Siedem grzechów głównych Jana Pawła II (wg Tadeusza Bartosia).

1. „Nie podejmował dialogu ze swymi krytykami, z których niejeden był uznanym teologiem, rzetelnie przygotowanym do profesjonalnej debaty. (…) Zbyt wielu świadków powtarzało: nie da się z nim porozmawiać o sprawach, które są dla niego niewygodne. Lista tematów tabu nie była krótka: ewolucja teologii (nowe prądy i idee), reforma Kościoła, teologia wyzwolenia, wolność w Kościele, antykoncepcja, wychowanie duchownych (tj. destrukcyjne elementy ich życia), celibat rozumienie prawdy, rozumienie wolności. (…) Dialog, owszem, ale tylko w atmosferze odgórnie ustanowionej zgody i poparcia, bez możliwości wyrażenia stanowiska przeciwnego tak, by zostało uwzględnione.”*

Trudno jednak, przepraszam bardzo, wymagać innej postawy od kogoś, kto wie, że z definicji (na mocy dogmatu) ma być 'nieomylny w sprawach wiary i moralności.’ Nie dać odczuć swoim adwersarzom takiej przewagi to czyn zaiste heroiczny… 🙂
* por. Tadeusz Bartoś, Jan Paweł II. Analiza krytyczna, wyd. Sic!, Warszawa 2008, s. 8.

2. „Był nauczycielem etyki heroicznej. (…) Być może ten właśnie, radykalny rys jego duchowości sprawiał, że papież nie znajdował niekiedy zrozumienia. Być może przesadą wydawały się tak surowe i wymagające zasady. Osobiste, bardzo szczególne doświadczenie, czynił miarą godziwego życia.” **

Chciałabym jednak zauważyć, że jest to zarzut, który dałoby się – o czym już tu gdzieś pisałam – postawić wszystkim wielkim prorokom ludzkości (z Jezusem włącznie), bowiem ich cechą charakterystyczną jest, że widzą świat i ludzi raczej takim, jakimi być powinni, a nie jakimi są…
** Tamże, s. 18-19

3. „Nie udało mu się trafić tak, jakby chciał, do wierzących z Europy Zachodniej. Stara część kontynentu oddala się coraz bardziej od Kościoła. Może za bardzo ich ganił? A może nie do końca rozumiał (…) Otwarta dyskusja z przedstawicielami wartości Zachodu okazała się niemożliwa. Zbyt odmienna była perspektywa papieża z Polski, niosącego w sobie doświadczenie 'Kościoła prześladowanego’ od patrzenia na religię w liberalnym świecie wolności wyznania i wolności wypowiedzi.”***
***Tamże, s. 25

4. Religię do pewnego stopnia zredukował do moralności, a przesłanie Ewangelii do „etyki Jezusa” („Jezus nie jest prawodawcą w sensie klasycznym (…) a Jego nauka nie jest instrukcją postępowania, lecz pouczeniem skłaniającym słuchaczy do refleksji.” – pisze Bartoś (passim)), bez zwracania dostatecznej uwagi na jego kontekst społeczny, kulturowy i historyczny. Niedostatecznie ponoć dostrzegał człowieczeństwo Jezusa, badane dziś na nowo przez różne nauki szczegółowe.

Niemniej sam Autor zauważa, że na Ewangelii rozumianej tylko jako zbiór pewnych „intuicji”, które każdy może pojmować po swojemu,  „trudno będzie zbudować wspólnotę chrześcijan, opartą na wskazaniach Jezusa.” (s.51). A ja bym nawet powiedziała, że przy takim skrajnie indywidualistycznym podejściu do sprawy sama zasadność tworzenia jakiejkolwiek wspólnoty staje pod znakiem zapytania…

5. Poprzez swoją retorykę „cywilizacji miłości” i „cywilizacji śmierci”  wprowadzał daleko idącą polaryzację świata, podziału na dobrych i złych, oraz stawiania wierzących z zasady po dobrej stronie. „Tymczasem dla myślenia teologicznego, które jest mi bliskie, postawa wykluczania i potępiania pozostaje w fundamentalnej sprzeczności z przesłaniem Jezusa, który przyszedł gromadzić, a nie rozpraszać.”*****
(Por. tamże, s. 26)

„Świat bez Boga nazywa [papież] cywilizacją śmierci. Tymczasem ludzie niewierzący niekoniecznie są szczególnymi piewcami śmierci. Niewiara i ateizm nie muszą być przeżywane jako rozpacz. Tak zwany 'świat bez Boga’ nie musi być światem bez wartości. Ateizm bywał [również] humanistyczny. Choć, oczywiście, może być także wyrazem nihilizmu. [Podobnie] wiara w Boga, prowadząc nierzadko do wielkiego dobra moralnego ludzi, także nie gwarantuje automatycznie prawości człowieka i nie zapewnia powstania 'cywilizacji miłości.’ Historia chrześcijaństwa nie zawsze była jej historią.” ****** (Tamże, s. 74).

