Piosenka o…

 

Ostatnio mam fioła na punkcie tej piosenki Perfectu.Moim zdaniem bardzo pięknie mówi ona o kapłaństwie („mam taki bardzo rzadki fach-odnawiam dusze…”), samotności, odejściach, a nawet…o spowiedzi („czasem w ludziach nagle tak zajdzie ZMIANA-i zrzucają swe przebrania…”).

 

Zresztą najlepiej sami posłuchajcie…

 

https://youtu.be/1wyxscLilc8

 

 

Dlaczego denerwuje mnie film Macieja Pieprzycy „Chce się żyć”?

Proszę mnie źle nie zrozumieć.Uważam, że jest to film wybitny, na miarę obrazu „Moja lewa stopa”.I jestem pod wrażeniem tego, co zrobił Dawid Ogrodnik, który na potrzeby głównej roli musiał oduczyć swoje ciało normalnego reagowania. Oglądając go, byłam święcie przekonana, że jest to aktor, który rzeczywiście cierpi na porażenie mózgowe.Wbrew pozorom, są tacy na świecie.

 

Ale…No, właśnie.Zawsze są jakieś „ale.”

 

Przede wszystkim film ten utrwala negatywne stereotypy dotyczące tej choroby.Pokazuje osoby z porażeniem jako nie panujące nad ciałem, wymagające nieustannej opieki, wykonujące dziwne ruchy, bez kontaktu, zdeformowane…Przerażające.

 

Myślę, że niepotrzebnie.Ja np.zupełnie nie odnajduję siebie w tym obrazie-choć po obejrzeniu po raz kolejny tego filmu zaczęłam się zastanawiać, co właściwie inni ludzie widzą, kiedy patrzą na mnie? „Potworka”? Co takiego widzi mój mąż?

 

Sęk w tym, że ta przeklęta choroba nie ma czegoś takiego, jak „typowy obraz.” Każdy przypadek jest inny.Każdy człowiek jest inny.

 

Już i tak porażenie-obok Zespołu Downa-jest głównym „straszakiem” dla młodych rodziców.Kiedyś nawet przeczytałam na blogu pewnego tatusia westchnienie ulgi, że jego syn jest „tylko” niesłyszący, podczas gdy mógłby, o zgrozo, mieć porażenie mózgowe…

 

Wyznaję ze wstydem, że z wielkim trudem powstrzymałam się od napisania temu panu, że ja przynajmniej mogę mówić i śpiewać…Po co dobijać nieszczęśliwego człowieka?

 

Wobec powyższego drobiazgami wydają mi się już takie rzeczy, jak to, że podobno twórcy filmu nie dotrzymali obietnic składanych pierwowzorowi głównego bohatera-ponoć miano mu obiecać poprawę warunków życiowych w zamian za adaptację jego historii.Tymczasem człowiek ten nadal mieszka w DPS-ie. Tym bardziej, że sensację tę podawał swego czasu „Superexpress” – a sam reżyser zdecydowanie zaprzecza (mimo pewnych oczywistych podobieństw) jakoby jego dzieło miało być fabularyzowaną biografią Przemysława Chrzanowskiego.

 

Albo to, że lekarze w filmowym ośrodku najwyraźniej nie mają pojęcia o tym, że próba karmienia kogokolwiek-nie tylko osoby wykonującej liczne mimowolne ruchy!-w pozycji leżącej może się skończyć zadławieniem.

 

Albo wreszcie to, że język Blissa wydaje mi się bardzo mało efektywną formą komunikacji międzyludzkiej. Trudno mi sobie wyobrazić, by w ten sposób rzeczywiście można było wyrazić całą złożoność ludzkiego doświadczenia-coś więcej, niż najprostsze życiowe komunikaty i pojęcia.

 

Rozumiem jednak, że dla kogoś, kto przez lata był odcięty od jakiegokolwiek kontaktu z otoczeniem, i to może być bardzo dużo.

Stealthing- krótkie studium zjawiska.

Ktoś kiedyś powiedział, że w dzisiejszych czasach seksualność, tak jak wszystko inne, stała się kwestią MODY. Jednego roku modne jest mleko i dziewictwo, a innego- whisky z colą i sado-maso. I wydaje mi się, że tzw. „stealthing”, zjawisko dość nowe, może być właśnie jedną z takich mód.

 

Niezorientowanym wyjaśniam, że chodzi o coraz powszechniej występującą – zwłaszcza w USA – sytuację, gdy mężczyzna nie tyle odmawia założenia prezerwatywy, co oszukuje partnerkę, że ją założył – lub zdejmuje ją już w trakcie stosunku.

