Wieści gminne…i inne.

Niepostrzeżenie przeminęło lato, a wraz z nadejściem jesieni nadchodzą wielkie zmiany – tak na moim własnym podwórku, jak i w świecie, który mnie otacza.

I nie mogę powiedzieć, bym się nie cieszyła (jak niektórzy) z nominacji premiera Donalda Tuska  na szefa Rady Europejskiej. Przeciwnie, wydaje mi się, że to wielki splendor dla Polski (a ja jestem z duszy, serca patriotką, mimo że nie lubię uderzać w martyrologiczne tony) – chociaż mam niejasne wrażenie, że akurat tym razem to stanowisko to był pewnego rodzaju „gorący kartofel”, którego nikt nie chciał w związku z napiętą sytuacją międzynarodową.

Bo Unia ewidentnie nie wie, jak sobie poradzić z mocarstwowymi zapędami Władimira Putina, a może nawet radzić sobie wcale nie chce – byle nasza chata z kraja… Byle TUTAJ panował spokój, dobrobyt i „prawa człowieka” rozumiane zresztą coraz częściej dość wąsko jako tzw. „prawa reprodukcyjne”, seksualne, czy eutanazyjne.

W tej ostatniej kwestii znowu zadziwili mnie kroczący zawsze w „awangardzie postępu” Belgowie, którzy miłosiernie zezwolili na eutanazję skazanemu na dożywocie mordercy, żeby się już nie męczył w więzieniu, biedaczek… Czyż nie jest to doskonała ilustracja mojej teorii o istnieniu „równi pochyłej”, w myśl której stopniowo zaczynamy rozszerzać „dobrodziejstwo wspomaganego samobójstwa” (w przeciwieństwie do tej brzydkiej, złej i niehumanitarnej kary śmierci) na przypadki, które początkowo miały nie mieć z nim nic wspólnego?Na osoby chore psychicznie, dzieci, a teraz na kryminalistów…A dowiaduję się, że w kolejce po tę łaskę czeka już w Belgii kilkunastu innych osadzonych. Proszę mi wierzyć, ja ROZUMIEM dolegliwość dożywotniego pozbawienia wolności – ale zawsze mi się wydawało, że to cierpienie to konsekwencja ich własnego działania (inaczej, niż nieuleczalna choroba) – i element kary?

Oby więc tylko NAS tutaj nie dopadło jakieś embargo, czy wirus Ebola, byle można było w spokoju zajarać  trawkę (professoressa Środa już dawno stwierdziła, że dla niej osobiście wolność palenia konopi jest ważniejsza, niż jakaś tam wydumana „wolność sumienia i wyznania”), przerwać ciążę czy zawrzeć związek partnerski – to nam i chwatit’…

Nawiasem mówiąc, tych dwóch homoseksualnych panów, którzy pokazali, w jaki sposób można rozwiązać swoje osobiste problemy bez jakiejś wielkiej rewolucji obyczajowej i bez uciekania się do pomocy jakiegoś „Wielkiego Brata” (państwa), zasłużyło sobie na mój najwyższy szacunek. Zawsze uważałam, że większość rzeczywistych problemów, z którymi rzeczywiście borykają się w Polsce różnego typu pary nieformalne, da się rozwiązać na gruncie istniejącego prawa, bez tworzenia jakichś szczególnych instytucji „paramałżeńskich.”  (Por.„Co naprawdę myślę o związkach partnerskich?”) Tak trzymać, panowie!

A ja się z tym jakoś nie umiem pogodzić – i dlatego ostatnio wysłałam P. razem z dziećmi na marsz w obronie chrześcijan (i jazydów) prześladowanych przez tzw. „państwo islamskie” w Iraku. Wprawdzie nie bardzo wierzę w rzeczywistą skuteczność takich protestów (o czym poniżej) – ale liczy się nawet samo poparcie dla szczytnej idei.

