Ogłoszenie.

Z dniem dzisiejszym ten blog zostaje zawieszony na czas nieokreślony,

Dokładne powody tej decyzji pozostaną moją tajemnicą.  Ponieważ jednak czuję, że jestem Wam winna jakieś wyjaśnienie, napiszę tylko, że rozpoczynając tę pisaninę, naiwnie sądziłam, że mogę w ten sposób komuś pomóc (już nawet nie wspominając o tym, że uważałam również, że mogę pomóc sama sobie).

Kiedy jednak, zamiast pomagać zaczyna się szkodzić (choćby nawet nieświadomie) znak to niechybny, że pora kończyć. Niech suma cierpienia na tym świecie przynajmniej nie powiększa się z mego powodu. Bo, jak powiedział kiedyś mój oddany przyjaciel: „Cały problem polega na tym, że nawet jeśli niechcący walniesz kogoś w łeb, to go tak samo boli…”

Czasami człowiek musi zrobić po prostu to, co należy – żeby potem bez obrzydzenia patrzeć w swoje lustro. Żałuję, że zrozumiałam to o wiele postów za późno.

Wszystkich, którzy kiedykolwiek poczuli się urażeni czymkolwiek, co zostało tu zamieszczone, z  serca przepraszam. Pozostałych proszę, żeby źle myśleli tylko o mnie.

Ps. Naprawdę wierzę, że Bóg jest miłością. Jest to jedyna rzecz, której jestem pewna. I chciałabym, żebyście to wiedzieli.

Prawie jak przerywnik…

  
Chciałam, by po tych wszystkich burzliwych dyskusjach sama ta ilustracja (jest to kaplica w pewnej pustelni) przemówiła do Was swoją ciszą i spokojem, tak, jak kilka dni temu przemówiła do mnie…

Ale (jak zwykle) „coś” mnie podkusiło, żeby wczoraj późną nocą obejrzeć kontrowersyjny, włoski film „Ku mojej pamięci.”

Jest to ponury obraz zmagań nowicjusza, bezskutecznie poszukującego Boga w klasztorze, stanowiącym przedziwne połączenie więzienia z na wpół wymarłym zakładem psychiatrycznym. 

Z ust jednego z odchodzących pada tam m.in. takie zdanie, które ucieszyłoby z pewnością wszystkich wojujących ateistów świata: „Oni [duchowni] potrzebują MARTWEJ PRAWDY. Ta cisza, która tu panuje, jest pusta!”

I pomyślałam: „NIE! Gdyby rzeczywiście tak wyglądał nowicjat w jakimkolwiek klasztorze, nikt nie wytrwałby w czymś takim ani dnia.”

Ewangelia, którą znam, wcale nie jest martwą prawdą – a Kościół, jaki pamiętam, tętnił życiem, pokojem i radością. (Podobało mi się zresztą inne zdanie z tego filmu: „Nawet, gdyby mi udowodniono, że Boga nie ma – a ja spotkałbym człowieka, dzięki któremu mógłbym Go doświadczyć – uwierzyłbym! Każdy dobry ksiądz jest Ewangelią.”).

A jednak – kim jestem dzisiaj, poszukując swojej drogi gdzieś „między wiarą a Kościołem” (żeby posłużyć się tytułem ostatniej książki Stanisława Obirka)?

Gdzie jestem dziś – gdzie CIEBIE szukać mam?

Kiedy dziecka nie ma w domu…

Kiedy dziecka nie ma w domu, wszędzie panuje cisza, spokój i porządek.


Ta cisza aż w uszach dzwoni…

Kiedy dziecka nie ma w domu, wszystkie samochody stoją równo, jak pod sznurek, a lew z żółtej włóczki („Lep” – jak go nazywa mój syn:)) śpi sam w łóżeczku…

Nie ma kto się nimi bawić…

Kiedy dziecka nie ma w domu, mamy więcej czasu na wszystkie te bardzo ważne „swoje sprawy.” Więcej czasu na pracę – i więcej czasu dla siebie nawzajem („Czyż ja nie znaczę dla Ciebie więcej, niż dziesięciu synów?!”:)) .  Któż by tego nie chciał?

A jednak chciałabym, żeby tu po prostu był… Tęsknię!

Kiedy dziecka nie ma w domu, moje piersi (zdawałoby się, dawno już nieczynne) znowu nabrzmiewają pokarmem… 

„Wodą jestem – a brak tego, co by pił.
Skibką chleba, co nikogo nie nasyci…”

WITAJ W DOMU, SYNKU!!!!!