Piosenka o…

 

Ostatnio mam fioła na punkcie tej piosenki Perfectu.Moim zdaniem bardzo pięknie mówi ona o kapłaństwie („mam taki bardzo rzadki fach-odnawiam dusze…”), samotności, odejściach, a nawet…o spowiedzi („czasem w ludziach nagle tak zajdzie ZMIANA-i zrzucają swe przebrania…”).

 

Zresztą najlepiej sami posłuchajcie…

 

https://youtu.be/1wyxscLilc8

 

 

Sprawa ks. Charamsy.

Przygotowywałam się właśnie ( to prawda, że powoli – ale wybaczcie: obowiązki macierzyńskie przede wszystkim!) do napisania jakiegoś mniej lub bardziej wyważonego tekstu na temat obecnej fali imigracji – aż tu nagle wybuchła bomba: ks. prałat Krzysztof Charamsa, jeden z wysokich urzędników watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary, ogłosił w świetle jupiterów, że jest gejem, co więcej, że posiada „narzeczonego” o wdzięcznym imieniu Eduardo.

I okazało się, że skoro wszyscy o tym mówią, to i ja – żona byłego księdza, pisząca na tematy „okołokościelne” też jakieś zdanie na ten temat posiadać powinnam.

Zaznaczam od razu, że zaglądanie komukolwiek w rozporek nie leży w mej naturze (zresztą, kimże ja sama jestem, by kogokolwiek osądzać?), ale jeśli od kilku dni ktoś mi tym rozporkiem stale wymachuje przed oczami, to  chyba wypadałoby jakoś zareagować.

Warto może zacząć od tego, od czego w ogóle zaczęła się cała ta awantura. „Tygodnik Powszechny” opublikował wywiad z ks. Charamsą (wtedy jeszcze występującym w roli niezależnego eksperta) na temat konieczności zmiany języka, jakim Kościół często posługuje się, mówiąc o osobach homoseksualnych.

I z tym byłam skłonna w pełni się zgodzić. Sama, kiedy słyszę np. ks. Dariusza Oko, który opowiada o „tłokach w rurze wydechowej” mam ochotę zwymiotować. Gdyby się uprzeć, to i „święty seks małżeński” też można by opisać w podobnie obrzydliwy sposób. Pytanie tylko, PO CO?

Między ludźmi  (homo-i heteroseksualnymi) są w tych sprawach jeszcze uczucia – przypomnę dla porządku, że nawet pomiędzy osobami tej samej płci uczucia NIE SĄ grzechem! – ale te właśnie ks. Oko zdaje się zupełnie ignorować i mówi o osobach homoseksualnych tak, jakby mówił o zwierzętach. I to takich, które są dlań wyjątkowo odrażające.

Ale ks. Charamsa po tym niegłupim wstępie ruszył do ataku – i teraz, w kolejnych odcinkach swojej „telenoweli” mówi już nie tylko o swojej miłości do partnera (Jacek Dehnel, którego trudno raczej podejrzewać o „katolicki fundamentalizm”, trafnie zauważył, że słowo „narzeczony” jest w tym kontekście co najmniej niezręczne – „narzeczony” bowiem to ktoś, z kim zamierzamy w najbliższym czasie zawrzeć związek małżeński – a takiej możliwości jak na razie nie daje obu panom ani prawo kanoniczne, ani cywilne przepisy Polski czy Włoch), ale także o „antyludzkim Kościele”, w którym przez lata doświadczał cierpień i upokorzeń. Jak rozumiem, RÓWNOLEGLE z robieniem w tejże „zbrodniczej” instytucji błyskotliwej kariery?

