Rodzina, ach rodzina…

Niedawno przez blogi przetoczyła się dyskusja, czy rodzice powinni uczestniczyć w podejmowaniu osobistych decyzji przez ich dorosłe dzieci.

Pewna współczesna mistyczka twierdzi, że w piekle jest wiele kobiet, które się potępiły, ponieważ wtrącały się w małżeństwa swoich dzieci…

A ja myślę, że różnie to bywa – są takie „dzieci”, które posłuchały rodziców i teraz żałują, a są i takie, które nie posłuchały i…też żałują! Znałam faceta, który się nie ożenił dlatego, że żadna kandydatka nie wydawała się dość „dobra” jego siostrom – ale znałam także dziewczynę, której sama matka jej „ukochanego” perswadowała (to prawdziwa rzadkość!), że chociaż ona sama go urodziła, to jednak widzi, że jest nic niewart – i jakże później ta kobieta musiała żałować tego „piekła na ziemi”, jakie sobie zgotowała własnym wyborem…

Najmądrzejszą postawę w tej sprawie przyjęła chyba moja śp. Babcia, która mówiła swoim pięciu córkom: „To Twój mąż i Twój wybór – to nie ja będę z nim żyła, tylko Ty!” Niestety, jedynemu (i najmłodszemu) synowi postanowiła „dopomóc” w ożenku – i to zdaje się nie był najszczęśliwszy pomysł, ponieważ tamta dziewczyna wyszła za niego chyba tylko po to, „by nie zostać starą panną.”

Ja sama zaś – jak wiadomo – jestem osobą niepełnosprawną, a w przypadku takich osób temat „miłość/seks/małżeństwo” w ogóle nie istnieje w świadomości rodziców. Tak więc, gdy związałam się z P., nie tylko nie „konsultowałam” z nikim (poza moim spowiednikiem) tej decyzji, ale nawet nic nikomu nie powiedziałam… 🙂 To była moja jedyna szansa na własne życie – i zdecydowałam się ją wykorzystać bez oglądania się na rodzinę… I wcale tego nie żałuję!

Por. też: „Inna Wenus?”

Niewinni jak dzieci?

Jezus niejednokrotnie stawiał dzieci za wzór dorosłym. Nauczał, że „do nich należy Królestwo Niebieskie” (Mt 19,14) a „aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Boga” (Mt 18,10). Nie wolno więc nimi „gardzić” (która to postawa częsta była w owych czasach nawet wśród filozofów); przyjmując dziecko pod swój dach, przyjmuje się samego Boga (Mt 18,5) – a sama myśl o tym, że ktoś mógłby je „zgorszyć” przejmuje Chrystusa zgrozą: „Takiemu byłoby lepiej uwiązać kamień młyński u szyi i wrzucić go w morze.” – stwierdza. (Mk 9,42)

Tym bardziej więc obrzydliwe wydają się niedawno ujawnione praktyki duchownych w Irlandii, którzy nie tylko masowo molestowali swych podopiecznych (rzecz szokująca, problem dotyczy nie tylko księży, ale i sióstr zakonnych…), ale jeszcze „po fakcie” wpajali mi poczucie winy: to dzieci miały być „złe” , jako że swoim zachowaniem rzekomo „sprowokowały” opiekunów do grzechu…

Myślę, że to straszliwe odwrócenie pojęć to – przynajmniej częściowo – pokłosie skrajnie pesymistycznych poglądów św. Augustyna na człowieka, które (niestety) wycisnęły swoje niezatarte piętno nie tylko na katolicyzmie, ale także na całym chrześcijaństwie (nie należy zapominać, że Marcin Luter był augustianinem…). Wszyscy, już od kołyski, mieliśmy być źli, grzeszni i zepsuci do szpiku kości.

Na poparcie tej tezy przytacza Augustyn w Wyznaniach przykład dziecka, „które jeszcze nie umiało mówić, a już spoglądało z nienawiścią na swego mlecznego brata.”

Co do mnie, to wydaje mi się, że zasadniczo wszyscy rodzimy się dobrzy i niewinni i dopiero inni mogą nas „zgorszyć” – tzn. sprawić, byśmy stali się gorsi. Ale czasami dzieje się to z nie do końca wiadomych przyczyn.