 

Oczywiście, praktyka taka może mieć wiele poważnych następstw, jak choćby ryzyko niepożądanej ciąży lub zarażenie się chorobami przenoszonymi drogą płciową (z których najgroźniejszą jest AIDS).

 

Niektórzy widzą w tym przejaw chęci męskiej dominacji nad kobietami, a amerykańskie feministki już grzmią, aby postępujących w ten sposób panów karać na równi z gwałcicielami. Sprawa jednak nie wydaje mi się aż taka prosta – i stąd ten post.

 

Oczywiście, jest to pewnego rodzaju nieuczciwość, nadużycie zaufania, być może nawet jakaś forma nadużycia seksualnego (skoro narażamy tu bezpieczeństwo własne i partnera). Sam termin można byłoby chyba najlepiej przełożyć na polski jako „kradzież zaufania.” Niemniej, mam trudności z podciągnięciem tego pod klasyczną definicję gwałtu, skoro wcześniej nastąpiła obopólna, świadoma zgoda dorosłych ludzi na seks.

 

Gdybyśmy założyli inaczej, trzeba byłoby też przyjąć, że mężczyzna ma obowiązek założyć prezerwatywę zawsze, gdy partnerka tego zażąda. W takim ujęciu stosunek seksualny staje się niczym więcej, jak tylko rodzajem umowy – i każda ze stron może zostać pociągnięta do odpowiedzialności (karnej!) za złamanie jej warunków. Taka definicja niezbyt mi się uśmiecha, ale trudno. Możliwe, że jestem zbyt romantyczna czy też staroświecka.

 

Ale idąc tym torem, należałoby chyba w podobny sposób karać kobiety, które bez wiedzy partnera odstawiły pigułki antykoncepcyjne? Ciekawe, jak taki pomysł spodobałby się amerykańskim feministkom… Nie wiem, dlaczego autonomia kobiety miałaby być w tym przypadku ważniejsza od autonomii mężczyzny?

 

Szczerze mówiąc, nigdy nie mogłam pojąć dlaczego… jeśli mężczyzna pragnie mieć dziecko, a kobieta nie – nazywamy to gwałtem. Natomiast, jeśli kobieta chce dziecka, a mężczyzna nie – mówimy, że to „niespodzianka.” Według mnie w obydwu przypadkach mamy do czynienia z podobnym poziomem nieuczciwości.

 

Moim zdaniem, karać należałoby jedynie osoby, które w sposób świadomy narażają innych na utratę życia lub zdrowia – jak w przypadku celowego zakażenia chorobą weneryczną.

 

Poza tym, można też rozpatrywać stealthing jako nieudolną i głupią, to prawda, ale jednak, próbę obrony swojej godności/męskości przez facetów, upokorzonych faktem, że są zmuszeni do stosowania prezerwatyw zawsze i wszędzie. Warto dodać, że nawet te wyznania, które, jak judaizm, w sposób liberalny traktują kwestię antykoncepcji dla kobiet, do męskiej płodności podchodzą na ogół bardzo poważnie.

 

Zauważmy, że istnieje nawet specjalny Dzień bez Prezerwatywy (obchodzony już niebawem, bo 28 maja).

 

I chociaż zdecydowanie NIE POLECAM świętowania tego dnia (przede wszystkim z uwagi na rozliczne niebezpieczeństwa zdrowotne) ludziom nie będącym w stałych, wiernych związkach -to wyraża on moim zdaniem głęboką, choć nie zawsze uświadomioną, tęsknotę ludzi za seksem w pełni „naturalnym”, pozbawionym wszelkich ograniczeń.

 

Ostatecznie – za zaufaniem i miłością, które daleko wykraczają poza logikę seksu rozumianego jako zwykła umowa dwustronna.

 

Logika ta, jak zresztą przekonałam się niedawno, może mieć wręcz przerażające następstwa. Oto na jednej ze stron internetowych pewna pani nazwała swoją zdradę małżeńską „zwykłą przygodą seksualną dorosłej kobiety” – tłumacząc jednocześnie, dlaczego „musi” się pozbyć niechcianych następstw tej zupełnie niewinnej „przygody”. Bo mąż „nie zrozumiałby, że to nie jego dziecko.” Jasne – dziecka przecież nie było w kontrakcie, prawda? I w drugą stronę – czytałam też o pewnym panu, który domaga się pociągnięcia do odpowiedzialności karnej swojej byłej, która, wbrew wcześniejszym ustaleniom (i temu, że za to zapłacił!) odmówiła usunięcia ciąży. No, cóż – jak umowa-to umowa! 🙁