Z pustego w próżne…

Nie, nie – to, co możecie zaobserwować ostatnio na tym blogu, to nie jest żaden „kryzys blogowy.”

To raczej coś, co nazwałabym…”przerwą techniczną” – jako że nie zwykłam pisać o niczym, wykorzystuję ten czas po to, by się intensywnie uczyć, czytać…

Napełniam się na nowo, by mieć o czym z Wami rozmawiać – bo wiadomo, że z pustego to i Salomon nie naleje…

Wprawdzie Antonina Krzysztoń śpiewała w jednej ze swoich piosenek: „Nie szkodzi nic, że jesteś pusty…” – mam jednak wrażenie, że w tym przypadku SZKODZI, i to bardzo. 🙂 Podobno tylko grafomani odczuwają nieustanny przymus pisania.

Proszę zatem o cierpliwość- napiszę niebawem. Kiedy już będę miała o czym.

  

Rzeczywistości (nie)równoległe?

Wydaje mi się, że zawsze (w Sieci czy poza nią) jesteśmy tacy sami – jesteśmy tym, kim jesteśmy… Byłam tą samą osobą, gdy wchodziłam na najostrzejsze seksstrony – i wtedy, gdy na innych stronach udzielałam głębokich (?) duchowych porad, i wtedy, gdy mój mąż – też  przecież „wyłowiony z Sieci” – pisał do mnie rzeczy, po których łzy płynęły mi na klawiaturę. Każda z tych osób to jakaś część mojej własnej duszy… 


Internet nie jest  jakimś „innym światem” – ale jest odbiciem tego, który jedynie posiadamy; lustrem, w którym się przeglądamy. I tak jak wszędzie, są tu świątynie i są śmietniki (i sądzę, że przez lata swoich przygód z Internetem zdążyłam już dość dobrze poznać i jedne i drugie…). Czasami łatwiej nam się tu „obnażyć” (ale i łatwiej kłamać) niż gdzie indziej, bo sądzimy, że chroni nas anonimowość.

Z drugiej strony, czasami chciałoby się wierzyć, że ten świat w wersji cyfrowej jest lepszy od tego po tej stronie ekranu, stąd tak wiele kobiet usuwa zmarszczki i ślady porodów ze swoich profili, a wszyscy mężczyźni nagle stają się umięśnieni, romantyczni i… nieżonaci. 😉 

Sama zauważyłam, że odkąd dotarłam do „happy endu” z moim księciem, staram się raczej nie pisać na blogu o tym, że często czuję się zdołowana jako żona i matka, bo moje dziecko uparcie NIE JEST tym złotowłosym aniołkiem z obrazka, a mój mąż, zamiast recytować mi Szekspira, niekiedy zwyczajnie domaga się kolacji. 🙂 Niech sobie ludzie myślą, że są na świecie małżeństwa, nad którymi nigdy nie zachodzi słońce…;) 


(Drogie panie – a tak z ręką na sercu:  Która z Was, tworząc własnego awatara na jakimś forum czy w serwisie społecznościowym, nie chciała stworzyć w istocie „lepszej”, atrakcyjniejszej wersji samej siebie?:))

W wirtualnej rzeczywistości wciągają mnie obecnie głównie blogi i fora (ale i tak komputer chodzi prawie non-stop, tym bardziej, że przy nim także pracuję…) – natomiast P. namiętnie grywa w gry sieciowe w rodzaju Traviana. I zastanawiam się czasami, czy już przekroczyliśmy tę cienką „granicę bezpieczeństwa”, poza którą znajduje się uzależnienie?

Ostatnio wstrząsnęła mną zwłaszcza historia tego koreańskiego małżeństwa, które „żyjąc” jedynie w Sieci zagłodziło swoją 3-miesięczną córeczkę na śmierć. Nigdy nie chciałabym, żeby nasz mały synek kiedyś zapragnął być… MONITOREM – żeby rodzice częściej na NIEGO patrzyli…


 


Incognito, czyli bańka mydlana…

Przez lata „poznałam” przez Internet bez mała tysiące ludzi – w tym także mojego męża – i niektórych z tych znajomości bardzo żałuję (bo dowiedziałam się przy okazji dużo o najciemniejszych stronach natury ludzkiej, w tym także mojej własnej…), inne przerodziły się w trwałe (i już niekoniecznie tylko wirtualne) przyjaźnie. Niektórzy zwierzali się – i zwierzają się nadal – mnie, czasami natomiast ja sama szukałam w Sieci porady i pocieszenia. Ot, internetowe samo życie.

A dlaczego tak jest łatwiej? Ano, chyba z tego samego powodu, dla którego wielu ludzi chętnie opowiada całe swoje życie osobie przypadkowo spotkanej w pociągu, wolontariuszowi z telefonu zaufania czy też nieznajomemu księdzu ukrytemu w ciemnościach konfesjonału (spowiedź”twarzą w twarz”, choć i takie doświadczenia mam za sobą, jest dużo trudniejsza). Poczucie anonimowości i przekonanie, że nigdy „tak naprawdę” się nie spotkamy, pozbawia wielu ludzi zahamowań (i to zarówno w dobrym, jak i w złym tego słowa znaczeniu). Stąd też zapewne wynika, że w Internecie, pomiędzy ludźmi, którzy nigdy się nie widzieli, jest aż tyle złości. Klawiatura wszystko zniesie… 

A z tego pragnienia „ukrycia się ” i jednocześnie zaznaczenia swojej obecności w tłumie rodzą się zarówno internetowe kłamstwa (w tym nierealnym świecie nawet ja mogłabym uchodzić za seksbombę:)), jak i blogi czy też galerie „prywatnych” zdjęć. Albo też żądania wyłącznie internetowej spowiedzi, o czym kilkakrotnie już tu pisałam.

Ale i to poczucie bezpieczeństwa w Sieci bywa zwodnicze, o czym sama niedawno się przekonałam. Otóż niedawno na mojego bloga przypadkiem trafił nauczyciel, który był opiekunem moich studenckich praktyk – i napisał do mnie maila z zapytaniem, czy mianowicie ja to ja. I chociaż nigdy nie napisałam tu świadomie ani słowa nieprawdy (staram się być szczera również w Internecie, co nie zawsze wychodzi mi na zdrowie), to tym bardziej poczułam się zaniepokojona i”zdemaskowana.” Mieszkamy w małym miasteczku, więc sami chyba rozumiecie…


Ostatnio zresztą sama popełniłam poważne „wykroczenie przeciw prywatności” zgadzając się udzielić wywiadu pani redaktor z Onetu. Ma z tego wyjść jakiś artykuł na stronę główną. A ja mam jedynie nadzieję, że ta cała szczerość nie wyjdzie mi bokiem… 🙂

Ale – i to pytanie jakoś nie daje mi spokoju –  może rację ma pewien mój przyjaciel, który twierdzi, że pisanie bloga (bądź co bądź – upublicznionego pamiętnika!) samo w sobie jest już jakimś rodzajem ekshibicjonizmu?