Dlaczego aborcja NIE jest OK?

Naprawdę miałam nadzieję, że aborcyjna nawalanka, która jakiś czas temu znów przetoczyła się przez Polskę, już trochę przycichła. Ale nie. Oświecone panie redaktorki z Wysokich Obcasów uznały, że pora znowu zamieszać w tym kociołku.

Otóż postanowiły nam uświadomić, że wszyscy, którzy uważają, że aborcja powinna być “rzadka” – jak np. Hillary Clinton – są w wielkim błędzie. Bo najnowsza feministyczna narracja jest taka, że aborcja to normalna sprawa. A aborcyjny “dream team” – uśmiechniętych, atrakcyjnych dziewczyn – zamierza sprzedawać pigułki poronne, jakby to były cukierki.  Zero pytań, zero problemu.

Dramatyczne decyzje? Niełatwe wybory? A skąd! Narracja płaska jak naleśnik, żadnych trudnych dylematów, wątpliwostki nawet tyciej. Pigułeczka dla szanownej pani? Uśmiech, proszę! Uśmiech! Uśmiech!Uśmiech!

W takiej radosnej tonacji nie mieszczą się wypowiedzi wielu kobiet – i to z forów bynajmniej nie katolickich!- które mówią przy tej okazji o fizycznym bólu (tak, tak – nawet “bezpieczna aborcja farmakologiczna” BOLI, i to czasami bardzo: “myślałam, że umieram” – bardzo często się w tych historiach powtarza), smutku, samotności, poczuciu, że nie było innego wyjścia… Najgorszym – a nie najwspanialszym dniu w życiu. I że wprawdzie wtedy myślałam, że to najlepsze rozwiązanie, ale teraz już tak nie uważam. Co tam, opowieści tych kobiet nie pasują do kolorowego obrazka, więc się je usunie poza margines “powszechnego kobiecego doświadczenia.” Najwyżej, w razie czego, powie się im, że to był przecież ich własny, świadomy wybór – a my umywamy rączki.

Cóż jeszcze – nie tylko “aborcja jest OK!” A  kto śmie twierdzić inaczej, ten z pewnością “stygmatyzuje kobiety, które aborcji dokonały!” Słyszałam już taką argumentację, choć jest kompletnie od czapy.  Z faktu, że uważam np. palenie papierosów za rzecz złą, nie wynika wcale, że chciałabym karać czy też przymusowo reedukować palaczy. Mogę uważać, że ktoś dokonał w swoim życiu złego wyboru – nie każdy wybór jest automatycznie dobry przez sam fakt, że był mój własny – a jednocześnie spróbować go zrozumieć i nie potępiać. Z mojego osobistego doświadczenia wynika zresztą, że “stygmatyzowane” ze wszystkich stron to są raczej kobiety, które choćby myślą o oddaniu dziecka do adopcji. “Masz prawo” usunąć ciążę – ale NIE MASZ PRAWA powiedzieć: nie dam rady/nie chcę wychowywać tego dziecka. Sądzę, że wiele aborcji ma swoje źródło w takim właśnie powszechnym podejściu do adopcji… Więcej: “dokonanie aborcji czyni Cię wyjątkową!”

No, cóż – prof. Dębski kiedyś opowiadał o przypadku pewnej polskiej feministki (niewymienionej z nazwiska) która stwierdziła, że “dopiero gdy dokonała aborcji, poczuła się w pełni kobietą.” Profesor, którego trudno chyba uznać za skrajnego pro-lifera, skwitował to zdanie powiedzeniem, że “normalna kobieta by tak nie powiedziała.” Rozumiem jednak, że zmierzamy właśnie w tym kierunku – a prof. Dębski awansował niniejszym na “antyfeministę”?

A ja ze swej strony chciałabym zapytać, która kobieta ma prawo czuć się BARDZIEJ wyjątkowa. Czy ta, która sama wychowuje niepełnosprawne dziecko – a tak jest w 80% przypadków, co też można uznać poniekąd za pokłosie poglądu – “Twoja ciąża-Twoja sprawa!”? Czy ta, która po każdej “wpadce” łyka cudowną, aborcyjną pigułkę? Ta pierwsza to frajerka, Matka Polka – a ta druga to bohaterka feministycznej nowej ery?

Dotychczas – i ja się z tym zgadzałam – wszystkie feministki świata twierdziły zgodnie, że należy OGRANICZAĆ liczbę aborcji, np. przez edukację i antykoncepcję. Ale teraz niech mi ktoś wyjaśni, ale tak, żebym zrozumiała: po co ograniczać coś, co uważa się za zjawisko ze wszech miar pozytywne?

I wreszcie – to irytujące podejście “ilościowe” do problemu: “Dokonałaś aborcji? Nie musisz się przejmować, jedna na trzy kobiety zrobiła to samo!”

