Nie tylko kobiecy problem.

Z pewnym zdziwieniem dowiedziałam się, że problem tzw. ubóstwa menstruacyjnego” może dotyczyć nawet 500 milionów (sic!) kobiet na całym świecie.

Dla niezorientowanych: o ubóstwie menstruacyjnym mówimy wówczas, gdy miesiączkująca kobieta nie ma (stale lub przejściowo) dostępu do niezbędnych środków higienicznych.  Chciałabym z całą mocą powiedzieć, że uważam taki dostęp za kwestię godności i praw człowieka.

Trudno mi sobie np. nawet wyobrazić, jak radzą sobie w tym czasie kobiety bezdomne – podobno używają tego, co aktualnie jest pod ręką: folii, tektury (trzeba ją najpierw zmiąć, żeby choć trochę zmiękła…) czy pociętych szmat. Jak za czasów naszych prababek…

W wielu krajach, jak na przykład w Indiach (gdzie słynny „Pan Miesiączka” wymyślił maszynkę do produkcji podpasek z celulozy i za darmo rozdawał je ubogim kobietom), w walkę z problemem włączają się także mężczyźni , co zauważam z wielkim zadowoleniem.  W innych, jak w Szkocji, od niedawna środki higieniczne dla potrzebujących dostępne są za darmo np. w szkolnych gabinetach czy toaletach.

Coś w tym jest: skoro do publicznej toalety nie musimy ze sobą zabierać własnego papieru, to dlaczego z podpaskami czy tamponami nie jest tak samo? Przecież dla 50% ludzkości są to podobnie artykuły pierwszej potrzeby!

W Polsce z problemem walczy wiele organizacji społecznych, jak np. Akcja Menstruacja, która udostępnia za darmo podpaski, tampony, a ostatnio także kubeczki menstruacyjne. Taki kubeczek to bardzo ekonomiczna (i ekologiczna!) opcja: jeden wystarcza aż na 10 lat użytkowania.

Wszyscy jednak możemy coś w tym kierunku zrobić: wystarczy na przykład do paczki przygotowywanej „dla ubogich” dorzucić gratis kilka opakowań środków higienicznych. Przecież, o czym rzadko się pamięta, w prawie każdej rodzinie, objętej tego typu pomocą, znajdują się miesiączkujące kobiety lub dziewczęta…

Ale ubóstwo to tylko jedna z kwestii z tym związanych. Inną jest towarzyszący kobietom wstyd, związany często z narosłymi wokół tematu tabu i uprzedzeniami.

Wszyscy znamy te lekceważące zdania, rzucane pod adresem kobiet (szczególnie przez mężczyzn): „Coś Ty taka wściekła – okres masz?” O miesiączce mówi się brzydko i wulgarnie („ciota”, „ciotka” – to określenia, których najbardziej nienawidzę) – albo nie mówi się wcale.

Podejście społeczne do tematu może i powinno się zmienić. Rola w tym właściwej edukacji, która powinna obejmować uczniów obojga płci. Niestety, co mój 12-letni syn dostrzegł z pewnym zdumieniem, polska rzeczywistość w tym względzie jest, jaka jest.

U niego w szkole urządzono pogadankę o miesiączce w atmosferze wielkiej tajemnicy – i oczywiście tylko dla dziewczynek. Jak gdyby przyszłych mężów i ojców ten temat nie miał nigdy dotyczyć w jakikolwiek sposób.

Uznając wszakże menstruację za rzecz w pełni naturalną, nie potrafię jednocześnie zrozumieć niektórych skrajnych ruchów kobiecych, które nawołują w związku z tym do odrzucenia w tym czasie wszelkich „zabezpieczeń” higienicznych i krwawienia w pełni „zgodnie z naturą” – co nazywa się z angielska free bleeding.

Dla mnie, proszę Państwa, nie jest to w ogóle żaden „postęp” – tylko raczej regres. Miesiączka jest naturalna, lecz domaga się (jak wiele innych rzeczy, związanych z naszą fizjologią) także pewnej intymności. Przykładowo równie naturalną czynnością jest oddawanie moczu – a jednak nie jesteśmy zachęcani, by robić to publicznie w zupełnie nieskrępowany sposób, prawda?

