Święty Trójkąt?

Chciałabym przede wszystkim prosić Cię, drogi Czytelniku, byś nie brał wszystkiego, co księża mówią lub piszą na ten drażliwy temat za oficjalne nauczanie KK – bo to po prostu NIE JEST to samo. Często wierzący (mnie nie wyłączając!) przedstawiają jako „dogmat” coś, co jest tylko ich prywatnym poglądem albo fobią.

Mój mądry spowiednik zawsze mi tłumaczył, że nadmierne zainteresowanie sprawami (cudzej) alkowy przejawiają zwłaszcza ci, którzy sami mają jakieś z „tym”problemy. Kościół – mówił – może oczywiście dawać małżonkom pewne moralne wskazówki (np. odnośnie antykoncepcji czy aborcji), ale powinien taktownie zatrzymać się na progu sypialni i nigdy, przenigdy nie zaglądać ludziom pod kołdrę!

Niektórzy katolicy, zwłaszcza ci starszej daty, wciąż odbierają „te rzeczy” jako coś grzesznego, a przynajmniej wstydliwego: „Teraz, Panie, pobłogosław, ale nie patrz na nas, kiedy „to” robimy!”

Niedawno długo (aczkolwiek chyba nieskutecznie) próbowałam przekonać pewnego „tradycjonalistę” że naprawdę nie jest tak, że Bóg „odczuwa wstręt” do wszystkiego, co  w nas fizyczne (jak np. wytrysk nasienia) i toleruje to wyłącznie z powodu prokreacji. Logicznie rzecz ujmując, jak mógłby się „brzydzić” tym, co sam stworzył?

W Biblii jest nawet takie piękne zdanie: „Niczym się nie brzydzisz, co uczyniłeś, bo gdybyś miał coś w nienawiści, nie byłbyś tego uczynił.” < Mdr 11,24> (Notabene, zastanawiam się, czy to zdanie nie powinno wpłynąć na stosunek niektórych wierzących nie tylko do seksu, ale także np. do niepełnosprawnych, do przedstawicieli innych ras i orientacji seksualnych?:))

Oczywiście, zagraża nam również pokusa nadmiernej „sakralizacji” seksu. U Szymona Hołowni znalazłam zabawne stwierdzenie, że pewnej części ludzi „szczęście wieczne” kojarzy się dziś z wiecznie trwającym…orgazmem. No, skoro nie zaznali innego „szczęścia”…

„Zapraszanie Jezusa do naszego łóżka”, co z kolei praktykują inni, to jednak także pewna przesada. Bo jeżeli Pan Bóg jest rzeczywiście Miłością, to jest obecny w każdym przejawie ludzkiej miłości – także w tym najbardziej intymnym! – i nie potrzeba Go jeszcze tam jakoś specjalnie „zapraszać.”

O. Knotz, czołowy kościelny „specjalista od tych rzeczy” mądrze kiedyś powiedział, że każdy sakrament ma własną liturgię, a dla sakramentu małżeństwa jest nią właśnie samo zbliżenie, więc gdybyśmy próbowali (z nadmiaru pobożności) odmawiać przedtem jeszcze różaniec, to by nam się zwyczajnie…odechciało!:)

A Żydzi mają takie piękne powiedzenie: „Kiedy mąż i żona są razem, chwała Boża ich otacza.” I to chyba zupełnie wystarczy.

A w pewnych sytuacjach „trzy osoby to już tłum”, nawet, jeśli jedną z nich jest Osoba Boska,prawda?:)

Postscriptum: Od czasu pamiętnej dyskusji z Rabarbarem o in vitro (Zob. „Żelazne zasady”; „”Magdalena Środa czyta list biskupów”)  zastanawiam się ciągle, czy „kryterium celu” które Kościół często stosuje w sytuacjach „trudnych” naprawdę nie dałoby się zastosować także w tym przypadku (o ile wszystkie poczęte tą drogą przyszłyby następnie na świat), a również, na przykład. w odniesieniu do stosowania antykoncepcji? Skoro bowiem stosowanie pigułki w celach leczniczych trudno uznać za coś złego, to może podobnie „po ludzku” należałoby podejść do sytuacji, kiedy para stosuje „zabezpieczenia” ponieważ kolejna ciąża zagrażałaby zdrowiu lub życiu kobiety. Albo kiedy ma ona już dziewięcioro dzieci i nieodpowiedzialnego męża-pijaka? Naszym głównym celem (motywem działania) nie jest bowiem wówczas „zamknięcie się na dar życia” , prawda? 🙂

Postulowałabym, żeby pozostawić tu nieco więcej „luzu” ich własnemu sumieniu, mimo że istnieje zagrożenie, że taki „wyjątek od reguły” pociągnie za sobą całą lawinę następnych. Dyskusja o aborcji czy eutanazji też zawsze rozpoczyna się od szczególnie drastycznych przypadków, takich w których „no, po prostu grzech byłoby na to nie pozwolić!” Na podobnej zasadzie „wyjątku” zezwoliły na stosowanie „sztucznych” środków antykoncepcyjnych Kościoły protestanckie (w początkach XX w.), a dziś już wiele z nich w pełni akceptuje przerywanie ciąży, często z tej racji, że „prawo tego nie zabrania.”

KŁOPOT „Z WYJĄTKAMI OD REGUŁY” POLEGA NA TYM, ŻE BARDZO TRUDNO WYZNACZYĆ GRANICE…

Wychowanie do…intymności?

