Dlaczego aborcja NIE jest OK?

Naprawdę miałam nadzieję, że aborcyjna nawalanka, która jakiś czas temu znów przetoczyła się przez Polskę, już trochę przycichła. Ale nie. Oświecone panie redaktorki z Wysokich Obcasów uznały, że pora znowu zamieszać w tym kociołku.

Otóż postanowiły nam uświadomić, że wszyscy, którzy uważają, że aborcja powinna być “rzadka” – jak np. Hillary Clinton – są w wielkim błędzie. Bo najnowsza feministyczna narracja jest taka, że aborcja to normalna sprawa. A aborcyjny “dream team” – uśmiechniętych, atrakcyjnych dziewczyn – zamierza sprzedawać pigułki poronne, jakby to były cukierki.  Zero pytań, zero problemu.

Dramatyczne decyzje? Niełatwe wybory? A skąd! Narracja płaska jak naleśnik, żadnych trudnych dylematów, wątpliwostki nawet tyciej. Pigułeczka dla szanownej pani? Uśmiech, proszę! Uśmiech! Uśmiech!Uśmiech!

W takiej radosnej tonacji nie mieszczą się wypowiedzi wielu kobiet – i to z forów bynajmniej nie katolickich!- które mówią przy tej okazji o fizycznym bólu (tak, tak – nawet “bezpieczna aborcja farmakologiczna” BOLI, i to czasami bardzo: “myślałam, że umieram” – bardzo często się w tych historiach powtarza), smutku, samotności, poczuciu, że nie było innego wyjścia… Najgorszym – a nie najwspanialszym dniu w życiu. I że wprawdzie wtedy myślałam, że to najlepsze rozwiązanie, ale teraz już tak nie uważam. Co tam, opowieści tych kobiet nie pasują do kolorowego obrazka, więc się je usunie poza margines “powszechnego kobiecego doświadczenia.” Najwyżej, w razie czego, powie się im, że to był przecież ich własny, świadomy wybór – a my umywamy rączki.

Cóż jeszcze – nie tylko “aborcja jest OK!” A  kto śmie twierdzić inaczej, ten z pewnością “stygmatyzuje kobiety, które aborcji dokonały!” Słyszałam już taką argumentację, choć jest kompletnie od czapy.  Z faktu, że uważam np. palenie papierosów za rzecz złą, nie wynika wcale, że chciałabym karać czy też przymusowo reedukować palaczy. Mogę uważać, że ktoś dokonał w swoim życiu złego wyboru – nie każdy wybór jest automatycznie dobry przez sam fakt, że był mój własny – a jednocześnie spróbować go zrozumieć i nie potępiać. Z mojego osobistego doświadczenia wynika zresztą, że “stygmatyzowane” ze wszystkich stron to są raczej kobiety, które choćby myślą o oddaniu dziecka do adopcji. “Masz prawo” usunąć ciążę – ale NIE MASZ PRAWA powiedzieć: nie dam rady/nie chcę wychowywać tego dziecka. Sądzę, że wiele aborcji ma swoje źródło w takim właśnie powszechnym podejściu do adopcji… Więcej: “dokonanie aborcji czyni Cię wyjątkową!”

No, cóż – prof. Dębski kiedyś opowiadał o przypadku pewnej polskiej feministki (niewymienionej z nazwiska) która stwierdziła, że “dopiero gdy dokonała aborcji, poczuła się w pełni kobietą.” Profesor, którego trudno chyba uznać za skrajnego pro-lifera, skwitował to zdanie powiedzeniem, że “normalna kobieta by tak nie powiedziała.” Rozumiem jednak, że zmierzamy właśnie w tym kierunku – a prof. Dębski awansował niniejszym na “antyfeministę”?

A ja ze swej strony chciałabym zapytać, która kobieta ma prawo czuć się BARDZIEJ wyjątkowa. Czy ta, która sama wychowuje niepełnosprawne dziecko – a tak jest w 80% przypadków, co też można uznać poniekąd za pokłosie poglądu – “Twoja ciąża-Twoja sprawa!”? Czy ta, która po każdej “wpadce” łyka cudowną, aborcyjną pigułkę? Ta pierwsza to frajerka, Matka Polka – a ta druga to bohaterka feministycznej nowej ery?

Dotychczas – i ja się z tym zgadzałam – wszystkie feministki świata twierdziły zgodnie, że należy OGRANICZAĆ liczbę aborcji, np. przez edukację i antykoncepcję. Ale teraz niech mi ktoś wyjaśni, ale tak, żebym zrozumiała: po co ograniczać coś, co uważa się za zjawisko ze wszech miar pozytywne?

I wreszcie – to irytujące podejście “ilościowe” do problemu: “Dokonałaś aborcji? Nie musisz się przejmować, jedna na trzy kobiety zrobiła to samo!”

