Ta, co się nigdy nie spowiada …

Ostatnio często słyszy się zdania typu: „Jeśli już w ogóle mamy się spowiadać, to dlaczego nie przez Internet?!”

A ja wiem, że kiedy wynaleziono telefon,Watykan zaczął się zastanawiać, czy można dopuścić spowiedź telefoniczną i…zastanawia się do dzisiaj. 🙂 (Choć zdarzały się przypadki, np. podczas wojny, prób „spowiedzi” korespondencyjnej, kiedy to ludzie zamknięci w obozach pisywali listy do swoich duszpasterzy).

Jak widać, „młyny Boże mielą (baaardzo) powoli.”:)

Moim zdaniem jednak ważniejsze jest coś innego. Czy chcielibyście ze swoją żoną/mężem uprawiać wyłącznie „cyberseks”?Zapewne nie. I bardzo dobrze! Bo ostatecznie to, co najważniejsze (narodziny, miłość, śmierć…) zawsze dzieje się REALNIE a nie wirtualnie. I mówię to jako osoba, która swoją „drugą połówkę” poznała przez Internet. 🙂

I tutaj od razu pojawia się pytanie: JAK chcemy traktować sakramenty? Jako prawdziwe spotkanie z Bogiem, czy tylko jako „wklepanie w system pewnej formułki”, którą rzeczywiście wystarczy tylko potwierdzić ENTEREM?

Ja miałam w życiu to wielkie szczęście, że mogłam spowiadać się właśnie w (prawie) idealnych warunkach – np. podczas wspólnotowych nabożeństw pokutnych albo „prywatnie” w mieszkaniu własnym czy księdza (daje to wspaniałą okazję doświadczenia tego, że każde miejsce może stać się „miejscem świętym” jeśli tylko jest tam wyświęcony kapłan) – ale zdarzały mi się – jak chyba każdemu – również pospieszne, „niedzielne” spowiedzi,podczas których usilnie starałam się myśleć o tym, że Pan Bóg (na szczęście!) działa zawsze, niezależnie od tego, jak ja się akurat czuję, czy raczej czego „nie czuję.”

Niektórzy zresztą – podobno – wolą anonimowość przypadkowego konfesjonału,do którego – niczym do skarbonki – szybciutko „wrzuca się” swoje grzechy i otrzymuje w zamian przebaczenie, od długich i głębokich „rozmów duchowych.” No, cóż – co kto „lubi” – i myślę, że tak jest najlepiej…

***

Dobrze przeżyta spowiedź to wielka łaska. Największa z największych. Coś Wam opowiem. Podczas jednej z moich spowiedzi, gdy już skończyłam mówić, nastała taka wielka cisza. I mój spowiednik nagle powiedział:”Wiesz, co…Ja nie wiem, co ci mam powiedzieć…” Odczułam wtedy bardzo mocno dwie rzeczy: „małość” tego człowieka i jednocześnie wielkość Boga, który zna i przenika wszystko.

I powiedziałam: „Niech się ksiądz nie martwi, Ten, który zna nas oboje, wie na pewno!On księdzu coś podpowie…” I tak sobie siedzieliśmy jeszcze przez chwilę w tej ciszy, a Ten, który (wiem to na pewno!) był z nami, brał nas oboje w swoje ramiona – spowiednika i penitentkę. A kiedy ten kapłan w końcu zaczął mówić, było widać, że miałam rację. 🙂 I jestem pewna, że właściwie przeżywana spowiedź to jakby „dotknięcie” żyjącego Boga już tu na ziemi…Było mi dane wiele razy doświadczyć czegoś takiego.

A mówiąc bardziej „po ludzku” – zdawanie komuś, co pewien czas, szczerej relacji z mojego życia (bo nie tylko z grzechów, ale i z planów, wątpliwości i sukcesów, pomagało mi zwyczajnie stawać się lepszą… A teraz widzę, jaka jędza ze mnie wyłazi, gdy mi nagle tego zabrakło…

Ostatni raz byłam u spowiedzi prawie dwa lata temu. I jakże bardzo teraz za tym tęsknię…

Postscriptum: Jedną z rzeczy, które zawsze urzekały mnie w  katolicyzmie, jest fakt, że nikt w nim nie jest „ostateczną instancją” – nawet papież, który przecież jest „nieomylny w sprawach wiary i moralności”, ma swojego spowiednika… 🙂

Zresztą i świat współczesny wydaje się coraz bardziej zmęczony tą „samowystarczalnością” ludzi – stąd i wzrastająca popularność różnych psychoanalityków, przewodników duchowych i innych „guru.” Ostatnim krzykiem mody jest tzw. life coach – na rodzimym gruncie własnej „trenerki” dorobił się już np. znany aktor, Borys Szyc. Jest to osoba, która ma pomóc ci w przeanalizowaniu własnych błędów i naprawie życia… Cóż to jest, jeśli nie rodzaj „świeckiego spowiednika”?