W ogóle jestem zatroskana o stan współczesnej demokracji, w której – jak mi się wydaje – opinia kilkudziesięciu czy kilkuset „mędrców”, którzy rzekomo wiedzą lepiej, w jakim kierunku świat powinien podążać, staje się ważniejsza, niż życzenia milionów obywateli. Dowodem na to są smutne losy różnego typu inicjatyw obywatelskich, tak na terenie Polski, jak i w Unii Europejskiej. (Jak choćby masowy sprzeciw rodziców przeciw założeniom najnowszej reformy edukacji – projekt, poparty przez milion osób, w naszym Sejmie wrzucono do kosza nawet bez czytania…).

Dlatego nie wierzę, by – podobnie, jak 75 lat temu w przypadku Polski zaatakowanej przez Hitlera i Stalina – Unia, NATO czy ONZ zrobiły cokolwiek w sprawie Syrii, Iraku i Ukrainy. Skończy się tak samo, jak wtedy – na wyrażeniu ubolewania, ewentualnie na raczej nieznacznej pomocy humanitarnej… Równie nieruchawa przedwojenna Liga Narodów zdobyła się przynajmniej na symboliczne wykluczenie  III Rzeszy ze swoich szeregów – Rosja Władimira Putina zdaje się nie musi się obawiać nawet wyrzucenia z ONZ (jeśli ktokolwiek na świecie liczy się jeszcze z tą organizacją) I Władimir Władymirowicz, jak sądzę, świetnie zdaje sobie z tego sprawę.

W ramach więc całkiem prywatnego sprzeciwu wobec rosyjskich szykan mój mąż produkuje cydr na szafie…Przynajmniej tak twierdzi.

A Unię Europejską, mam wrażenie, ogranicza i paraliżuje także zasada jednomyślności państw, która utrudnia pojęcie jakiejkolwiek szybkiej, wspólnej decyzji  – jest to, notabene ta sama zasada, która pod nazwą liberum veto doprowadziła ongiś do upadku I Rzeczypospolitej (co powinno dać do myślenia co niektórym unijnym włodarzom).

Dlatego w ostatnich wyborach uzupełniających do Senatu, które odbyły się niedawno w naszym okręgu, postanowiłam przeprowadzić pewien eksperyment i zagłosować na kandydata, który zachwalał „demokrację bezpośrednią” – idea to zawsze mi bliska, choć nie jestem pewna, czy akurat polski Senat (którym tak naprawdę nikt się nie interesuje) jest właściwym miejscem do jej promowania.

I szczerze mówiąc, nie zraziło mnie nawet i to, że (jak zazwyczaj) ze swoimi poglądami znalazłam się w mniejszości. Być może społeczeństwo u nas jeszcze „nie dojrzało” do takiej formy rządów, jak w Szwajcarii. Poza tym, pocieszam się, że od wieków ci mądrzy stanowią mniejszość w każdym społeczeństwie. 🙂

A oprócz tego…czytałam sobie któryś z ostatnich „Wprostów” , jako matka świeżo upieczonego pierwszoklasisty, muszę się zgodzić z tezą, że w zderzeniu ze SZKOŁĄrodzice, choć przecież są ludźmi dorosłymi i nierzadko dobrze wykształconymi, bardzo łatwo dają się wpychać w rolę karconych „uczniów”, zamiast stawać zawsze po stronie własnych dzieci.

Tymczasem najnowsza reforma edukacji często powoduje przerzucenie ciężaru nauczania najmłodszych z pedagogów na rodziców właśnie – bo prawda jest taka, że przeciętny 6-latek po prostu NIE JEST W STANIE skupić się na lekcjach czy zadaniu domowym jednorazowo dłużej, niż 15-20 minut. I niczego tu nie zmieni przypominanie, że „rodzice powinni” (rzekomo) więcej pracować z dzieckiem w domu, zadawanie maluchom niekończących się szlaczków i „słupków” czy nawet prośby niektórych rodziców (sic!), żeby zadawać raczej jeszcze więcej, niż mniej, ponieważ dzieci… (cóż to za oporny materiał, nieprawdaż?) po prostu nie chcą współpracować..