Do dziś pamiętam tego ojca, który na rozprawie syna-nastoletniego mordercy płakał i przepraszał rodziców jego ofiary,tłumacząc, że przecież nie chciał wychować syna na zabójcę. Może i nie chciał, ale jednak tak mu wyszło – więc którym momencie coś poszło „nie tak”?

To był normalny,zwykły, przyzwoity człowiek, jakich wielu, nie żadna tam „patologia” – czy zatem należy winić tylko jego, że „źle wychował dziecko”? Wiem, tak jest prościej – bo wtedy zrzucamy wszelką odpowiedzialność za nasze czyny na innych ludzi: na „toksycznych” rodziców, nauczycieli albo na kolegów, którzy nas gnębili w szkole…

A może jednak w nas samych jest też jakaś wrodzona „skłonność do zła” (chrześcijanie nazywają ją „grzechem pierworodnym”) i to, co z nią zrobimy nie całkiem zależy od wychowania, a bardziej od nas samych?

 

Co naprawdę myślę o…ŻEBRAKACH I ŻEBRACTWIE?

Najprościej byłoby teraz zacytować św. Pawła i powiedzieć, że „kto nie chce pracować, niech też nie je!”(2 Tes 3,10), tym bardziej, że sama widziałam wielu zdrowych, młodych jeszcze ludzi, którzy uczynili sobie z żebrania całkiem wygodne źródło dochodu. Wcale nierzadkie są wśród nich przypadki nagłych „cudownych ozdrowień”, włącznie z odrastaniem kończyn i odzyskiwaniem wzroku. 🙂 Czytałam nawet o 30-letniej kobiecie, która co rano charakteryzowała się „na staruszkę” i wychodziła na żebry jak do pracy, a po godzinach wsiadała w swój samochód i wracała do swego wygodnie urządzonego mieszkania…

Ale czasami nie jest to aż tak proste. W Rosji np. jest ponad 2 miliony dzieci ulicy – utrzymują się one głownie z kradzieży, prostytucji lub z żebrania właśnie. Ale znajdziemy je także na ulicach „zamożnych” miast Zachodu: w Paryżu, Amsterdamie i Londynie…Są to przede wszystkim dzieciaki, które uciekły z domu, który dla nich był piekłem – oraz narkomani, którzy w ten sposób gromadzą pieniądze na „działkę.” I tak sobie myślę, że jeśliby mieli sprzedawać swoje ciała, to już chyba lepiej im coś rzucić… (Mimo że jeden z moich mądrych spowiedników przestrzegał mnie zawsze przed naiwnością: „Jeżeli przewidujesz – mówił – że ktoś np. przepije otrzymane od ciebie pieniądze, nie należy ich dawać!”Ale inny kapłan, którego również darzyłam szacunkiem, mawiał, że nigdy nie wiadomo, kto jest w rzeczywistej potrzebie – i że lepiej dziesięć razy zostać oszukanym, niż nie pomóc jednej osobie, która naprawdę tego potrzebuje. „Jeśli ma się taką możliwość – tłumaczył – należy zawsze dać coś takiemu człowiekowi. Albo może coś dla niego kupić?”)

A większość żebrzących w Polsce rumuńskich (czy może raczej romskich) dzieci została sprzedana przez swoich opiekunów mafii, trudniącej się tym procederem. Jeśli nie przynoszą „zysku” są bite i głodzone. To być może dlatego chodzi im wyłącznie o pieniądze – i propozycje prezentu zwykle trafiają w próżnię… Mimo wszystko niektóre próbują się wyrwać z tego piekła. Widziałam kiedyś wstrząsający reportaż. Chłopak, może 17-letni, pracujący dla takiej grupy, próbował znaleźć w Polsce inną, uczciwą pracę. Ale kto u nas zatrudni „Rumuna”?! Jego młodsza koleżanka, 11-letnia dziewczynka, zdołała się nawet dodzwonić do rumuńskiej ambasady, prosząc, by zabrano ją stąd do „domu.” Nikogo jednak w ojczyźnie nie obszedł jej los, bo oficjalnie takie dzieci jak ona nie istnieją…

No, i co ci dwoje, Waszym zdaniem mają zrobić? Żebrzą, żyją na ulicy i…demoralizują się coraz bardziej…