Jestem przekonana, że co najmniej 30% Polaków od czasu do czasu bija dzieci – czy to znaczy, że mogą się czuć zupełnie w porządku? I ciekawe, co by było, gdyby ktoś zrobił okładkę z napisem “KLAPSY SĄ OK”? Nie? Ale dlaczego nie? Przecież jakaś część ludzi z pewnością tak uważa – a redaktorki WO uczenie nam wyjaśniają, że ich radosna narracja jest skierowana wyłącznie do kobiet, które z aborcją nie miały najmniejszego problemu. Zapewniam, że jest wielu rodziców, którzy podobnie bezstresowo podchodzą do dania dziecku klapsa (choć ja sama się do takich nie zaliczam).

Sama Gazeta Wyborcza chyba uznała, że koleżanki z redakcji kobiecej nieco przeholowały – bo w tym samym numerze publikuje wywiad z wyżej wspomnianym profesorem Dębskim pod znamiennym tytułem: “ABORCJA NIE JEST OK. Ale dziś ciężkie wady genetyczne są nieuleczalne.”

OK, a zatem dyskusja wraca na dawne  tory. Nikt już rzekomo nie twierdzi, że aborcja jest fajna, miła i cool. Że jest nic nie znaczącym zabiegiem, po prostu jedną z metod antykoncepcji. Ale bywają dramatyczne sytuacje (jak gwałt czy choroba matki lub dziecka) kiedy może się wydawać mniejszym złem. I znowu w internetowych dyskusjach pojawiają się – wałkowane już wcześniej tysiące razy – teksty w stylu: “nikt z Was z nie wie, co czuje zgwałcona kobieta!” OK.

Tylko że… przy tym błyskawicznym ( by nie rzec – panicznym) odwrocie na z góry upatrzone pozycje nikt jakoś nie zauważa, że pomiędzy powiedzeniem: “Aborcja to trudny wybór, ale…” – a “aborcja jest spoko!” (uśmiech!uśmiech!uśmiech!)  jest różnica tak wielka, jak rów oceaniczny…

POSTSCRIPTUM: Naczelna WO teraz tłumaczy, że  hasło ABORCJA JEST OK “zostało źle zrozumiane” i że “pracują nad doprecyzowaniem znaczenia słów.” No, dobrze, pani redaktor – proszę mi zatem wyjaśnić, które z tych trzech słów w feministycznym dyskursie znaczy coś innego, niż mi się wydaje? “Aborcja”, “jest”  czy może “OK”?  Nie lepiej przyznać, że hasło było po prostu głupie? Albo, zamiast wikłać się w piętrowe tłumaczenia, które i tak nikogo nie przekonują – odważnie wziąć to na klatę – i twardo trzymać się pierwotnej wersji?

Szabatowanie niedzieli.

A więc dokonało się. Od marca bieżącego roku liczba “handlowych” niedziel będzie stopniowo ograniczana. (Zerknijcie proszę na ilustrację na dole.) Specjaliści mówią, że wyjątków w odnośnej ustawie jest tyle, że będzie ona notorycznie obchodzona.

W 2018 roku przypadną 23 wolne niedziele – nie zrobimy wtedy zakupów w supermarketach, galeriach handlowych i dyskontach spożywczych. Jednak sprzedaż w niedzielę będzie mogła odbywać się m.in w placówkach handlowych prowadzonych przez właściciela (np. w osiedlowych sklepikach), na dworcach kolejowych oraz na stacjach paliw. Spod zakazu zostaną też wyłączone punkty, gdzie przeważa działalność gastronomiczna oraz kioski z gazetami, kwiaciarnie, cukiernie i piekarnie (ale tylko, jeśli przeważająca działalność tych miejsc polega na handlu kwiatami, wyrobami cukierniczymi lub piekarniczymi). Otwarte będą również apteki i punkty apteczne.

A ja się zastanawiam, czy to wszystko nie jest aby tylko jednym wielkim pokazem naszej hipokryzji. Czyżby panie kelnerki w kawiarniach, bileterki w kinach i kierowcy autobusów nie mieli rodzin, z którymi także chcieliby spędzać czas? Czyżbyśmy w ten sposób dawali wyraz naszemu podświadomemu przekonaniu, iż handel sam w sobie jest czymś niegodziwym, jako – rzekomo – nastawiony jedynie na zysk, w odróżnieniu od tych innych,  rzekomo “służebnych” aktywności?

Tutaj ma chyba zastosowanie pytanie mojego brata, agnostyka: “A więc mówisz, że nie wolno pracować w niedzielę – a upijać się wolno?” Jest to zresztą tylko inna wersja pytania samego Jezusa: “czy wolno w szabat dobrze czynić, czy źle?”

Ja jednak mam wątpliwości, czy rzeczywiście przykazanie “pamiętaj, abyś dzień święty święcił!” oznacza jedynie NIE HANDLUJ!