W omawianym artykule znalazłam bardzo mądrą radę – żeby na takie nagabywania ze strony nauczycieli po prostu odpowiadać w stylu: „Szanowna pani, gdybym chciała uczyć swoje dziecko samodzielnie (go czego zresztą, jak sądzę, mam wystarczające kompetencje), zapisałabym je do edukacji domowej!”

Pomysł wydaje się przedni – ale kto z Państwa (pytam Czytelników posiadających dzieci!) się na to poważy?:).

Niestety, w tym samym numerze „Wprost” (które to pismo bezsprzecznie jest obecnie lepsze, niż Lisowy „Newsweek”, który dawniej bardzo lubiłam) znalazłam też wyjątkowo zjadliwy artykuł red. Magdaleny Rigamonti o prof. Chazanie. Jak zwykle, w samym tekście, jak i w komentarzach do niego padło wiele słów o „bezprzykładnym okrucieństwie” lekarza, który odmówił kobiecie aborcji (nawiasem mówiąc, aborcji dziecka poczętego in vitro, a te, jak nam usilnie wbijano w głowę, są ZAWSZEupragnione, a cały ten biznes nie ma z aborcją absolutnie NIC wspólnego…). A ja się zastanawiam, jak bardzo trzeba być wyzutą z empatii, żeby czyjeś śmiertelnie chore dziecko nazwać pogardliwie „żywym trupkiem”?

(W pewnym sensie, droga pani redaktor, WSZYSCY jesteśmy tylko „żywymi trupami” aż do śmierci – pani również…)

Zmroziło mnie to (jako osobę niepełnosprawną i w ciąży- ciekawe, jak sama mogłabym zostać nazwana w takim felietonie? „Pokurczem”? „Pokraką”?) bo dotąd uważałam red. Rigamonti za dość wyważoną osobę. Jak to się jednak można pomylić…

 

Z mojej półki.

Jest to rzecz ogólnie znana, że ludzie w rozmaity sposób radzą sobie ze swoimi problemami. Jedni rzucają się w wir pracy, inni piją alkohol, oddają się rozrywkom lub szukają ukojenia w relacjach z bliskimi ludźmi, w modlitwie czy zgoła w seksie.

Nie inaczej jest i ze mną. Jako abstynentka bez bicia przyznaję się do tego, że „kompulsywnie” kupuję i czytam książki, szukając w nich już to prostej rozrywki i ucieczki od niełatwej rzeczywistości, już to informacji na interesujący mnie temat (wiele z nich zamieszczam później na blogu) albo wreszcie konkretnych rozwiązań własnych problemów.

I tak na przykład, przyznać muszę, że bardzo podniosła mnie na duchu informacja znaleziona w książce Andrei Tornielllego „Franciszek – biografia papieża” (wyd. JEDNOŚĆ, Kielce 2013) że przyszły papież – a był pierwszym z pięciorga dzieci swoich rodziców – miał zaledwie 13 miesięcy (a więc mniej, niż moja Aniela), kiedy przyszedł na świat jego młodszy brat.

Dziadkowie, chcąc ulżyć młodej matce w opiece nad dwójką maluchów, zabierali małego Jorge na całe dnie do siebie – a przyprowadzali do domu dopiero wieczorem. Wychodzi więc na to, że nie tylko dla mnie („egoistki”) zbyt wczesne kolejne narodziny stanowią pewien problem natury… hmmm… logistycznej. Bardzo to pokrzepiająca świadomość, zwłaszcza że (o ile mi wiadomo) matka obecnego papieża nie była osobą niepełnosprawną – zaczęła mieć poważne kłopoty zdrowotne dopiero po ostatnim porodzie.

Duże wrażenie wywarła też na mnie inna biografia, Grigorija Rasputina – autorstwa jego córki, Matriony. („Rasputin. Dlaczego? Wspomnienia córki.”, wyd. Bauer Weltbild Media [KDC – Klub dla Ciebie] Warszawa 2008).

