Cywilizacja wolnych chamów.

Szczerze powiedziawszy, długo biłam się z myślami, czy w ogóle pisać o tym.

 

Raz, że ostatnio „zarobiona” jestem (stąd i długa przerwa we wpisach na blogu), a dwa – że w czasach „Dudka” powstał skecz, mówiący o tym, że „chamstwu należy przeciwstawiać się siłom i godnościom osobistom” –  niewykluczone, że dziś należałoby mu się przeciwstawić pełnym godności… milczeniem.

 

Wyznaję jednak ze skruchą, że tę walkę ze sobą przegrałam. Być może dlatego, że wciąż kołacze mi się po głowie stara, rzymska zasada: „Kto milczy, wyraża zgodę.”

 

Urodziłam się  bowiem w czasach (i w rodzinie), w których już samo nazwanie kogoś „chamem” byłoby dla tak określonej osoby ciężką obrazą. Prawdopodobnie zauważyliście, że NIGDY nie użyłam takiego słowa (już nawet nie wspominając o tych bardziej obraźliwych!) w stosunku do żadnego z moich Czytelników.

 

Teraz jednak „cham”  nie tylko żyje i ma się dobrze – słowa, które powinny być wypowiadane co najwyżej szeptem, wylewają się wielką rzeką (bo już nawet nie „szerokim strumieniem”) z łam gazet, książek, z tekstów piosenek, że już nawet o Internecie, filmie i telewizji nie wspomnę. I kto dziś jeszcze pamięta, że kiedyś określenie „parlamentarny” oznaczało „szczególnie kulturalny”? Z pewnością nie nasi posłowie od prawa do lewa…

 

Nie dosyć jednak na tym. Za sprawą pani Ewy Wójciak dowiedziałam się właśnie, że prawo do rzucania mięsem jest już nie tylko powszechnie akceptowane, ale że jest jedną z podstawowych „wolności człowieka” – wolności, których należy bronić (co najmniej!) jak niepodległości.

 

Oto ta „dama” (która ponoć nad łóżkiem wieszała sobie portrety XX-wiecznych terrorystów o orientacji lewicowej), dyrektorka legendarnego (niegdyś) Teatru Ósmego Dnia, zareagowała na wybór papieża Franciszka entuzjastycznym wpisem na Facebooku: „No, i wybrali ch…, który donosił na lewicowych księży!”

 

Już pominę fakt, że druga część owej wypowiedzi jest zdecydowanie nieprawdziwa – nawet najzagorzalsi krytycy kard. Bergoglio zarzucają mu co najwyżej „bierność” w czasach junty. A od tego do wydawania niewinnych komunizujących owieczek na rzeź jeszcze baaaarddzo daleko… Co najmniej tak daleko, jak od udowodnionego doktorowi G. łapówkarstwa, do „nikt już nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie.” To jednak chyba nikogo nie oburza.

 

Mniejsza jednak o to. Znacznie bardziej zaniepokoił mnie fakt, że w obronę tego „chuja” (z góry przepraszam za to słowo!) zaangażowały się natychmiast różne „autorytety” (na czele z niezawodnym prof. Hartmanem – mnie jednak najbardziej ubodło, że wśród nich znalazł się także Stanisław Barańczak, którego dotąd miałam za przyzwoitego człowieka).

 

Wygląda więc na to, że w naszej kulturze „wolność słowa” zaczyna oznaczać ni mniej ni więcej tylko „prawo do obrażania innych” (czasami odnoszę wrażenie, że w im ostrzejszych słowach, tym lepiej) – „Nieważne, czy to, co mówię, jest mądre, potrzebne, prawdziwe, czy choćby KULTURALNE – ważne, że MAM PRAWO to powiedzieć, więc będę to mówił, choćbyście się skichali!” 

 

Pisałam tu już kiedyś o tym.

 

Proszę mi wybaczyć drastyczne porównanie, ale publiczne dłubanie w nosie czy w tyłku również nie jest nigdzie formalnie zakazane, a jednak fakt, że ludzie dobrze wychowani na ogół powstrzymują się od tego, nie świadczy o tym, że są zwolennikami „cenzury i zamordyzmu”, tylko raczej o elementarnej kindersztubie.