Jedna z hipotez mówi, że właśnie miesiączka – chęć ukrycia niezbyt estetycznych widoków z nią związanych – była przyczyną wynalezienia ubioru. Ma to sens. Nasi przodkowie wywodzą się wszak z Afryki, a zatem nie mogło być im zimno…

Postscriptum: A swoją drogą, nasza nowoczesna „poprawność polityczna” nie przestaje mnie zadziwiać także w tym temacie. Oto niektóre środowiska lewicowe okrzyknęły „transfobką” autorkę serii książek o Harrym Potterze, po tym, jak Joan Rowling (w odpowiedzi na apel o „otoczenie szczególną opieką osób menstruujących w czasie pandemii COVID-19″) ośmieliła się napisać z pewną taką nieśmiałością, że te osoby menstruujące to chyba po prostu kobiety… Uważacie, że słusznie jej się dostało?

Zanim dorosną moje dzieci…

Ostatnio przez blogosferę przetoczyła się istna fala narzekań na „zacofanych” rodziców.

A to, że „chronią” swoje córki przed wizytą u ginekologa dziecięcego, a to, że nie rozmawiają z dziećmi o antykoncepcji, a to, że nie pomagają młodym w przypadku ewentualnej „wpadki”…

Można wręcz było odnieść wrażenie, że tak właściwie, to DOROŚLI są winni ciążom nastolatek – bo przecież „młodzi chcieli tylko spróbować, jak to jest” i „zupełnie nie byli na to przygotowani.”

No, cóż – oświadczam, że nie zamierzam, broń Boże, chronić mojej córki przed lekarzem – ma to mniej więcej tyle samo sensu, co twierdzenie, że „zębów mlecznych nie trzeba leczyć, bo przecież i tak wypadną” – ani przed rzetelną wiedzą na temat jej ciała i seksualności (sama zaczęłam się uczyć metod NPR na długo przedtem, nim w ogóle zaświtała mi w głowie myśl o współżyciu). Ale przed zbyt wczesną inicjacją seksualną – jak najbardziej.

Naprawdę jestem przekonana, że otaczanie „tych” spraw nadmierną tajemnicą w ostatecznym rozrachunku robi dzieciom więcej złego, niż dobrego w życiu – czego sama jestem dobrym przykładem.

I naprawdę byłam szczerze rozżalona na matkę jednej z moich nastoletnich Czytelniczek – która to tak bardzo chciała „chronić niewinność” swojej córki, że poskąpiła jej nawet elementarnej wiedzy w tym względzie, skutkiem czego biedna dziewczyna umierała ze strachu „czy aby nie jest w ciąży” przy każdej nieregularności cyklu…

Dlatego mój 6-letni synek dawno został uświadomiony i na pewno nie popełniłby takiej śmieszno-strasznej gafy, jak pewien jego rówieśnik w jednym z programów telewizyjnych, który zapytany „skąd się biorą dzieci?” popuścił wodze fantazji i odparł, że rodzice… wykopują je sobie z ziemi, jak kapustę!:)

Ale sądzę też, że mylą się ci, którzy uważają, że dzieci trzeba od najwcześniejszych lat „oswajać” z masturbacją i innymi formami ekspresji seksualnej.

Daleka jestem od tego, by rzecz demonizować – myślę też, że w większości wypadków u maluchów jest to pewna faza, która prędko mija (jeśli tylko nie ma jakiegoś podłoża nerwicowego czy chorobowego), tym szybciej, im MNIEJ się na tym koncentrujemy.

I jeśli (jak mówią) jest to u człowieka „zupełnie naturalne” zachowanie, jak oddychanie, to wydaje mi się, że dzieci świetnie same sobie z tym poradzą, bez żadnego „instruktażu” z naszej strony. A wszelkie próby przeprowadzania tego typu „szkolenia” (np. w przedszkolach) pod pozorem edukacji seksualnej uważam już, choć przykro mi to powiedzieć, za pewną formę MOLESTOWANIA dzieci przez dorosłych.

Myślę, że dla całościowego rozwoju dzieci jednak najlepiej jest, jeśli ich seksualność pozostaje w pewnym „uśpieniu” (jak to dawniej określano – latencji) aż do okresu dojrzewania.

I, proszę mi wybaczyć, nie wiem, naprawdę nie wiem, dlaczego koniecznie TRZEBA – no, po prostu trzeba! – uprawiać seks w wieku 14, 15, 16 lat? Dlaczego nie można z tym poczekać choćby do osiemnastki? 