Oczywiście, na hasło „Rasputin” wielu z Was pewnie wzdrygnie się z obrzydzeniem (i oskarży mnie znowu o „propagowanie niemoralności”), mając w pamięci ową „czarną legendę”, spopularyzowaną przez popkulturę i obecną i obecną nawet w piosence zespołu Boney M, gdzie został on wręcz wprost nazwany „love machine of the Russian queen” – aczkolwiek dowody historyczne na romans Grigorija z carycą są bardziej, niż wątłe.

Oczywiście, przy lekturze warto zawsze pamiętać, że kochająca córka zapewne starała się wybielić ojca, jak tylko mogła, pokazując nam o wiele bardziej skomplikowany obraz prostego człowieka, co prawda targanego od czasu do czasu różnymi namiętnościami – ale też szczerze żałującego za swe grzechy (dobrego prawosławnego, poszukującego całe życie Boga i prawdy. W kontekście zaś tegorocznej, setnej rocznicy wybuchu I wony światowej, i tego, że temu niezwykłemu „chłopu z Pokrowskoje” zarzuca się często zgubny wpływ na politykę ostatniego cara Rosji, warto może wspomnieć, że według słów córki Rasputin stanowczo odradzał Mikołajowi II przystąpienie do tej wojny, przewidując, że przyniesie ona krajowi tylko „morze krwi.”

Jak wiadomo, w kilka lat później jego słowa sprawdziły się w całej rozciągłości….

Warto też przytoczyć inny znamienny fragment wspomnień Matriony Rasputin:

” Na początku XX wieku Petersburg stosowniej byłoby nazywać nie Nową Wenecją, a Nową Sodomą. (…) Wieczorami po Newskim Prospekcie przechadzały się nieprzebrane tłumy wesołych dziewczynek. Policja padała z nóg, pilnując porządku w niezliczonych domach uciechy. Panienki do nich – w tym również dziesięciolatki, cieszące się niebagatelnym popytem – sprowadzano z Azji, Ameryki Południowej i Afryki.

Wielbiciele filmów porno splunęliby rumieńcem na widok pokazów, jakimi cieszyli oko bywalcy ówczesnych zamkniętych klubów dla arystokracji.

Jedyną granicą, jaką sobie stawiali, była granica ich własnej wyobraźni. Do najbardziej popularnych widowisk tego rodzaju należały sceny, przedstawiające najrozmaitsze warianty współżycia płciowego – od pedofilii po zoofilię.

Warto przy tym zauważyć, że członkowie stołecznych klubów za nic w świecie nie przyznaliby się, że toną rozpuście. To, co działo się na ich oczach, uważali za swego rodzaju rozrywkę estetyczną, wierząc, że – przynajmniej jeśli o nich chodzi – obserwować to nie to samo, co uczestniczyć.”

A do tego wszystkiego jeszcze wszechobecne seanse spirytystyczne, podejrzane „Towarzystwo Teozoficzne” Heleny Bławatskiej i całe tabuny różnych mniemanych proroków, oszustów i rzezimieszków….

Do takiej właśnie stolicy trafił młody Grisza Rasputin, obdarzony osobliwym darem leczenia siłą sugestii, który niebawem miał zostać okrzyknięty „najbardziej znienawidzonym człowiekiem w Rosji.”

I po przeczytaniu tego wszystkiego śmiem twierdzić, że nie był on wcale bardziej zepsuty od tych, którzy go oskarżali – a niektórzy z jego zabójców, jak książę Jusupow, to typy doprawdy odrażające. Ale przekonajcie się sami!

Niezmiennie interesują mnie też zagadnienia związane z historią idei i historią Kościoła.