Czy powinnam „wypisać się” z Kościoła?

Wielu ludzi sądzi, że jeśli ktoś nie spełnia absolutnie wszystkich wymogów, jakie powinny obowiązywać „dobrego katolika”, to najuczciwiej by zrobił, wypisując się z tego interesu na dobre.

Myślę jednak, że to nie jest aż takie proste…

Ja na przykład (jak wiadomo) jestem żoną byłego księdza, ALE MIMO TO nigdy nie przestałam wierzyć w Boga i w większość rzeczy, których naucza Kościół katolicki. Na przykład, jeśli chodzi o stosunek do kary śmierci, to jestem zdecydowanie PRZECIWNA (podobnie, jak w przypadku aborcji), a do spowiedzi nie chodzę wyłącznie dlatego, że obecnie nie mogę otrzymać rozgrzeszenia.

Waszym zdaniem, powinnam się już „wypisać” czy jeszcze nie? 😉

Myślę, że to jest tak – NIKT z nas nie jest „w porządku” wobec wszystkich przykazań Bożych i kościelnych – i Bóg to wie. Jednak w tym wszystkim próbujemy jakoś ocalić coś, co jest dla nas ważne i piękne – choćby to była tylko świąteczna tradycja.

I ja także, we własnej sytuacji, staram się ocalić swoją wiarę, albo przynajmniej jakieś jej „ułomki” – i to także Pan Bóg widzi.

A co jest w tym wszystkim najważniejsze? „Tak więc trwają – wiara nadzieja i miłość – z tych zaś największa jest miłość.”

Por. też:Dlaczego nie zostanę protestantką?”

 

Rodzina, ach rodzina…

Niedawno przez blogi przetoczyła się dyskusja, czy rodzice powinni uczestniczyć w podejmowaniu osobistych decyzji przez ich dorosłe dzieci.

Pewna współczesna mistyczka twierdzi, że w piekle jest wiele kobiet, które się potępiły, ponieważ wtrącały się w małżeństwa swoich dzieci…

A ja myślę, że różnie to bywa – są takie „dzieci”, które posłuchały rodziców i teraz żałują, a są i takie, które nie posłuchały i…też żałują! Znałam faceta, który się nie ożenił dlatego, że żadna kandydatka nie wydawała się dość „dobra” jego siostrom – ale znałam także dziewczynę, której sama matka jej „ukochanego” perswadowała (to prawdziwa rzadkość!), że chociaż ona sama go urodziła, to jednak widzi, że jest nic niewart – i jakże później ta kobieta musiała żałować tego „piekła na ziemi”, jakie sobie zgotowała własnym wyborem…

Najmądrzejszą postawę w tej sprawie przyjęła chyba moja śp. Babcia, która mówiła swoim pięciu córkom: „To Twój mąż i Twój wybór – to nie ja będę z nim żyła, tylko Ty!” Niestety, jedynemu (i najmłodszemu) synowi postanowiła „dopomóc” w ożenku – i to zdaje się nie był najszczęśliwszy pomysł, ponieważ tamta dziewczyna wyszła za niego chyba tylko po to, „by nie zostać starą panną.”

Ja sama zaś – jak wiadomo – jestem osobą niepełnosprawną, a w przypadku takich osób temat „miłość/seks/małżeństwo” w ogóle nie istnieje w świadomości rodziców. Tak więc, gdy związałam się z P., nie tylko nie „konsultowałam” z nikim (poza moim spowiednikiem) tej decyzji, ale nawet nic nikomu nie powiedziałam… 🙂 To była moja jedyna szansa na własne życie – i zdecydowałam się ją wykorzystać bez oglądania się na rodzinę… I wcale tego nie żałuję!

Por. też: „Inna Wenus?”