy w historii! – samych małżonków. Tak się jednak nie stało, a papieska „rewolucja” w tym względzie została zatrzymana jakby w pół drogi.

Papież podtrzymał zakaz stosowania jakichkolwiek sztucznych środków przeciw poczęciu (poza wyjątkiem omówionym powyżej) – wyraził tylko nadzieję (którą i ja zresztą podzielam). że w przyszłości „medycyna zdoła wypracować wystarczająco pewną metodę poprawnej moralnie regulacji poczęć, opartą na uwzględnianiu naturalnego rytmu płodności.”

Dlaczego tak się stało? Moim zdaniem bardziej z pewnych racji duszpasterskich i moralnych, niż teologicznych.

Po pierwsze, warto zauważyć, że te Kościoły, które kiedyś „w ograniczonym zakresie” zgodziły się na stosowanie antykoncepcji w małżeństwie, dziś już w ogromnej większości zaakceptowały nie tylko wszystkie jej metody, ale często i przerywanie ciąży. Tak to już niestety bywa z wszelkimi „wyjątkami od reguły”, że mają tendencję do rozszerzania się w nieskończoność.

Po drugie zaś (i kto wie, czy nawet nie ważniejsze) papież pisząc swoją „rewolucyjną” encyklikę miał okazję na własne oczy obserwować postępy innej rewolucji, rozgrywającej się poza Kościołem – rewolucji seksualnej.

Rewolucji, która kusząc (zwłaszcza kobiety) nowo odkrytymi możliwościami „uwolnienia od lęku” przed niepożądaną ciążą, „wyzwoliła” jednocześnie całe życie seksualne człowieka już nie tylko z pożądanego przez Kościół kontekstu małżeństwa i rodziny, ale nawet z jakiegokolwiek wymagania wzajemnej miłości i wierności. Odtąd pojęcie „odpowiedzialności za drugą osobę” zaczęło być niekiedy używane już tylko jako przypomnienie o założeniu prezerwatywy we właściwym momencie…

Mam wrażenie, że w takim klimacie Paweł VI miał poważne powody, aby przewidywać, że wyjęcie tylko jednej małej „cegiełki” z katolickiej nauki o małżeństwie spowoduje równie szybki demontaż całej moralności również wewnątrz Kościoła. Przecież sama miałam okazję czytać książkę pod przewrotnym tytułem: „Katolicy i seks”, której autorzy (chociaż nawet nie wszyscy z nich są katolikami…) postulują między innymi, by Kościół uznał za „bezgrzeszne” wszystkie stosunki seksualne pomiędzy dorosłymi ludźmi nie związanymi małżeństwem – w zupełnie dowolnych konfiguracjach…

A nikt chyba nie zaprzeczy, że wynalezienie „absolutnie skutecznych” środków antykoncepcyjnych w sposób znakomity przyspieszyło ten proces? Chociaż oczywiście wolałabym, żeby ludzie powstrzymywali się od przypadkowych kontaktów seksualnych nie tylko ze strachu przed niechcianą ciążą czy chorobami – ale przede wszystkim z własnego wewnętrznego przekonania…

Rozczarowanie w pewnych kręgach było tak ogromne, że niektórzy skłonni byli nawet nagłą śmierć „uśmiechniętego papieża” Jana Pawła I (który według wszelkiego prawdopodobieństwa zmarł na zator płucny) przypisywać temu, że rzekomo planował on zmienić stanowisko Kościoła w sprawie antykoncepcji. Nie ma jednak na to żadnych dowodów.

W każdym razie, choć nauczanie Pawła VI w tej kwestii nadal obowiązuje, warto dodać, że NIE MA ono statusu dogmatu – a papież pisząc o tym nie skorzystał z klauzuli o swojej „nieomylności.” Tak więc nadal można o tym dyskutować bez obawy o ekskomunikę (na swoim blogu od lat czyni to np. red. Artur Sporniak z „Tygodnika Powszechnego”). A sądząc choćby z wypowiedzi Franciszka o braku „katolickiego przymusu wielodzietności”, Benedykta XVI o dopuszczalności używania prezerwatyw w przypadku zagrożenia śmiertelną chorobą (taką jak AIDS) czy też Papieskiej Akademii Życia o tym, że uzasadniona obrona kobiety przed gwałtem obejmuje także jej prawo „do obrony przed nasieniem gwałciciela”, włącznie z pigułką „po” (byleby nie była to pigułka wczesnoporonna) – dyskusja ta wciąż jeszcze nie jest zakończona.

