Kiedy dziecka nie ma w domu…

Kiedy dziecka nie ma w domu, wszędzie panuje cisza, spokój i porządek.


Ta cisza aż w uszach dzwoni…

Kiedy dziecka nie ma w domu, wszystkie samochody stoją równo, jak pod sznurek, a lew z żółtej włóczki („Lep” – jak go nazywa mój syn:)) śpi sam w łóżeczku…

Nie ma kto się nimi bawić…

Kiedy dziecka nie ma w domu, mamy więcej czasu na wszystkie te bardzo ważne „swoje sprawy.” Więcej czasu na pracę – i więcej czasu dla siebie nawzajem („Czyż ja nie znaczę dla Ciebie więcej, niż dziesięciu synów?!”:)) .  Któż by tego nie chciał?

A jednak chciałabym, żeby tu po prostu był… Tęsknię!

Kiedy dziecka nie ma w domu, moje piersi (zdawałoby się, dawno już nieczynne) znowu nabrzmiewają pokarmem… 

„Wodą jestem – a brak tego, co by pił.
Skibką chleba, co nikogo nie nasyci…”

WITAJ W DOMU, SYNKU!!!!!


Władcy much.

Niedawno ktoś mnie zapytał, czy uważam, że zwykłe szkolne bójki to już jest „agresja.” Szczerze mówiąc, nie wiem. Jak dla mnie to jest raczej normalna chłopięca potrzeba rywalizacji, „spróbowania się” ze sobą. Inna sprawa, że współczesna kultura zbyt łatwo wrzuca to wszystko do jednego worka z napisem:”Przemoc, brutalność i okrucieństwo.”

Czytałam, że w niektórych sfeminizowanych szkołach w Anglii i Szwajcarii zakazano już nawet szczególnie „kontaktowych” gier zespołowych, np. gry w piłkę czy w rugby, jako rzekomo zbyt „brutalnych.” No, jasne – bo niby dlaczego chłopcy nie mogą „jak ludzie” (czyli „jak dziewczynki”?;)) SPOKOJNIE zająć się skakanką czy klasami?;)

Natomiast badania dotyczące wpływu krwawych gier i programów na dziecięcą (i nie tylko!) psychikę wciąż są niejednoznaczne. Bo choć zapewne nie jest tak, że kiedy się ktoś tego „naogląda”, to natychmiast pójdzie kogoś zgwałcić czy zamordować – to czy można tu wykluczyć jakikolwiek związek?

Jest prawdą, że nasza wrażliwość, atakowana bezustannie milionami bodźców, tępieje stopniowo. Pamiętam burzę, jaką jeszcze kilka lat temu (i to nie u nas, a w liberalnej Francji) wywołał film „Nieodwracalne”, który zawierał kilkuminutową sekwencję brutalnego gwałtu. Śmiem twierdzić, że  obecnie podobne sceny znajdują się w wielu filmach fabularnych – i nikogo już nie szokują.

Ostatnio głośnym echem odbił się właśnie we Francji pewien eksperyment psychologiczny, którego uczestnikom powiedziano, że biorą udział w nowym teleturnieju. Ich zadaniem było aplikować coraz wyższe dawki prądu (w przypadku złej odpowiedzi) człowiekowi zamkniętemu w specjalnej kabinie. Oczywiście, był to aktor, który w rzeczywistości nie otrzymywał żadnych elektrowstrząsów – ale gracze nic o tym nie wiedzieli…

I co się okazało? 80% spośród biorących udział w eksperymencie kontynuowało tę „zabawę” aż do momentu, gdy napięcie osiągnęło 460 wolt, a „pacjent” przestał dawać znaki życia. Nawet naukowcy, biorący udział w badaniu, byli zszokowani takim wynikiem: „Nie przypuszczałem, że ludzie są aż do tego stopnia pozbawieni empatii.” – stwierdził jeden z nich. Jednocześnie zaapelował, aby ograniczyć ilość brutalnych scen, pokazywanych w mediach. (Głos wołającego na pustyni…:))

Niestety, również dzieci oglądają takie naładowane „prozą życia” produkcje (również te zrobione w mylącej konwencji kreskówki, jak South Park)- i kilkakrotnie zdarzało mi się słyszeć wyznania młodocianych morderców, którzy zabili, „bo chcieli wiedzieć, czy wygląda to tak, jak na filmie.”

Inna sprawa, że same dzieciaki („z natury”?) potrafią być naprawdę brutalne w swoich zabawach. W dzieciństwie doświadczyłam ze strony moich rówieśników czegoś, co DZIŚ nazwałabym molestowaniem a może nawet gwałtem – i już wiem, jak bardzo w rzeczywistości było to okrutne.