Jeśli więc chcecie dowiedzieć się, jak (i na co) w przeszłości umierali papieże, i jak wybierano ich następców, przeczytajcie świetnie udokumentowaną książkę autorstwa Johna-Petera Phama „Następcy świętego Piotra. Kulisy śmierci i wyborów papieży”(Wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2005). A jeśli interesuje Was,, jak to NAPRAWDĘ było na przykład z Galileuszem, Giordano Bruno, papieżycą Joanną – i wieloma innymi jeszcze „wstydliwie skrywanymi tajemnicami”, polecam Wam książkę niemieckiego historyka Michaela Hesemanna „Ciemne postacie w historii Kościoła. Mity. Kłamstwa. Legendy.”((Wydawnictwo M, Kraków 2013). Przeczytajcie, bo warto! Naprawdę – tylko PRAWDAjest ciekawa!:)

Na tym tle sporym rozczarowaniem okazała się natomiast książka Benjamina Wikera„Dziesięć książek, które każdy konserwatysta musi znać – oraz cztery nie do pomięcia i jedna uzurpatorska. „ (Wyd. FRONDA Warszawa 2013). Nie zachwyciła mnie ona pomimo rzetelnego omówienia dzieł takich autorów jak C. S. Lewis czy  J. R.R Tolkien – niezmiennie za to nadal polecam część pierwszą -, „Dziesięć książek, które zepsuły świat.” (wyd. FRONDA Warszawa 2012). No, cóż – widocznie w autorze dopiero walka z ideami, z którymi się nie zgadza (a nie obrona własnych) wyzwala prawdziwą pasję polemiczną i lekkie pióro…

I na zakończenie trzy powieści – bo przecież są wakacje i trochę rozrywki też Wam się ode mnie przyda.

Pierwsza z nich,  ”Na zawsze wygnańcy”, autorstwa Fiorelii de Maria (Wyd. PROMIC, Warszawa 2013), którą pochłonęłam w ciągu zaledwie jednej nocy, to zjawisko doprawdy wyjątkowe na rynku szeroko pojętej „książki katolickiej.”

Z pozoru ta historia młodziutkiej dziewczyny, Maltanki porwanej przez piratów i odsprzedanej muzułmańskim handlarzom niewolników, wygląda na typową powieść z gatunku przygodowych.  A jednak w swej głębszej warstwie jest to opowieść o dramatycznych wyborach nietuzinkowej bohaterki (zdradzę tylko, że Warda została przez przybranego ojca wyedukowana na… lekarkę!), która często szczerze pragnąc dobra, wywołuje wielkie zło – albo odwrotnie…

W tej powieści prawie nic nie jest jednoznaczne, czarno-białe (wypisz-wymaluj – tak, jak w moim życiu…).

Wielbicielom, a zwłaszcza wielbicielkom, powieści osnutych na wątkach biblijnych szczerze polecam  natomiast książkę Francine Rivers, autorki międzynarodowych bestsellerów z kręgu tzw. „literatury chrześcijańskiej” (choć, co prawda, według mnie literatura dzieli się wyłącznie na „dobrą” lub „złą” – i ta jest zdecydowanie DOBRA), m.in.. znakomitego „Dziecka pokuty” (niech Was nie odstrasza tytuł:)), , traktującego o problemie gwałtu i aborcji.

„Tamar”  (Wyd. AETOS Wrocław 2013) natomiast to oparta dość luźno na motywach biblijnych opowieść o jednej z kobiet, których imiona znajdują się w rodowodzie Chrystusa. Książka stanowi pierwszą część cyklu –  Rodowód ŁASKI – i jakiś czas temu miałam niewątpliwe szczęście wygrać ją w pewnym konkursie radiowym…. 🙂

Z pewnym wahaniem natomiast polecam Wam cykl pióra Melvina R. Starra o perypetiach  średniowiecznego chirurga i detektywa-amatora Hugh z Singelton (w serii nakładem wydawnictwa PROMIC ukazały się np. „Niespokojne kości” i „W cieniu kaplicy.”).

Mimo że zawsze lubiłam opowieści w klimacie „Imienia róży” i przygody różnego typu „detektywów w sutannie” (poczynając od księdza Browna, a na Ojcu Mateuszu kończąc:)) – to jednak tym razem styl tych książek wydaje mi się nieco przyciężki, a sympatia, okazywana angielskim „heretykom”, w rodzaju Johna Wycliffe’a  nieco zbyt ostentacyjna.

