Mój Dzień Kobiet…

Zapytałam mojego męża, który właśnie przygotowywał sobie w kuchni kolację: – W czym mogę Ci pomóc, kochanie? – W niczym. – odpowiedział – Wystarczy, że jesteś.

Przyznam się Wam, że był to jeden z najpiękniejszych komplementów, jakie zdarzyło mi się usłyszeć od niego w życiu. I to po tylu latach małżeństwa. No, no, no!

Z okazji naszego dzisiejszego wspólnego święta życzę Wam wszystkim, abyście się dobrze czuły w swojej skórze. W dzisiejszych czasach i w tym miejscu na Ziemi, dzięki Bogu, jest tyle dobrych sposobów, aby realizować się jako kobieta – i jako człowiek.

Myślę też dzisiaj – bo nie mogę nie myśleć! – o wszystkich tych, które gdziekolwiek na świecie doświadczają cierpienia i niesprawiedliwości. O żonach alkoholików. O dziewczynkach zmuszanych do prostytucji lub do małżeństwa. Co czasami niestety prawie na jedno wychodzi. O bitych, gwałconych, poniżanych z jakiegokolwiek powodu. O tych, które nie mają prawa do edukacji i o tych, które siedzą w więzieniach z powodu tego, w co wierzą. O tych, które nie mają co jeść – i o tych, które muszą uciekać ze swojego kraju w obawie przed wojną i nędzą. O porzuconych przez mężów, samotnych na starość czy niepełnosprawnych.

A nawet, paradoksalnie, o tych, które same będąc kobietami, przyczyniają cierpień innym kobietom. Dzieciom. I mężczyznom. Tak. Bo nigdy nie wierzyłam w mit, jakoby kobiety (w ogólności) były tą bardziej szlachetną częścią ludzkości. A świat przez nie urządzony niekoniecznie musiałby być  lepszy od tego, który znamy. Niestety.

PS. Aha, zapomniałabym. Dbajcie o swoje swoje zdrowie. Zawsze.

Polacy, Niemcy, Żydzi…

Czytam właśnie książkę Antoniny Żabińskiej, uhonorowanej medalem Sprawiedliwej wśród Narodów Świata (to jest słynna “żona dyrektora ZOO” z amerykańskiego filmu) – i ona napisała, że podczas wojny śmierć czyhała z każdej strony, tak że w końcu przestawało się zwracać na nią uwagę. Tym można by tłumaczyć, dlaczego niektórzy Polacy pomimo groźby śmierci własnej i całej swojej rodziny mimo wszystko pomagali swoim rodakom pochodzenia żydowskiego. A innych ta sama groźba nie powstrzymywała przed kradzieżą pożydowskiego mienia, na przykład.

Jedni mogli sobie myśleć:”Za ukrywanie JEDNEGO Żyda jest kulka w łeb – więc co mi szkodzi ukrywać dziesięciu?” A inni: “Trudno, zabiją mnie za to. Ale przynajmniej przedtem najem się do syta. A tamtym i tak ten majątek się już na nic nie przyda!”

Przy ocenie zjawiska radziłabym brać pod uwagę kilka rzeczy. Po pierwsze, jeśli rzeczywiście stosunek większości społeczeństwa polskiego do Żydów był zdecydowanie wrogi, a zdziczali polscy antysemici tylko czekali na sposobność, by pomóc hitlerowcom w ich “zbożnym dziele oczyszczania świata” to dlaczego tak drakońskie przepisy karały pomoc Żydom TYLKO w Polsce, a nie na przykład we Francji, Belgii, Holandii? Czyżby jednak okupanci sądzili, że bez takiego terroru ci okropni Polacy pomagaliby swoim sąsiadom w dużo większym stopniu?

Prawda jest taka, że w latach 30. XX wieku nastroje antysemickie były dość silne w całej Europie, co zapewne nie pozostawało bez związku z Wielkim Kryzysem. Wielu zubożałych ludzi chętnie obwiniało za swoją sytuację “żydowskich bankierów i kapitalistów”, dlatego jawnie rasistowskie wypowiedzi Hitlera nie wywoływały powszechnego oburzenia.

Wydaje mi się, że najczęstszą postawą wobec Żydów podczas okupacji była jednak nie otwarta wrogość, lecz obojętność. Albo trwożliwe współczucie, jak u mojej Babci. Ona sama miała w tym czasie maleńkie dzieci, więc nie zdecydowała się przyjąć nikogo do siebie (czy można ją za to winić?) – lecz pomagała jak umiała, ukradkiem przekazując ukrywającym się żywność i inne rzeczy. Niestety, chyba żaden z jej podopiecznych nie przeżył wojny.

Z tego samego względu NIE POTĘPIAM także żydowskich “kolaborantów” – jak to się niekiedy zdarza prawicowym publicystom – oni też chcieli jedynie przetrwać, płacąc za to niekiedy bardzo wysoką cenę.

W tym miejscu warto też przypomnieć, że Polskie Państwo Podziemne bardzo surowo karało szmalcowników – choć nie udało mi się nigdzie znaleźć dokładnej liczby wykonanych na nich wyroków.