 

Robienie zaś z „chama” bojownika o wolność słowa jedynie go rozzuchwala. Ma on bowiem już nie tylko „prawo” mówić to, co mówi, ale odczuwa wręcz taki święty obowiązek. Staje się bohaterem i męczennikiem – jak uciśniona Doda (plotąca androny o „naprutych winem i palących jakieś zioło” autorach Biblii), jak Nergal (nazywający tę samą Księgę „g…”), jak Palikot czy Pawłowicz.

 

Zresztą, jeśli rację mają wyznawcy różnych szkół „neurolingwistycznych” i rzeczywiście „myślimy tak, jak mówimy” – to nasz świat poprzez ten niewiarygodny zalew wulgaryzmów na pewno nie staje się lepszy. To jednak zdaje się zupełnie nie niepokoić światłych obrońców pani Ewy Wójciak.

 

I od razu zaznaczam, że nie chodzi mi o to, by – jak histeryzują niektórzy – kogokolwiek „kneblować” czy zamykać w kazamatach. Tyle tylko, że MNIE mamusia uczyła, że jeśli się publicznie puści bąka, to należy powiedzieć „przepraszam!” I tylko tyle. Na to się jednak nie zanosi – ponieważ ani pani Wójciak, ani pani Pawłowicz przepraszać nie zamierzają. W swoim (i swoich zwolenników) mniemaniu nie zrobiły wszak nic niestosownego…

 

Nawiasem mówiąc, śmieszą mnie również niektóre ich usprawiedliwienia w rodzaju: „ależ to była tylko PRYWATNA wypowiedź.” W dobie Internetu faktycznie niekiedy trudno odróżnić to, co „prywatne” od „publicznego” – niemniej wydaje mi się, że gdyby rzeczywiście miała ona być prywatna, nigdy byśmy się o niej nie dowiedzieli.  Jeśli ktoś zamieszcza cokolwiek na portalu społecznościowym, to raczej w przeciwnym celu.

 

Podobnie to, co tutaj publikuję, wcale już takie bardzo „prywatne” nie jest – choć niejednokrotnie dotyczy spraw bardzo intymnych. To, o czym PRYWATNIE rozmawiam z P. w zaciszu naszej sypialni, pozostanie (mam nadzieję, że już na zawsze) naszą słodką tajemnicą.:) 

 

Przełknęłabym jednak jakoś – choć z bólem – nawet te wszystkie niedorzeczności i niszczenie kultury (nie tylko językowej!), gdyby zasada o „prawie do obrażania” działała tak samo wobec wszystkich.

 

Tymczasem okazuje się, że choć skandaliczna (zwłaszcza w ustach kobiety i dyrektorki TEATRU!) wypowiedź pani Wójciak powinna podlegać szczególnej ochronie – to nie dotyczy to już równie niekulturalnych stwierdzeń Krystyny Pawłowicz (z których część, chcę przypomnieć, padła również na „prywatnym” spotkaniu tejże ze studentami – podobnie zresztą bronił się Nergal: „komu się nie podoba, ten nie musi przychodzić na koncert!”) czy niezręcznej (ale nie obraźliwej!) wypowiedzi byłego prezydenta o gejach. (Dla porządku przypomnę, że „mur GETTA” dośpiewała sobie tam lewica, aby powiedzenie Wałęsy uczynić bardziej odrażającym – z kontekstu wynika raczej, że chodziło mu tylko o to, że homoseksualiści powinni znaleźć się poza parlamentem).  O, nie – te, według tych samych „autorytetów” które tak kochają wolność słowa, są „absolutnie  niedopuszczalne” i winny skutkować społecznym ostracyzmem. Oraz pozbawieniem prawa wykładania na uczelni.

 

Oczywiście, powiecie mi zaraz, byli i tacy, którzy brali w obronę posłankę Pawłowicz. Tak, ale i to mnie martwi, że podziały w naszym społeczeństwie zaszły już tak daleko, że nawet ludzie, którzy – jak dawniej mówiono – „robią w kulturze”, nie potrafią się zgodzić nawet co do tego, że pewne słowa są nie do przyjęcia (i nie do obrony!) w przestrzeni publicznej, niezależnie od tego, kto i dlaczego je wypowiada.  Bardzo to niedobrze. Dla kultury. Nie tylko języka.

 

Postscriptum: Opublikowano raport, z którego wynika, że tzw. „przeciętny Polak” nie rozumie języka, jakim posługują się politycy (biedaczek!:)). I zamiast refleksji nad ogólnym poziomem edukacji i kultury, posypały się z ust tych samych „autorytetów” płomienne apele, by… nie używać tak trudnych słów! (Przypomina mi to wciąż powtarzane „odchudzanie” kanonu lektur szkolnych.)

