Lęk pierwotny…

“Czego się boisz, głupia?” – mogłabym teraz sobie zaśpiewać.

No, właśnie, czego się boję? I dla-czego się boję, skoro wiem, że on mnie kocha, kocha tak, że poszedłby za mną do piekła? A nawet do mojej matki.

Czego się boję, czemu się boję, skoro zawsze tak bardzo pragnęłam mieć dziecko? I skoro wierzę, że niezależnie od wszystkiego Pan Bóg nas osłoni?

Czego się boję, skoro noszę w sobie najpiękniejszy owoc naszej miłości, trzecią istotę, powstałą z nas dwojga? Ciało z mego ciała i krew z jego krwi, tak łagodnie we mnie wkołysane.

Czego się boję, skoro jestem szkatułką, w której ukrywa się cząstka mego umiłowanego?

I myślę, że ten strach to najstarszy strach, znany ludzkości. Strach kobiety, oczekującej potomstwa…A teraz stał się moim udziałem. Strach przed odrzuceniem. Samotnością. Zniesławieniem. Społecznym ukamienowaniem, społeczną śmiercią, utratą najbliższych. A nawet przed tym, że sama umrę przy porodzie. Ja – albo dziecko.

Strach przed utratą jego miłości. (“A będziesz mnie kochał nawet wtedy, kiedy będę miała duży brzuch i nie będę mogła chodzić?” “A będziesz kochał nasze dziecko?”) Strach przed tym, że dziecko nas od siebie oddali, zamiast zbliżyć.

Strach, strach, strach…

Moja mama kiedyś powiedziała, że z chwilą, kiedy kobieta zostaje matką, kończy się jej spokój – i teraz dopiero widzę, jak dalece miała rację. Wszystko się nagle zmienia. Wszystko.

Zawirował świat.
Zatrzęsła się ziemia.
Poruszyło się dzieciątko w łonie moim…

KOBIETY – ostatnia szansa dla Kościoła?

Rzecz to dziwna, że zarówno ludzie blisko związani z Kościołem katolickim, jak i ci, którzy się uważają za jego zajadłych krytyków, są przekonani, że już sama wzmianka o jakimkolwiek udziale kobiet w kapłaństwie w tymże Kościele pachnie herezją i grozi ekskomuniką.

 

Tymczasem w moim przekonaniu powinno tu chodzić nie tyle o wprowadzenie czegoś zupełnie nowego drogą rewolucyjnych zmian, co raczej o PRZYWRÓCENIE pewnej instytucji,która istniała w Kościele prawdopodobnie do końca VI wieku: instytucji DIAKONATU KOBIECEGO.

 

O”diakonisach” wspomina już św. Paweł (Rz 16,1; być może także 1 Tm3,11), a historia Kościoła II i III w. daje nam wiele pięknych przykładów ich męczeństwa podczas kolejnych prześladowań chrześcijan. Jak się zdaje, ich obowiązki w pierwszych wspólnotach nie odbiegają wiele od zadań diakonów – mężczyzn: tak jak oni wspomagają chorych i ubogich, nauczają i asystują przy chrzcie (zwłaszcza kobiet), pełnią pomocnicze posługi podczas liturgii i w różny sposób wspierają wierzących. Jak z tego wynika, ich posługa jest ściśle związana z potrzebami duszpasterskimi Kościoła pierwotnego, w którym kobiety zajmują własną, dość wysoką pozycję, zgodnie z przesłaniem Pawłowego Listu do Galatów:

 

“Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, niema już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie.”

 

Wydaje mi się, że w chwili obecnej Kościół stoi przed wieloma wyzwaniami, podobnymi do tych z epoki starożytnej – jak choćby przed zadaniem wielkiej “reewangelizacji” świata zachodniego. Trafnie to zresztą odczytując jako”znak czasów”, w duchu odnowy przywrócił już do życia wiele  instytucji i obrzędów, które istniały u jego początków (jak choćby katechumenat dorosłych czy “konsekracja dziewic”) – bo należy pamiętać, że każda prawdziwa odnowa Kościoła powinna być w istocie powrotem do jego źródeł. Dlaczegóż by więc nie uczynić tego samego z kobiecym diakonatem?