Oczywiście jestem boleśnie świadoma odpowiedzialności niektórych Polaków za mordy w Jedwabnem, w Szczuczynie (grupa bandytów związanych z ruchem nacjonalistycznym uwięziła tam i torturowała bezbronne Żydówki, a następnie w okrutny sposób pozbawiła je życia) i wielu innych miejscach. Czasami za takimi zbrodniami stała rzeczywiście rasistowska nienawiść, a czasem zwykła, prymitywna chciwość – jak w mojej rodzinnej miejscowości, gdzie kilku Polaków zatłukło ojca pewnego znanego pisarza w nadziei na nie wiadomo jakie zyski.

No, cóż, w każdym narodzie zdarzają się – żeby posłużyć się tytułem książki Żabińskiej – ludzie i zwierzęta. Powiedziałabym nawet, że wojna wszystko wyostrza. Kto przed wojną był przyzwoitym człowiekiem – podczas okupacji wznosił się niejednokrotnie na szczyty bohaterstwa. A kto już przed wojną był drobnym cwaniaczkiem i kombinatorem, w okupacyjnej rzeczywistości zyskiwał dogodne warunki do tego, by wyrosnąć na prawdziwą kanalię. A dlaczego? Bo prawo pozwalało na podłość, a karało za normalne, ludzkie odruchy.

Byli zatem dobrzy i źli Polacy, tak samo, jak byli źli i dobrzy Niemcy (choć może ci ostatni bardziej niż inni zastraszeni we własnym narodzie) – a także źli i dobrzy Rosjanie czy Ukraińcy. Oprócz bestii, które potrafiły nabijać polskie niemowlęta na płoty, byli i tacy szlachetni ludzie, którzy oddawali życie w obronie swoich sąsiadów. Czemu w naszym narodzie miałoby być inaczej?

Z drugiej strony, nie rozumiem takich głosów, jak posła Marka Jakubiaka, który pytał, czy Żydzi podczas wojny uratowali choć jednego Polaka. Przede wszystkim, sytuacja Żydów pod okupacją niemiecką była jednak znacznie gorsza, niż sytuacja (również uciskanych) Polaków. Mówiąc prościej, Polacy mieli więcej sposobności, by pomagać Żydom, niż odwrotnie.  No, i można by tutaj przytoczyć całą plejadę naukowców czy lekarzy żydowskiego pochodzenia (jak Janusz Korczak czy Marek Edelman) – czyż i oni nie pomagali Polakom?

Poza tym można by powiedzieć, że istnieje przynajmniej jeden Żyd, który uratował nas wszystkich. Nazywa się Jezus Chrystus – i ze względu na Niego należało ratować wszystkich innych. Tak to zresztą chyba pojmowały katolickie siostry zakonne, przechowując podczas wojny żydowskie dzieci w swoich klasztorach.

A w Katyniu i w sowieckich łagrach ginęli również obywatele polscy pochodzenia żydowskiego, panie pośle…

Modlitwa na Dzień Świętych Młodzianków

Czytam, że według pewnego sondażu aż 65% moich rodaków nie przyjęłoby uchodźców nawet na Wigilii. Jako osoba, która uważa, że powinniśmy przyjmować wszystkich, którzy pomocy faktycznie potrzebują-a więc przede wszystkim prześladowanych przez ISIS chrześcijan z Syrii czy Iraku-albo kobiety i dzieci doświadczające przemocy w swojej kulturze-czuję z tego powodu wielki smutek. Zwłaszcza tego dnia, kiedy mój Kościół wspomina Dzieci Betlejemskie, które nie miały dokąd uciekać przed siepaczami Heroda…

W związku z powyższym znalazłam w Sieci taki piękny wiersz:

Przyjechałam na osiołku
w białą chustę zakutana.
Mąż mnie przywiózł. Jestem w ciąży.
Chodzę od samego rana.
Szukam miejsca, gdzie urodzę.

Uciekamy przed Herodem,
co zabija małe dzieci,
Szukam miejsca, gdzie się światło
miłosierdzia jeszcze świeci.
Przyjechałam, bo mężowi Bóg sen zesłał,
by uciekać.

A tam, gdzie nie przyjmą nas, Pan kazał
ze stóp naszych pył otrzepać,
co też czynię.
JEŚLI POLSKA DLA POLAKÓW,
TO DLA BOGA MIEJSCA NIE MA,
A apele jasnogórskie
to jest jedna wielka ściema.

Wyjechałam.
Pusty obraz pozostawiam wam, Polacy.
Niech wam Pan Bóg za gościnę
porachuje i zapłaci.

—-

(Artur Pałyga)

I to wszystko w kraju, którego Królem jest uchodźca…A tu tymczasem czołowi katoliccy publicyści prześcigają się w tłumaczeniach, jakoby Jezus wcale nie był uchodźcą-i jakoby Jego wezwanie do przyjmowania przybyszów w żadnym razie nie dotyczyło wyznawców islamu.Nawet tych w realnym niebezpieczeństwie śmierci.Ech…