 

A wiecie, kto wygrał ów „ranking zrozumiałości”? Nie będziecie zaskoczeni: Janusz Palikot i Krystyna Pawłowicz! No, cóż, jeśli to oni będą określać „poziom debaty publicznej”, to będziemy coraz mniej pojmować ze świata. Ale co tam – grunt, żeby było PROSTO! Prosto, prostacko… Wójciak?

 

 

Litania do Ojca Franciszka.

je się poniżej tego „standardu nowoczesności” zostanie w tym czy innym punkcie ocenione jako „konserwatywne” („Jak to – słyszałam już głosy – Papież wierzy w jakiegoś Boga? W jakiegoś Ducha Świętego? W XXI wieku?! Toż to paradne! Z pewnością tylko UDAJE, jak oni wszyscy.”), a więc niegodne uwagi.

Już wiadomo, że Jorge Bergoglio raczej nie spełni tych oczekiwań „całej postępowej ludzkości.”

 

Nie da się jednak ukryć, że pojawienie się na balkonie tego uśmiechniętego starszego pana wywołało u wielu ludzi, nawet tych, którzy już od dawna bytują z dala od Kościoła, nagły przypływ nadziei. I nawet, jeśli to tylko przemijający „urok nowości”, to i tak można to uznać za pierwszy sukces nowego papieża.

 

Śmiem twierdzić,  że Franciszek w ciągu zaledwie kilku dni urzędowania zrobił więcej dla poprawy wizerunku Watykanu, niż dotychczas wszyscy suto opłacani specjaliści od public relations razem wzięci.

 

Okazuje się – ku wściekłości „mędrców”, takich jak Janusz Palikot czy Magdalena Środa (którzy zapewne sami chcieliby być tak słuchani:)) – że ludzie najwyraźniej wciąż pragną słuchać tego, co papież ma do powiedzenia. Wystarczyło tylko trochę zmienić formę…

 

A jednak i ja mam wobec niego kilka własnych oczekiwań.

 

Chciałabym przede wszystkim, by jego dewiza „[Pan] spojrzał z miłosierdziem i wybrał” stała się motywem przewodnim dla całego Kościoła. Żeby MIŁOSIERDZIE stało się wreszcie ważniejsze, niż prawo – wobec wszystkich. Wobec niewierzących, rozwiedzionych, kobiet, homoseksualistów, byłych kapłanów…

 

Marzy mi się np. dopuszczenie do sakramentów osób rozwiedzionych nie z własnej winy i ponownie zaślubionych, a także, być może, dopuszczenie do samego Sakramentu Pojednania osób, które z racji swego „sposobu życia” nie mogą uczestniczyć w pełnej komunii z całą wspólnotą. Rozumiem ograniczenie, dotyczące „tego, co najświętsze”, a jednak zawsze wydawało mi się, że zamykanie dostępu do Boskiego pocieszenia tym, którzy go najbardziej potrzebują, wcale nie służy ich dobru i rozwojowi. Chciałabym także, żeby ten papież przywrócił w całym Kościele starożytny urząd diakonis (zawsze będę twierdzić, że PRAWDZIWA reforma Kościoła powinna polegać nie tyle na nieustannym wymyślaniu chrześcijaństwa od nowa, zgodnie z najnowszymi trendami, ile na ciągłym „powrocie do źródeł”), być może z prawem do spowiadania (ale nie do sprawowania Eucharystii – o powodach mojego sprzeciwu już tu kiedyś pisałam).

 

Oczekuję od Franciszka, żeby na nowo przypomniał, że ostatecznie to CZŁOWIEK, każdy człowiek (a zwłaszcza biedny, słaby, pokrzywdzony) a nie jakieś abstrakcyjne „zasady” jest „drogą Kościoła”. I że naprawdę można potępiać zło, nie niszcząc przy tym człowieka. Żeby nigdy też nie zapomniał o tym, co tak pięknie wyraził podczas swojej inauguracji – że jesteśmy raczej opiekunami, niż „panami” całego stworzenia

 

Żeby, przykładając większą uwagę do ewangelizacji, zaufał jednocześnie tak ukształtowanym sumieniom wiernych świeckich, np. w kwestii współżycia małżeńskiego (bez drobiazgowego określania, co małżonkom wolno, a czego już nie). Wydaje mi się, że wierność Chrystusowi nic by nie ucierpiała na tym, gdyby te sprawy każda para małżeńska rozstrzygała indywidualnie, w porozumieniu z własnym „kierownikiem duchowym” – podobnie jak to dzieje się już dzisiaj w judaizmie czy w siostrzanej Cerkwi Prawosławnej. Mój dawny spowiednik kiedyś mówił, że ostatecznie, tak jak celebrans odpowiada za przebieg liturgii, tak też małżonkowie odpowiadają za „przebieg” swojej miłości.