Jestem przekonana, że co najmniej 30% Polaków od czasu do czasu bija dzieci – czy to znaczy, że mogą się czuć zupełnie w porządku? I ciekawe, co by było, gdyby ktoś zrobił okładkę z napisem “KLAPSY SĄ OK”? Nie? Ale dlaczego nie? Przecież jakaś część ludzi z pewnością tak uważa – a redaktorki WO uczenie nam wyjaśniają, że ich radosna narracja jest skierowana wyłącznie do kobiet, które z aborcją nie miały najmniejszego problemu. Zapewniam, że jest wielu rodziców, którzy podobnie bezstresowo podchodzą do dania dziecku klapsa (choć ja sama się do takich nie zaliczam).

Sama Gazeta Wyborcza chyba uznała, że koleżanki z redakcji kobiecej nieco przeholowały – bo w tym samym numerze publikuje wywiad z wyżej wspomnianym profesorem Dębskim pod znamiennym tytułem: “ABORCJA NIE JEST OK. Ale dziś ciężkie wady genetyczne są nieuleczalne.”

OK, a zatem dyskusja wraca na dawne  tory. Nikt już rzekomo nie twierdzi, że aborcja jest fajna, miła i cool. Że jest nic nie znaczącym zabiegiem, po prostu jedną z metod antykoncepcji. Ale bywają dramatyczne sytuacje (jak gwałt czy choroba matki lub dziecka) kiedy może się wydawać mniejszym złem. I znowu w internetowych dyskusjach pojawiają się – wałkowane już wcześniej tysiące razy – teksty w stylu: “nikt z Was z nie wie, co czuje zgwałcona kobieta!” OK.

Tylko że… przy tym błyskawicznym ( by nie rzec – panicznym) odwrocie na z góry upatrzone pozycje nikt jakoś nie zauważa, że pomiędzy powiedzeniem: “Aborcja to trudny wybór, ale…” – a “aborcja jest spoko!” (uśmiech!uśmiech!uśmiech!)  jest różnica tak wielka, jak rów oceaniczny…

POSTSCRIPTUM: Naczelna WO teraz tłumaczy, że  hasło ABORCJA JEST OK “zostało źle zrozumiane” i że “pracują nad doprecyzowaniem znaczenia słów.” No, dobrze, pani redaktor – proszę mi zatem wyjaśnić, które z tych trzech słów w feministycznym dyskursie znaczy coś innego, niż mi się wydaje? “Aborcja”, “jest”  czy może “OK”?  Nie lepiej przyznać, że hasło było po prostu głupie? Albo, zamiast wikłać się w piętrowe tłumaczenia, które i tak nikogo nie przekonują – odważnie wziąć to na klatę – i twardo trzymać się pierwotnej wersji?

Sprawa ks. Charamsy.

Przygotowywałam się właśnie ( to prawda, że powoli – ale wybaczcie: obowiązki macierzyńskie przede wszystkim!) do napisania jakiegoś mniej lub bardziej wyważonego tekstu na temat obecnej fali imigracji – aż tu nagle wybuchła bomba: ks. prałat Krzysztof Charamsa, jeden z wysokich urzędników watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary, ogłosił w świetle jupiterów, że jest gejem, co więcej, że posiada „narzeczonego” o wdzięcznym imieniu Eduardo.

I okazało się, że skoro wszyscy o tym mówią, to i ja – żona byłego księdza, pisząca na tematy „okołokościelne” też jakieś zdanie na ten temat posiadać powinnam.

Zaznaczam od razu, że zaglądanie komukolwiek w rozporek nie leży w mej naturze (zresztą, kimże ja sama jestem, by kogokolwiek osądzać?), ale jeśli od kilku dni ktoś mi tym rozporkiem stale wymachuje przed oczami, to  chyba wypadałoby jakoś zareagować.

Warto może zacząć od tego, od czego w ogóle zaczęła się cała ta awantura. „Tygodnik Powszechny” opublikował wywiad z ks. Charamsą (wtedy jeszcze występującym w roli niezależnego eksperta) na temat konieczności zmiany języka, jakim Kościół często posługuje się, mówiąc o osobach homoseksualnych.

I z tym byłam skłonna w pełni się zgodzić. Sama, kiedy słyszę np. ks. Dariusza Oko, który opowiada o „tłokach w rurze wydechowej” mam ochotę zwymiotować. Gdyby się uprzeć, to i „święty seks małżeński” też można by opisać w podobnie obrzydliwy sposób. Pytanie tylko, PO CO?

Między ludźmi  (homo-i heteroseksualnymi) są w tych sprawach jeszcze uczucia – przypomnę dla porządku, że nawet pomiędzy osobami tej samej płci uczucia NIE SĄ grzechem! – ale te właśnie ks. Oko zdaje się zupełnie ignorować i mówi o osobach homoseksualnych tak, jakby mówił o zwierzętach. I to takich, które są dlań wyjątkowo odrażające.

Ale ks. Charamsa po tym niegłupim wstępie ruszył do ataku – i teraz, w kolejnych odcinkach swojej „telenoweli” mówi już nie tylko o swojej miłości do partnera (Jacek Dehnel, którego trudno raczej podejrzewać o „katolicki fundamentalizm”, trafnie zauważył, że słowo „narzeczony” jest w tym kontekście co najmniej niezręczne – „narzeczony” bowiem to ktoś, z kim zamierzamy w najbliższym czasie zawrzeć związek małżeński – a takiej możliwości jak na razie nie daje obu panom ani prawo kanoniczne, ani cywilne przepisy Polski czy Włoch), ale także o „antyludzkim Kościele”, w którym przez lata doświadczał cierpień i upokorzeń. Jak rozumiem, RÓWNOLEGLE z robieniem w tejże „zbrodniczej” instytucji błyskotliwej kariery?

