Jak rzekło Pismo…

“Wszystko ma swój czas

i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem…”

 

I to tylko my, w naszym niezrozumiałym pędzie ku “nowoczesności”, próbujemy odwracać ten naturalny porządek rzeczy.

 

No, i potem mamy: trzynastolatki, które skarżą się na “problemy seksualne” i sześćdziesięciolatki, które rodzą dzieci, “bo właśnie do tego dojrzały.”

 

Zapominając, że w historii ludzkości czasy ZAWSZE były ciężkie i że – jak to mądrze napisała Wisława Szymborska – “na urodziny dziecka świat nigdy nie jest gotowy” – odkładamy decyzję o rodzicielstwie na później i na później – aż w końcu…okazuje się, że już nie ma żadnego PÓŹNIEJ.

 

I wtedy domagamy się cudu od współczesnej medycyny, bo przecież wszystko już mamy: ustabilizowane życie osobiste i zawodowe, piękny dom, samochód… Do szczęścia brakuje nam jedynie dziecka, a przecież ono “nam się należy!”

 

No, i potem mamy te wszystkie kombinacje ze sztucznymi zapłodnieniami (i nic to, że nieraz muszą przy tym powstać dziesiątki zarodków, abyśmy mogli mieć JEDNO “nasze upragnione” dziecko…) i matkami zastępczymi, traktowanymi tylko jako żywe inkubatory… Brrrr!

Proroctwo?

Kiedy miałam około siedmiu lat, jeden z kuzynów mojej mamy został księdzem. Zresztą jest nim do dzisiaj- i jak przypuszczam, dobrym.

 

Pamiętam jednak, że na prymicje, które odbyły się w mojej rodzinnej miejscowości, zaprosił wielu swoich kolegów z seminarium, a ci chętnie bawili się z małą, niepełnosprawną dziewczynką.

 

I przypominam sobie, że powiedziałam wówczas (jak to mówią dzieci…), że kiedy będę duża, “ożenię się” z księdzem.

 

“Ależ córeczko – perswadowali mi dorośli – nie możesz wyjść za mąż za księdza!” “A dlaczego?- zapytałam” “Bo oni się nie żenią.” “Ale ze mną się jakiś ożeni!” – odparłam z przekonaniem.

 

W nastoletnim wieku, jak to się często zdarza młodym dziewczętom, zakochałam się w swoim katechecie, który był moim spowiednikiem.

 

Niezaprzeczalnie przez całe życie odczuwałam jakiś pociąg w tym kierunku (koleżanki często żartowały sobie ze mnie mówiąc, bym “nie podrywała księdza”) – choć, prawdę powiedziawszy, w żeńskiej szkole nie miałam zbyt wielkiego wyboru… 😉

 

Nigdy też nie traktowałam tego typu fascynacji zbyt poważnie. Otrzymałam staranne, katolickie wychowanie, mądre i głębokie. Kapłan, podobnie jak mężczyzna żonaty, stanowił dla mnie nienaruszalną świętość. Aż do teraz…

Gdy ONA go bije…

Gdy ONA go bije, facet ma, popularnie mówiąc, przechlapane. I to podwójnie.

 

Naraża się bowiem nie tylko na cierpienia fizyczne i psychiczne, ale także, przede wszystkim, na śmieszność. Zamiast współczucia i pomocy (na które mógłby mieć nadzieję, gdyby był kobietą) może liczyć jedynie na kpiny. Lub, co gorsza, na stwierdzenie, że “sam jest sobie winien.”

 

Podobnie jest zresztą w przypadku przemocy seksualnej. Nie wiem, z jakiego powodu zakłada się nieomal automatycznie, że “mężczyzna zawsze chce” – i kobiety, które całkiem słusznie domagają się dla siebie uznania, że “NIE ZNACZY NIE!”, są czasami dziwnie mało skłonne do respektowania tej zasady w odniesieniu do swoich partnerów.

 

W pewnym mniejszym mieście żyło sobie małżeństwo: on – niepozorny urzędnik i ona – była zapaśniczka. Otóż, kiedy się posprzeczali, krewka małżonka wystawiała męża “za fraki” przez okno na czwartym piętrze… Zabawne, prawda? No, to teraz spróbujcie odwrócić sytuację…

 

Czy zauważyliście, że nasza tolerancja wobec kobiet, które “wychowują” swoich mężów przy użyciu wałka, miotły czy ścierki jest znacznie większa, niż gdyby dotyczyło to mężczyzn? Sytuacje takie nierzadko stają się także tematem dowcipów, co – jak przypuszczam – byłoby nie do pomyślenia, gdyby ofiarą była kobieta…

 

Przypuszczalnie wynika to stąd, że wszyscy (nie wyłączając najbardziej radykalnych feministek!) wciąż  nieświadomie powielamy stary, XIX-wieczny jeszcze stereotyp “słabej i bezbronnej kobietki” oraz “brutalnego macho” w typie “Ja Tarzan, ty – Jane…”