Dziecko pod specjalnym nadzorem?

Nie da się ukryć – jestem niepełnosprawną mamą. A jednak pierwszego stycznia urodziłam ślicznego, ZDROWEGO i wyjątkowo szybko się rozwijającego chłopczyka.

Tym bardziej więc boli mnie, że lekarze jak gdyby uparli się, że moje dziecko MUSI być na coś chore. I tak od chwili swego urodzenia mały „na wszelki wypadek” przechodzi wszelkie możliwe badania. Zdaje się, że już teraz jest najlepiej przebadanym niemowlęciem w Polsce. 😉 Audiolog, nefrolog, ortopeda, neurolog… A przy każdym z tych badań ja truchleję z niepokoju – bo zawsze chodzi mi po głowie, czy to nie jest jakaś kara za to, co zrobiliśmy… (Tuż po narodzinach sama sprawdzałam uważnie, czy aby nie ma sześciu palców albo czegoś w tym rodzaju…)To prawda, że mam porażenie mózgowe – ale czy to znaczy, że moje dziecko nie może być po prostu zdrowe?  Kiedy się to wreszcie skończy?!

Ja wiem, że lekarze będą się bronić, mówiąc, że robią to wszystko po to, żeby niczego nie zaniedbać – ale robiąc tak, jednocześnie wpędzają mnie w poczucie winy, że się zdecydowałam go urodzić. Ostatnio od jednej lekarki usłyszałam, że mały miał „traumatyczny” (bo niefizjologiczny) poród. Dziwne, bo zawsze uważałam, że mniej narażam swego synka, pozwalając mu się urodzić przez cesarskie cięcie. Nie byłam pewna, czy poradzę sobie fizycznie z trudami naturalnego porodu (to jest naprawdę bardzo, bardzo cięzka praca!).  I tak źle – i tak niedobrze. Co więc miałam zrobić? I czy to oznacza, że takie jak ja w ogóle nie powinny mieć dzieci?!

Walentynka dla żony księdza? ;)

Kto wstawi się za nami
u Pana, co drogami
krętymi każe iść?
Kto nas usprawiedliwi,
gdy Pan się będzie dziwił,
że to już właśnie MY?
Ja wstawię się za Tobą
i z podniesioną głową
dziękował będę, że
Pan dał mi właśnie Ciebie,
w radości i w potrzebie –
na lepsze i na złe…
A Ty choć powiedz słowo,
że zawsze byłem z Tobą –
bo chciałem tak i już!
I razem chleb jedliśmy
i równym krokiem szliśmy
wśród wichrów, pośród burz.
Ty wciąż mnie ratowałaś,
za rękę mnie trzymałaś,
gdy z drogi chciałem zejść –
a ja otuchy krople,
gdy oczy miałaś mokre,
nie raz musiałem nieść…”
(Grzegorz Tomczak, Niebieska piosenka)



Tęsknoty.

W pewnej starej, polskiej komedii muzycznej („Przygoda z piosenką”) jest m.in. taki tekst:

Jak to jest, jak to jest
jak się dzieje
że dalekie z dniem każdym pięknieje?
I im dalej, im bardziej byś odszedł,
tym jest bliższe,
tym jest droższe?”

I zdaje mi się, że (mój Boże, który to już raz?!) w swoim życiu wewnętrznym znów przechodzę etap pod tytułem: „to były piękne dni…”Znowu po nocach śnią mi się kościoły i rekolekcje, na które nigdy (?) już nie pojadę, a w snach widuję twarze moich dawnych przyjaciół…

Tak, kiedyś to byłam piękna i młoda… a teraz to już tylko „i” zostało…  🙂

Nie, nie, raczej: kiedyś to byłam pobożną dziewczynką – a teraz za tym tęsknię. Tęsknię jak cholera.  Za tymi wszystkimi rzeczami, które nawet ludzie wierzący często uważają za tak zwyczajne, że już przestają je doceniać. Za mszą i komunią świętą, za rekolekcjami (minimum dwa razy do roku…), a nade wszystko za spowiedzią – no, i za moim dobrym, rozsądnym spowiednikiem, który mi był wypróbowanym przyjacielem (a przecież była i taka piosenka – to z kolei z filmu Nocne grafitti:

