Katolik gorszego sortu?

Swego czasu bardzo mnie poruszyła historia pewnego wierzącego i praktykującego homoseksualisty, opisana w którymś z numerów “Więzi”.

Chłopak ten, godząc się z tym, że pozostając w zgodzie z nauką Kościoła nigdy nie będzie mógł założyć rodziny, zapragnął zakosztować choćby rodzicielstwa duchowego (które to podobno jest dostępne dla wszystkich) i zostać ojcem chrzestnym dla swojego bratanka.

Jego stały spowiednik wyraził zgodę – co poświadczył na piśmie (z czego wnioskuję, że człowiek ten znajdował się w odpowiedniej dyspozycji duchowej, ażeby taką zaszczytną funkcję pełnić). Podobnie rodzice dziecka.

Niestety, w tym momencie ostre veto zgłosili rodzice jego bratowej, którzy posunęli się nawet do tego, że zaczęli słać donosy do przełożonych na owego kierownika duchowego, jakoby pobłażał grzesznikom, hołubił “zboczeńców” i ogólnie siał w ten sposób zgorszenie w świętym ludzie Bożym…

Do chrztu z udziałem naszego bohatera ostatecznie nie doszło. A mnie jest smutno. Bo po co w takim razie podejmować wysiłek bycia w Kościele, być może także (nie znam sumienia tamtego chłopaka) życia w czystości – jeżeli będąc osobą homoseksualną i tak zawsze będzie się czarną owcą dla swoich “pobożnych”  współwyznawców?

Poza tym, moim zdaniem, mamy tu do czynienia z nieuprawnionym podważaniem kompetencji spowiednika – i w konsekwencji wkraczaniem na teren sumienia innej osoby (“gadaj zdrów, księże – ja i tak WIEM, że on jest nieczysty!”).

I tak sobie myślę, czy taki wujek – który, jak my wszyscy, zapewne grzeszy, upada, ale się podnosi – rzeczywiście byłby GORSZYM przykładem wiary dla swojego bratanka, niż pewien znany mi osobiście pan, który całymi latami bił i gwałcił swoją ślubną żonę?  Tamten, owszem, był w pełni godzien tego, by być ojcem chrzestnym  dla sporej gromadki dzieci… Co sądzicie o tym?

źródło obrazka: dayenu.pl

 

Życzenie śmierci.

“Modlę się o mądrość dla papieża, o jego serce otwarte na działanie Ducha Świętego, a jeśli tego nie uczyni – modlę się o szybkie jego odejście do Domu Ojca. O szczęśliwą śmierć dla niego mogę zawsze prosić Boga, bo szczęśliwa śmierć to wielka łaska.” powiedział w homilii wygłoszonej 25 lutego ks. prof. Edward Staniek wymieniając przy tym błędne, jego zdaniem, poglądy Franciszka, do których teolog zaliczył otwarcie na muzułmanów oraz na ludzi żyjących w ponownych związkach po rozwodzie.

Jeśli chodzi o wyznawców islamu, to przypomniał, iż są oni odpowiedzialni za śmierć milionów chrześcijan, a nasi przodkowie walczyli z nimi pod Wiedniem. Czyżby była to delikatna sugestia, iż i my dzisiaj powinniśmy postępować z nimi podobnie? Miłosierdzie, dodał, moglibyśmy ewentualnie okazać tym mahometanom, którzy by na naszych oczach umierali z głodu i pragnienia,  dla pozostałych zaś drzwi kościołów i parafii powinny być zamknięte.

Doprawdy szkoda, że Pan Jezus, mówiąc o przyjmowaniu przybyszów ze względu na Niego samego, zapomniał dodać, że nie chodzi tu w żadnym razie o nikogo spoza grona Jego uczniów. I że – o zgrozo! – za przykład człowieka miłosiernego postawił Żydom nie któregoś z ich kapłanów czy lewitów, lecz pogardzanego przez nich cudzoziemca- Samarytanina…