Na zakończenie zaś mojego wywodu muszę dodać jeszcze parę słów na temat tego, co według mnie z „tradycyjnego” nauczania Kościoła (poza wymogiem, że seks powinien implikować miłość i wierność, o czym pisałam już wcześniej) domaga się także dziś koniecznie zachowania i obrony.

Przede wszystkim więc jest to to niezłomne przekonanie, że PŁODNOŚĆ ludzka jest wciąż pozytywną wartością, oznaką zdrowia i darem Boga – a nie największym możliwym zagrożeniem, przed którym należy się bronić rękami i nogami. A dzieci są zawsze błogosławieństwem, nigdy ciężarem. W perspektywie dotykającej nas „epidemii niepłodności” i kryzysu demograficznego (który zresztą Paweł VI przewidywał już ponad 40 lat temu!) wydaje mi się to szczególnie ważne.

Wiecie, dlaczego upadło Cesarstwo Rzymskie? Nie, wcale nie „przez chrześcijan” – jak do dziś sądzą niektórzy. Upadło przede wszystkim dlatego, że wobec postępującego spadku dzietności w pewnym momencie zaczęło tam brakować rąk do pracy (i do obrony rozległych terytoriów) – i Rzymianie zostali zmuszeni do przyjmowania w swe granice coraz większych grup „barbarzyńców.” A kiedy ci imigranci (jak byśmy dzisiaj powiedzieli) zorientowali się, że stanowią już większość społeczeństw Imperium Romanum, doszli do wniosku, że nie ma sensu bronić starego porządku – lepiej na jego gruzach zbudować nowy, własny. I jako historyczka poważnie się obawiam, że „starą”  (także pod względem fizycznym) Europę czeka niedługo taki sam los – choć się na razie jeszcze rozpaczliwie broni przed napływem „obcych.” A różne pomysły ich „asymilacji” (tak, aby woleli raczej kultywować nasze wartości, niż wprowadzać własne) okazują się dziś równie mało skuteczne, jak kilkanaście wieków wcześniej.

My tymczasem żyjemy w świecie, gdzie troska o zdrowie ciała (szczególnie ludzi młodych) posuwa się tak daleko, że planuje się „dla naszego dobra” ograniczyć dostęp np. do niezdrowej żywności czy do solarium – jednocześnie dając nawet nieletnim niemal nieograniczony dostęp do antykoncepcji, a nawet aborcji farmakologicznej. Wniosek: nieplanowana ciąża jest zawsze większym nieszczęściem, niż ewentualne następstwa zdrowotne tych środków, które wciąż są dość poważne – mimo że co pewien czas wypuszcza się na rynek nową ich generację, która to ma zapewniać już tylko samą „czystą radość bezpiecznego seksu.”

Równocześnie jednak wciąż powstają nowe suplementy, które mają ograniczyć te mniej przyjemne następstwa antykoncepcji, których (już) podobno ma nie być. I tak biznes (farmaceutyczny) się kręci…

Sama przez kilka lat brałam na moje problemy hormonalne pewien lek, powszechnie przepisywany nastolatkom np. na kłopoty z trądzikiem i na „wyregulowanie okresu” (co zresztą w wielu przypadkach jest bzdurą – bo albo rytm biologiczny po kilku latach ustali się sam, albo też nie ma w ogóle mowy o żadnej „nieregularności” – wahania cyklu w granicach 5-7 dni są rzeczą normalną u każdej kobiety i nie muszą świadczyć o żadnych zaburzeniach). Czułam się po nim tak koszmarnie, że po dwóch latach męczarni zdecydowałam się go odstawić na własną rękę – a teraz czytam, że właśnie ten środek został wycofany ze sprzedaży w wielu krajach, m.in. we Francji, z powodu groźnych, nawet śmiertelnych, skutków ubocznych. Tak więc moje dolegliwości nie były bynajmniej przejawem „przewrażliwienia”, jak sugerowała mi lekarka…

Jest w tym także pewien szerszy a nie dostrzegany wymiar „ekologiczny”: któż bowiem jest w stanie przewidzieć, jakie długofalowe skutki będzie miało dla przyrody przenikanie do środowiska syntetycznych substancji hormonalnych, wydalanych codziennie przez miliony zażywających je na świecie kobiet? Poważnie pytam.

„Rekolekcje z postem Daniela”? A czemuż by nie?

Niedawno na blogu pewnego „eksa”, do którego książki o odejściu („Zakochana koloratka” – cóż za tytuł!:)) się przymierzam, znalazłam tekst krytykujący niektóre zakony za rzekomo „nieuczciwy PR” w postaci rekolekcji połączonych z dietą według wskazówek tego czy innego świętego.