Czyżby nowy Konrad Wallenrod homoseksualizmu?:)

A teraz ” Tygodnik Powszechny” skarży się, że został przez księdza prałata wykorzystany i poddany manipulacji – że był tylko narzędziem, mającym odpowiednio nagłośnić jego coming out. Nie chce mi się wprawdzie wierzyć w tę obrażoną niewinność żurnalistów TP – tacy starzy dziennikarscy wyjadacze publikując taki tekst musieli przecież zdawać sobie sprawę z tego, że jego reperkusje bynajmniej nie będą  pozytywne. I że przyczynią się raczej do wzmożenia ataków na Kościół (jako na – rzekomo – siedlisko patologii wszelkiego rodzaju) niż do wzrostu empatii u osobników takich, jak ks. Oko i jemu podobni.   Niemniej wychodzi na to, że ks. Charamsa jest nie tylko „uciemiężoną ofiarą katolickich zbrodni”, ale i zręcznym manipulatorem?

I proszę mnie źle nie zrozumieć: mnie naprawdę nic do tego, z kim ks. Krzysztof zamierza dzielić swoje noce i dnie. Zastanawiam się tylko, czemu musi to robić koniecznie jako ksiądz? Nie jest to bynajmniej kwestia jego orientacji seksualnej (czego on najwyraźniej nie rozumie – albo udaje, że nie rozumie), a jedynie zwykłej uczciwości. Mój mąż, kiedy zakochał się we mnie, zrezygnował z kapłaństwa. Nie pojmuję, dlaczego ks. Charamsa i inni homoseksualni kapłani mieliby być w tej sprawie traktowani lepiej (inaczej) niż heteroseksualni?

jak to celnie ujął jeden z internautów: „Ksiądz ma kobietę na boku? No, tak, to jest właśnie ta hipokryzja klechów! Ksiądz ma faceta na boku? Ach, cóż to za odwaga, postawić mu pomnik!”

Otóż to, kochani Czytelnicy. Bo wyobraźcie sobie, że jakiś heteryk wyszedłby przed kamery i oświadczył: „Drodzy Państwo, oszukiwałem Was przez wiele lat, grając przykładnego męża i ojca rodziny! W rzeczywistości jestem bigamistą. A teraz oczekuję na oklaski za to, że jestem taki ODWAŻNY!”  Kto z Was przyklasnąłby takiemu „bohaterowi”?

Zawsze uważałam, że należy mieć wyrozumiałość dla ludzkich słabości, dla niewierności nawet (tak, jak to czyni dla nas sam Bóg) – ale jednak nie należy podnosić ich do rangi cnoty…

Dodam jeszcze, że swoim postępowaniem ks. Charamsa podkopał moje niezłomne dotąd przekonanie, że osoby homoseksualne są tak samo zdolne dotrzymywać słowa, jak heteroseksualne – i paradoksalnie, jeszcze bardziej utrudnił im drogę do kapłaństwa (osobiście nigdy nie byłam przeciwna udzielaniu święceń takim osobom – znałam kilku wspaniałych, homoseksualnych księży).

Ktoś może mi teraz słusznie powiedzieć, że także mój P. nie dotrzymał dobrowolnie podjętych zobowiązań. To prawda, lecz my nie domagamy się z tego powodu rewizji całego nauczania Kościoła. Nie jest winą Kościoła, że ja się zakochałam (choć być może jest jego zasługą, że P. jest tak wspaniałym mężczyzną, jakim jest:)) – i nie ośmieliłabym się w tej sytuacji czegokolwiek butnie od niego „żądać”.

Ja mogę tylko czekać, prosić, modlić się i mieć nadzieję, że Bóg będzie dla nas miłosierny…

A o ks. Charamie już krążą słuchy, że JEDYNA rzecz, która mogłaby teraz udobruchać tego dumnego, watykańskiego prałata (swoją drogą, dobrze, że Franciszek zniósł prałatury w ogóle, skoro mamy TAKICH prałatów…), to gdyby sam papież pokornie udzielił jemu i jego „narzeczonemu” ślubu w Kaplicy Sykstyńskiej. Najlepiej na klęczkach i obleczony w wór pokutny…:)

A jako kobietę zmartwiło mnie także to (zbyt) nachalne wywlekanie własnej intymności na widok publiczny. Żal mi było biednego Eduardo, wyraźnie speszonego koniecznością zaprezentowania swojej wielkiej miłości w świetle jupiterów. (Sama Ewa Wanat, która do pruderyjnych raczej nie należy, określiła to przedstawienie jako „kiczowate”).

