Prawo do protestu.

Zastanawiałam się dość długo, czy w ogóle pisać o tym – tym bardziej, że ostatnie wydarzenia, w wyniku których sama zostałam uznana przez niektórych Czytelników za dość odrażające moralnie indywiduum, znacznie podkopały moją wiarę w sens wypowiadania się publicznie na jakikolwiek temat. Być może rzeczywiście jestem jednostką totalnie niewiarygodną w roli tzw. „obrończyni wartości.” Jakichkolwiek.

Nie byłam też do końca pewna, co nowego mogłabym tu napisać – oprócz tego, co zazwyczaj piszę w takich razach.

Że mianowice współczesna sztuka ŻYWI SIĘ skandalem. A jak można najłatwiej wywołać skandal w świecie,, który już dość dawno wyzbył się większości dawnych „tabu” (przede wszystkim obyczajowych), a z drugiej strony sam nałożył sobie, poprzez poprawność polityczną, pewne nowe ograniczenia (tak więc o niektórych zjawiskach po prostu „nie wypada” mówić inaczej, niż dobrze – i już)?

Ano, wiadomo, że „waląc ile wlezie” w religię, zwłaszcza zaś w tę jedną, z której człowiekowi nowoczesnemu szydzić nawet wypada – w katolicyzm – w te biedne, śmieszne „babcie z różańcami.”. Bo już sztuka wymierzona np. w wyznawców judaizmu mogłaby się spotkać (być może zresztą słusznie) z zarzutami o „antysemityzm” i „budzenie demonów przeszłości”; już nawet nie mówiąc o tym, co mogłoby spotkać twórcę, który pozwoliłby sobie na zbyt swobodne podejście do postaci proroka Mahometa…

Odwaga szydzenia z chrześcijaństwa mocno dziś staniała – cóż prostszego, niż wsadzić  krzyż do menzurki z moczem? W większości krajów świata zupełnie nic za to nie grozi. Jest to zatem, śmiem twierdzić, odwaga małego Jasia, który jest z siebie strasznie dumny, ponieważ pomimo przestróg babci udało mu się narobić pod figurką…

Mnie jednak wychowano w przekonaniu, że należy szanować nie tylko swoje „świętości” (o ile ktoś je ma), ale takoż i cudze – i że to także wchodzi w skład szeroko pojętej „kultury.” Nie tylko osobistej. I mam wrażenie, że mówiłabym dokładnie to samo, gdybym była  ateistką.

Moi Czytelnicy natomiast przywoływali w tym kontekście przykład filmu Martina Scorsese „Ostatnie kuszenie Chrystusa” (swego czasu też dość mocno oprotestowany) – wydaje mi się jednak, że pomiędzy tym filmem (który, poza prostym skandalizowaniem niósł też pewne przesłanie, zawarte w pytaniu: „Co by było, gdyby Jezus zamiast wzniosłej misji zbawiania świata wybrał zwykłe, ludzkie szczęście z Marią Magdaleną?”) a  dzisiejszymi, coraz bardziej wulgarnymi prowokacjami istnieje jednak jakościowa różnica…

Te ostatnie znikają z naszej świadomości równie szybko, jak się pojawiły (kto dziś jeszcze pamięta, czego dotyczył poprzedni skandal?:)) – co jest dla mnie kolejnym dowodem na to, że nie chodzi tu wcale o odkrywanie jakichś głębokich prawd o świecie i człowieku (co zawsze powinno być celem sztuki, która pretenduje do miana „nieśmiertelnej”) – a JEDYNIE o wywołanie chwilowego oburzenia.

Warto tu może jeszcze raz przypomnieć wiekopomne wcześniejsze dokonania tego artysty, który stworzył m.in. performance polegający na topieniu „na żywo”  żywych chomików (biedne zwierzątka…) – oraz inny, podobny, dokumentujący przy pomocy bardzo czułej aparatury dźwięki, wydawane przez kraba, poddawanego wiwisekcji… Panie i Panowie – czapki z głów!