Przyznam szczerze, że bardzo chciałabym się tu z Autorem nie zgodzić, ale…nie bardzo potrafię… Może tylko napiszę, że z kolei unikanie JAKICHKOLWIEK rozróżnień na dobro i zło, byle tylko „nikogo nie wykluczać” (bo przecież „polaryzacja” – od której zresztą Jezus, jakiego znamy z Ewangelii, przy całej swojej otwartości na dialog z różnymi ludźmi, wcale aż tak bardzo nie stronił – ma być zła z definicji :)) –  musi chyba w końcu doprowadzić do wszechogarniającej moralnej szarości…
 
6. „Inny niż jego własny punkt widzenia do niego nie docierał. Raczej były to spotkania w gronie przyjaciół, najbliższych współpracowników, ludzi myślących podobnie (ewentualnie powstrzymujących się z wyrażaniem stanowiska krytycznego). (…) Powszechnie szanowany katolicki intelektualista, dobry znajomy papieża z dawnych czasów, wspominał, jak w latach osiemdziesiątych nieśmiało zwrócił mu uwagę, że nie należy kwestii antykoncepcji stawiać na równi ze sprawą aborcji. Że nawet uznając katolickie potępienie obydwu, trzeba by rozróżniać ich odmienny ciężar gatunkowy. Reakcja? Bardzo chłodna, oględnie mówiąc (…).Większość jednak papieskich przyjaciół takich rozterek mogła [nigdy] nie doznawać, skwapliwie zgadzając się z nim w każdej kwestii.”*******(Tamże, s. 92).

No, cóż, i znów nie sposób się nie zgodzić z Autorem, kiedy stwierdza, że rozmowa ze zgadzającymi się z nami we wszystkim nie jest zbyt twórcza… Warto tu dodać (o czym także wspomina Tadeusz Bartoś w swojej książce…), że choć papież-Polak chętnie spotykał się z przedstawicielami różnych religii, a nawet ze swoim niedoszłym zabójcą, jakoś nie znalazł czasu, aby spotkać się choćby z Hansem Küngiem (który usilnie o takie spotkanie zabiegał), czy też z innymi teologami, których pozbawił możliwości nauczania… 

7. Całym sercem wspierał Opus Dei (kanonizując założyciela Dzieła), organizację wzbudzającą kontrowersję nawet w kręgach katolickich, zdobywającą (trochę na wzór masonerii) dyskretne wpływy w kręgach biznesowych i politycznych. Jednocześnie, jak stwierdza Autor, „papież nie podjął dialogu z żadnym z ruchów katolickich, postulujących reformy Kościoła.”******** (Tamże, s. 93).

Mam szereg własnych wątpliwości co do Opus Dei, odnośnie jego niejawności, metod werbunku członków czy też niektórych praktyk pobożnościowych (ta kolczatka na udzie, brrr!), a jednak nie mogę się w pełni zgodzić z konkluzją Autora, który pisze, że:

„Sprzymierzone jest więc dzieło z księciem tego świata, hołd oddaje władzy doczesnej, zapominając o nauce Jezusa o Królestwie, które nie jest z tego świata. Brak krytycyzmu de Balaguera wobec bogactwa wymaga konfrontacji z nauką i postawą Jezusa, który należał do ubogich wiejskich wędrowców,[i] mówił że bogaty z trudem wejdzie do Królestwa Niebieskiego. Święty Paweł idąc tym tropem pisał, że korzeniem wszelkiego zła jest chciwość pieniądza. (1 Tm 6,10). Bogactwo to nie grzech, ale poszerzanie wpływów i panowania postawione jako cel nadrzędny to bałwochwalstwo raczej, niż duch Jezusa. (…) Władza nad innymi, chęć wpływania na świat, potęga i prestiż to – w kontekście ducha Jezusowego – diabelskie pokusy.”********(Tamże, s. 137)

Pomijając już fakt, że bałabym się jakiekolwiek dzieło nazwać bez żadnych wątpliwości „sprzymierzonym z siłami zła” (czyż nie jest to też przykład „polaryzacji”?:)), wydaje mi się, że Autor ulega – częstej skądinąd – pokusie, by w gronie uczniów Jezusa widzieć jedynie grupkę „prostaczków Bożych”, którzy absolutnie nie zamierzali w żaden sposób angażować się w sprawy „tego świata.”

