By chronić mnie przede mną…

Kochanie moje, kochanie… teraz już wiem…jestem pewna…że zostałeś mi dany po to, aby uleczyć moje serce i moją duszę. Mój chory obraz samej siebie…

 

Kiedyś myślałam, że miłość fizyczna jest dla mnie czymś do tego stopnia zakazanym, że już przez same takie pragnienia jestem tak zła, lubieżna i perwersyjna, że powinnam zostać za to ukarana. Na pewno złożyły się na to także pewne dramatyczne wydarzenia z mojego dzieciństwa.

 

Kiedyś myślałam, że prędzej już jakiś mężczyzna mnie wykorzysta, aniżeli pokocha i że seks to jedyne, na co mogę mieć nadzieję. I to w najlepszym wypadku. Że tylko na to sobie zasłużyłam.

 

 

A teraz już wiem, że się myliłam. I to bardzo.

 

Wiem, że takiej bliskości, jaka jest między nami, nie dałby mi żaden seks i żadne wyuzdanie. Relacji władzy i podporządkowania nie da się „przerobić” na partnerstwo i miłość – choć mam wrażenie, że te wszystkie dziewczyny tak naprawdę skrycie o tym marzą i tego pragną.

 

Ja jednak nie wierzę, że można tak dowolnie „przełączać” swój umysł – i być w jednej sekundzie przedmiotem w rękach swego „pana” (nawiasem mówiąc, wydaje mi się, że istota ludzka, jeżeli nie chce stracić swej godności, może mieć tylko jednego Pana, pisanego wielką literą – i nie powinien to być żaden człowiek…) , a w następnej – jego uwielbianą żoną. Nie można mieć wszystkiego…

 

Sądzę również, że, ponieważ ośrodki bólu i rozkoszy są w naszej głowie położone tak blisko siebie, cała rozkosz płynąca z takiego układu wynika z pewnych zmian chemicznych w mózgu – a mówiąc prościej: z jakiegoś rodzaju uzależnienia.

 

A jeżeli już mam wybierać pomiędzy seksem a miłością (chociaż dla mnie taka alternatywa jest cokolwiek sztuczna, bo najlepszy seks to seks z miłości) – to zawsze wybiorę MIŁOŚĆ. Bo nawet po najwspanialszej nocy trzeba w końcu wyjść z łóżka…

 

Por też: „CYBERSEX: Piekło, które…”

 

Życie Fasolki.

Krwawiłam, więc poszłam do lekarza. A on popatrzył na ekran usg i powiedział: „Jaki tam znowu polip? Przecież to jest żywa ciąża! Ma około sześciu tygodni…” I jeszcze: ” Dobrze, że się państwo nie zgodzili na wyłyżeczkowanie…” No, pewnie!

 

Myślałam, że się rozpłaczę z radości. Moja Fasolka żyje! Żyje! Żyje! Bogu niech będą dzięki!

 

Wprawdzie jej życie ciągle wisi na włosku (zagraża mi poronienie), jest maleńka, ale bardzo dzielna… Więc co 8 godzin łykam grzecznie kwas foliowy i leki na podtrzymanie ciąży – jakże mogłabym tego nie zrobić?! (chociaż niektórzy „życzliwi” mówią mi, że byłoby dla mnie lepiej, gdybym poroniła – i wiem, że moja matka wpadnie w szał, gdy się dowie: zupełnie, jakbym miała 13 lat, a nie 30…)- modlę się i opowiadam maleństwu jakieś niekończące się historyjki o tym, że ja i tatuś bardzo je kochamy…

 

Jeszcze jeden długi dzień, jeszcze jedna długa noc… Ale czas pracuje na Twoją korzyść, Fasolko. Tylko rośnij nam zdrowo!

 

Fasolko, gdzie jesteś? ;(

Ta wiadomość uderzyła mnie jak obuchem: mimo pozytywnej próby ciążowej, lekarz nie dopatrzył się płodu w mojej powiększonej macicy…nie ma też wyraźnych oznak ciąży pozamacicznej.

 

Gdzie zatem podziało się moje dziecko? Gdzie się rozwija?! O ile to w ogóle możliwe, boję się teraz jeszcze bardziej, niż przedtem…

 

P. zapytał lekarza, czy mogłam sobie tę ciążę uroić (bo przecież tak bardzo pragnęłam mieć to dziecko, itd…) A lekarz mu na to: „Testy HCG nie mają urojeń!”

 

Napisał: „W jamie macicy twór polipowaty 23×32 mm…”

 

„Twór”…Brrr…To brzmi prawie jak „potwór” lub „nowotwór”… Potworek. Kochanie, czyżbyśmy poczęli potworka?!

 

Czy to możliwe, byśmy się pomylili i nasze dzieciątko miało nie osiem, ale cztery tygodnie – i było zbyt małe, aby mógł je dokładnie uchwycić obraz usg?

 

Czepiam się kurczowo tej myśli – jedynej, która mi pozostała. Tak trudno przecież pomyśleć o sobie, że się nie potrafi nawet tego, co potrafi pierwsza lepsza kobieta – zajść w prawidłową ciążę…Zła to jabłoń, co nie daje owocu…

Przecież my dwoje tak bardzo się kochamy…Taka miłość powinna  zaowocować… To takie niesprawiedliwe!

 

A może to jest kara Boża za mnie i za P.? („Nie istnieje coś takiego, jak kara boska” – powtarza mi cierpliwie P. i chyba mu wierzę. W końcu jest fachowcem…)

 

A moje ciało nie wie, że zginęło mi dziecko – i moje piersi nadal są takie ciężkie… Bo w ogóle wszystko jest tak, jakbym była w ciąży. Brakuje tylko…płodu!

 

Fasolko, gdzie jesteś?! Nie zabijaj mamusi. Proszę…