Ale – co ciekawe – WTEDY wcale tak o tym nie myślałam: uważałam to po prostu za pewien szczególny rodzaj zabawy – i tyle.

Obecnie wspomnienie tamtego wydarzenia nie spędza mi już snu z powiek, niemniej jednak zastanawiam się czasami: czy przytrafiło mi się to, ponieważ jestem z natury uległa (submisywna) czy raczej odwrotnie – stałam się taka, ponieważ to mi się przydarzyło?

Odwracanie pojęć…

Całkiem niewykluczone, że to niezbicie dowodzi tego, że się starzeję – ale naprawdę coraz częściej dochodzę do wniosku, że rzeczy, które dawniej były powodem do wstydu, dziś stają się powodem do DUMY – i odwrotnie…

Weźmy np. taką wielodzietność – w zamierzchłych czasach był to powód do radości, widomy znak Bożego błogosławieństwa, a przynajmniej nadziei na przyszłość. Dziś natomiast coraz częściej mówi się już nie o rodzinach „posiadających” liczne potomstwo ale o OBCIĄŻONYCH licznym potomstwem. Dostrzegacie tę subtelną różnicę?:)

Rodzicielstwo, a już zwłaszcza ciąża i macierzyństwo , to dziś coraz częściej obciążenie, koszmar, niemalże choroba, siejąca w delikatnym organizmie kobiety nieodwracalne spustoszenia. To zupełnie przeciwnie, niż aborcja, której wpływ na kobiece zdrowie i samopoczucie według niektórych środowisk ma być wręcz dobroczynny…:) Hmmm…Zaiste, ciekawe odwrócenie pojęć…

Niedawno też jedna z tych „wyzwolonych” osób (która zapewne nie ma dzieci) na pewnym forum porównała karmienie piersią w miejscu publicznym do…oddawania moczu na środku ulicy. Z całym szacunkiem dla subiektywnych wstrętów tej pani… Wydaje mi się, że to mniej więcej tak, jakby powiedzieć, że pocałunek dwojga kochających się ludzi to coś takiego, jak wymiotowanie sobie nawzajem do ust…a chrześcijanie, spożywający komunię świętą są zwykłymi kanibalami…:)

A ja myślę, że mimo wszystko ta cała kobiecość nie jest aż tak „straszna” jak się niekiedy wydaje – zależy, jak na to spojrzeć… I nawet nasza „cykliczność” wydaje mi się piękna oraz przemyślana i nigdy nie chciałabym jej odrzucić – dzięki temu przecież  bardziej niż mężczyźni jesteśmy związane z cyklami natury, z całym Kosmosem – z przypływami i odpływami mórz, z porami roku i fazami Księżyca…Czyż to nie jest PIĘKNE? I czy mężczyźni naprawdę mają w życiu lepiej, łatwiej i przyjemniej? NIE MAM POJĘCIA. Mnie tam jest dobrze z tym, kim jestem. A wiadomo, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma… 🙂 Jeśli kiedykolwiek będę miała córkę, powiem jej: córeczko, kobiecość jest OK – i męskość jest OK! 


***


Muszę się Wam przyznać, że ZAWSZE lekko drętwieję ze strachu, kiedy przychodzi do nas pani z opieki społecznej – i obawiam się, że po wejściu w życie tej nowej ustawy chroniącej dzieci trochę „na sposób szwedzki” będę się bała jeszcze troszkę bardziej…

Bo a nuż ta pani dojdzie do wniosku, że przebywanie pod opieką mamy z porażeniem mózgowym „może zagrażać życiu i zdrowiu” mojego dziecka? A nuż życzliwi sąsiedzi doniosą, gdzie trzeba (wszystko, oczywiście, tylko z troski…), że nie ze wszystkim radzę sobie zupełnie sama (a z niektórymi rzeczami ZUPEŁNIE sama sobie nie radzę:))?

A może niechby się tak opieka społeczna zajęła losem dzieci NAPRAWDĘ potrzebujących pomocy – bo jakoś, dziwnym trafem, w tych rzeczywiście drastycznych przypadkach zawsze słyszymy od pracowników socjalnych i pedagogów „nie mamy sobie nic do zarzucenia, nie mieliśmy żadnych niepokojących sygnałów”. W takich wypadkach wszyscy stają się dziwnie ślepi i głusi  – i to zarówno tu, w Polsce, jak i wszędzie indziej na świecie…

Czy teraz naprawdę jakaś pani urzędniczka, która widuje nas raz do roku, będzie mogła oceniać, jaką jestem matką?I od kiedy to dzieci stanowią „własność znacjonalizowaną”?;)

 

    


Proszę wskazać różnicę między tymi dwoma obrazkami…;)