Czyżby nowy Konrad Wallenrod homoseksualizmu?:)

A teraz ” Tygodnik Powszechny” skarży się, że został przez księdza prałata wykorzystany i poddany manipulacji – że był tylko narzędziem, mającym odpowiednio nagłośnić jego coming out. Nie chce mi się wprawdzie wierzyć w tę obrażoną niewinność żurnalistów TP – tacy starzy dziennikarscy wyjadacze publikując taki tekst musieli przecież zdawać sobie sprawę z tego, że jego reperkusje bynajmniej nie będą  pozytywne. I że przyczynią się raczej do wzmożenia ataków na Kościół (jako na – rzekomo – siedlisko patologii wszelkiego rodzaju) niż do wzrostu empatii u osobników takich, jak ks. Oko i jemu podobni.   Niemniej wychodzi na to, że ks. Charamsa jest nie tylko „uciemiężoną ofiarą katolickich zbrodni”, ale i zręcznym manipulatorem?

I proszę mnie źle nie zrozumieć: mnie naprawdę nic do tego, z kim ks. Krzysztof zamierza dzielić swoje noce i dnie. Zastanawiam się tylko, czemu musi to robić koniecznie jako ksiądz? Nie jest to bynajmniej kwestia jego orientacji seksualnej (czego on najwyraźniej nie rozumie – albo udaje, że nie rozumie), a jedynie zwykłej uczciwości. Mój mąż, kiedy zakochał się we mnie, zrezygnował z kapłaństwa. Nie pojmuję, dlaczego ks. Charamsa i inni homoseksualni kapłani mieliby być w tej sprawie traktowani lepiej (inaczej) niż heteroseksualni?

jak to celnie ujął jeden z internautów: „Ksiądz ma kobietę na boku? No, tak, to jest właśnie ta hipokryzja klechów! Ksiądz ma faceta na boku? Ach, cóż to za odwaga, postawić mu pomnik!”

Otóż to, kochani Czytelnicy. Bo wyobraźcie sobie, że jakiś heteryk wyszedłby przed kamery i oświadczył: „Drodzy Państwo, oszukiwałem Was przez wiele lat, grając przykładnego męża i ojca rodziny! W rzeczywistości jestem bigamistą. A teraz oczekuję na oklaski za to, że jestem taki ODWAŻNY!”  Kto z Was przyklasnąłby takiemu „bohaterowi”?

Zawsze uważałam, że należy mieć wyrozumiałość dla ludzkich słabości, dla niewierności nawet (tak, jak to czyni dla nas sam Bóg) – ale jednak nie należy podnosić ich do rangi cnoty…

Dodam jeszcze, że swoim postępowaniem ks. Charamsa podkopał moje niezłomne dotąd przekonanie, że osoby homoseksualne są tak samo zdolne dotrzymywać słowa, jak heteroseksualne – i paradoksalnie, jeszcze bardziej utrudnił im drogę do kapłaństwa (osobiście nigdy nie byłam przeciwna udzielaniu święceń takim osobom – znałam kilku wspaniałych, homoseksualnych księży).

Ktoś może mi teraz słusznie powiedzieć, że także mój P. nie dotrzymał dobrowolnie podjętych zobowiązań. To prawda, lecz my nie domagamy się z tego powodu rewizji całego nauczania Kościoła. Nie jest winą Kościoła, że ja się zakochałam (choć być może jest jego zasługą, że P. jest tak wspaniałym mężczyzną, jakim jest:)) – i nie ośmieliłabym się w tej sytuacji czegokolwiek butnie od niego „żądać”.

Ja mogę tylko czekać, prosić, modlić się i mieć nadzieję, że Bóg będzie dla nas miłosierny…

A o ks. Charamie już krążą słuchy, że JEDYNA rzecz, która mogłaby teraz udobruchać tego dumnego, watykańskiego prałata (swoją drogą, dobrze, że Franciszek zniósł prałatury w ogóle, skoro mamy TAKICH prałatów…), to gdyby sam papież pokornie udzielił jemu i jego „narzeczonemu” ślubu w Kaplicy Sykstyńskiej. Najlepiej na klęczkach i obleczony w wór pokutny…:)

A jako kobietę zmartwiło mnie także to (zbyt) nachalne wywlekanie własnej intymności na widok publiczny. Żal mi było biednego Eduardo, wyraźnie speszonego koniecznością zaprezentowania swojej wielkiej miłości w świetle jupiterów. (Sama Ewa Wanat, która do pruderyjnych raczej nie należy, określiła to przedstawienie jako „kiczowate”).

