Wesołego Alleluja!

Wielki-Post-150x150

„To nie śmierć, ale Miłość nas zbawiła! Nie śmierć!” (O. Raniero Cantalamessa, Kaznodzieja Domu Papieskiego – 26. 03. 2016, Wielki Piątek, Bazylika Watykańska)

Wszystkim Czytelnikom życzymy pełnych miłości świąt wielkanocnych – Alba i P. z dzieciakami.

Ps. Ja tu jeszcze  wrócę! 🙂

Dlaczego Kościół nie może pogodzić się z gender?

Przy okazji niedawnego dnia Świętej Rodziny nasi biskupi wydali list (dość gruntownie zresztą, i słusznie, skrytykowany przez mojego ulubionego Szymona Hołownię), w którym wśród zagrożeń, czyhających na prawdziwie katolicką, polską rodzinę, obok rozwodów wymienili także, a jakże, znowu tajemniczą „ideologię gender”.

I chociaż naprawdę nie sądzę, by był to rzeczywiście problem spędzający sen z powiek przeciętnym Kowalskim (zdaje mi się raczej, że – w swoich najbardziej bzdurnych przejawach – jest to raczej rodzaj mody, która dotyka niewielkie grupy zaangażowanych wyznawców – i która przeminie prędzej czy później, jak wiele innych) – to jednak myślę, że jestem także w stanie zrozumieć głęboki powód tego sprzeciwu.

Od razu mówię, że nie wierzę, aby była nim zasadnicza niechęć katolicyzmu (czy też szerzej – chrześcijaństwa) do równości płci czy też nawet do pewnego stopnia – do wymienności ról społecznych pomiędzy płciami.

Mimo że (przypomnę) dla tradycyjnej teologii płci nie są całkowicie „zastępowalne” (żadna matka w pełni nie zastąpi ojca, ani też odwrotnie), lecz raczej  „komplementarne” (dopełniają się nawzajem), to jednak jestem głęboko przekonana, że nie musi to wcale oznaczać niesprawiedliwej „nierówności.”

Wierzę raczej w to, że między mężczyznami i kobietami – podobnie jak pomiędzy różnymi wyznaniami chrześcijańskimi – możliwa jest „jedność w różnorodności”, przy poszanowaniu odrębności i unikalnych cech  każdej ze stron.

Nikt rozsądny przecież nie zaprzeczy, że odkąd kobiety zaczęły w większym stopniu angażować się w różne aktywności poza domem, bardziej sprawiedliwy i „elastyczny” podział obowiązków wewnątrz rodziny stał się zwykłą koniecznością. I znakiem czasu.

Szczerze mówiąc, sama wychowywałam się w rodzinie, gdzie podział ról był dość, jak na owe czasy, niestandardowy: mój tata zrezygnował z własnego awansu, aby umożliwić mojej mamie karierę zawodową, w której się spełniała. Mając zatem ojca, który gotował kaszki i wycierał noski nigdy jakoś nie mogłam uwierzyć w to, co napisała sympatyczna skądinąd włoska autorka Constanza Miriano: że mianowicie zmienianie pieluszek własnym dzieciom pozbawia facetów jakiejś części ich męskości. Nie pozbawia.

Myślę jednak, że spór o gender jest o wiele głębszy – toczy się bowiem o samą naturę poznania. I człowieka.

Czy istnieje jakakolwiek obiektywna rzeczywistość (a więc PRAWDA obiektywna), czy też „prawdą” może być każde nasze subiektywne przekonanie – inaczej mówiąc, wszystko, cokolwiek nam się wydaje?

Często przytaczam w tym miejscu przykład z tym nieszczęśnikiem, który zapragnął być kotem – co więcej, udało mu się znaleźć usłużnych lekarzy, którzy dzięki całej serii zabiegów przeistaczają go coraz bardziej w stworzenie „kotopodobne.”

I teraz będzie pytanie kontrolne: czy po zakończeniu całej kontrowersyjnej kuracji człowiek ten rzeczywiście STANIE SIĘ kotem (zgodnie ze swoim najgłębszym pragnieniem)?

Większość z Was zapewne odpowie: nie. No, dobrze – ale właściwie DLACZEGO nie?

I myślę – a przynajmniej mam nadzieję – że większość z Was tym razem odpowie: „Bo człowiek NIE MOŻE być kotem. Z natury. Bo człowiek i kot należą do różnych gatunków.” – albo jakoś podobnie.