 

I wreszcie, BARDZO bym pragnęła, żeby zaprezentowany na początku przez ojca Franciszka nowy styl, polegający przede wszystkim na prostocie życia i języka, stał się stylem całego Kościoła, również w Polsce. I żeby nie pochłonęła go watykańska celebra. Bo inaczej jego osobisty przykład będzie tylko swego rodzaju „listkiem figowym”, którym co poniektórzy hierarchowie będą mogli, po staremu, przysłonić własną pychę i chciwość.

 

Wolałabym, by mój Kościół miał twarz raczej arcybiskupa Bergoglio, niż arcybiskupa Głódzia. Raczej papieża Franciszka, który prosił, by to, co wierni chcieliby wydać na podróż do Rzymu, przeznaczyli raczej dla potrzebujących (tym razem nikt go jakoś nie posłuchał…) – niż o. Rydzyka, który, pozazdrościwszy widać Licheniowi, buduje – za pieniądze swoich ubogich słuchaczy! – kolejny wielki kościół – „wotum wdzięczności za Jana Pawła II”. Choć o ile ja „znałam” tego papieża, wydaje mi się, że większą radość sprawiłby mu jakiś Dom Samotnej Matki, niż następny moloch z nazwiskami najhojniejszych sponsorów na ścianach…

 

W ubiegłą niedzielę słuchałam sobie – jak zwykle – mszy św. radiowej. I niemile uderzył mnie kontrast pomiędzy bezpretensjonalną opowiastką papieża Franciszka o starszej pani, która ostatecznie okazała się mądrzejsza od duchownego – a homilią celebransa, który, w patetycznych słowach, opowiadał, jak to „ranę zdrady małżeńskiej” uleczyła natychmiastowo modlitwa żony z dziecięciem na ręku „przed krzyżem, który dostali w dniu ślubu od księdza proboszcza.” Mąż, który wrócił do domu po walizki, na to wzruszył się głęboko i rzekł łaskawie: „Żono, POZOSTAJĘ Z WAMI!” (sic!)

 

Pomijając już (wątpliwy, moim zdaniem) walor „moralizatorski” owej historyjki, zastanawiam się, ILE ów ksiądz zna rodzin, w których w podobnej sytuacji mąż przemawia do żony takim językiem? Podejrzewam raczej, że wielebny nie ma bladego pojęcia o tym, jak żyją (i jak do siebie mówią!) zwykli ludzie.

 

Wygląda więc na to, że nasi hierarchowie muszą się jeszcze w tej kwestii wiele od Franciszka nauczyć. Oczywiście, zakładając, że zechcą.

 

W tym kontekście rozbawiło mnie zdanie redaktora prawicowego tygodnika „[W] Sieci” który stwierdził, że nas (w domyśle: w przeciwieństwie do tej „bezbożnej Europy”) nie trzeba od podstaw ewangelizować (i nic to, że według oficjalnych danych już tylko 39% rodaków chadza do kościoła…) – i apeluje, by „Nowy papież zwrócił uwagę na Polskę.”

 

A ja bym sobie życzyła, by to POLSKA zwróciła większą uwagę na papieża. Tego papieża.

 

A Wy, jakie macie wobec niego oczekiwania?

 

Kronika smutnych przypadków Jacka K.

Proszę mi wierzyć, nie to mnie w całej sprawie zasmuca, że „ojciec Jacek się zakochał.”

Zresztą, jestem ostatnią osobą, która mogłaby go za to ganić.

Martwią mnie jednak inne aspekty tej sprawy.

Po pierwsze, wydaje mi się, że media czerpią wielką satysfakcję z opowiadania o takich przypadkach, na zasadzie: „no, tak, proszę, do tej pory chłop żył NIENORMALNIE, ale się opamiętał i „nawrócił” na jedyną miłość, jaka naprawdę istnieje – na miłość do kobiety. To jest, proszę Państwa, nasze Niebo, nasz raj na ziemi – wszystko inne to mrzonka, dziecinna iluzja.”