Sęk w tym, że (pisałam już kiedyś o tym!) we współczesnym świecie niezwykle trudno jest odróżnić prace “konieczne” od niekoniecznych.  W czasach Konstantyna, który wprowadził niedzielę jako dzień ustawowo wolny od pracy, było to o wiele łatwiejsze. Handel był wówczas niemalże jedyną formą pozarolniczej działalności gospodarczej – a rolników bezwzględny zakaz pracy w niedzielę ze zrozumiałych powodów nigdy właściwie nie obejmował… Inwentarz obrządzić trzeba, niezależnie od tego, czy akurat jest Boże Narodzenie czy Wielkanoc…

Na problem tego, że życie nie może ot, tak po prostu zamierać na jeden dzień, zwrócili uwagę już dość dawno temu Żydzi, wprowadzając pojęcie tzw. “szabasowych gojów” , tj. ludzi, którzy za odpowiednią opłatą mieli wykonywać czynności zakazane w szabat dla wyznawców religii mojżeszowej. Aczkolwiek to też oczywiście jest wybieg, mający na celu ominięcie surowego nakazu Tory. Jahwe wszak nakazywał w dzień święty wypoczywać nawet bydlęciu i niewolnicy…

I tutaj pytanie maleńkie – czemu zabraniać handlu w niedzielę również tym, którzy z różnych powodów woleliby świętować inny dzień tygodnia? (Jak na przykład muzułmanie, dla których dniem świętym jest piątek).

Inny przejaw tej hipokryzji to wyniki badań, według których wprawdzie około 60% moich rodaków popiera wprowadzenie zakazu, jednocześnie jednak 75% ankietowanych (a w niektórych sondażach nawet więcej) przyznaje, że przynajmniej czasami odwiedza sklepy w niedziele i święta. Niemożliwe jest zatem, aby te grupy przynajmniej częściowo nie pokrywały się ze sobą.  Czy zatem ze strony tej części żądanie zakazu nie jest tylko rozpaczliwym wołaniem, by ktoś powstrzymał ich przed robieniem zakupów w niedzielę?

W końcu zaś: Jezus powiedział, że nie człowiek jest dla szabatu, lecz szabat dla człowieka. W imię czego zatem mamy narzucać ludziom, jak mają spędzać swój dzień odpoczynku?

Wobec powyższego argumenty “ekonomiczne”, w rodzaju zmniejszenia rentowności sklepów, wydają mi się już znacznie mniej istotne. Tym bardziej, że – chciałabym przypomnieć – podobnymi konsekwencjami w postaci wzrostu bezrobocia i upadku gospodarki straszono nas już w przeszłości np. przy okazji przywrócenia święta Trzech Króli jako dnia wolnego od pracy. Nic takiego jednak nie nastąpiło. A różnego rodzaju ograniczenia w niedzielnym handlu istnieją prawie w całej Europie. No, cóż – pożyjemy (z tym zakazem) -i zobaczymy…

 

W cieniu WOŚP.

Początek stycznia każdego roku to w naszym kraju jak zwykle zażarte spory o akcję Jerzego Owsiaka – którego to jedni uważają za szubrawca, inni zaś nieledwie za świeckiego świętego.  Oświadczam, że osobiście nie zaliczam się do żadnej z tych grup – aczkolwiek Orkiestrę od początku wspierałam, wspieram i będę wspierać. Uważam, że mam wobec niej dług wdzięczności, ponieważ i moje dzieci, gdy były w wieku niemowlęcym, korzystały ze sprzętu i badań finansowanych przez fundację Owsiaka.

Niemniej martwi mnie trochę, że “serduszkowa” akcja czasem przesłania cały ogrom dziecięcego cierpienia, które się dzieje poza nią. Badania pokazują, że Polacy, którzy angażują się w styczniową zbiórkę, potem czują się już “rozgrzeszeni” i mniej chętnie wspierają inne charytatywne przedsięwzięcia w ciągu roku. Na zasadzie: “jestem porządnym człowiekiem-przecież daję na Owsiaka!”

Ja się staram pomagać nie tylko w ramach WOŚP.

Niezmiennie mnie na przykład wścieka, że wiele dzieci w Polsce umiera nie z braku skutecznej terapii – bo ta często jest dostępna, coraz częściej nawet w Polsce – tylko dlatego, że NFZ im tego leczenia nie refunduje. Nowoczesne metody leczenia są bowiem zazwyczaj horrendalnie kosztowne. Jako osoba nieustannie borykająca się z problemami finansowymi (na marginesie, nie jest prawdą, jakobym tego bloga prowadziła dla celów zarobkowych!) często nie jestem sobie w stanie nawet wyobrazić takich sum.  Szansę na życie i zdrowie dostają więc tylko te dzieci, których rodzice we własnym zakresie zdobędą potrzebne pieniądze. Pozostałe po prostu umrą – i z tym się milcząco godzimy wszyscy. Ja jakoś pogodzić się nie potrafię.

Poniżej jedna z takich historii, dotycząca sąsiada mojej blogowej przyjaciółki Miśki.

https://www.siepomaga.pl/ratujemytymka

Ja już pomogłam, jak umiałam – po prostu wysyłając sms.

A dziś rano moja córeczka zapytała mnie: “Mamusiu, a czy jak wrócę z przedszkola, to ten zielony paseczek będzie już cały zapełniony?” – bo ona mocno wierzy, że ten chłopiec wyzdrowieje, kiedy dostanie swoje lekarstwo. Nie chciałam jej rozczarować, więc powiedziałam jej, że nie wiem – ale że mamy jeszcze trochę czasu.

To jak – pomożecie?