„Dziś – brakuje mi Twej mądrej rady,
dzisiaj – nie umiem sobie z tym poradzić…
Wiem, że ciągle próbowałeś pomóc,
wiem, że miałam Twoje słowa za nic,
wiem już – myliłam się…” )
I czasem myślę, że – choć to może jest zwyczajna w moim wieku tęsknota za pierwszą młodością, która, akurat w moim przypadku, upłynęła szczęśliwie „pod znakiem Boga i Kościoła” (podobnie zresztą, jak i młodość P.) – to dobrze, że nie dożył tej chwili np. mój drogi śp. Ksiądz Moderator, przy boku którego jeździłam na oazy jako animatorka i który (czyżby jakiś niespełniony instynkt ojcowski?) w przypływie czułości nazywał mnie swoją „kochaną córeczką.”
Bo cóż by on powiedział na to, co zrobiłam? I któż by się tego po mnie spodziewał, skoro dla mnie samej jest to nieustającym zaskoczeniem? Zaiste, „Pan Bóg potrafi pisać prosto na krzywych liniach naszego życia.”
Tym bardziej, że – z powodów zupełnie dla mnie niezrozumiałych – wszyscy (nawet księża w mojej parafii – sic!) ogromnie się cieszą z tego dzieciątka, które przecież urodziłam bez ślubu. Jest już nawet kilku kapłanów – w tym jeden biskup! – którzy zaofiarowali mi się ochrzcić małego… (Ale biskupowi muszę to stanowczo wyperswadować, nigdy wszak nie byłam skłonna do jakichkolwiek demonstracji. A swoją drogą, ciekawe, czy cieszyliby się tak samo, gdyby znali całą prawdę i wiedzieli, kim jest <czy też był?> jego ojciec?) A syneczek jest zdrowy, śliczny i nad podziw pięknie się rozwija – tak, jakby rzeczywiście „łaska Pańska była z nim.”
Jak gdyby Bóg w swojej łaskawości zechciał wysłuchać mojej modlitwy – i wszystkie kary za ten czyn (jeżeli już muszą być jakieś kary – bo P. by mi zaraz powiedział, że Bóg nigdy nikogo nie karze – ale chyba niezupełnie w to wierzę…) nałożył na mnie, całkowicie oszczędzając tych, których kocham.
Bo kiedy się kocha kapłana, to tak, jakby stale nosić w sobie jakąś wielką i straszną tajemnicę – tajemnicę, której ciężaru moja krucha psychika najwidoczniej już nie zdołała udźwignąć i którą w końcu wykrzyczałam na cały głos tamtej nocy w szpitalu. I nawet, jeśli nikt cię nie potępia (tak, jak i mnie nie potępiają…), to jednak stale oskarża cię twoje własne sumienie – zupełnie, jakbyś miała tę „szkarłatną literę” ( „Grzesznica! Grzesznica! Grzesznica!”), wypisaną gdzieś w głębi serca.
I kto wie, może to jest właśnie ta cena, którą się za to płaci – przez całe życie – mimo, że przecież zaraz przypomina mi się ten pocieszający werset ze św. Jana:
„Jeśli nasze  oskarża nas,
to Bóg jest większy od naszego 
i zna wszystko.”
 (1 List św. Jana Apostoła,3,20)
I chociaż wierzę, że „z Bożej woli wszystko się zdarzyło”  i że – tak, jak każda kobieta, poczynając od pramatki Ewy –  „urodziłam mężczyznę z pomocą Pana” – to czy istnieje jakakolwiek cena, której nie warto byłoby za to zapłacić? Nie wydaje mi się…