W pewnym sensie i sam bohater owej romantycznej afery zdaje się przyklaskiwać takiemu rozumieniu, twierdząc, że „chował się” przed ludźmi w habicie i odgradzał od miłości (oczywiście, tej jedynej, która naprawdę istnieje) ołtarzem… Dziwne wyznanie, jak na kogoś, kto (jak mówią) pomógł setkom ludzi, przeprowadzał umierających na tamten świat, itd. Jeśli to wszystko robił bez miłości – no, to faktycznie, znalazł się w niewłaściwym miejscu. Nie wiem, czy istotnie księża i zakonnice, pracujący np. w hospicjach czy wśród trędowatych, robią to z posłuszeństwa (jak się wyraził o. Jacek) „jakimś abstrakcyjnym zasadom”, czy jednak raczej (częściej) z miłości do ludzi?

No, cóż – zdarza się. Każdy się może minąć z powołaniem.

Ciekawe tylko, że komuś, kto był m.in. psychoterapeutą (i powinien mieć lepsze rozeznanie co do własnych motywacji) dojście do takiej konstatacji zajęło aż 25 lat. I, proszę mi wierzyć, że nie mogę się pozbyć niejasnego poczucia, że ta nagła decyzja mogła mieć jakiś związek z aferą Amber Gold, w której, z racji osobistej znajomości z „małżonkami P.” ojciec Krzysztofowicz miał niejaki udział (sprawa pieniędzy, przekazanych na gdański klasztor?). Nie chcę niczego sugerować, Boże broń, tylko ten leciuteńki cień wątpliwości jakoś uparcie nie chce mnie opuścić. Mea culpa.

Po drugie, zachłanność, z jaką media rzucają się na „odejścia księży z Kościoła” (aczkolwiek i samo wyrażenie jest nieprecyzyjne, bo większość byłych duchownych nie zmienia wyznania, tylko stan cywilny – nie odchodzą zatem „z Kościoła”, tylko porzucają kapłaństwo), jest mocno zastanawiająca w świecie, gdzie ludzie notorycznie łamią (w imię „osobistego szczęścia”, oczywiście) zobowiązania małżeńskie, a jeśli nie wchodzą w zalegalizowane związki, to ich niewierności rzadko nawet bywają zauważane (chyba, że chodzi o osoby z pierwszych stron gazet). Tak jakby pozostawienie towarzyszki życia z gromadką nieletnich dzieci było czymś zasadniczo LEPSZYM, niż „zrzucenie sutanny.” Ja w każdym razie tak nie uważam.

Po trzecie wreszcie, to, co zawsze budzi mój najgłębszy smutek, to, kiedy ktoś jednym zdaniem PRZEKREŚLA całe swoje dotychczasowe życie, twierdząc, że to, co robił do tej pory było całkowicie pozbawione sensu. Sama nigdy tak nie myślałam o kapłaństwie P. – i jestem pewna, że i on tak nie myślał.

To zupełnie coś innego, niż powiedzieć sobie: „Będąc księdzem poczułem się nagle powołany do czegoś innego, do ojcostwa i małżeństwa.” – jak wzruszająco wyznał pewien także były dominikanin, który obecnie jest (żonatym) duchownym w Kościele prawosławnym. Nie, to tak, jakby powiedzieć żonie, z którą przeżyło się ćwierć wieku: „Wiesz, doszedłem do wniosku, że tak naprawdę NIGDY cię nie kochałem, a wszystko, co mówiłem i robiłem do tej pory, było jednym wielkim kłamstwem.”

Zawsze miałam trudności, by uwierzyć rozgoryczonym kobietom, które po latach mówiły o swoich partnerach: „Nigdy mnie nie szanował.”; „ZAWSZE był taki i owaki.” – bo przecież (choć same wolą tego nie pamiętać) był taki czas, kiedy to ten „potwór w ludzkiej skórze” wydawał się najlepszy i najukochańszy pod słońcem.

Z tego samego powodu nie dowierzam także i o. Jackowi, kiedy mówi, że „zawsze” i że „nigdy.” Bo z pewnością był taki czas, kiedy myślał inaczej.