Jeśli zaś chodzi o kwestię dopuszczenia do komunii osób powtórnie zaślubionych (choć, przypomnę, papieżowi NIE CHODZIŁO o to, by bez problemu rozgrzeszać każdego, kto po prostu “wymienił żonę/męża na lepszy model”, ale by rozpatrywać każdy przypadek indywidualnie – bo przecież nikt nie zaprzeczy, że INNA jest sytuacja faceta, który porzuca żonę z niepełnosprawnym dzieckiem – niż tej żony, która po latach znalazła miłość i wsparcie w innym mężczyźnie…) – ks. Staniek stwierdza autorytatywnie, że jest to świętokradztwo. “Dopuszczenie w Kościele ludzi nieświętych do świętości to profanacja sakramentów”.  No, tak. A zatem wszyscy przyjmujący Komunię Świętą KŁAMIĄ, mówiąc za każdym razem: “Panie, nie jestem godzien…”?

Przecież oni – we własnym mniemaniu – SĄ godni, są święci? A sakramenty w tym ujęciu są nie tyle pomocą dla grzeszników w drodze do nieba – co nagrodą za dobre sprawowanie dla aniołów?

No, dobrze – przyjmijmy na chwilę, że ksiądz profesor, wybitny specjalista od Ojców Kościoła (bardzo cenię jego książki na ten temat) ma rację w obydwu tych kwestiach. (Choć znajomi kapłani, których uczył, mówili mi, że te jego stwierdzenia stały też w sprzeczności z tym, czego kiedyś ich nauczał…). Nawet gdyby papież zbłądził, to nie uprawnia żadnego kapłana rzymskokatolickiego do modlitwy o szybką śmierć dla niego. Co najwyżej należałoby prosić o jego nawrócenie – a to nie jest to samo.

Nawet papież Leon X, o którym nawet życzliwi historycy piszą, że nie było w nim “nawet śladu religijności” ( a ci mniej życzliwi przypisują mu powiedzenie:”wszystkie wieki mogą poświadczyć, jak wiele korzyści przyniosła nam ta bajka o Chrystusie.”) – mógłby się podobnej modlitwy doczekać co najwyżej od współczesnego sobie Marcina Lutra. Nie od katolickiego kapłana!

Warto tutaj może przypomnieć, że już w średniowieczu zakazano przyjmowania intencji mszalnych “o rychłą śmierć biskupa NN”…

Samo sformułowanie było co najmniej niezręczne, co musiał przyznać nawet uważany za konserwatystę abp Marek Jędraszewski, odpowiadając na to zwykłymi w takich razach okrągłymi zdaniami:

“Z ogromnym bólem i żalem przyjąłem wiadomość o słowach, jakie pod adresem Ojca Świętego Franciszka wypowiedział niedawno ks. prof. Edward Staniek. “Zapewniam, że w intencjach Ojca Świętego Franciszka modli się codziennie i żarliwie cały Kościół Krakowski, upraszając u Pana Boga tak konieczne dla Niego łaski w pełnieniu Urzędu Piotra w jednym, świętym, katolickim i apostolskim Kościele” – napisał, bo cóż innego mógł napisać? Powiedziałeś, synu, to, co wszyscy tutaj po cichu myślimy – że ten “szalony Argentyńczyk” o wiele za dużo sobie pozwala – ale nie powinieneś był mówić tego tak głośno?

Hierarcha poinformował też , że “osobiście rozmawiał” z księdzem Stańkiem. O żadnym upomnieniu dla księdza profesora ani o przeprosinach dla papieża Franciszka mowy nie było…

 

Czy mi się tylko zdaje, czy też polski Kościół nigdy jeszcze nie był aż tak blisko schizmy?

„ZAKOCHANA KOLORATKA” – szkic do recenzji.

Przyznam się, że kiedy po raz pierwszy usłyszałam (niedawno) o tej książce, miałam mocno mieszane uczucia.

Pretensjonalny wydawał mi się zarówno sam tytuł, jak i okładka, na której tytułowa „koloratka” została przemodelowana na kształt serduszka. Pomyślałam – cóż to za pomysł, zakochany bywa człowiek, ksiądz, a nie jego „koloratka” (i przecież nikt nie zatytułowałby historii miłosnej chirurga – „Zakochany skalpel”, prawda?:)).