Ktoś mi na to napisał, że zapewne takie zachowanie ks. Charamsy było spowodowane chęcią wypromowania przezeń swojej nowej książki, w której, jak zapowiada, „ujawni wszystkie swoje grzechy” (nie wiedziałam, że jeszcze jakieś zostały do odkrycia?:)). Jest on bowiem świadomy, że po takich wyznaniach wkrótce straci lukratywną posadę, a żyć z czegoś trzeba…

Jeśli tak, to tym gorzej. Bo „wszystko na sprzedaż!” to raczej kiepskie motto dla kogoś, kto kreuje się na jedynego sprawiedliwego?

Jednego takiego, co to ujawniał w swoich książkach „wszystkie grzechy” (głównie cudze) – już mieliśmy i wystarczy. Nazywał się Roman Kotliński i obecnie (jeszcze) jest posłem z Ruchu Palikota. Ten to potrzebował całego cyklu, aby udowodnić sobie że miał rację!:) Po przeczytaniu tego mój przyjaciel, Tomasz Jaeschke  (inny były ksiądz, który swego czasu odrzucił propozycję pracy w antyklerykalnych „Faktach i Mitach”), stwierdził z przekąsem, że aż dziw bierze, jakim cudem biedny Romek wytrzymał aż tyle lat w takim bagnie, jakim według niego jest Kościół katolicki…

Jak zapewne wiecie, jako żona „byłego” chętnie kolekcjonuję książki „byłych”, mając nadzieję, że dzięki poznawaniu historii innych ludzi  lepiej poznam i zrozumiem samą siebie. I niestety muszę stwierdzić ze smutkiem, że na palcach jednej ręki można policzyć takie publikacje, w których byli księża nie próbują zrzucić na Kościół całej winy za swoje osobiste decyzje.

Czy naprawdę ks. Charamsa chce być kimś takim?

No,cóż – życzę mu wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia. Ale mój osobisty stosunek do całej sprawy całkiem nieźle oddaje ten fragment z tekstu ks. Wojciecha Węgrzyniaka:

„Od 17 lat jestem księdzem. 6 lat mieszkałem w seminarium, w pokoju sześcioosobowym, trójce i dwójkach. 5 lat mieszkałem z księżmi w Rzymie, w Jerozolimie rok u Legionistów, 2 lata u Franciszkanów. Nigdy nie spotkałem się z jakimkolwiek przejawem homoseksualizmu. Może nie jestem atrakcyjny seksualnie. Może nie widzę rzeczy, które widzą inni. A może, tak naprawdę, nie jest was wielu, wbrew powtarzanym opiniom.

Nie chodzi jednak o liczby. Jeśli nawet jest was więcej niż widać i jeśli żadne spotkania kapłańskie nie są objawem jawnej przeciw wam walki, to jest to tylko dowodem na to, że nie jest wam źle w kapłaństwie. Mówią, że się wspieracie, że są powiązania i układy, ale jeśli tak, to dlatego, że pod wieloma względami jest wam lepiej niż księżom heteroseksualnym. Wy możecie jechać razem na wakacje. My z kobietami nie możemy. Wy możecie spotykać się co tydzień i zostawać na noc u kolegi. My tak nie możemy. Wy możecie tworzyć przyjaźnie. Na nas od razu podejrzliwe patrzą. Nawet seks możecie uprawiać bezpiecznie, nie bojąc się, że partner zajdzie w ciążę. W wielu miejscach sprzyja wam prawo, jak w Jerozolimie, gdzie nie można było zapraszać kobiety do swego pokoju w klasztorze, a mężczyznę można było za zgodą przeora. Doceńcie to. Możecie oskarżać wszystkich, że wam utrudniają życie, ale nie Kościół hierarchiczny.”

Nic dodać, nic ująć…

Co się Albie śni…

Nie od dziś wiadomo, że ja od lat we śnie i na jawie widuję głównie kościoły…:)

Niedawno więc przyśniło mi się piękne, charyzmatyczne nabożeństwo, zakończone wzajemną modlitwą za siebie  kapłanów i świeckich. I kiedy podeszła do mnie jakaś miła, starsza pani, z pytaniem, czy chcę, żeby się za mnie pomodlić, z uśmiechem pochyliłam głowę, żeby przyjąć od niej błogosławieństwo.

W tym jednak momencie ktoś złapał ją za rękę i usłyszałam kogoś mówiącego ostrym tonem: „Nie! To ona uwiodła naszego księdza!” Podniosłam oczy na mówiącego i zobaczyłam szpakowatego mężczyznę o kościstej, zaciętej twarzy.

– Ale… my przecież już mamy dzieci… – wyszeptałam nieśmiało, próbując jakoś się bronić przed tak niespodziewanym atakiem.

– A co mnie to obchodzi?! – warknął mężczyzna, mierząc mnie lodowatym spojrzeniem – Zdychaj z głodu, i ty i twoje bachory!!!

A sen ten stał się dla mnie przyczynkiem do szerszych rozważań na temat zjawiska tak zwanego „hejtu” czyli nienawiści obecnej w Internecie. I to wbrew pozorom nie tylko tej nienawiści, której sama czasami padam ofiarą.