Twórcze perypetie pana Garcii są zresztą ciekawym przykładem nieomal „sakralnej nietykalności”, jaką nasze zlaicyzowane społeczeństwa otaczają „wolność artystyczną.” Oto bowiem to, co uznano za niedopuszczalne z motywacji religijnych – dręczenie zwierząt (jak o tym świadczy choćby spór o ubój rytualny) – staje się nagle znów zupełnie do przyjęcia, jeśli tylko opatrzymy to etykietką z napisem „SZTUKA!”

Nie, nie, ja się nie czuję obrażona. Ani trochę. Myślę, że człowiek nie jest w stanie już BARDZIEJ „obrazić” Tego, który SAM dał się opluć i przybić do krzyża – niezależnie od tego, jak bardzo się stara. Wciąż jest to tylko ciąg dalszy tej samej historii, która trwa od wieków.  Dlatego niezmiennie sądzę, że najlepszą możliwą reakcją na tego typu tanie prowokacje byłoby pełne godności (prze)milczenie.

Nie piszę też tego wszystkiego po to, by propagować „cenzurę” w jakiejkolwiek bądź postaci  (może poza autocenzurą, którą niekiedy staram się sobie sama narzucić – nie zawsze, jak widać, skutecznie). Nie. Uważam jedynie, że czym innym jest cenzura, która jest (prawie zawsze) zinstytucjonalizowanym działaniem,  zmierzającym do zablokowania pewnych treści, opartym o sankcje karne – a czym innym zwykłe prawo do protestu, które w państwie demokratycznym powinno przysługiwać wszystkim obywatelem – czy to w urzędzie, czy w galerii sztuki, na uczelni, w teatrze czy w kościele…

Choć, oczywiście, wolałabym, aby protestujący zawsze najpierw zapoznali się z tym, przeciw czemu protestują (bo z tym, niestety, różnie u nas bywa).

Nigdy jednak nie zdołam pojąć, dlaczego, kiedy grupa łysych młodzieńców mało uprzejmymi okrzykami przerwała wykład  kontrowersyjnego prof Baumana we Wrocławiu, to wówczas red. Adam Michnik wraz z prof. Magdaleną Środą łkali unisono nad tym, że „Polsce zagraża faszyzm” – natomiast kiedy .młodzi, lewicowi aktywiści zakłócili wykład równie kontrowersyjnego księdza Pawła Bortkiewicza na temat gender (pod koniec zeszłego roku w Poznaniu), tańcząc na stole w damskich ciuszkach i wrzeszcząc „Zapraszamy do niszczenia rodziny!” – to nikt z wielkich tego świata już nie mówił o żadnym zagrożeniu demokracji?

Dla mnie zaś oba te incydenty są tylko wyrazem prawa do obywatelskiego protestu – albo też OBA w równiej mierze zasługiwałyby na potępienie…

Tymczasem samego siebie w straszeniu „postępowej opinii publicznej” protestem owych „moherowych babć” przeszedł chyba redaktor Henryk Martenka z „Angory”, pisząc, co następuje:

„Pod teatrami odbyły się nabożeństwa różańcowe i inne egzorcyzmy. Były one skutkiem fatwy, rzuconej przez poznańskiego biskupa [aczkolwiek „fatwa” to termin zaczerpnięty z innego systemu religijnego  i dotyczy zgoła czegoś innego, niż publiczne modlitwy o nawrócenie grzeszników  – ale któż by tam zważał na takowe niuanse –religion is religion, nieprawdaż, panie Redaktorze?].  Jutro kółka różańcowe mogą zebrać się przed uniwersytetem, synagogą czy księgarnią, bo ktoś poczuje się dotknięty religijnie, a biskup zagrozi zamieszkami…” – wieszczy nam wszystkim ponurą przyszłość wróż Martenka.