Ktoś mi na to napisał, że zapewne takie zachowanie ks. Charamsy było spowodowane chęcią wypromowania przezeń swojej nowej książki, w której, jak zapowiada, „ujawni wszystkie swoje grzechy” (nie wiedziałam, że jeszcze jakieś zostały do odkrycia?:)). Jest on bowiem świadomy, że po takich wyznaniach wkrótce straci lukratywną posadę, a żyć z czegoś trzeba…

Jeśli tak, to tym gorzej. Bo „wszystko na sprzedaż!” to raczej kiepskie motto dla kogoś, kto kreuje się na jedynego sprawiedliwego?

Jednego takiego, co to ujawniał w swoich książkach „wszystkie grzechy” (głównie cudze) – już mieliśmy i wystarczy. Nazywał się Roman Kotliński i obecnie (jeszcze) jest posłem z Ruchu Palikota. Ten to potrzebował całego cyklu, aby udowodnić sobie że miał rację!:) Po przeczytaniu tego mój przyjaciel, Tomasz Jaeschke  (inny były ksiądz, który swego czasu odrzucił propozycję pracy w antyklerykalnych „Faktach i Mitach”), stwierdził z przekąsem, że aż dziw bierze, jakim cudem biedny Romek wytrzymał aż tyle lat w takim bagnie, jakim według niego jest Kościół katolicki…

Jak zapewne wiecie, jako żona „byłego” chętnie kolekcjonuję książki „byłych”, mając nadzieję, że dzięki poznawaniu historii innych ludzi  lepiej poznam i zrozumiem samą siebie. I niestety muszę stwierdzić ze smutkiem, że na palcach jednej ręki można policzyć takie publikacje, w których byli księża nie próbują zrzucić na Kościół całej winy za swoje osobiste decyzje.

Czy naprawdę ks. Charamsa chce być kimś takim?

No,cóż – życzę mu wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia. Ale mój osobisty stosunek do całej sprawy całkiem nieźle oddaje ten fragment z tekstu ks. Wojciecha Węgrzyniaka:

„Od 17 lat jestem księdzem. 6 lat mieszkałem w seminarium, w pokoju sześcioosobowym, trójce i dwójkach. 5 lat mieszkałem z księżmi w Rzymie, w Jerozolimie rok u Legionistów, 2 lata u Franciszkanów. Nigdy nie spotkałem się z jakimkolwiek przejawem homoseksualizmu. Może nie jestem atrakcyjny seksualnie. Może nie widzę rzeczy, które widzą inni. A może, tak naprawdę, nie jest was wielu, wbrew powtarzanym opiniom.

Nie chodzi jednak o liczby. Jeśli nawet jest was więcej niż widać i jeśli żadne spotkania kapłańskie nie są objawem jawnej przeciw wam walki, to jest to tylko dowodem na to, że nie jest wam źle w kapłaństwie. Mówią, że się wspieracie, że są powiązania i układy, ale jeśli tak, to dlatego, że pod wieloma względami jest wam lepiej niż księżom heteroseksualnym. Wy możecie jechać razem na wakacje. My z kobietami nie możemy. Wy możecie spotykać się co tydzień i zostawać na noc u kolegi. My tak nie możemy. Wy możecie tworzyć przyjaźnie. Na nas od razu podejrzliwe patrzą. Nawet seks możecie uprawiać bezpiecznie, nie bojąc się, że partner zajdzie w ciążę. W wielu miejscach sprzyja wam prawo, jak w Jerozolimie, gdzie nie można było zapraszać kobiety do swego pokoju w klasztorze, a mężczyznę można było za zgodą przeora. Doceńcie to. Możecie oskarżać wszystkich, że wam utrudniają życie, ale nie Kościół hierarchiczny.”