I nie mówię tu wcale o tych krzywdzących, lecz w gruncie rzeczy nieszkodliwych insynuacjach, jakobym była tylko sztucznie stworzonym (przez Onet) awatarem, a cała moja historia została od początku do końca zmyślona, oczywiście w jakichś niecnych celach. Nie wiem dokładnie, jakie to miałyby być cele, jednakże z niektórych komentarzy wnioskuję, że ktoś przypuszcza, że zamierzam zniszczyć Kościół katolicki (a Boże broń i zachowaj!) lub, co najmniej, namieszać w głowie jego niewinnym owieczkom… A swoją drogą, słaba to chyba musiałaby być wiara, gdyby nią mógł zachwiać ktoś taki, jak ja…

Nie, nie, o takich „dobrotliwych” uwagach nawet nie warto byłoby w tym kontekście wspominać.

Myślałam raczej o „pełnowymiarowych” wybuchach nienawiści w rodzaju tych, gdy (jak np. pod postami o eutanazji), ktoś życzy mi z całego serca, żebym sama „zdychała w  najgorszych męczarniach” skoro (podobno) tego właśnie chcę dla innych.

Wiem, wiem, że publikując cokolwiek w Internecie trzeba być na to przygotowanym (niedawno w radiu słyszałam pewną panią psycholog, która tłumaczyła, że wrzucając cokolwiek do Sieci jak gdyby mówimy innym:„Róbcie z tym, co chcecie!”) – i mogę nawet z pewną satysfakcją stwierdzić, że te lata blogowania, nawet przy mojej ewidentnie (nad)wrażliwej naturze, nauczyły mnie jednak pewnego dystansu do tego,  „jak mnie piszą.”

No, bo jeśli nawet niektórzy z Was chcą we mnie widzieć „prawie świętą” i wychwalają mnie pod niebiosa, a inni (często pod tym samym tekstem!) twierdzą, że jestem całkowicie amoralna, cyniczna, ba, nawet niezrównoważona psychicznie lub opętana  (o takich drobiazgach, jak to, że od czasu do czasu ktoś rzuca mi w twarz, że jestem „po prostu głupia” też nawet nie powinnam wspominać) – to chyba oznacza, że nie jest ze mną ani tak dobrze, ani tak źle, jak mówią.

Wiem, wiem, że jeśli ktoś ośmiela się dzisiaj wypowiadać publicznie na jakikolwiek temat, powinien mieć BARDZO grubą skórę, być może grubszą, niż ja mam.

I wiem, że naprawdę może być jeszcze gorzej: niektórych ludzi (zwłaszcza bardzo młodych i/lub pozbawionych silnych więzi społecznych) ta bezinteresowna nienawiść doprowadza wręcz do samobójstwa.

Wiele już napisano na temat tego, co skłania niektórych ludzi do tego, aby opluwać jadem niczego nie podejrzewających bliźnich w Sieci.

Najczęściej zwraca się uwagę na (rzekomą)  ”anonimowość” kontaktów internetowych, która to ma podobno ułatwiać takie zachowania. Możliwe też, że prawdziwe jest zdanie, które z lubością powtarzała jedna z moich wykładowczyń: „Człowiek czuje się lepszy, gdy kogoś opieprzy!” W takim razie mógłby tu działać mechanizm swego rodzaju zawiści: „Aha, publikujesz coś w Sieci, myślisz, że jesteś taki mądry? – A ja ci i tak udowodnię, że jesteś nikim!” I tym prostym sposobem banda chłystków, którzy nie mają nic mądrego ani do powiedzenia, ani do roboty, potrafi szybko zniszczyć naprawdę wartościowego człowieka.

Czytałam o wybitnych artystach, którzy przeżyli załamanie nerwowe i zawiesili działalność z powodu skrajnie negatywnych opinii w Internecie. Hejterzy mogą się usatysfakcjonowani – w końcu dopięli swego.

No, cóż, ktoś mądry,chyba Stanisław Lem, kiedyś powiedział: „Dopóki nie zajrzałem do Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów!”

Byłoby to zresztą  zupełne zaprzeczenie teorii niektórych twórców globalnej Sieci, którzy marzyli, że będzie to po prostu ogólnoświatowa platforma wolnej wymiany myśli, gdzie każdy będzie mógł być już nie tylko odbiorcą informacji, ale także ich twórcą.

Bo jakież to wiekopomne myśli wypływają obecnie z większości internetowych forów? Czy nie zagłusza ich raczej wszędobylski smród pomyj?

Ale myślę, że problem nie polega tylko na „anonimowości”, która zresztą staje się coraz bardziej iluzoryczna. W wielu miejscach (jak na Facebooku) publikuje się przecież pod własnym nazwiskiem, a jakoś nie zauważyłam, by to wpłynęło w znaczący sposób na kulturę wypowiedzi.

Wydaje mi się raczej, że chodzi nie tyle o „anonimowość” co raczej o zwykły brak EMPATII. O tę podstawową niemożność czy niechęć do zobaczenia po drugiej stronie ekranu żywego człowieka, takiego samego, jak ja. Z jego emocjami, błędami i grzechami

No, bo jeśli to tylko „awatar”, to oczywiste jest, że można w niego walić do woli, nie przebierając w słowach. Awatary przecież nie cierpią, prawda?