 

Przecież już dzisiaj wiele kobiet (zwłaszcza sióstr zakonnych) zastępuje księży w czynnościach związanych z administrowaniem parafiami, a tam, gdzie nie ma kapłanów, przewodzą one modlitwie wspólnoty; wszędzie też ewangelizują, chrzczą, katechizują, opiekują się chorymi i ubogimi. Przypuszczam, że bez problemu mogłyby także – podobnie, jak czynią to diakoni-mężczyźni – np. udzielać ślubów. (Są to zresztą zadania zasadniczo analogiczne do tych, które wykonują “pastorki” w Kościołach protestanckich i rabinki w reformowanych wspólnotach żydowskich.

Warto bowiem pamiętać, że rabini i pastorzy to NIE KAPŁANI: to raczej “nauczyciele wiary” i kaznodzieje. Notabene w Warszawie i Krakowie są już siostry- duszpasterki młodzieży. I bardzo dobrze!) Wszystko to zapewne mogłyby robić lepiej, gdyby otrzymały lepsze przygotowanie jako diakonisy, a obrzęd święceń (może analogiczny do męskich świeceń diakonatu, a może do wspomnianego już powyżej Ordo Consecrationis Virginum?) nadałby tej ich posłudze wyższą rangę i nieco oddalił owe, trochę niesprawiedliwe jak mi się zdaje, oskarżenia katolicyzmu o mizoginizm.

 

Sądzę,że Kościół (Ecclesia), który wszak w jęz. greckim sam jest rodzaju żeńskiego mógłby dzięki tym aktywnym i wykształconym kobietom lepiej ukazać współczesnemu światu swoje bardziej ludzkie, “macierzyńskie” oblicze.Diakonisy mogłyby się stać również ważnym ogniwem dialogu ekumenicznego, angażując się we wspólne przedsięwzięcia charytatywne wraz z siostrami z innych wspólnot chrześcijańskich. (O ile mi wiadomo, prężna Diakonia tego właśnie typu działa np. w Kościele luterańskim). Aby jednak zachować katolicki charakter takiego diakonatu warto byłoby w formacji diakonis (wśród których, jak sądzę, mogłyby być i panny,chcące się zobowiązać do życia w celibacie, jak i mężatki, pragnące pełnić tę posługę jako osoby świeckie – taka bowiem jest praktyka Kościoła w odniesieniu do diakonów płci męskiej) umieścić akcenty maryjne ich powołania.

Skoro bowiem dla kapłanów najdoskonalszym wzorem powinien być Chrystus  – Sługa (gr. Christos Diakonos), tak też (przez analogię) dla katolickich diakonis mogłaby się nim stać “Matka Pana i Matka Kościoła”, Ta, która sama mówiła o sobie, że jest Służebnicą Pańską… Nie należy bowiem nigdy zapominać, że Kościół JEST Matką (Ecclesia Mater) oraz MA Matkę w osobie Maryi (Mater Ecclesiae) – i obydwa te elementy powinny być na pewno obecne w formacji przyszłych diakonis.

 

Co zaś do ewentualnych żądań dopuszczenia kobiet do “wyższych” święceń kapłańskich, tj. do prezbiteratu i biskupstwa, to trzeba z cała mocą powiedzieć, że praktyka ta nie znajduje potwierdzenia ani w Biblii, ani też w całej historii Kościoła aż do czasów współczesnych – i mocno mnie dziwi, iż to właśnie protestantyzm, jako ruch wyrosły na bazie “powrotu do Biblii” (sola Scriptura) jako pierwszy wysunął tak dalece”niebiblijny” postulat.

