Miłość, miłość, miłość…

Ks. Twardowski kiedyś napisał, że

ten którego kochają
zostanie zbawiony
choć kocha się dlatego
że się nie rozumie…
A wtóruje mu Tomasz Terlikowski, powtarzając za jednym ze swoich wykładowców, prof. Mieczysławem Gogaczem: „Kto był kochany przynajmniej przez jedną osobę, na pewno będzie zbawiony. Bóg nie może bowiem nie zbawić tego, kto kochał, a jeśli go zbawi, to na pewno nie pozbawi go tego, kogo ukochał…” (cyt. za: T. Terlikowski, Kościół (dla) zagubionych, Wydawnictwo M, Kraków 2007, s. 114). I nie ukrywam, że taka wizja jest bardzo bliska również mojemu rozumieniu miłości (do) Boga.
 
I w ten oto sposób płynnie doszłam do konkluzji, że ta ostatnio tak bardzo zdewaluowana „miłość” niejedno ma imię… A o tym „innym” jej obliczu, które (na szczęście!) także dane mi było w życiu poznać, w niezwykły sposób mówi ten piękny tekst, który odkryłam całkiem niedawno:
No, proszę – a już myślałam, że niewiele jest rzeczy, które są w stanie jeszcze mnie poruszyć…


Święte oburzenie?

Któryś z Ojców Kościoła (nie dałabym głowy, czy nie mój „ukochany” św. Augustyn) jest twórcą wygodnej formuły, w myśl której „chrześcijanin powinien nienawidzić grzechu, ale nie grzesznika” – której ja sama, przyznaję, chętnie czasami używałam.

Jednak, jak mądrze zauważył w jednym ze swoich felietonów przedwcześnie zmarły jezuita, ks. Stanisław Musiał (1938-2004), którego książkę („Dwanaście koszy ułomków.”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2002) ze wstępem (wtedy jeszcze) ks. Stanisława Obirka właśnie przeczytałam – nie jest wcale łatwo znaleźć w sobie taki „skalpel myślowy” który pozwoli nam precyzyjnie oddzielić „zło” od ludzi, którzy się go dopuścili, tak, by ich przy tym nie zranić.
I w rezultacie bywa tak, że – jak tu się niedawno ktoś wyraził – „zioniemy miłością bliźniego” w najświętszym przekonaniu, że piętnujemy tylko „grzech”, podczas gdy w rzeczywistości (zastrzegając się przy tym, że „broń Boże nie chcemy nikogo osądzać!”:)) potępiamy człowieka.
Najbardziej jaskrawo pokazuje to być może głośny casus Alicji Tysiąc. To, co chciała zrobić (a przecież ostatecznie NIE ZROBIŁA), trudno nazwać rzeczą DOBRĄ – czy jednak z tej racji zasłużyła sobie na stwierdzenie, że ona sama jest ZŁYM człowiekiem? Moim zdaniem – nie.
Podobną postawę wrogości a przynajmniej nieufności wobec wszystkich, którzy w ich pojęciu „grzeszą” lub choćby myślą inaczej niż oni przyjmują czasami niektórzy słuchacze pewnej toruńskiej rozgłośni…
Na pewno też nie przynosi chwały św. Tomaszowi z Akwinu stwierdzenie, że wszystkich „heretyków” należy karać śmiercią tak samo, jak i fałszerzy pieniędzy – bowiem ci ostatni fałszują tylko metal, a ci pierwsi – prawdę Bożą.
Może więc lepiej – zamiast tak „dzielić włos skalpelem na czworo” W OGÓLE wystrzegać się nienawiści? Nieważne – w „słusznej” czy niesłusznej sprawie?
Zamiast tego przywołuje ks. Musiał recepty na życie szczęśliwe, zaczerpnięte z pism Ojców Pustyni, a pośród nich i taką, autorstwa niejakiego o. Poemena: „Człowiek powinien wystrzegać się u siebie dwóch rzeczy: nierządu i obmowy swego bliźniego. Unikając ich, osiągnie wewnętrzny pokój.” A gdy temuż ojcu doniesiono, że pewnemu mnichowi, który w swej pustelni żył potajemnie z kobietą, urodziło się dziecko, zamiast się przykładnie „zgorszyć” polecił, by temu bratu posłano co prędzej bukłak wina – bo tam, gdzie jest nowe życie, powinna także panować radość. Urocze, prawda?:)
W tym samym zbiorku znajduje się też piękna historia, którą pokrótce (i niezbyt wiernie:)) tutaj przytoczę.