Dobrze to obrazuje pewna reklama społeczna, w której pewnego internautę poproszono o przeczytanie na głos własnego komentarza, rozpoczynającego się bodajże od słów: „Zamknij się, idiotko…” – ale tym razem w obecności dziewczyny, do której był on adresowany. Nastolatek zmieszał się i nie był w stanie dokończyć swojej wypowiedzi. Ano, właśnie.

***

Coroczne wakacje u teściów. Jak zwykle – chodzenie po rozsianych wszędzie śladach kapłaństwa P. Zawsze tak samo bolesne.

Chociaż właśnie sobie uzmysłowiłam, że on już dłużej jest z nami, niż był księdzem. Dziwne uczucie.

Czytam ks. Jana Kaczkowskiego. Niezwykła książka (będę do niej tu pewnie jeszcze wracała) i niezwykły człowiek. Kapłan, który sam o sobie mówi z dystansem, że jest „onkocelebrytą”, czyli człowiekiem znanym głównie z tego, że ma raka. Wydaje mi się jednak, że jest kimś znacznie więcej.

Księdzem, który sam mając nowotwór mózgu, nadal prowadzi hospicjum. Księdzem, który, jak sam mówi, „sekowany przez Kościół nadal kocha Kościół.” Członkiem komisji bioetycznej, który ma odwagę mówić rzeczy niepopularne, jak na przykład, że ludzie Kościoła muszą się pilnie nauczyć mówić o in vitro tak, aby nie wyglądało na to, że nienawidzą dzieci poczętych tą metodą (temat na czasie:)).

Podzielam ten pogląd. Jak doskonale wiecie, mam własne obiekcje odnośnie pozaustrojowego zapłodnienia (zwłaszcza tam, gdzie jak się zdaje, metoda ta nie służy już „leczeniu” czegokolwiek, ale raczej realizacji „powszechnego prawa do dziecka” – jak w przypadku owej 65-latki z Niemiec, która wprawdzie miała już dziesięcioro „naturalnych” dzieci, ale zażyczyła sobie zabiegu na Ukrainie – i dostała to, czego chciała…), a jednak miałam mocno mieszane uczucia, gdy na Jasnej Górze jeden z biskupów mówił o „antyludzkiej metodzie.”

Jak mają się wobec tego czuć LUDZIE, którzy przyszli na świat w taki sposób?!

Nie, nie i jeszcze raz nie. Każda metoda jest „ludzka”, o tyle, o ile rodzą się z niej ludzkie dzieci… Zawsze będę powtarzać, że metoda może być „sztuczna”, może być nawet niewłaściwa moralnie, ale ludzie, którzy z niej się narodzili, są w pełni prawdziwi, tak samo, jak my. A więc znowu ten brak empatii…

To trochę podobnie, jak ks. Jan opowiadał o przypadkach katechetów, którzy stając przed klasą pełną dzieci, pochodzących w większości z rozbitych rodzin, mówili, że rodzice tych uczniów „żyją po rozwodzie w zwierzęcych związkach.” Ksiądz Kaczkowski mówi, że w takim wypadku najlepiej byłoby po prostu wstać i wyjść – no, bo jak rozmawiać z kimś, kto od razu na dzień dobry obraża twoich rodziców? – pyta.

W młodości… nie chodził na religię i ostro imprezował. Z powodu słabego wzroku jego kandydaturę odrzucili jezuici (niech żałują!:)) i omal nie zabroniono mu święceń („A pieniądze widzi? – Widzi! – To święcić!”:)). Znany jest z niechętnego stosunku do charyzmatyków i miłości do łacińskiej liturgii. Ale mówi także (jak papież Franciszek), że nie podoba mu się Kościół, który „pachnie korporacją.”

  Nie wdając się w kazuistyczne spory, z prostotą stwierdza, że przecież „NPR to też antykoncepcja”; śmieszą go też „prezerwatywy dla katolików”, dziurkowane po to, „aby nie obezpłodnić” i tak bezpłodnego stosunku – a na pytanie, dlaczego Kościół sprzeciwia się „nienaturalnej” antykoncepcji, „odmawia odpowiedzi.” I dodaje, że jako duszpasterz jest w stanie wyobrazić sobie takie sytuacje, kiedy „użycie prezerwatywy nie będzie może dobre, ale z pewnością będzie bardziej odpowiedzialne – bo nie narazi drugiej osoby na poczęcie byle jak, byle gdzie i z byle kim.” Mówi też głośno o tym, że troska wielu ludzi Kościoła o dzieci niejednokrotnie kończy się w momencie urodzenia…

Ale też twierdzi na przykład, że w sporach z kościelną hierarchią zdecydowanie bliższa jest mu postawa ks. Bonieckiego (który pokornie poddał się pod władzę przełożonych), niż „nieustępliwego buntownika” – księdza Lemańskiego.