Tymczasem nie tylko w gronie pierwszych uczniów znajdowali się ludzie znaczni i majętni (Łk 19,2; J 3,1. Mt 27,57…), ale i sam Jezus najwyraźniej bogaczami nie gardził, skoro pozwalał się im zapraszać na uczty (Łk 7,36; J 12,2), a sam ponoć nosił szatę na tyle „wykwintną”, że żołnierzom wykonującym na Nim egzekucję żal było ją rozdzierać (J 19,23-24). 🙂

Dalej, czyż to nie nowożytni krytycy katolicyzmu (poczynając od Kalwina z jego etyką pracy bliską skądinąd duchowi Opus Dei) zarzucali mu zawsze, że celowo gloryfikuje ubóstwo, ponieważ biednymi łatwiej jest manipulować? I odwrotnie – istnieją całkiem poważne prace ekonomistów, dowodzących, że to właśnie teologia protestancka, uzależniająca szczęście na tamtym świecie od powodzenia na tym, przyczyniła się do zbudowania potęgi gospodarczej takich państw jak USA.

No, więc jak to w końcu jest? Biedny i ciemny katolik-źle, ale bogaty i wpływowy – jeszcze gorzej?:)

Oczywiście, osobną kwestią są METODY zdobywania tego bogactwa i wpływów w świecie – ale to już zupełnie inna sprawa…

Nawiasem mówiąc, poczułam się trochę nieswojo, czytając, że mój były spowiednik do stosowanych w Opus Dei praktyk składających się na „zewnętrzny tradycjonalizm” Dzieła zaliczył także…codzienną komunię świętą i częstą spowiedź… „Wszystko to mogło podobać się papieżowi, który nie akceptował wielu aspektów modernizacji katolicyzmu na Zachodzie na początku lat siedemdziesiątych XX w.” – kończy Autor swój wywód (Tamże, s. 141).

Rozumiem zatem, że w imię tej jakże pożądanej „modernizacji” światły katolik początku XXI wieku także powinien te zabobonne praktyki bez żalu odrzucić, aby uniknąć podejrzeń o zgubny „integryzm”? 😉

Cud eucharystyczny – i co z tego?

Na przełomie września i października 2009 r. wszystkie nasze media doniosły o domniemanym cudzie eucharystycznym w kościele p.w. św. Antoniego w Sokółce, jaki miał się zdarzyć na przełomie stycznia i lutego 2009 r.

Według relacji świadków podczas udzielania komunii jeden z księży upuścił konsekrowaną hostię. Zgodnie z ustalonymi na taką okoliczność przepisami liturgicznymi hostię umieszczono w wypełnionym wodą naczyniu, vasculum, w którym miała się rozpuścić.

Kiedy po kilku dniach wylano jego zawartość na korporał,  po odparowaniu wody na jego powierzchni pojawił się czerwony skrzep. Na polecenie kurii jego fragmenty zbadali na przełomie marca i kwietnia 2009 r. dwaj niezależni lekarze-specjaliści(patomorfolodzy): profesor Maria Sobaniec-Łotowska oraz profesor Stanisław Sulkowski z Akademickiego Ośrodka Diagnostyki Patomorfologicznej Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku.

Aby niczego nie sugerować, naukowców nie poinformowano, co jest przedmiotem badań.W swojej ekspertyzie stwierdzili oni zgodnie, że badana tkanka to fragment… ludzkiego mięśnia sercowego w stanie agonalnym.

Nie kwestionując wyników powyższych analiz, Polskie Stowarzyszenie Racjonalistów zwróciło się z kolei do prokuratury z wnioskiem o wszczęcie postępowania wyjaśniającego w tej sprawie, jako że – jak całkiem rozsądnie zauważyli jego członkowie 🙂 – fragmenty mięśnia sercowego raczej nie wydostają się z ciała człowieka w sposób naturalny.:)

Daleko posuniętą ostrożność zachowuje również Kościół. Arcybiskup białostocki Edward Ozorowski powołał własną komisję, złożoną m.in. z teologów, a jej badania mogą potrwać nawet kilka lat. Na razie więc kuria nie potwierdza „cudu” – a duchowni apelują do wiernych o powściągliwość w wydawaniu sądów w tej sprawie.