Nic dodać, nic ująć…

Czy PEDOFILIA jest naprawdę głównym problemem Kościoła?

(Proszę się nie obawiać – nie zmieniłam zdania w kwestii usunięcia stąd bloga. Prace nad tym wciąż trwają.:))

Kazimiera Szczuka, z zawodu feministka, postanowiła z przytupem rozpocząć swoją kampanię wyborczą do Parlamentu Europejskiego (będzie „jedynką” u Palikota – swoją drogą, owa śmiertelna obraza feministek polskich na niego za niechęć do zgwałcenia Wandy Nowickiej coś nie trwała długo. Widocznie te panie swoiście pojmują honor i „dumę kobiecą” – albo po prostu zapach władzy i przyszłych pieniędzy pięknie im wszystko wynagradza…) i wystąpiła wczoraj w programie Moniki Olejnik wraz z podobną sobie „lwicą” z polskiej prawicy, Marzeną Wróbel, pochylając się z troską nad (a jakże by inaczej!) nabrzmiałym problemem pedofilii w Kościele.

W związku z tzw. „raportem ONZ” w tej sprawie.

Chciałabym tu od razu zaznaczyć, że moim zdaniem żądanie, by odnośne „procedury” przeszły wreszcie z teorii do praktyki, oraz, by księży, którym udowodniono tego typu występki, natychmiast usuwać ze stanu duchownego, wydaje się całkiem sensowne.

Szczerze mówiąc, nigdy nie mogłam zrozumieć, czemu kapłanów, prowadzących „normalne” życie z kobietą (zakończone, o zgrozo, cywilnym małżeństwem) kara taka spotyka niejako „z automatu” – natomiast w przypadku udowodnionego wykorzystywania dzieci, nie zawsze.

Nigdy nie powinno być tak, jak zdarzyło się np. na warszawskim Tarchominie, gdzie ksiądz skazany za „czynności seksualne wobec nieletnich” przez kilka kolejnych lat nadal bez przeszkód posługiwał w parafii.

Choć z drugiej strony, zdumiała mnie pani Kazia, oburzając się, iż ktoś taki „dalej odprawia msze dla dzieci.” Jak rozumiem, według tej pani MOŻLIWE jest molestowanie dzieci nawet podczas nabożeństwa, na oczach tłumu wiernych?

Bo mnie się jednak wydaje, że w tej sytuacji są mimo wszystko bezpieczniejsze, niż gdzie indziej…

Jak można się było spodziewać, feministka ostro zareagowała na jakiekolwiek próby łączenia zjawiska pedofilii w Kościele z homoseksualizmem wśród księży.

Sama swego czasu broniłam tu homoseksualnych kandydatów przed zakazem przyjmowania ich do kapłaństwa, jaki wydał Benedykt XVI. (Zob. „Niepowołany gej?”) Wydawało mi się wówczas (i wydaje mi się nadal), że jest niesprawiedliwe z góry zakładać ich organiczną niezdolność do dochowania tego, czego wymaga się od WSZYSTKICH księży, niezależnie od ich orientacji seksualnej.

Z drugiej jednak strony, muszę przyznać, że statystyki tutaj są miażdżące – około 80% przestępstw pedofilskich na świecie (rzecz oczywista, także tych popełnionych przez duchownych) dotyczy molestowania chłopców przez dorosłych mężczyzn.

I nie znaczy to wcale, jak próbowała sugerować Kazimiera Szczuka, że ktokolwiek chciałby w ten sposób zbagatelizować równie tragiczne przypadki wykorzystywania dziewczynek. Nie. Taka jest po prostu wymowa suchych liczb.

I jeszcze à propos tych liczb. Niektórzy, rzekomo na podstawie „raportu ONZ” mówią już nawet o „setkach tysięcy” ofiar pedofilii w Kościele – co jest o tyle nieścisłe, że sam „raport” mówi „zaledwie” o KILKUDZIESIĘCIU tysiącach takich przypadków, na przestrzeni, jak zrozumiałam, kilkudziesięciu ostatnich lat.