Zdecydowanie bardziej podobały mi się „Kroniki braciszka Cadfaela” Elllis Peters (aczkolwiek też przede wszystkich chodzi o pierwszych siedem tomów – może to zresztą zasługa bardziej udanego tłumaczenia na język polski) – o których tu już kiedyś pisałam.

Ale przeczytać zawsze  można.  No, i…. miłych wakacji Wam wszystkim życzę!

(Nie) chce się żyć… ale się musi.

Jak zazwyczaj, gdy rzecz dotyczy porażenia mózgowego, z mieszanymi uczuciami obejrzałam ostatnio na HBO zasłużenie obsypany nagrodami film Macieja Pieprzycy „Chce się żyć.”

Opowiada on (opartą na faktach) historię ciężko chorego chłopaka, o którym w dzieciństwie zadecydowano, że prawdopodobnie przez całe życie będzie „rośliną” – osobą, z którą nigdy nie będzie kontaktu. W końcu trafia do ośrodka opieki, w którym to szczęśliwym zbiegiem okoliczności okazuje się, że choć Mateusz ma poważne problemy z własnym ciałem i z komunikowaniem się z otoczeniem, to jednak rozumuje zupełnie prawidłowo.

Uczy się „mówić” z pomocą języka symboli (tzw. język Blissa)…

Jestem pod wrażeniem zwłaszcza znakomitej roli Dawida Ogrodnika, który tak sugestywnie odtworzył objawy fizyczne, towarzyszące tej chorobie (a niektóre z nich obserwuję także u siebie, choć w znacznie mniejszym nasileniu) – że przez chwilę zastanawiałam się poważnie, czy nie jest to aktor rzeczywiście dotknięty tym rodzajem niepełnosprawności.

A moje mieszane uczucia wynikają jak zwykle z kilku powodów.

Po pierwsze, zawsze mnie trochę irytowało, że hasło „porażenie mózgowe” prowokuje kulturę tylko do opowiadania o swego rodzaju przypadkach „skrajnych” (innym przykładem jest choćby słynny film „Moja lewa stopa”  – 1989 r. z Danielem Day-Lewisem w roli głównej, który został nagrodzony dwoma Oskarami), skutkiem czego w powszechnej świadomości choroba ta kojarzy się (na równi z Zespołem Downa, a może nawet bardziej…) jedynie z potwornymi deformacjami i całkowitym uzależnieniem od opiekunów.

No, po prostu z najgorszym, co może spotkać Twoje dziecko, drogi Rodzicu. Na blogu pewnego pana, którego synek urodził się (współczuję) z defektem narządu słuchu, również kiedyś znalazłam to znamienne westchnienie ulgi: „no, ale mogło być gorzej – mógł mieć na przykład PORAŻENIE MÓZGOWE…”

Ja to wszystko rozumiem – jak tu już kiedyś pisałam, nikt przy zdrowych zmysłach nie chce mieć „takiego” dziecka – ale jak ma się w związku z tym czuć osoba, która „to” ma – co więcej, stara się „z tym” w miarę normalnie żyć? Po przeczytaniu czegoś takiego powinnam chyba natychmiast poddać się eutanazji?

Porażenie mózgowe to dziwna i nieprzewidywalna choroba, na swój sposób nawet fascynująca ( i dlatego tak wielu studentów medycyny, psychologii, rehabilitacji i wielu innych kierunków co pewien czas prosi mnie o wypełnienie ankiet do swoich prac badawczych. Z reguły im nie odmawiam: zawsze chciałam poświęcić się dla nauki. 😉 Poza tym, odpowiadając na ich pytania, lepiej poznaję samą siebie… a to zawsze jest cenne). Doprawdy, ludzki mózg to tajemniczy organ – dlatego,każdy przypadek jego uszkodzenia jest inny.