Otóż to. A główny filozoficzny problem z gender, tak jak ja je rozumiem (i jak zapewne rozumieją je księża biskupi) polega na tym, że zdaje się ono mówić: „Bzdura, żadna „natura ludzka” nie istnieje. Każdy człowiek może być tym, czym zechce. Kobietą, mężczyzną, kotem…Nie ma granic dla ludzkiej wolności. Nie istnieje też żadna „prawda obiektywna” – a jedynym wyznacznikiem tego, co prawdziwe, jest Twoje najgłębsze wewnętrzne przekonanie.”

W konsekwencji nie istnieje też żaden „Stwórca natury ludzkiej” – albo inaczej: każdy człowiek sam dla siebie jest „stwórcą.”

Oczywiste jest zatem, że z takim postawieniem sprawy chrześcijaństwo (i w ogóle żadna religia, która zakłada istnienie jakiegokolwiek Najwyższego Prawodawcy), które od zawsze – bez względu na to, co nim mówiono w różnych epokach! – było dosyć „realistyczne” (tzn. zakładało, że ISTNIEJE zarówno niezależna od nas rzeczywistość, jak i prawda obiektywna, którą człowiek może poznać i do niej dostosować swoje działanie) pogodzić się  nie może.

Z punktu widzenia zarówno religii jak i wielowiekowego doświadczenia (oraz nauki) wiemy, że istota ludzka NIE JEST nieskończenie plastyczna (zresztą, czyż genderyści naprawdę wierzą, że w przeciągu zaledwie kilku pokoleń poprzez odpowiedni „trening społeczny” da się wykorzenić wszystkie te unikalne cechy, którymi natura – nie bez powodu przecież – w ciągu milionów lat obdarzyła obydwie płci? Szczerze mówiąc, bardzo wątpię, by ktokolwiek mógł w to wierzyć…). A nasza wolność wyboru NIE JEST nieograniczona – ograniczają nas chociażby zwykłe prawa fizyki. Jeśli teraz stanę na parapecie okna i zacznę energicznie machać rękami, nie wzniosę się w powietrze, choćbym nawet bardzo głęboko wierzyła, że jestem ptakiem…

I dlatego właśnie, jak sądzę, Kościół nigdy nie będzie mógł pogodzić się z gender.

 

gender-4

 

 

Czy rzeczy naprawdę są tym, czym nam się wydają?;) Czy może tym, czym chcielibyśmy, aby były?  Czy też są po prostu tym… czym są? Oto jest pytanie!

Źródło obrazka: www.giznet.pl

Sprawa ks. Charamsy.

Przygotowywałam się właśnie ( to prawda, że powoli – ale wybaczcie: obowiązki macierzyńskie przede wszystkim!) do napisania jakiegoś mniej lub bardziej wyważonego tekstu na temat obecnej fali imigracji – aż tu nagle wybuchła bomba: ks. prałat Krzysztof Charamsa, jeden z wysokich urzędników watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary, ogłosił w świetle jupiterów, że jest gejem, co więcej, że posiada „narzeczonego” o wdzięcznym imieniu Eduardo.

I okazało się, że skoro wszyscy o tym mówią, to i ja – żona byłego księdza, pisząca na tematy „okołokościelne” też jakieś zdanie na ten temat posiadać powinnam.

Zaznaczam od razu, że zaglądanie komukolwiek w rozporek nie leży w mej naturze (zresztą, kimże ja sama jestem, by kogokolwiek osądzać?), ale jeśli od kilku dni ktoś mi tym rozporkiem stale wymachuje przed oczami, to  chyba wypadałoby jakoś zareagować.

Warto może zacząć od tego, od czego w ogóle zaczęła się cała ta awantura. „Tygodnik Powszechny” opublikował wywiad z ks. Charamsą (wtedy jeszcze występującym w roli niezależnego eksperta) na temat konieczności zmiany języka, jakim Kościół często posługuje się, mówiąc o osobach homoseksualnych.

I z tym byłam skłonna w pełni się zgodzić. Sama, kiedy słyszę np. ks. Dariusza Oko, który opowiada o „tłokach w rurze wydechowej” mam ochotę zwymiotować. Gdyby się uprzeć, to i „święty seks małżeński” też można by opisać w podobnie obrzydliwy sposób. Pytanie tylko, PO CO?

Między ludźmi  (homo-i heteroseksualnymi) są w tych sprawach jeszcze uczucia – przypomnę dla porządku, że nawet pomiędzy osobami tej samej płci uczucia NIE SĄ grzechem! – ale te właśnie ks. Oko zdaje się zupełnie ignorować i mówi o osobach homoseksualnych tak, jakby mówił o zwierzętach. I to takich, które są dlań wyjątkowo odrażające.