Mimo, że sądzę, że nawet JEDEN taki przypadek to już o jeden za dużo, myślę, że to jednak zdecydowana różnica…

Patrząc na rzecz logicznie: obecnie na świecie jest około 400 tysięcy księży katolickich, gdyby więc owych przypadków miało być rzeczywiście „kilkaset tysięcy” w ciągu ostatnich lat, to musiałoby to oznaczać, że (statystycznie) niemal KAŻDY kapłan (w tym i mój mąż!) ma na sumieniu jakieś skrzywdzone dziecko.

Rzeczywista skala zjawiska w Kościele katolickim jest jednak zupełnie inna. Różne badania mówią o 1,5-4% pedofili wśród księży…

Oznacza to, w praktyce, że każdy z Was ma znacznie większą szansę (czego Wam oczywiście nie życzę!) natknąć się w swoim życiu na księdza niewierzącego, alkoholika, księdza-chciwca czy też zwykłego chama, niż na księdza pedofila.

Przypomina mi się tu od razu swoisty „eksperyment”, jaki swego czasu przeprowadził w Niemczech nie kto inny, jak Joseph Goebbels. Otóż urządził on w Trzeciej Rzeszy istną nagonkę na „deprawatorów młodzieży w sutannach” – w wyniku której aresztowano ponad 7000 księży. Z tego jakąkolwiek winę zdołano udowodnić jedynie 130, co stanowi około 2%. I wydaje mi się, że TO jest właśnie rzeczywista skala zjawiska…

Z raportu przygotowanego dla amerykańskiego Departamentu Edukacji wynika, że zachowania pedofilskie wśród księży zdarzają się nawet do 100 razy rzadziej, niż w innych grupach zawodowych, np. wśród nauczycieli.

Sama znałam co najmniej kilku pedagogów, którzy wyraźnie gustowali w uczennicach – a tylko jednego księdza, którego mogłam podejrzewać o to samo. A jednak z żadnej mównicy nie słyszałam ostatnio tyrady o tym, jak bardzo mogą być zagrożone nasze dzieci, kiedy po prostu idą do szkoły…

I nawet red. Adam Szostkiewicz „specjalista do spraw religijnych”  tygodnika „Polityka”, którego trudno raczej podejrzewać o jakieś szczególnie prokatolickie sympatie, trzeźwo zauważa:

„[Ten tzw. „Raport ONZ”] to zbiór tez zebranych z publicystyki na temat Kościoła w kwestii nie tylko pedofilskiej, ale i aborcji, eutanazji, antykoncepcji. Wszystko to  jest zebrane razem, napisane dość niezgrabnym pseudoprawniczym językiem i przedstawione jako niespotykane wzięcie na dywanik Watykanu. Stolica Apostolska odpowiedziała na to bardzo spokojnie, pokazując wszystkie niespójności w tym dokumencie. Muszę się z tym zgodzić. Niespójności jest mnóstwo. To nie jest tak, że jak ktoś ma uwagi krytyczne na temat polityki kościelnej, to z definicji musi poprzeć każdą wypowiedź, która jest krytyczna. To brnięcie w ślepy zaułek. – kontynuuje dziennikarz. – Samo założenie, że oczekujemy od Stolicy Apostolskiej większej przejrzystości i współpracy z władzami cywilnymi, jest zdrowe i słuszne. Ale mówimy o tym od lat.” (Źródło: TOK FM)

Szostkiewicz dodaje, że dokument ten ma wydźwięk głównie „propagandowy” – i doprawdy, trudno się z tym nie zgodzić…

Pedofilia1

A tego typu wątpliwe „żarciki”, na jakie pozwalają sobie koledzy p. Szczuki z Twojego Ruchu (dawniej: Ruch Palikota) wydają mi się całkiem niezłym komentarzem do jakości owego okrzyczanego „raportu.”