I jeszcze jeden mały fragmencik, w związku z tematyką bloga: „Spotykałem się z przypadkami młodych dziewcząt lub młodych mężczyzn, którzy zostali uwiedzeni przez księży. Bronili ich, więc pytałem: „Czy uważasz, że on jest dobrym kapłanem?” Odpowiadali:”Tak.” „Czy rozmawiacie o twoich wątpliwościach, czy on mówi o swoich wyrzutach sumienia?” „Tłumaczy, że celibat to pomyłka.” „Pamiętaj, że skoro ma takie podejście, może to oznaczać, że dla niego nie jesteś jedyna.”

Trzeba takiej osobie, najczęściej dziewczynie, uświadomić, że jest ofiarą w tym związku. Gdyby ksiądz, który z nią współżyje, był uczciwy i szczerze ją kochał, odszedłby z kapłaństwa. Jeżeli chce z nią być, a jednocześnie nie jest wystarczająco odważny, żeby to zrobić, to znaczy, że jest niewiarygodny i opowieści o dylematach można włożyć między bajki.”

I znowu pełna zgoda. To jest właśnie to, co sama od lat próbuję (z różnym skutkiem) tłumaczyć dziewczynom i kobietom zakochanym w duchownych.

Nietuzinkowa postać, którą trudno wepchnąć w jakiekolwiek ramy (ostatnio np. odwiedził młodzież na Przystanku Woodstock, ale nie wywołał tam takiego „skandalu” jak wspomniany ks. Lemański. To nie w jego stylu…) – i może dlatego tak mi bliska.

***

W tych dniach czytałam także wywiad z prof. Thomasem W. Hilgersem, twórcą tzw. Modelu Creighton, stanowiącego integralną część naprotechnologii.

Wokół tego „holistycznego” podejścia do problemu leczenia niepłodności narosło wiele mitów i nieporozumień – a ja już tak jakoś mam, że lubię wiedzieć więcej, nawet jeśli dany problem nie dotyczy mnie osobiście.

Dowiedziałam się na przykład, że błędna jest już sama często używana nazwa (której i ja zresztą używałam dotąd na blogu): „model Creightona.” Poprawnie powinno się mówić raczej „model Creighton” – bo jest to po prostu nazwa uniwersytetu, na którym prof. Hilgers prowadził swoje badania.

Dalej, nie jest prawdą, że „cała ta naprotechnologia to tylko długie, żmudne i w istocie do niczego nie prowadzące obserwacje cyklu kobiety”, podobne do tych, jakie prowadzi się w innych metodach rozpoznawania płodności. Otóż nie. A przynajmniej nie powinno tak być.

Okazuje się, że te obserwacje to jedynie, że się tak wyrażę, etap wstępny całego procesu leczenia niepłodnej pary. Naprotechnolodzy mówią bowiem, że na podstawie samych tylko skrupulatnie prowadzonych obserwacji są w stanie zdiagnozować szereg problemów zdrowotnych kobiety – a następnie próbują je leczyć, metodami bynajmniej nie „homeopatycznymi”, jak to się często złośliwie twierdzi, lecz przy wykorzystaniu różnych osiągnięć medycyny akademickiej: chirurgii, farmakoterapii, dietetyki…

Jeżeli nie uda się znaleźć przyczyny niepłodności u kobiety, szuka się dalej – u mężczyzny. (I tak obalamy kolejny mit: „Być może naprotechnologia pomaga niektórym kobietom zajść w ciążę, lecz w przypadku męskiej niepłodności nie ma już nic do zaoferowania!”).

A wszystko to w tym celu, by – po zakończeniu terapii czy też nawet w jej trakcie – możliwe stało się poczęcie dziecka „siłami natury.”

Osobiście zawsze byłam przeciwna przedstawianiu naprotechnologii jako „katolickiej alternatywy dla in vitro” (podobnie, jak metody naturalne nie są jedynie „substytutem skutecznej antykoncepcji, łaskawie dozwolonym przez Kościół zniewolonym katolikom.”). Chodzi tu raczej o dwa różne podejścia do ludzkiej płodności, do medycyny w ogóle. Moim zdaniem, oba te podejścia mogłyby się wzajemnie uzupełniać.

Pierwszy nurt, reprezentowany w znacznej mierze przez kliniki in vitro, sam siebie niekiedy nazywa „medycyną reprodukcyjną”, co nasuwa niezbyt miłe skojarzenia z hodowlą zwierząt. Skojarzenia, dodajmy, o tyle uzasadnione, że (pisał o tym „ojciec” pierwszego dziecka z próbówki we Francji, prof. Testart) technika zapłodnienia pozaustrojowego została przeniesiona na grunt „ludzkiej” medycyny wprost z zootechniki: początki jej były takie, że w pewnym momencie zauważono, iż „przerasowane” krasule przestają się samorzutnie rozmnażać – i poszukiwano sposobu, by przełamać ten biologiczny „opór materii” i nadal uzyskiwać od nich wysokogatunkowe potomstwo.

Po ponad 30 latach stosowania tej metody u ludzi opanowaliśmy już dość dobrze jej praktyczne aspekty (nawiasem mówiąc, skoro technicznie rzecz ujmując, jest to zabieg dosyć prosty, wciąż zachodzę w głowę, dlaczego na całym świecie kliniki in vitro generują aż tak ogromne zyski?) – ale szczerze wątpię, by nasza WIEDZA na temat mechanizmów ludzkiej płodności jakoś znacząco od tego wzrosła. Jeżeli się mylę, proszę mnie wyprowadzić z błędu.