Ale ks. Charamsa po tym niegłupim wstępie ruszył do ataku – i teraz, w kolejnych odcinkach swojej „telenoweli” mówi już nie tylko o swojej miłości do partnera (Jacek Dehnel, którego trudno raczej podejrzewać o „katolicki fundamentalizm”, trafnie zauważył, że słowo „narzeczony” jest w tym kontekście co najmniej niezręczne – „narzeczony” bowiem to ktoś, z kim zamierzamy w najbliższym czasie zawrzeć związek małżeński – a takiej możliwości jak na razie nie daje obu panom ani prawo kanoniczne, ani cywilne przepisy Polski czy Włoch), ale także o „antyludzkim Kościele”, w którym przez lata doświadczał cierpień i upokorzeń. Jak rozumiem, RÓWNOLEGLE z robieniem w tejże „zbrodniczej” instytucji błyskotliwej kariery?

Czyżby nowy Konrad Wallenrod homoseksualizmu?:)

A teraz ” Tygodnik Powszechny” skarży się, że został przez księdza prałata wykorzystany i poddany manipulacji – że był tylko narzędziem, mającym odpowiednio nagłośnić jego coming out. Nie chce mi się wprawdzie wierzyć w tę obrażoną niewinność żurnalistów TP – tacy starzy dziennikarscy wyjadacze publikując taki tekst musieli przecież zdawać sobie sprawę z tego, że jego reperkusje bynajmniej nie będą  pozytywne. I że przyczynią się raczej do wzmożenia ataków na Kościół (jako na – rzekomo – siedlisko patologii wszelkiego rodzaju) niż do wzrostu empatii u osobników takich, jak ks. Oko i jemu podobni.   Niemniej wychodzi na to, że ks. Charamsa jest nie tylko „uciemiężoną ofiarą katolickich zbrodni”, ale i zręcznym manipulatorem?

I proszę mnie źle nie zrozumieć: mnie naprawdę nic do tego, z kim ks. Krzysztof zamierza dzielić swoje noce i dnie. Zastanawiam się tylko, czemu musi to robić koniecznie jako ksiądz? Nie jest to bynajmniej kwestia jego orientacji seksualnej (czego on najwyraźniej nie rozumie – albo udaje, że nie rozumie), a jedynie zwykłej uczciwości. Mój mąż, kiedy zakochał się we mnie, zrezygnował z kapłaństwa. Nie pojmuję, dlaczego ks. Charamsa i inni homoseksualni kapłani mieliby być w tej sprawie traktowani lepiej (inaczej) niż heteroseksualni?

jak to celnie ujął jeden z internautów: „Ksiądz ma kobietę na boku? No, tak, to jest właśnie ta hipokryzja klechów! Ksiądz ma faceta na boku? Ach, cóż to za odwaga, postawić mu pomnik!”

Otóż to, kochani Czytelnicy. Bo wyobraźcie sobie, że jakiś heteryk wyszedłby przed kamery i oświadczył: „Drodzy Państwo, oszukiwałem Was przez wiele lat, grając przykładnego męża i ojca rodziny! W rzeczywistości jestem bigamistą. A teraz oczekuję na oklaski za to, że jestem taki ODWAŻNY!”  Kto z Was przyklasnąłby takiemu „bohaterowi”?

Zawsze uważałam, że należy mieć wyrozumiałość dla ludzkich słabości, dla niewierności nawet (tak, jak to czyni dla nas sam Bóg) – ale jednak nie należy podnosić ich do rangi cnoty…

Dodam jeszcze, że swoim postępowaniem ks. Charamsa podkopał moje niezłomne dotąd przekonanie, że osoby homoseksualne są tak samo zdolne dotrzymywać słowa, jak heteroseksualne – i paradoksalnie, jeszcze bardziej utrudnił im drogę do kapłaństwa (osobiście nigdy nie byłam przeciwna udzielaniu święceń takim osobom – znałam kilku wspaniałych, homoseksualnych księży).

Ktoś może mi teraz słusznie powiedzieć, że także mój P. nie dotrzymał dobrowolnie podjętych zobowiązań. To prawda, lecz my nie domagamy się z tego powodu rewizji całego nauczania Kościoła. Nie jest winą Kościoła, że ja się zakochałam (choć być może jest jego zasługą, że P. jest tak wspaniałym mężczyzną, jakim jest:)) – i nie ośmieliłabym się w tej sytuacji czegokolwiek butnie od niego „żądać”.