No chyba, żeby uznać, jak ostatnio pewna szwedzka pani pastor, że, cytuję:”Biblia nie jest Objawieniem Bożym, a pytania, które stawia, nie są naszymi pytaniami.” Oczywiście, można taki pogląd głosić, tyle tylko że stawia to pod znakiem zapytania same podstawy istnienia takich “zreformowanych” wspólnot. Jeśli bowiem źródłem doktryny chrześcijańskiej nie jest już ani Tradycja (którą odrzucił już Marcin Luter), ani Pismo Święte, to na czymże w końcu ona się opiera? Na własnym widzimisię pastorów czy na doraźnym zapotrzebowaniu wiernych, na zasadzie “popytu i podaży”? Przypomina mi się tu tablica, która przed wejściem do jednego ze zborów protestanckich w USA zachęcała: “Wstąp do nas! Msza trwa tu tylko 10 minut!”

(I jeszcze dwa inne ważne argumenty: 1) Niedopuszczenie kobiet do kapłaństwa może być uważane za przejaw ich dyskryminacji tylko w przypadku, kiedy uznajemy, że kapłan jest zasadniczo kimś lepszym (“ważniejszym”) od nie-kapłana. Jest to typowo feministyczne ujęcie, sprowadzające wszelkie zjawiska do kwestii władzy i walki płci. Tak jednak nie jest. Chrześcijański kapłan nie powinien “panować nad swym wiernym ludem”  (nawet, jeżeli niektórzy tak właśnie robią!) lecz służyć całej wspólnocie. 2) W trakcie sprawowania obrzędów liturgicznych ksiądz niejako “uosabia” i “przypomina” swoją osobą Chrystusa, który przecież przyszedł na świat jako mężczyzna. Czy naprawdę ten znak byłby tak samo czytelny, gdyby na jego miejscu stała kobieta?)

Ciekawe jest przy tym, że w totalnym “rozprzężeniu dokrynalnym”przodują właśnie te wspólnoty, które wcześniej dopuściły kobiety do kapłaństwa, a ów “kościelny i moralny liberalizm” wcale nie zahamował tam (jak to próbuje nam się wmawiać w Polsce) postępującej  laicyzacji społeczeństw i odpływu wiernych ze świątyń. Wydaje się więc, że nie jest tak, że “kobiety w sutannach” są obecnie “jedyną nadzieją Kościoła”.

A mimo to podczas tegorocznych uroczystości wielkanocnych w Watykanie modlono się, aby nadeszła “era kobiet.” Jak w początkach chrześcijaństwa – bo to kobiety przecież były  pierwszymi świadkami zmartwychwstania.  Niech więc nadejdzie taka era! Amen. Czyli: niech tak się stanie! A ja tylko czekam, kiedy papież wyda encyklikę, rozpoczynającą się od słów św. Pawła: “Polecam Wam waszą siostrę, diakonisę…” 🙂

Wszystko nie tak…

Usiadłam przy stole, Fasolko, i wpatrywałam się z niedowierzaniem w dwie kreseczki, zwiastujące Twoją obecność we mnie – choć przecież od dawna już przeczuwałam, że gdzieś tam jesteś…

Jesteś – a więc ja będę – mamą…

Chciałam, żeby ten moment był bardziej uroczysty, żebyśmy potwierdzili Twoje istnienie razem z tatusiem. Żebyśmy się mogli cieszyć, że jesteś już z nami. I przepraszam Cię, moje dzieciątko, że wyszło troszkę inaczej.

Chciałabym, żeby Twój tatuś wziął mnie w ramiona. A potem poszedł do moich rodziców i oświadczył się o mnie. Żebym mogła Cię obnosić z dumą i radością.

Ale teraz…na razie…będę musiała Cię ukrywać przed całym światem. I jakże ja zdołam Cię obronić, Muszelko malutka, przed moją mamą, która (pod pozorem sprzątania!) regularnie i dokładnie przetrząsa wszystkie moje rzeczy, nawet te najbardziej osobiste?