Mnie na przykład choroba pozostawiła zdolność porozumiewania się, myślenia a nawet poruszania się (choć z pewnym trudem). Bogu dzięki, nie jestem całkowicie zależna od innych w codziennych sytuacjach; nie wydaje mi się również, bym była fizycznie „przerażająca.”

Mogłam trafić o wiele gorzej, wiem. Tym niemniej, WŁAŚNIE DLATEGO, że tak (relatywnie) niewiele mi brakuje do „normalności” (czymkolwiek ona jest), czasami czuję się jak Mojżesz, który patrzył na Ziemię Obiecaną, wiedząc, że nigdy nie będzie mógł przekroczyć jej granic.

A właśnie teraz bardzo przydałyby mi się dwie sprawne ręce (mam tylko jedną) – i dwie szybkie nogi, po prostu dlatego, żeby NAPRAWDĘ nikomu nie być ciężarem ponad siły, co mi tu niedawno zarzucono. Gdybym była w pełni sprawna, także moje trzecie dziecko nie byłoby dla nikogo problemem. Ale nie jestem.

I jest mi teraz z tego powodu bardzo, bardzo smutno – choć wiem, że w tym smutku nikt mi nie może ulżyć, nawet ci, którzy, jak P., bardzo kochają tę „rozpieszczoną egoistkę”, którą podobno jestem. Sama się muszę z tym jakoś uporać-  i zrobię to. W końcu. Choć pisząc o tym na blogu, jestem świadoma, że od niektórych z Was pewnie znów usłyszę, że „biadolę” oraz „użalam się nad sobą.” Trudno. Ryzyko „zawodowe” każdej blogerki. A słowa  o wiele łatwiej się rzuca, niż kamienie. (Co pozostawiam pod rozwagę „wkurzonym” moją postawą Czytelnikom.)

Jeden z moich spowiedników, także doświadczony przez chorobę, kiedyś mądrze powiedział, że żadna to dla nas samych pociecha wiedzieć, że „inni mają jeszcze gorzej” – tym bardziej, że doskonale wiemy, że są i tacy, którzy mają się od nas znacznie lepiej…

Drugi zaś powód mych sprzecznych emocji, to fakt, że – jak doniósł „Super Express” – 33-letni Przemek Chrzanowski, którego historia posłużyła reżyserowi za kanwę tego filmu, nadal; mieszka w niezmienionych warunkach w domu pomocy, choć obiecywano mu wiele udogodnień, choćby komputer, który ułatwiłby mu kontakt za otoczeniem. Cóż, powiecie – takie jest życie?

„Maaamo! Mamoooo…” No, tak.  Błogosławioną zaletą posiadania dzieci jest fakt, że one nigdy nie pozwalają mi stracić do końca kontaktu z rzeczywistością i pogrążyć się bez reszty w takich rozważaniach na temat stanu mojej duszy  (i ciała), które w obecnej sytuacji mogłyby mnie doprowadzić nawet do decyzji o samobójstwie.

Wiem, że  dla nich muszę zebrać się w sobie – i przeżyć kolejny dzień. Dzień… dzień… dni…

” W naszych ciemnościach, o, Panie, rozpal ogień, który nigdy nie zagaśnie…”

Uwaga – poprzednia notka (wraz z wszystkimi komentarzami) nie została stąd trwale usunięta, lecz jedynie tymczasowo ukryta – ku ochronie tych (zwłaszcza zaś moich rodziców), których moja nadmierna,, być może, szczerość, mogłaby zranić. Naprawdę nie chciałabym już być przyczyną cierpienia dla nikogo, o ile to tylko możliwe.

Jednocześnie nie wykluczam,że pewnego dnia ten wpis może powrócić na swoje miejsce – jeśli kiedyś (co daj Boże, amen) tamto moje wyznanie przestanie wzbudzać w ludziach tak skrajnie negatywne emocje. 

A ta piosenka Perfectu jest ostatnio jedną z kilku, które podnoszą mnie na duchu…. Posłuchajcie!