Ja mogę tylko czekać, prosić, modlić się i mieć nadzieję, że Bóg będzie dla nas miłosierny…

A o ks. Charamie już krążą słuchy, że JEDYNA rzecz, która mogłaby teraz udobruchać tego dumnego, watykańskiego prałata (swoją drogą, dobrze, że Franciszek zniósł prałatury w ogóle, skoro mamy TAKICH prałatów…), to gdyby sam papież pokornie udzielił jemu i jego „narzeczonemu” ślubu w Kaplicy Sykstyńskiej. Najlepiej na klęczkach i obleczony w wór pokutny…:)

A jako kobietę zmartwiło mnie także to (zbyt) nachalne wywlekanie własnej intymności na widok publiczny. Żal mi było biednego Eduardo, wyraźnie speszonego koniecznością zaprezentowania swojej wielkiej miłości w świetle jupiterów. (Sama Ewa Wanat, która do pruderyjnych raczej nie należy, określiła to przedstawienie jako „kiczowate”).

Ktoś mi na to napisał, że zapewne takie zachowanie ks. Charamsy było spowodowane chęcią wypromowania przezeń swojej nowej książki, w której, jak zapowiada, „ujawni wszystkie swoje grzechy” (nie wiedziałam, że jeszcze jakieś zostały do odkrycia?:)). Jest on bowiem świadomy, że po takich wyznaniach wkrótce straci lukratywną posadę, a żyć z czegoś trzeba…

Jeśli tak, to tym gorzej. Bo „wszystko na sprzedaż!” to raczej kiepskie motto dla kogoś, kto kreuje się na jedynego sprawiedliwego?

Jednego takiego, co to ujawniał w swoich książkach „wszystkie grzechy” (głównie cudze) – już mieliśmy i wystarczy. Nazywał się Roman Kotliński i obecnie (jeszcze) jest posłem z Ruchu Palikota. Ten to potrzebował całego cyklu, aby udowodnić sobie że miał rację!:) Po przeczytaniu tego mój przyjaciel, Tomasz Jaeschke  (inny były ksiądz, który swego czasu odrzucił propozycję pracy w antyklerykalnych „Faktach i Mitach”), stwierdził z przekąsem, że aż dziw bierze, jakim cudem biedny Romek wytrzymał aż tyle lat w takim bagnie, jakim według niego jest Kościół katolicki…

Jak zapewne wiecie, jako żona „byłego” chętnie kolekcjonuję książki „byłych”, mając nadzieję, że dzięki poznawaniu historii innych ludzi  lepiej poznam i zrozumiem samą siebie. I niestety muszę stwierdzić ze smutkiem, że na palcach jednej ręki można policzyć takie publikacje, w których byli księża nie próbują zrzucić na Kościół całej winy za swoje osobiste decyzje.

Czy naprawdę ks. Charamsa chce być kimś takim?

No,cóż – życzę mu wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia. Ale mój osobisty stosunek do całej sprawy całkiem nieźle oddaje ten fragment z tekstu ks. Wojciecha Węgrzyniaka:

„Od 17 lat jestem księdzem. 6 lat mieszkałem w seminarium, w pokoju sześcioosobowym, trójce i dwójkach. 5 lat mieszkałem z księżmi w Rzymie, w Jerozolimie rok u Legionistów, 2 lata u Franciszkanów. Nigdy nie spotkałem się z jakimkolwiek przejawem homoseksualizmu. Może nie jestem atrakcyjny seksualnie. Może nie widzę rzeczy, które widzą inni. A może, tak naprawdę, nie jest was wielu, wbrew powtarzanym opiniom.

Nie chodzi jednak o liczby. Jeśli nawet jest was więcej niż widać i jeśli żadne spotkania kapłańskie nie są objawem jawnej przeciw wam walki, to jest to tylko dowodem na to, że nie jest wam źle w kapłaństwie. Mówią, że się wspieracie, że są powiązania i układy, ale jeśli tak, to dlatego, że pod wieloma względami jest wam lepiej niż księżom heteroseksualnym. Wy możecie jechać razem na wakacje. My z kobietami nie możemy. Wy możecie spotykać się co tydzień i zostawać na noc u kolegi. My tak nie możemy. Wy możecie tworzyć przyjaźnie. Na nas od razu podejrzliwe patrzą. Nawet seks możecie uprawiać bezpiecznie, nie bojąc się, że partner zajdzie w ciążę. W wielu miejscach sprzyja wam prawo, jak w Jerozolimie, gdzie nie można było zapraszać kobiety do swego pokoju w klasztorze, a mężczyznę można było za zgodą przeora. Doceńcie to. Możecie oskarżać wszystkich, że wam utrudniają życie, ale nie Kościół hierarchiczny.”

Nic dodać, nic ująć…