Pierwsze historyczne świadectwa dotyczące tzw. cudu eucharystycznego pochodzą z VIII w. z włoskiego Lanciano. Ponoć w tamtejszym klasztorze pod wezwaniem św. Longina „pewien kapłan z zakonu św. Bazylego” odprawiał mszę świętą i w chwili, kiedy skończył wypowiadać słowa konsekracji hostia w jego rękach miała przemienić się w okrągły fragment ciała, a wino w krew. Zjawisko to podobno powtórzyło się w roku 1574.

W latach 1970-1971 relikwie z Lanciano przebadał profesor Odoardo Linoli. Badanie wykazało, iż jest to krew człowieka z grupy AB (ponoć bardzo popularnej w rejonie dzisiejszej Palestyny, ale bardzo rzadkiej w Europie), a cząstki ciała to fragment mięśnia sercowego. Obie zaś miały reprezentować tę samą grupę krwi, co krew znajdująca się na całunie turyńskim. Skład krwi odpowiada świeżej krwi ludzkiej. Odkryto również, iż zamoczona w wodzie zakrzepła krew odzyskuje płynną konsystencję. Badania te dowiodły przynajmniej, że badane relikwie rzeczywiście są pochodzenia ludzkiego.


Co chyba warto tu odnotować, zdarzenie bliźniaczo podobne do „naszego”, nieuznanego jeszcze, „cudu z Sokółki”, miało miejsce 18 sierpnia 1996 roku w kościele parafialnym Santa Maria w Buenos Aires. Księdzu Alejandro Pezeta po zakończeniu Mszy św., powiedziano, że na kościelnej posadzce leży porzucona hostia. Podniósł ją z ziemi z zamiarem spożycia, jednak widząc jej stan, umieścił ją w naczyniu z wodą i włożył do tabernakulum. Po kilku dniach zauważył, że hostia zamieniła się w jakąś krwistą substancję, której ilość w ciągu następnych kilku dni jeszcze się powiększyła. (Należy zatem rozważyć i taką możliwość, że ktoś odpowiednio oczytany po prostu w jakiś sposób „skopiował” niedawne wydarzenie z Argentyny…)


W 1999 r. kardynał Jorge Mario Bergoglio zlecił przeprowadzenie badań naukowych.


W dniu 5 października (w obecności przedstawicieli kardynała) niejaki dr Castanon pobrał próbkę, którą następnie przesłano do naukowców w Nowym Jorku. Jak to jest w zwyczaju, celowo nie poinformowano ich, z czym mają do czynienia.


Dr Frederic Zugibe, znany nowojorski kardiolog i patolog, stwierdził, że przesłana mu do zbadania substancja jest prawdziwym ludzkim ciałem i krwią, w której zachowało się DNA.


Oświadczył on mianowicie, że: „badany materiał jest fragmentem mięśnia sercowego znajdującego się w ścianie lewej komory serca, z okolicy zastawek. Mięsień ten jest odpowiedzialny za skurcze serca (…) Mięsień sercowy jest w stanie zapalnym, znajduje się w nim wiele białych ciałek. Wskazuje to na fakt, że [to] serce żyło w chwili pobierania wycinka (…). Co więcej, te białe krwinki wniknęły w tkankę, co wskazuje na fakt, że [ten człowiek] cierpiał – np. jak ktoś, kto był ciężko bity w okolicach klatki piersiowej.”


Naukowiec dodał, że w takich warunkach białe ciałka krwi powinny przestać istnieć po kilku minutach. Kiedy wyjawiono mu, skąd owa próbka pochodzi, dr Zugibe odparł: „W jaki sposób i dlaczego konsekrowana hostia mogła zmienić swój charakter i stać się ludzkim (…) ciałem i krwią, pozostanie dla nauki tajemnicą, która całkowicie przerasta jej kompetencje.”

I na tym w zasadzie można byłoby zakończyć, gdyby nie to, że to tak naprawdę… niczego nie zmienia. Dla wierzących katolików (i prawosławnych!) KAŻDA konsekrowana hostia jest Ciałem Chrystusa, a niewierzący (takie ich prawo!) pewnie dalej będą szukać zbezczeszczonych zwłok…


Pisząc ten post korzystałam przede wszystkim z informacji zawartych w Wikipedii, w artykułach prasowych, programach i na portalach informacyjnych, ale Czytelnikom bardziej zainteresowanym tematem mogę polecić dwie pozycje książkowe: Joan Carroll Cruz, Cuda Eucharystyczne, wyd. Exter 2002 oraz Renzo Allegri, Krew Boga. Historia cudów eucharystycznych, z roku 2005.