Jeden z Ojców Pustyni, z tych, co to całe życie spędzili na postach i modlitwach, chciał (co niezbyt może jest „skromne”:)) dowiedzieć się od Boga, czy jest na świecie ktoś, kto dorówywałby mu w świętości. Pan posłał mu anioła, który mu oznajmił: „Jesteś podobny do grającego na flecie w takim to a takim mieście.” Zaciekawiony pustelnik udał się do wskazanej miejscowości, odnalazł tego flecistę i zaczął go wypytywać o jego życie, pobożne praktyki… Nic z tych rzeczy! Człowiek ten, odkąd mógł sobie przypomnieć, był pijakiem, hulaką, cudzołożnikiem a „w porywach” i rozbójnikiem.

Przypomniał sobie jednak, jak kiedyś ocalił od niechybnej śmierci biedną kobietę, której męża i dzieci sprzedano za długi w niewolę. Zaopiekował się nią, wręczył kwotę potrzebną na wykup, a nawet osobiście dopilnował, by wszystko skończyło się po jej myśli.
W oczach Boga był więc „święty” na równi ze świątobliwym ascetą – i to niezależnie od tego, że niektóre wieczory zapewne spędzał trzymając w jednej ręce czarę z winem, a w drugiej rękę pięknej kurtyzany…
Św. Ignacy Loyola w swoich Ćwiczeniach duchownych umieścił stwierdzenie, że Bóg może nas skazać na wieczne potępienie z powodu JEDNEGO tylko ciężkiego grzechu w naszym życiu.
I nie ukrywam, że i mnie również, tak samo jak księdzu Musiałowi, znacznie bliższa jest wizja Boga, który gotów jest nas zbawić za jeden dobry uczynek…

CDD – „lanie po bożemu”?

CDD, z angielskiego „Christian Domestic Discipline” – chrześcijańska dyscyplina domowa – to „specyficzna” forma życia małżeńskiego, szczególnie popularna wśród niektórych słynących z ekstremistycznych pomysłów wspólnot protestanckich w USA. 

Jest to, mówiąc najprościej, taki „układ”, w którym żona dobrowolnie (w co jestem skłonna uwierzyć:)) poddaje się całkowicie „przewodnictwu” swego męża (zwanego też czasem liderem), odkrywając w sobie naturalne (podobno) kobiece skłonności do uległości. Onże, jej „małżonek, pan i władca”, korzystając z kolei z przyrodzonego mu jako mężczyźnie prawa, może ją ukarać (fizycznie), ilekroć zdarzy jej się złamać ustalone przez niego zasady.
Adwokaci DD tłumaczą, że takie postępowanie – podobnie jak w pokrewnych praktykach sadomasochistycznych – nie jest w żadnym razie przemocą, ponieważ czyni się to za obopólną zgodą. Mówią także, że nie ma to żadnego podtekstu erotycznego (a Boże broń i zachowaj!;)), bo nie robi się tego w celu wywołania podniecenia (w co już nie za bardzo wierzę:)), lecz jedynie po to, aby „kobietę uczynić lepszą osobą.”
Od innych praktyk opartych na dominacji „dyscyplina domowa” odróżnia się jednak tym, że stroną „wychowywaną” jest tutaj zawsze jedynie kobieta, co w odmianie „chrześcijańskiej” uzasadniane jest dodatkowo „odwieczną wolą Bożą.” 
Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że ludzka pomysłowość w kwestii stosunków damsko-męskich jest nieomal nieograniczona, i że właściwie nikogo nie powinno obchodzić, na jakich podstawach dwie dorosłe osoby budują swój związek. Proszę mi wierzyć, że tylko Pan Bóg jeden raczy wiedzieć, co się w tej kwestii kłębi w MOJEJ głowie…Jednakże widzę tu co najmniej kilka niepokojących elementów.
Przede wszystkim, jedna z naczelnych zasad CDD mówi, że kobieta może odwołać swoją zgodę na bycie „przywoływaną do porządku” przez męża, ale…nigdy bezpośrednio przed karą, w jej trakcie ani też tuż po niej. Jak znam życie, to jeśli się już dziewczyna w orbitę CDD dostanie, jej 'Husband of husbands’ (’Mąż nad mężami’) już zadba o to, żeby się za łatwo z niej nie wydostała…
W tym kontekście nawet ów rekordowo niski (bo nie przekraczający ponoć 2%) współczynnik rozwodów wśród par praktykujących taki styl życia nie wydaje mi się powodem do dumy. Jakże mogłoby być inaczej, jeśli żona może zostać ukarana za każdy, najmniejszy nawet, przejaw „zuchwałości” w stosunku do męża, za każde „niewłaściwe” jego zdaniem zachowanie, słowo lub gest? Gdzie na tej skali jej „grzesznego nieposłuszeństwa” dałoby się usytuować decyzję o odejściu?:)
  