Oj, tak, panie redaktorze – aż strach się bać! Bo przecież „każdy światły człowiek wie” , że od modlitwy do zamieszek ulicznych (oraz palenia bibliotek i muzeów…) z reguły jest tylko jeden krok, a takie różańce w rękach staruszek to znacznie groźniejsza broń, niż kastety w rękach kiboli…

Zwykle chętnie czytuję felietony w „Angorze”, ale tym razem aż chciało mi się zawołać: „Znaj proporcją, mocium panie…”

Nie, nie, nie! Modlitwa naprawdę nie jest najgroźniejszym aktem terroryzmu, znanym ludzkości (i nigdy pozwolę aż do tego stopnia demonizować modlących się ludzi – mimo, że wiem, że i w nich mogą się czasami budzić złe emocje – co można było zaobserwować chociażby w niektórych relacjach z Krakowskiego Przedmieścia), choć może nie jest najlepiej, gdy przeradza się ona w instrument nacisku.

Protest

I właśnie dlatego zdecydowałam się opublikować ten post – ryzykując, że znowu oberwę od kogoś za to po głowie…Być może nawet od wszystkich zainteresowanych stron…

(Nie) chce się żyć… ale się musi.

Jak zazwyczaj, gdy rzecz dotyczy porażenia mózgowego, z mieszanymi uczuciami obejrzałam ostatnio na HBO zasłużenie obsypany nagrodami film Macieja Pieprzycy „Chce się żyć.”

Opowiada on (opartą na faktach) historię ciężko chorego chłopaka, o którym w dzieciństwie zadecydowano, że prawdopodobnie przez całe życie będzie „rośliną” – osobą, z którą nigdy nie będzie kontaktu. W końcu trafia do ośrodka opieki, w którym to szczęśliwym zbiegiem okoliczności okazuje się, że choć Mateusz ma poważne problemy z własnym ciałem i z komunikowaniem się z otoczeniem, to jednak rozumuje zupełnie prawidłowo.

Uczy się „mówić” z pomocą języka symboli (tzw. język Blissa)…

Jestem pod wrażeniem zwłaszcza znakomitej roli Dawida Ogrodnika, który tak sugestywnie odtworzył objawy fizyczne, towarzyszące tej chorobie (a niektóre z nich obserwuję także u siebie, choć w znacznie mniejszym nasileniu) – że przez chwilę zastanawiałam się poważnie, czy nie jest to aktor rzeczywiście dotknięty tym rodzajem niepełnosprawności.

A moje mieszane uczucia wynikają jak zwykle z kilku powodów.

Po pierwsze, zawsze mnie trochę irytowało, że hasło „porażenie mózgowe” prowokuje kulturę tylko do opowiadania o swego rodzaju przypadkach „skrajnych” (innym przykładem jest choćby słynny film „Moja lewa stopa”  – 1989 r. z Danielem Day-Lewisem w roli głównej, który został nagrodzony dwoma Oskarami), skutkiem czego w powszechnej świadomości choroba ta kojarzy się (na równi z Zespołem Downa, a może nawet bardziej…) jedynie z potwornymi deformacjami i całkowitym uzależnieniem od opiekunów.

No, po prostu z najgorszym, co może spotkać Twoje dziecko, drogi Rodzicu. Na blogu pewnego pana, którego synek urodził się (współczuję) z defektem narządu słuchu, również kiedyś znalazłam to znamienne westchnienie ulgi: „no, ale mogło być gorzej – mógł mieć na przykład PORAŻENIE MÓZGOWE…”

Ja to wszystko rozumiem – jak tu już kiedyś pisałam, nikt przy zdrowych zmysłach nie chce mieć „takiego” dziecka – ale jak ma się w związku z tym czuć osoba, która „to” ma – co więcej, stara się „z tym” w miarę normalnie żyć? Po przeczytaniu czegoś takiego powinnam chyba natychmiast poddać się eutanazji?