Nawet, jeśli się bardzo, bardzo mocno „kocha” – i jest się bardzo, bardzo ciekawym, jak to jest. Ja zaczekałam z tym aż dorosnę – i wcale nie żałuję.

Nie przekonują mnie przy tym argumenty niektórych, jakoby NALEŻAŁO udostępnić środki antykoncepcyjne (czy nawet aborcję) nawet 12-latkom, ponieważ w przeciwnym wypadku i tak sami sobie to „zorganizują.”

Tak, wiem, że pomysłowość małolatów w omijaniu zakazów dorosłych jest zdumiewająca – ja też czytałam te opowieści o nastolatkach, łykających pigułki przeznaczone dla kotów – w potrzebie potrafią sobie „zorganizować” niemal wszystko – papierosy, narkotyki, dopalacze, alkohol…

Czy to jednak oznacza, że my- rodzice powinniśmy się po prostu z tym pogodzić?

Nie, drodzy Państwo. Uważam, że te wszystkie zakazy (także w prawie) nie wzięły się z powietrza. Po prostu osoba poniżej 15. roku życia nie jest jeszcze gotowa (ani fizycznie, ani psychicznie) na rozpoczęcie współżycia seksualnego (tak samo, jak na picie alkoholu, czy prowadzenie samochodu),

Czytałam gdzieś, że w przypadku młodych kobiet potrzeba co najmniej 5 lat od chwili pierwszej miesiączki, żeby osiągnąć wymagany stopień dojrzałości psychoseksualnej. W przypadku chłopców do tak otrzymanego wyniku dodałabym jeszcze co najmniej dwa lata…

Z tego samego względu nie ma większego sensu „regulowanie” nastolatce okresu przy użyciu preparatów hormonalnych – przez pierwszych kilka lat jej organizm ma prawo działać „nieregularnie” – a sztucznie ingerując w ten proces można go tylko jeszcze bardziej rozregulować.

Choć i mnie, kiedy poszłam do ginekologa jako 17-latka, spotkały nieprzyjemne uwagi ze strony lekarza, który nie mógł się nadziwić, że „w tym wieku” (sic!) wciąż jeszcze jestem dziewicą – i że w związku z tym on „będzie musiał” (biedaczek!) badać mnie per rectum…

Wydaje mi się, że wobec zmasowanego „bombardowania” ludzi seksualnym przekazem czasy nie są dziś sprzyjające dla umacniania autorytetu rodziców – a jednak mam nadzieję, że zanim moje dzieciaki zaczną dorastać, zdołam im jakoś przekazać nie tylko wiedzę o tym, „jak to wszystko działa” , ale i to, co według mnie jest w tym wszystkim najważniejsze.

Że jest to poważna sprawa, wymagająca dojrzałości i odpowiedzialności – za siebie i za drugą osobę. Że człowiek dojrzały, to taki, który jest w stanie zrozumieć i przyjąć konsekwencje swoich działań – a konsekwencją seksu ZAWSZE (mimo wszelkich naszych „zabezpieczeń”) może być dziecko. I że jak ktoś „nie jest na to gotowy”, to lepiej, żeby się w ogóle nie brał za te „zabawy dorosłych.” (Bo inaczej to trochę tak, jakby syn powiedział ojcu: „Wiesz, chciałem się przejechać i rozbiłem ci tę nową brykę! Sorry. Ale NIE MOŻESZ się na mnie gniewać, ja po prostu nie byłem świadomy tego, że na tej drodze będą też inne samochody – i że będą zasuwać tak strasznie szybko! Nie powiedziałeś mi o tym. Tak więc, tak właściwie, to jest TWOJA wina!” Jeśli ktoś czuje się dostatecznie dorosły na to, by kierować samochodem, powinien też wiedzieć, jakie ryzyko się z tym wiąże, niezależnie od tego, czy ktoś go o tym poinformował, czy też nie. Myślę, że z seksem jest podobnie.:))

A przede wszystkim: że ostatecznie to MIŁOŚĆ między dwojgiem ludzi jest jedynym sensownym powodem, dla którego w ogóle warto uprawiać seks.

I liczę, że mi się to uda.

Oczywiście, to nie znaczy, że nie pomogłabym swoim dzieciom w razie, gdyby coś jednak poszło nie tak. Pomogłabym – w końcu od tego są rodzice.