Kolejne wątpliwości wzbudzał we mnie fakt, że Kryspin Krystek opisuje, bądź co bądź, trwający 10000 dni „romans” z zamężną parafianką. „Facet podeptał aż DWAsakramenty – myślałam sobie, czując się od niego lepsza – i jeszcze się tym chwali!”

Obawiałam się ponadto, że może to być jedna z wielu tzw. „książek na odejście” (jak je nazywam), w których byli księża próbują obronić własne decyzje, często ponad  wszelką miarę deprecjonując Kościół.

No, cóż – można powiedzieć, że po raz kolejny zostałam pouczona, by, jak to się mówi, „nie oceniać książki po okładce.” I to w tym wypadku nawet dosłownie.:)

Opowieść zaczyna się pełnym czułości opisem agonii Małżonki autora, zmarłej dwa lata temu na chorobę nowotworową, potem zaś wraz z narratorem cofamy się w czasie, aż do lat 80-tych XX wieku, do małego miasteczka w Wielkopolsce, gdzie zaczęła się ich znajomość.

I nagle okazuje się, że nic tu nie jest takie, jak się na początku wydawało.

Oto sympatyczny z pozoru mąż głównej bohaterki okazuje się „kolekcjonerem zabawek” i zadufanym w sobie playboyem, który bez żenady umawia się z innymi kobietami na oczach młodej żony; prócz tego upokarza ją na każdym kroku, bije, a w końcu posuwa się nawet do gwałtu, gdy zauważa, że „zdobycz” wymyka mu się z rąk na korzyść młodego księdza.

W takiej perspektywie nawet kulminacyjna scena, w której Kryspin symbolicznie „wykupuje” Romę od jej męża, dając mu w zamian prawo użytkowania swojego samochodu (sic!), nie wydaje się już aż tak szokująca. Chociaż w dalszym ciągu uważam, że każda w miarę zdrowo myśląca kobieta miałaby pełne prawo uznać się za poniżoną, gdyby wiedziała, że stała się przedmiotem tego rodzaju specyficznej „transakcji” pomiędzy dwoma mężczyznami. Nawet, gdyby jeden z nich utrzymywał przy tym, że ją bardzo kocha.

W ogóle uważam, że jest to historia zupełnie niezwykłej (to prawda) miłości księdza do „zupełnie zwyczajnej” (o ile o kimkolwiek wolno tak powiedzieć) kobiety, którą dopiero ta jego miłość uczyniła kimś niezwykłym. Choć przyznaję, że fotografia na wewnętrznej stronie okładki przekazuje nam obraz atrakcyjnej, delikatnej blondynki. Ale może na tym właśnie polega „cud miłości”? Że wydobywa z osoby kochanej to, co w niej najpiękniejsze – a dla innych często niedostrzegalne? Sama przecież doświadczam od lat czegoś podobnego w moim związku z P…

Spodobało mi się natomiast podejście autora do jego własnych (kapłańskich) i jego żony (małżeńskich) zobowiązań.

„Najłatwiej byłoby powiedzieć: „Twoje małżeństwo było pomyłką, a moje kapłaństwo błędem” – i sprawa załatwiona, prawda? – pisze – Myślę jednak inaczej, nawet wiem to na pewno: musiałaś być żoną Krzysztofa, doznać upokorzenia z jego strony, byśmy mogli się spotkać, aby spełniło się Boże zamierzenie, by zrealizował się jego plan w stosunku do nas.

Podobnie odbieram sens mojego kapłaństwa, którego też nie uważam za pomyłkę. Tak po prostu musiało być. Kiedyś usłyszałem dziwne stwierdzenie: „Gdyby kapłan odprawił tylko jedną mszę i gdyby tylko jednemu grzesznikowi pomógł wrócić na drogę przyjaźni z Bogiem i udzielił mu rozgrzeszenia, to już same te zdarzenia dają odpowiedź, czy warto było przyjąć sakrament kapłaństwa.””

Sama zawsze właśnie tak pojmowałam sens powołania P. – i dlatego zwyczajnie cieszę się, że ktoś jeszcze myśli podobnie…

Kryspin Krystek, Zakochana koloratka.10 000 dni. Wyd. SORUS, Poznań 2014, dodruk 2015.

koloratka-2-150x150