Gdy choruje miłość…

Niewiele się o tym mówi, ale niektóre kobiety odczuwają psychiczny przymus karania i krzywdzenia swoich dzieci – także po to, by wzbudzać współczucie u innych.

Znam taką, która ma kilkunastoletniego syna, który we wczesnym dzieciństwie przeszedł jakieś schorzenie mózgu – i jakże ta kobieta uwielbia go karcić, strofować i powtarzać (w jego obecności!), że jest on dla niej, biednej wdowy, jedynie „krzyżem” i dopustem bożym… Czasami pomagam mu w lekcjach i widzę, jak „sztywnieje” w obecności wiecznie niezadowolonej matki.

Chłopiec rzeczywiście ma pewne problemy z nauką i zapamiętywaniem, ale poza tym jest miły, wrażliwy i dobrze wychowany – a z pewnością nie jest też aż tak upośledzony, aby nie rozumiał, że te wszystkie raniące uwagi odnoszą się właśnie do niego. Jak wiadomo, sama jestem niepełnosprawna, ale NIGDY, ale to nigdy nie słyszałam od swoich rodziców podobnych słów…

Czasami można wręcz odnieść wrażenie, że ta pani pławi się we własnym cierpieniu i poczuciu poświęcenia…

Słyszałam o przypadkach, kiedy rodzice niepełnosprawnych dzieci odmawiali im leczenia albo skutecznej pomocy, tylko po to, by wzbudzić litość („bo ja mam takie biedne, chore dziecko!”), albo, co gorsza, otrzymywać na nie zasiłki z opieki społecznej.

Nigdy nie mogłam  zrozumieć, dlaczego ludzie robią własnym dzieciom takie rzeczy. A może to jakaś specyficzna, łagodna forma zespołu Münchausena?*

*Zastępczy Zespół Münchausena (MSBP) zaliczany jest do najtrudniejszych do zdiagnozowania przejawów maltretowania dziecka. Jest zaburzeniem psychologicznym, charakteryzującym się tym, że matka celowo wywołuje pewne schorzenia, wyrządzając własnemu dziecku fizyczną lub/i emocjonalną krzywdę. Można tu wymienić np. wywoływanie u dziecka wymiotów, biegunek, powodowanie krwawień, podduszanie, celowe łamanie kości, podtruwanie, a nawet zastrzyki z ekskrementów…

Tak wywołane objawy wykorzystuje się potem, aby zwrócić uwagę na siebie – jako osobę „kochającą” i niezwykle „oddaną dziecku”. Sprawca, którym zwykle jest rodzic (matka) lub opiekun, celowo przekłamuje historię, oznaki lub symptomy występujące u dziecka, aby zaspokoić swoje psychologiczne potrzeby. Matkę może wspierać (lub uczestniczyć) w tym procederze inny członek rodziny.

Uważa się, że istnieją trzy podstawowe typy chorych matek: „szukająca pomocy”, „czynny sprawca” oraz „lekarz-pasjonat”:

1) Szukająca pomocy – oczekuje zainteresowania ze strony służb medycznych i socjalnych, aby móc okazać swój lęk, wyczerpanie, depresję lub niemożność podjęcia opieki nad dzieckiem. Często pochodzi z rodziny patologicznej lub była ofiarą przemocy domowej. Kobiety tego typu często są samotnymi matkami i/lub ich ciąża nie była chciana.

2) Czynny sprawca – celowo wywołuje chorobę u dziecka drastycznymi metodami, jest nadpobudliwa, ma skłonności depresyjne i silnie rozwinięte mechanizmy zaprzeczania, charakteryzuje się ambiwalencją uczuć i paranoidalną projekcją.

3) Lekarz-pasjonat – cierpi na obsesję bycia najważniejszą osobą w całym procesie leczenia, jest przekonana, że jej dziecko naprawdę choruje i że tylko ona wie, co mu dolega, dlatego nie przyjmuje do wiadomości diagnozy stawianej przez lekarzy i wymyśla własne metody leczenia.

Według niektórych badaczy matki „szukającej pomocy” nie należy w zasadzie zaliczać do chorych na MSBP, gdyż jej zachowanie ma na celu jedynie zwrócenie uwagi na rzeczywiście przeżywane problemy. Pozostałe dwa typy matek stanowią jednak poważne zagrożenie dla zdrowia i życia dziecka.

(Opracowałam na podstawie: www.dentopolis.org/dentopedia/Zespol_Munchausena)