Chociaż, z drugiej strony…

Moi sąsiedzi pobrali się (za zgodą sądu) kiedy on miał 18, a ona 16 lat. Ich rodzice wyszli z założenia: „To była WASZA decyzja, więc teraz radźcie sobie sami!” – i wypędzili ich z domu. Ale właśnie dlatego młodzi musieli bardzo szybko dorosnąć – oboje pokończyli szkoły (chłopak jednocześnie pracował, utrzymując rodzinę) i od 25 lat są szczęśliwym małżeństwem.

A więc jednak można? Można!

Dzieci(Ilustracja do wpisu pochodzi ze strony benc.pl)

Zaklinanie rzeczywistości.

Z badania przeprowadzonego przez Instytut Badania Opinii „Homo Homini” dla „Dziennika Gazety Prawnej” wynika, że większość Polaków nie akceptuje wprowadzenia obowiązku szkolnego dla sześciolatków – przeciwko projektowi reformy opowiedziało się aż 66 procent respondentów – poinformował dziś Onet.

Nic to, pani minister Szumilas nadal jest przekonana, że „Rząd wie lepiej”, co jest dobre dla obywateli i dla ich dzieci – a zwłaszcza, zapewne, dla nauczycieli, których nie trzeba będzie zwalniać z pracy pomimo postępującego niżu demograficznego.

Posuwa się przy tym do absurdalnych z pedagogicznego punktu widzenia stwierdzeń w rodzaju: „wiek ucznia nie gra roli w jego osiągnięciach szkolnych” (ha, skoro tak, to, jak tu już pisałam, już zacznę przygotowywać Anielę do szkoły!) – choć zdecydowana większość sześciolatków, których rodzice skuszeni zostali propagandową wizją kolorowej i przyjaznej szkoły, zaczęła swoją „nową, fascynującą przygodę” od niepowodzenia – oraz chwali się, że „w 75% polskich szkół jest już woda bieżąca.” W XXI wieku, w środku Europy! (Sic!)

Jeszcze tylko zacznijmy OBOWIĄZKOWO przyjmować 2-latki do przedszkoli, co wprawdzie zmieni te ostatnie z instytucji edukacyjnych w opiekuńcze – ale za to zdejmie z rządzących obowiązek troski o miejsca w żłobkach – i będzie cacy.

Podobnie wcześniej zniszczono unikatową rolę polskich „zerówek” – które powinny stanowić właśnie łagodne przejście poprzez zabawę do nauki – zabraniając nauczania w nich literek i cyferek, co miało „zachęcić” niezdecydowanych rodziców do posyłania maluchów do szkoły: „Sześciolatku, nie trać roku!” – krzyczały dramatyczne plakaty. A może – „Pięciolatku, nie trać dwóch lat!”; „Czterolatku, nie trać trzech!” – i tak dalej? Toż to jakaś piramidalna bzdura!

W sukurs rządowi przyszła w tej sprawie także niezawodna „Superniania”, znana też jako Dorota Zawadzka – która wsławiła się również przekonywaniem rodziców za pieniądze, że pewna popularna margaryna to najlepsze, czym można karmić swoje pociechy.

Mam nadzieję, że teraz robi to, co robi za darmo, z czystego przekonania.

Jako mama 5,5-letniego chłopca, który (poniekąd z mojej winy, bo przecież to ja urodziłam go 1. stycznia 2008 roku – powinnam była wstrzymać się z tym do lipca!) zrządzeniem losu 1. września Roku Pańskiego 2014 będzie MUSIAŁ radośnie powędrować do szkółki, mogę stwierdzić z całą odpowiedzialnością, że mój syn NIE JEST jeszcze na to gotowy.

I to nie tylko ze względów intelektualnych (bo, Bogu dzięki, bystry z niego chłopczyk), ale społecznych, emocjonalnych i, że tak powiem, „bytowych.”

Weźmy np. tak prozaiczną rzecz, jak korzystanie z toalet. W szkole, do której miałby uczęszczać, nie są one zwyczajnie przystosowane dla dzieci jego wzrostu, a do tego maluchy dzielą je z dryblasami z gimnazjum.

Moja cioteczna siostra, która pracuje w szkole z dziećmi klas początkowych, również potwierdza, że jest to poważniejszy problem, niż chciałoby przyznać ministerstwo. Bo co w takiej sytuacji ma zrobić nauczyciel? Wyjść z małym uczniem do toalety, żeby mu pomóc, pozostawiając przy tym resztę klasy na pastwę losu?