Wczoraj zdołałam ukryć test ciążowy w koszu na śmieci, pod czarnym, nieprzezroczystym workiem – ale gdzie schowam Ciebie, moje biedne maleństwo? Gdzie ucieknę przed jej czujnymi oczyma?

W moim sercu P. jest moim mężem, a ja jego żoną. Nie będę “matką bękarta”, czy jak to się tam nazywa. Ale mężatkom wolno cieszyć się błogosławionym stanem – a dla mnie jest tylko strach. Inne trzydziestoletnie kobiety mogą się cieszyć nawet “nieślubnym” macierzyństwem. Ale przecież nie ja, nie ja! Niezamężne niepełnosprawne dziewczęta nigdy nie bywają w ciąży. A już na pewno nie z księdzem. To się po prostu nie zdarza. No, ale cóż – sama tego chciałam, sama chciałam…

Panie Boże – jeżeli to jest kara, to proszę, ukarz mnie, ale nie to dziecko, nie dziecko! Ono nic nie jest winne, że ma takich lekkomyślnych  (choć bardzo zakochanych!) rodziców. Zrób z nami, co zechcesz – byle ono żyło!

Boję się. O Ciebie i o siebie, Fasolko. Nie wiem, czy jesteś zdrowa, czy dobrze się rozwijasz. A jeśli to jest ciąża pozamaciczna i ja umrę? Albo nie będę mogła mieć więcej dzieci? A jeśli nawet jesteś we mnie całe i zdrowe, to nie mam pojęcia, jak uda mi się Ciebie donosić i bezpiecznie wydać na świat. Nie mam tych słynnych porannych mdłości, ale nie mam także apetytu, a dziś rano obudziłam się zlana zimnym potem. Panicznie boję się poronienia, które przecież zagraża mi na każdym kroku. Ciąża u kalekiej dziewczyny to stan nieomal patologiczny…

Chudnę. Z najwyższym trudem zmuszam się do codziennych ćwiczeń – i nie wiem, czy to, co tutaj robię, Ci nie zaszkodzi, Kruszynko. I modlę się, abyś to jakoś wytzymało – i obiecuję Ci, że już nigdy więcej nie będziemy tego robili. Będziemy dużo spali, racjonalnie się odżywiali i odpoczywali (bo ciągle jakoś chce mi się spać, Muszelko – ciekawe, czy to też z Twojego powodu?).Mamusia Cię ochroni.Tylko żyj! Proszę…

Tatuś…Twój tatuś, Fasolko, jest jedynym jasnym punktem w tym wszystkim (nie licząc tego, że właśnie dostałam pracę – i będę mogła z tego utrzymać ciebie i siebie). Wiem, że mnie kocha – i pokocha Ciebie. Mówił, że już wyobraża sobie, jak będzie słuchał bicia Twego serduszka. Tatuś jest moim jedynym oparciem, jedyną nadzieją, koteczku. Wiem, że osłoni mnie przed całym światem. I przed Twoją babcią. Zabierze mnie do siebie..Tylko kiedy to będzie? Przecież na razie nie mamy nawt żadnego “u siebie”, gdzie moglibyśmy się schronić…

Mieliśmy trochę inne plany, chcieliśmy się najpierw oficjalnie pobrać, a potem powołać Cię do życia. Żeby było “po Bożemu.” We właściwej kolejności. Wiem, że tak właśnie powinno być – i przepraszam Cię, moje dzieciątko, że tak nie jest. Ale wynagrodzimy Ci to, zobaczysz.

“Naszym prawem jest być dzieckiem miłości –
powitanym tu jak najmilszy z gości…”

– jak mądrze śpiewał znany zespół Ich Troje, na długo przedtem, zanim zaczął być taki znany…

A zatem witaj na świecie, Gościu niespodziewany! Kochamy Cię…i to chyba jest najważniejsze, prawda?