Ks. Piotr Dzedzej, autor skądinąd świetnej książki „Porzucone sutanny” (serii wywiadów z „byłymi”), twierdzi, że wszystko zaczyna się od „porzucenia wierności” nakazanym regułom. Ja bym jednak powiedziała inaczej. „Abstrakcyjnych zasad” rzeczywiście nie da się POKOCHAĆ. Kochać można tylko osoby. (Zarówno w małżeństwie, jak i w stanie duchownym). I jeśli u jakiegoś księdza zanika świadomość, że Bóg jest przede wszystkim żywą Osobą, z którą można (łamane przez: należy) zbudować głęboką, osobistą relację – a staje się On tylko „Abstrakcyjną Zasadą” – to wtedy naturalne jest, że taki człowiek będzie się zwracał ku „jedynej miłości, jaka rzeczywiście istnieje.”

Bo doświadczenie pustki i samotności jest dla człowieka nie do zniesienia. Już Biblia mówi: „Nie jest dobrze być człowiekowi samemu.” I jest to naprawdę święta prawda.

Zdając sobie jednocześnie sprawę z tego, że tym postem wywołam na nowo dyskusję o „biednych księżach, nękanych przez celibat”, chciałabym tu przytoczyć kilka moich podstawowych przemyśleń na ten temat.

Po pierwsze, warto przypomnieć, że zarówno o. Jacek, bracia z Taizé, Dalajlama, jak i mój P. są „zakonnikami”, tj. ludźmi, którzy DOBROWOLNIE zdecydowali się na życie w bezżenności. Tak więc ewentualny wybór „małżeństwo czy celibat” powinien dotyczyć przede wszystkim tzw. księży świeckich (diecezjalnych), którym wszystkim (nawet tym, którzy mieli już żony – małżeństwa te wówczas uznano za „nieważne”) w XII wieku rzeczywiście NARZUCONO taki sposób życia, „jakby byli zakonnikami” – którymi przecież nie są.

Stąd w Cerkwi Prawosławnej wymóg celibatu dotyczy tylko duchowieństwa zakonnego (spośród którego na ogół rekrutują się też biskupi), a w kościołach protestanckich, gdzie wszyscy pastorzy są świeccy (bo Luter, rozczarowany mnich, zniósł wszystkie zakony) – nie ma go wcale. Zachodzi tu zresztą pewna ciekawa różnica, o której wcześniej nie wiedziałam: u braci prawosławnych najpierw musi być ślub, a potem święcenia, a u protestantów – odwrotnie.:)

Co jednak zrobić z tymi, którzy przyjętego na siebie zobowiązania tak czy owak nie udźwigną?

No, cóż, wydaje mi się, że przede wszystkim należałoby im udzielać sakramentu małżeństwa, aby uchronić ich i ich rodziny przed skutkami życia „w grzechu.” A potem to już w zależności od potrzeb Kościoła i próśb takiego duchownego – mogliby pracować jako (żonaci) księża diecezjalni, stali diakoni, katecheci… Albo w ogóle przejść w „stan świecki.” Wielu z nich przecież (jako się rzekło) wcale nie odchodzi „z Kościoła”, ani, tym bardziej, od Boga.

Być może należałoby także – o tym też już tu pisałam – przemyśleć na nowo organizację życia zakonnego, i zamiast nieodwołalnych „ślubów wieczystych” wprowadzić (na wzór wspomnianej już ekumenicznej wspólnoty z Taizé) jedynie zobowiązania czasowe, które mogłyby być przedłużane nawet do końca życia.

Przypuszczam, że wtedy „odejść” i rozczarowań takich, jak w przypadku ojca Krzysztofowicza byłoby znacznie mniej – choć zdaję sobie sprawę z tego, że taki projekt zakrawa na pewną „niesprawiedliwość” wobec małżonków – bo niby dlaczego nakazywać im dozgonną wierność, skoro celibatariusze byliby zwolnieni z tego obowiązku?

No, chyba, żeby (jak postulował Sartre) również sakrament małżeństwa zmienić w „kontrakt”, odnawiany co rok czy co dwa lata… Tylko, czy to nie oznacza, że w gruncie rzeczy uważamy, że WIERNOŚĆ (nawet z Boską pomocą) jest dla ludzi w ogóle niemożliwa?

A swoją drogą, ciągle mi się marzy list papieża, skierowany do „byłych” duchownych i ich rodzin. Pewnie jeszcze nie za Benedykta, ale za któregoś z następców, kto wie? Bo przecież „nas” dla Kościoła nie ma, MNIE nie ma…