Inna pytana przeze mnie przedszkolanka potwierdziła w rozmowie ze mną rzecz dla mnie najzupełniej oczywistą – że mianowicie z dziećmi tak małymi powinno się pracować w szkole metodą PRZEDSZKOLNĄ (tj. „nauka przez zabawę”), a nie w systemie klasowo-lekcyjnym, który u nas króluje od pierwszej klasy.

Tak zresztą właśnie jest w większości krajów Europy, na które powołują się nasi „eksperci”, twierdząc, że wczesna edukacja dzieci to wspaniała rzecz: tamtejsze szkoły jako żywo przypominają nasze przedszkola.

A jak to jest u nas, uświadomiła mi niedawno pewna moja kuzynka z bogatej, podwarszawskiej miejscowości, mama córki o rok starszej od mojego syna.

Owszem, nam też obiecywano – mówiła rozgoryczona – że dzieci absolutnie nie będą musiały siedzieć sztywno w ławkach. Tymczasem siedzą tak już od pierwszego dnia w szkole. Co więcej, od początku zaczęły się pretensje i pytania, dlaczego moja córka nie umie jeszcze czytać i pisać. A przecież nowa podstawa programowa dla „zerówek” podobno nie obejmuje takich umiejętności...”

No, cóż – ja zawsze uważałam, że większość małych dzieci uczy się z radością – dopóki nie odzwyczai ich od tego tego SZKOŁA.  I na wszelki wypadek postanowiłam sama nauczyć Antosia trudnej sztuki czytania i pisania…

Co do mnie, cieszę się, że mój syn będzie mógł spędzić jeszcze cały rok w przyjaznym, rozwijającym otoczeniu swego prywatnego przedszkola (dziś właśnie pojechał na wycieczkę do teatru…) – zamiast w tej ciemnej i zagrzybionej suterenie, w której mieści się nasza „państwowa” zerówka. Współczuję rodzicom, których nie stać na nic innego.

Ciekawe jest także, że jeszcze niedawno, jeśli ktoś chciał posłać dziecko wcześniej do szkoły, musiał przedstawić wyniki testów psychologicznych, potwierdzające jego dojrzałość szkolną. Teraz zaś, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, samo tylko rozporządzenie ministerialne sprawi, że nagle WSZYSTKIE dzieci w tym wieku będą na to gotowe? Nie wierzę!

Moim zdaniem nie da się odgórnie zadekretować, by wszystkie 6-latki nagle poprawnie wykonywały to, czego dotąd oczekiwaliśmy od 7-latków. W życiu małego człowieka rok to OGROMNA przepaść.

Ten siódmy rok życia to jednak musi być jakaś NATURALNA granica ludzkiego rozwoju – nie bez racji chyba niektórzy psychologowie twierdzą, że „zmieniamy się co siedem lat”.

Był to, co warto zauważyć, także typowy wiek „rytuałów inicjacji” w różnych kulturach świata – żeby przywołać choćby nasze prasłowiańskie postrzyżyny.

W tym ujęciu „naturalnym” wiekiem rozpoczynania kolejnych etapów edukacji byłby 7, 14 i 21 rok życia. Zresztą, co warto też dodać, owa granica 21 lat wyznaczała „pełnoletność” jeszcze w czasach II RP. Ciekawe, prawda?

Interesujące jest także, że – jak pokazują oficjalne, europejskie badania – najlepsze wyniki nauczania osiągają uczniowie w Finlandii, gdzie dzieci rozpoczynają naukę „po staremu”, w siódmym roku życia.

Ale cóż, z tym tak jak zawsze: jeśli FAKTY świadczą przeciwko nam, to tym gorzej dla faktów.

Postscriptum: Nasz niestrudzony w kopiowaniu „wzorców z Zachodu”  (niekoniecznie niestety tych najlepszych i najmądrzejszych) rząd przebąkuje też coś o wprowadzeniu elementów edukacji seksualnej do przedszkoli. To swoją drogą ciekawe, że zdaniem naszych speców przedszkolak nie musi (a nawet nie powinien!) uczyć się literek, ale  nigdy nie jest za mały, aby się dowiedzieć, co to jest „zły dotyk” i „ograniczające stereotypy płci” – oraz, że nie ma nic złego w zabawach w lekarza z koleżanką lub kolegą.