Inna moja wątpliwość dotyczy tego, czy taki model życia rodzinnego można zasadnie nazwać „chrześcijańskim” czy choćby „biblijnym.” Moim zdaniem – nie.
Owszem, Biblia – i to zarówno Stary, jak i Nowy Testament – zawierają sporo stwierdzeń o tym, że to „mężczyzna jest głową żony” (por. np. 1 Kor 11,3) i fragmentów zachęcających kobiety do „cichości i uległości” – wszakże kary cielesne, jeśli w ogóle są tam wspomniane, to raczej w odniesieniu do dzieci i niewolników, czyli istot uważanych ówcześnie za „podległe” – NIGDY nie dotyczy to natomiast ślubnych małżonek. 
Znajdziemy w Piśmie Świętym wiele opisów małżeńskich sprzeczek, jednakże (o ile mi wiadomo) ŻADNA z nich nie zakończyła się przejściem mężczyzny do (ręko)”czynów.” 
A już na pewno CDD jest nie do pogodzenia np. z takim oto fragmentem:„Mężowie powinni miłować swoje żony, tak jak własne ciało. Kto miłuje swoją żonę, siebie samego miłuje.Przecież nigdy nikt nie odnosił się z nienawiścią do własnego ciała, lecz [każdy] je żywi i pielęgnuje, jak i Chrystus – Kościół, bo jesteśmy [wszyscy] członkami Jego Ciała.” (Ef 5,28-30) – i to pomimo tego, że nawet niektórzy Ojcowie Kościoła próbowali wywodzić uczenie, że jeśli mąż nie zdoła przekonać żony do swoich racji inaczej, wówczas wolno mu ją uderzyć. (Warto tu jednak od razu dodać, że zarówno ortodoksyjny judaizm, jak i islam również dopuszczają kary fizyczne wobec kobiet „w uzasadnionych przypadkach.”)

Myślę także, że cała ta rzekomo „chrześcijańska” dyscyplina jest jedynie przejawem szatańskiej pychy niektórych mężczyzn, którzy stawiają się na miejscu Boga i chcieliby urobić „swoją” kobietę na swój obraz i podobieństwo, zapominając, że wszyscy – i mężczyźni i kobiety – zostaliśmy stworzeni na podobieństwoTego, który sam nie jest ani mężczyzną ani kobietą. Gdyby Panu Bogu rzeczywiście chodziło o to, by dać mężczyźnie kogoś  zgadzającego się z nim we wszystkim (bo do tego, jak sądzę, zmierza cały proces „wychowania idealnej żony” w DD) -to zamiast Ewy podarowałby Adamowi raczej … lustro. 😉

A gdyby komuś z Was dzisiejszy temat wydał się zbyt  abstrakcyjny i „wydumany”, niech spróbuje sobie przypomnieć, kiedy to ostatnio (jeśli w ogóle) słyszał w jakimś kościele pełen troski list pasterski lub choćby płomienne kazanie przeciwko przemocy w rodzinie? 

Oczywiście, można sobie powiedzieć, że nasi duszpasterze uważają bicie żony (i dzieci) za zło tak oczywiste, że nawet nie ma potrzeby o tym mówić – inaczej, niż w przypadku aborcji czy in vitro. Ale niestety można też pomyśleć, że w chrześcijaństwie istnieje ciche (bo jednak nie oficjalne) przyzwolenie dla tego typu zachowań…