INTYMNOŚĆ to takie piękne słowo…a takie dziś zapomniane! 🙂

Albo i gorzej – nagminnie myli się je z pruderią, kołtuństwem, zakłamaniem, parafiańszczyzną…

Jeszcze we wczesnych latach 90-tych niezrównany Andrzej Sikorowski napisał taką piosenkę:

„Wow- talk show!
Ktoś przed kamerą spodnie zdjął,
 powiedział ile razy może,
i z kim od wczoraj dzieli łoże…
Nie wstydzi żadnej się rozmowy –
 i jest niezwykle kontaktowy.
Europejczyk, a nie jakiś koł – wow!
Talk show!”


Ale „intymność” pochodzi od słowa „intime”, które oznacza „wewnętrznie…” No, więc, czego można wymagać od kogoś, kogo całe życie wewnętrzne sprowadza się do okresowych niestrawności?:)

Dużo się ostatnio mówi o „wychowaniu seksualnym” – ale nie jestem pewna, czy jaśnie oświeceni państwo edukatorzy oprócz fascynujących tajników zakładania prezerwatywy zechcą uczyć młodzież również poszanowania dla własnej (i cudzej!) intymności?

Osobiście – szczerze wątpię! Nie w świecie, gdzie synonimem nowoczesności stało się mówić (i robić!) wszystko, wszędzie i każdemu… A niektóre, nawet bardzo ważne rzeczy, stają się wręcz odpychające, gdy się o nich mówi za dużo i za głośno. One są właśnie „intymne” – i takimi powinny pozostać.

Pamiętacie tę sławetną akcję T-SHIRT DLA WOLNOŚCI i koszulki z takimi na przykład napisami: „Mam okres!”, „Masturbuję się!”czy też „Dokonałam aborcji!”? Brakowało mi jeszcze tylko koszulki obwieszczającej triumfalnie, że właściciel(ka) dłubie w nosie, cierpi na hemoroidy lub ma gazy…

I wszystko to, oczywiście, pod hasłem przełamywania kolejnego tabu – tyle, że ja nie wiem, czy w dzisiejszych czasach pozostało jeszcze jakieś do złamania… Prawda jest już nie tyle naga, co rozebrana…

Niestety, katolicy w kwestii takiego wychowania nie za bardzo mogą liczyć także na swój Kościół – gdzie, jak to mądrze napisał o. Prusak w „Tygodniku Powszechnym”, nawet podczas kursów przedmałżeńskich o seksie mówi się do dorosłych takim językiem, jakby na sali obecne były dzieci.

Wobec powyższego doradzam raczej „samowychowanie” do delikatności, wyczucia, taktu, kultury słowa i bycia, poszanowania prywatności swojej i innych – bo to wszystko przecież składa się na pojęcie „intymności.”

Chrześcijanom zaś (i nie tylko!) polecam mądrą lekturę – np. rekomendowane tu już kilkakrotnie „Sprawy intymne” Lindy Dillow czy „Seks po chrześcijańsku.” Marioli i Piotra Wołochowiczów. Dużo (i mądrze!) o „intymności małżeńskiej” pisze także na swoim blogu Artur Sporniak.
 

Dziennikarska ciekawość.

Odkąd zaczęłam pisać tego bloga, dość regularnie otrzymuję różne propozycje od dziennikarzy z rozmaitych redakcji – już to zainteresowanych problemami rodziców niepełnosprawnych, już to związkami z osobą duchowną. A czasami jednym i drugim.

Z zasady nie odmawiam. 🙂 Nie dlatego, jakobym miała aż tak wielkie „parcie na szkło”, tylko po prostu dlatego, że wiem już z doświadczenia, że na ogół nic z tego nie wynika…

Widocznie moja (nasza) historia jest – przy całej swojej niezwykłości – jednak za mało dramatyczna. Happy endy ostatnio jakoś kiepsko się sprzedają.
Co innego, gdyby P. mnie zostawił z dzieckiem przy piersi, a wcześniej pił, bił i molestował… Ach, gdybyśmy tylko zechcieli wywołać jakiś mały, milutki skandalik (choćby tyci!) – zorganizowali demonstrację na rzecz zniesienia celibatu na przykład. Albo przynajmniej gdyby on nie chciał pracować i beztrosko utrzymywał się z mojej renty…

Ale tak?! „I co, i tak spokojnie sobie państwo żyjecie?” – zapytał mnie ostatnio pewien dziennikarz i wyczułam w jego głosie nutkę zawodu. Aż żal mi się go zrobiło, bo naprawdę miły był z niego facet…

Jedna dziewczyna, którą bezskutecznie próbowałam namówić na udział w pewnym medialnym przedsięwzięciu (uważałam po prostu, że miałaby wiele ważnych rzeczy do powiedzenia), napisała mi kiedyś: „Nigdy, przenigdy nie podzielę się tymi przeżyciami z żadnym dziennikarzem…Nie chcę, by zrobił z tego jakiś materiał dla sensacji.”

O, kurczę! – pomyślałam wtedy – Czyżbym to tylko ja była taką „ekshibicjonistką”? (Po prawdzie, to już dawno jedna z moich ukochanych nauczycielek powiedziała mi, że opowiadanie o problemach jest po prostu moim sposobem na radzenie sobie z nimi. Fakt – zawsze uważałam, że to, co udało mi się ubrać w słowa nie jest już takie straszne, jak to, co nienazwane…)

A Wy, co sądzicie o tym? Czy rzeczywiście dziennikarze w dzisiejszych czasach szukają tylko „sensacji”? Czy może jednak (mam nadzieję!) także jakiejś PRAWDY o świecie? Przepraszam za słowo…