Drugi wnuk – i inne kłopoty.

Moi rodzice mają jednego, ukochanego wnuka – synka mojego starszego brata. O tym, że noszę im drugiego, nawet nie wiedzą. Przecież nigdy nie brali pod uwagę, że ich kaleka córka może zostać matką… Ale nawet, gdyby wiedzieli (bo przecież w końcu się dowiedzą – tego nie da się ukrywać tak, jak dotąd ukrywałam przed nimi większość szczegółów ze swego prywatnego życia…) – to i tak nikt nie będzie się cieszył z narodzin mojego dziecka. Moje biedne dziecko…

 

„I nie dawano ni miejsca, ni godzin

dla nieczekanych powić i narodzin…”

(C.K.Norwid)  

 

A mój małżonek nadal na rekolekcjach… Myślałam, że pomoże mu to odnaleźć siebie i swoje kapłaństwo, ale teraz…sama już nie wiem… 

 

Wczoraj znowu opowiadał mi o młodym księdzu (ze swojego rocznika), który miał problem alkoholowy. O jego samotności, tęsknocie za miłością…

 

Szczerze ubolewam nad tym, że w jego najbliższym otoczeniu chyba nie ma „szczęśliwych kapłanów.” Bo gdyby byli to…kto wie…może wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej?

 

A teraz, co mam wybrać? Czy pozwolić, by pozostał w „nieszczęśliwym kapłaństwie” i stoczył się w alkoholizm – czy też wybrać to niepewne szczęście („w grzechu”) z nim? Ale najpierw…

 

„Niech przyjdzie niech wróci niech będzie –

na imiona wszystkich nieżyjących bogów

zaklinałam niespokojne morze

zaklinałam srebrną przezę czasu –

niech przyjdzie niech wróci niech będzie…”

 

A kiedy tak się martwię, moje dzieciątko trzepocze się we mnie jak spłoszony motyl… Nie, to nie jego ruchy czuję – na to jest jeszcze o wiele za wcześnie. To jego serce tak bije…   

 

Marzenia senne.

Jestem grzesznicą. Kocham kapłana i noszę jego dziecko.

A przecież w snach widuję tylko świątynie. Ciemne, ciche kościoły. Pełne dobrych, mądrych i wyrozumiałych księży – takich, jakich w większości miałam szczęście spotykać i w życiu. Widuję młodych, modlących się ludzi, szczęśliwych ludzi…i siebie pośród nich. Siebie, taką, jaką chciałabym być – i jaką byłam…zanim to wszystko się zdarzyło… Lampki wieczne, płonące ciepłym, czerwonym płomieniem. I wiem (we śnie wiem!), że to miejsce jest moim domem, że jestem u siebie.

 

W latach 60-tych TVP wyprodukowała dość przeciętną komedyjkę pt. „Niebo-piekło”, której fabułę można by streścić następująco: „Jak ateista wyobraża sobie życie wieczne?” 🙂 Niemniej bardzo ciekawie została w niej rozwiązana kwestia sądu nad bohaterami (są to pasażerowie autobusu, który uległ wypadkowi). Ludzie znajdują się nagle w czymś w rodzaju kina, w którym każdemu wyświetla się film z jego życia wraz z komentarzem Stwórcy. I okazuje się, że wśród ofiar wypadku znajduje się także dziewczyna „nie najcięższego prowadzenia się” – i współpasażerowie są przekonani, że niechybnie trafi ona do piekła. Tymczasem zza kadru odzywa się głos Stwórcy: „No, dobrze, to są jej czyny – a teraz zobaczmy jej MARZENIA…”

 

I kto wie, może i ja zostanę kiedyś uniewinniona na podstawie tego, za czym tęskniłam i czego pragnęłam?

 

Mężczyźni, których nie ma…

Nie ma go tu. Nie ma go. Nie ma. Wyjechał… na rekolekcje.

 

Sama mu to doradzałam. Chciałam, by się raz jeszcze zastanowił, przemyślał to, co zamierza zrobić, zapytał Pana Boga, czy aby na pewno się nie mylimy…

 

Ale niedawno mu powiedziałam, że choć jestem wolną kobietą, niekiedy czuję się przy nim jak „niewolnica” – bo mogę tylko na niego czekać… i czekać… i czekać i…  nie mam (na razie) właściwie żadnej możliwości, aby go tu przywołać. Ani tym bardziej zatrzymać przy sobie na dłużej (nawet tydzień nieprzerwanego bycia razem to obecnie dla nas rzecz praktycznie niewykonalna…).

 

I wiem, że na razie tak być musi…a nawet – tak być powinno. Bo przecież te sprawy i ludzie, wśród których on teraz przebywa, są co najmniej równie ważne, jak ja. Jeżeli nie o wiele ważniejsze. Przecież nie wolno mi być taką egoistką!

 

I buntuję się przeciwko temu, bo przecież jestem w ciąży i mam prawo do tego, aby on był tutaj ze mną… Mam prawo? Prawo? Czy może tylko potrzebę? Nieprzezwyciężalną, biologiczną, atawistyczną potrzebę, żeby ojciec mojego dziecka stał za moimi plecami. Nawet, jeśli nie dzieje się ze mną nic takiego, co by racjonalnie uzasadniało taką chęć…

 

Ale… do jasnej Anielki, jestem w 10. tygodniu ciąży – i czy ja muszę być zawsze taka racjonalna?!

P. pojechał na rekolekcje – i ja też chyba powinnam…w każdym razie bardzo bym tego pragnęła. Jestem dziwnie smutna i zmęczona. Czyżby to był jakiś „kryzys powołania”? 🙂

 

Dziesiąty tydzień…Czy wiesz, Fasolko, że to już jedna czwarta naszej wspólnej podróży? To nie do wiary, prawda, dziecinko?