Inaczej mówiąc: dzięki in vitro potrafimy dziś „zrobić dziecko” praktycznie każdemu (jeśli to będzie para jednej płci czy też samotna kobieta po histerotomii – od czegóż są banki komórek i matki zastępcze, gotowe służyć własną macicą?) – ale zupełnie (p)omijamy przyczyny bezdzietności. W tym sensie in vitro wcale nie leczy niepłodności – lecz jedynie usuwa jej najbardziej dotkliwy objaw: brak dziecka.

I tak – to prawda, że to działa (czasami) ale jakże często nie wiemy nawet, DLACZEGO działa, a jeszcze częściej – czemu nie udaje się w tym jednym, konkretnym przypadku.  A myślę, że jednak warto byłoby to wiedzieć…

Naprotechnologia, którą nazwałabym raczej „medycyną prokreacyjną” – przeciwnie, stara się (zapewne z różnym skutkiem i nie unikając błędów) zaczynać od poznania przyczyn konkretnego problemu z poczęciem – aby potem przynajmniej próbować ten problem wyleczyć.

Jak to powiedział prof. Hilgers: „W naszym Instytucie zaczęliśmy badać rzeczy, których nikt wcześniej nie badał..” (Choćby to, jaki wpływ określone czynniki mają na ludzką płodność). Myślę, że warto stawiać pytania, nawet, jeśli nie znamy (jeszcze) wszystkich odpowiedzi.

Proszę mnie dobrze zrozumieć: ja nie twierdzę, że to ZAWSZE działa (np. jeśli mężczyzna ma azoospermię, czyli całkowity brak plemników w płynie nasiennym, to pomóc mu może już tylko in vitro, w dodatku z użyciem obcych gamet), ani, że „in vitro jest zawsze złe, a naprotechnologia – dobra.”

Nigdy nie ufałam metodom, które zachwalały własną, „stuprocentową skuteczność” niezależnie od okoliczności. Ale to jest pokusa, która według mnie zagraża zarówno specjalistom od in vitro, jak i entuzjastom naprotechnologii. A może nawet w ciut większym stopniu tym pierwszym.

Uczciwa medycyna to taka, która w pewnym momencie potrafi powiedzieć: „Przykro nam, w tej chwili już nic więcej nie możemy zrobić!”

A naprotechnologia ma się mniej więcej tak do in vitro, jak protetyka do medycyny rekonstrukcyjnej. Z faktu, że LEPIEJ by było móc przywrócić ludziom utracone kończyny, wzrok czy słuch – NIE WYNIKA przecież automatycznie, że uważamy, że protezy, aparaty słuchowe i okulary są czymś godnym potępienia, prawda?

Kiedyś czytałam reportaż, w którym przedstawiono pracę terapeutów, pracujących z dziećmi poważnie niedowidzącymi. Oczywiście, MOŻNA takim dzieciom od razu sprawić białą laskę, psa przewodnika i nauczyć je dobrze czytać brajlem. Naprawdę, nic w tym złego. Ale można też – i oni właśnie to robili – nauczyć je, jak mogą wykorzystywać choćby tę resztkę wzroku, jaka im jeszcze pozostała. Ćwiczyć ją i rozwijać.

Sądzę, że naprotechnolodzy mają analogiczne podejście do ludzkiej płodności: jeśli istnieje choćby cień szansy na poczęcie dziecka, to należy zrobić wszystko, co tylko jest w naszej mocy, aby tę szansę zwiększyć. A że wiele osób jest zbyt pośpiesznie diagnozowanych jako „całkowicie niepłodne” – to mogą świadczyć wcale nierzadkie przypadki „naturalnych” ciąż u par, które przeszły wcześniej (z sukcesem lub nie) całą procedurę pozaustrojowego zapłodnienia…

I wydaje mi się, że takie postawienie sprawy pozwala mi widzieć także in vitro we właściwej perspektywie: jako „protezę płodności”, którą w istocie jest.

Długo wahałam się, do której kategorii przypisać ostatnie osiągnięcie medycyny: ponowne wszczepienie fragmentu jajnika pacjentce, u której wcześniej profilaktycznie go usunięto przed leczeniem onkologicznym. I tu pewnie się zdziwicie, ale dla mnie coś takiego to właśnie „medycyna prokreacyjna” w czystym wydaniu. Bo to był jej własny jajnik, a w wyniku zabiegu kobieta odzyskała zdolność naturalnego poczęcia…

Bioetyczne schody zaczną się dopiero w momencie, kiedy ktoś wpadnie na pomysł, by (jak to się powszechnie robi w przypadku innych organów) pobierać potrzebne gonady od innych dawców, np. od osób zmarłych… Co wtedy? (Pyta o to też ks. Kaczkowski.) Czy można urodzić własną siostrę? A może cioteczną babkę? Gdzie leży granica?

sen-150x150

 

Źródło obrazka: parafia-jozefow.pl