Sama spotkałam się jedynie z rekolekcjami z dietą warzywno-owocową dr Ewy Dąbrowskiej oraz z inną odmianą podobnej diety „biblijnej”, zwaną „postem Daniela”; słyszałam także o próbach stworzenia jadłospisu leczniczego na podstawie pism św. Hildegardy z Bingen czy też św. Brygidy. Możliwe, że istnieje jeszcze kilka innych. Ale ogólnie rzecz biorąc sądzę, że ponieważ są to właściwie „głodówki lecznicze”, oparte na warzywach i owocach, oraz piciu soków i wywarów jarzynowych, stosowane krótkotrwale (a przecież typowe rekolekcje zazwyczaj nie trwają dłużej, niż kilka-kilkanaście dni) i przez osoby zdrowe – nie powinny nikomu zaszkodzić. A raczej przeciwnie.

Natomiast ludzie chorzy, przyjmujący leki, kobiety w ciąży i karmiące powinny się przed przystąpieniem do takiego eksperymentu skonsultować ze swoim lekarzem. To się rozumie samo przez się.

Jednakże wspomniany przeze mnie bloger pisze tak:

‚Dwa w jednym: coś dla ciała no i przy okazji kilka słów wielkopostnych rekolekcji!

„Tylko u nas dieta św. Brygidy, dieta św. Nepomucena, czy innego świętego, a na dodatek rekolekcyjne nauki[tak przy okazji]„- zachwalają swój pomysł braciszkowie zakonni!
Dziwny sposób, a może nie….?
Chyba jednak coś tu jest nie tak..?

A może lepiej byłoby zostawić dietetykom sprawy naszych ciał, a Kościół niech zajmuje się kondycją naszej duszy?”

I przyznam się, że zdania typu: „Niech się Kościół lepiej trzyma z daleka od…. (tu wstawić, co się komu żywnie podoba:)), niech się raczej zajmie DUSZĄ!” sprawiają, że zapala mi się w głowie jakaś czerwona lampka.

Bo zazwyczaj oznacza to chęć odsunięcia wiary w Boga WCIELONEGO (tzn. takiego, który stał się CZŁOWIEKIEM, z duszą i ciałem, a nie tylko jakąś abstrakcyjną „duszą ludzką”) od wszystkiego, co tylko ma związek z realnym życiem ludzi – na rzecz jakiejś coraz bardziej mglistej „duchowości.”

Sęk jednak w tym, że sam Jezus (a za nim i Kościoły), jeśli wierzyć Ewangeliom, zajmował się nie tylko duchowym dobrem swoich wiernych, lecz także – i to zazwyczaj na szczęście – ich ciałami. Uzdrawiał chorych, karmił głodnych (i to samo zalecał czynić swoim uczniom), a na pewnym weselu w Kanie nawet przemienił wodę w najprzedniejsze wino – zamiast palnąć biesiadnikom przy tej okazji jakieś wzniosłe kazanie. Najlepiej na temat szkodliwości picia alkoholu. 😉 Czy to także był z Jego strony jedynie „nieuczciwy PR”?:)

Czy mam zatem rozumieć, że Kościół niepotrzebnie zakładał przez wieki (i zakłada nadal) jadłodajnie, szpitale i hospicja? Wszystko to przecież takie „cielesne”, a fe!

Nie, nie, nie! Teologia katolicka naucza, że człowiek nie jest jedynie „duszą” (P. zawsze mi zwraca uwagę, że właściwie księża nie powinni mówić w kościołach: „Módlmy się za duszę śp. Jana Kowalskiego” lecz po prostu za świętej pamięci Jana Kowalskiego…:)), ale „jednością cielesno-duchową”, która to jedność, jak wierzymy, zostaje tylko czasowo rozerwana w momencie śmierci.

Wszystko, co czynimy z naszym ciałem, wpływa także w jakiś sposób na stan naszej duszy – i odwrotnie.

Dlatego, jeśli nawet ktoś przyjedzie na takie rekolekcje tylko z myślą o tym, że chciałby trochę zmienić swoje nawyki żywieniowe, a „przy okazji” (jak to zostało sformułowane w omawianym tekście) usłyszy coś o Bogu, który jest Stwórcą i jego duszy i ciała – to cóż w tym złego? Tak tylko pytam.

Post

Wpis niniejszy jest rozszerzoną wersją moich komentarzy pozostawionych na blogu www.bielszy-odcien-bieli.blogspot.com. Całość komentowanego tekstu znajduje się  tu: 
http://www.bielszy-odcien-bieli.blogspot.com/2015_02_01_archive.html

Źródło obrazka: www.podniebemszerokim.blogspot.com