Ja bardzo przepraszam, ale mając wyższe wykształcenie jestem chyba dostatecznie przygotowana, by rozmawiać z moimi dziećmi na WSZYSTKIE, nawet najbardziej „drażliwe” tematy? I nie potrzebuję, aby mnie w tym wyręczała jakaś „wyzwolona” pani edukatorka…

Postscriptum 2: A ostatni głośny przypadek pani, która zabiła 6-latka, tłukąc go na śmierć, ale nie przeszkodziło jej to zostać „ekspertką” w MEN, również stawia pod znakiem zapytania tezę, że rodzice, którzy niepokoją się o los swoich małych dzieci w polskiej szkole, to tylko „grupa histeryków.”

Moja mama, która także pracowała przez kilka lat w oświacie, opowiadała mi o nauczycielu, który miał zwyczaj tłuc głową krnąbrnego ucznia o tablicę – a mimo toNIE MOŻNA BYŁO go zwolnić z pracy. (Sądzicie, że takie przypadki to rzadkość?). „Musiałby chyba kogoś zabić – mówiła – żeby nie móc pracować w szkole.” Jak widać z ostatnich doniesień, i to mogłoby nie wystarczyć…

Nawiasem mówiąc, sprzeciwiam się określaniu tej pani jako „osoby bardzo wierzącej.” Jeśli ktoś zabił małe dziecko – i w dodatku czuje się „niewinny” – to z pewnością NIE JEST głęboko wierzącą osobą. Cierpi, co najwyżej, na religijne obsesje, które nierzadko towarzyszą zaburzeniom psychicznym.

I jeszcze historyjka dla tych, którzy sądzą (jak prof. Środa, która radziła, by niemowlęta oddawać jak najszybciej do żłobka, ponieważ „w rodzinie nauczą się jedynie egoizmu”), że „państwowe wychowanie” , i to od najwcześniejszych lat, jestZAWSZE lepsze od domowego.

W pewnej małej miejscowości żyła sobie rodzina z trójką dzieci: była tam kilkunastoletnia dziewczynka, kilkuletni chłopczyk i mały szkrab płci żeńskiej, chyba dwuletni.

Rodzina taka jak inne, jeśli nie liczyć faktu, że oboje rodzice nadużywali alkoholu. Niech będzie, że trochę bardziej, niż wielu innych. Kochali jednak swoje dzieci, i ani ich nie bili, ani szczególnie nie zaniedbywali.

Opieka społeczna uznała jednak, że taka sytuacja jest niedopuszczalna i całą trójkę zabrano do Domu Dziecka, odbierając jednocześnie „wyrodnym” rodzicom wszelkie prawa do dzieci.

Pół biedy, dopóki cała trójka przebywała razem – najstarsza dziewczynka opiekowała się młodszym rodzeństwem, dalsza rodzina przyjeżdżała często w odwiedziny, a wszyscy liczyli, że kiedyś jednak uda im się wrócić do domu.

Problemy zaczęły się wtedy, kiedy najmłodszą dziewczynkę przekazano do adopcji (wiadomo, że zawsze największy „popyt” jest na dzieci najmłodsze), a najstarszą – do rodziny zastępczej.

Średni chłopczyk, osamotniony, szybko zaczął się włóczyć w podejrzanym towarzystwie – i wszedł już w konflikt z prawem. Rodzina zastępcza, do której trafiła dziewczyna, nie interesowała się nią zupełnie, już nawet nie wspominając o wychowywaniu. Rzecz cała skończyła się w sposób znany ludzkości od wieków: spragniona miłości nastolatka poznała chłopaka, z którym zaszła w ciążę – a wtedy jej „rodzice zastępczy” odesłali ją z powrotem do placówki opiekuńczej.

Dyrektorka wystarała się o sądową zgodę na małżeństwo młodych i zorganizowała skromną ceremonię. Dziewczyna ma niespełna 17 lat, za dwa tygodnie urodzi dziecko, a jedyny jej majątek stanowi wyprawka dla niemowlaka, którą dostanie z Domu Dziecka.

Oczywiście, zaraz podniosą się głosy: „O, widzisz, i to wszystko przez brak edukacji seksualnej!” Niewykluczone. Mnie jednak nurtuje inny problem: kto wie, jak potoczyłyby się losy tej trójki, gdyby mimo wszystko zdecydowano się pozostawić ich w ich „dysfunkcyjnej” rodzinie?