Porażenie mózgowe to dziwna i nieprzewidywalna choroba, na swój sposób nawet fascynująca ( i dlatego tak wielu studentów medycyny, psychologii, rehabilitacji i wielu innych kierunków co pewien czas prosi mnie o wypełnienie ankiet do swoich prac badawczych. Z reguły im nie odmawiam: zawsze chciałam poświęcić się dla nauki. 😉 Poza tym, odpowiadając na ich pytania, lepiej poznaję samą siebie… a to zawsze jest cenne). Doprawdy, ludzki mózg to tajemniczy organ – dlatego,każdy przypadek jego uszkodzenia jest inny.

Mnie na przykład choroba pozostawiła zdolność porozumiewania się, myślenia a nawet poruszania się (choć z pewnym trudem). Bogu dzięki, nie jestem całkowicie zależna od innych w codziennych sytuacjach; nie wydaje mi się również, bym była fizycznie „przerażająca.”

Mogłam trafić o wiele gorzej, wiem. Tym niemniej, WŁAŚNIE DLATEGO, że tak (relatywnie) niewiele mi brakuje do „normalności” (czymkolwiek ona jest), czasami czuję się jak Mojżesz, który patrzył na Ziemię Obiecaną, wiedząc, że nigdy nie będzie mógł przekroczyć jej granic.

A właśnie teraz bardzo przydałyby mi się dwie sprawne ręce (mam tylko jedną) – i dwie szybkie nogi, po prostu dlatego, żeby NAPRAWDĘ nikomu nie być ciężarem ponad siły, co mi tu niedawno zarzucono. Gdybym była w pełni sprawna, także moje trzecie dziecko nie byłoby dla nikogo problemem. Ale nie jestem.

I jest mi teraz z tego powodu bardzo, bardzo smutno – choć wiem, że w tym smutku nikt mi nie może ulżyć, nawet ci, którzy, jak P., bardzo kochają tę „rozpieszczoną egoistkę”, którą podobno jestem. Sama się muszę z tym jakoś uporać-  i zrobię to. W końcu. Choć pisząc o tym na blogu, jestem świadoma, że od niektórych z Was pewnie znów usłyszę, że „biadolę” oraz „użalam się nad sobą.” Trudno. Ryzyko „zawodowe” każdej blogerki. A słowa  o wiele łatwiej się rzuca, niż kamienie. (Co pozostawiam pod rozwagę „wkurzonym” moją postawą Czytelnikom.)

Jeden z moich spowiedników, także doświadczony przez chorobę, kiedyś mądrze powiedział, że żadna to dla nas samych pociecha wiedzieć, że „inni mają jeszcze gorzej” – tym bardziej, że doskonale wiemy, że są i tacy, którzy mają się od nas znacznie lepiej…

Drugi zaś powód mych sprzecznych emocji, to fakt, że – jak doniósł „Super Express” – 33-letni Przemek Chrzanowski, którego historia posłużyła reżyserowi za kanwę tego filmu, nadal; mieszka w niezmienionych warunkach w domu pomocy, choć obiecywano mu wiele udogodnień, choćby komputer, który ułatwiłby mu kontakt za otoczeniem. Cóż, powiecie – takie jest życie?

„Maaamo! Mamoooo…” No, tak.  Błogosławioną zaletą posiadania dzieci jest fakt, że one nigdy nie pozwalają mi stracić do końca kontaktu z rzeczywistością i pogrążyć się bez reszty w takich rozważaniach na temat stanu mojej duszy  (i ciała), które w obecnej sytuacji mogłyby mnie doprowadzić nawet do decyzji o samobójstwie.

Wiem, że  dla nich muszę zebrać się w sobie – i przeżyć kolejny dzień. Dzień… dzień… dni…

” W naszych ciemnościach, o, Panie, rozpal ogień, który nigdy nie zagaśnie…”

Uwaga – poprzednia notka (wraz z wszystkimi komentarzami) nie została stąd trwale usunięta, lecz jedynie tymczasowo ukryta – ku ochronie tych (zwłaszcza zaś moich rodziców), których moja nadmierna,, być może, szczerość, mogłaby zranić. Naprawdę nie chciałabym już być przyczyną cierpienia dla nikogo, o ile to tylko możliwe.

Jednocześnie nie wykluczam,że pewnego dnia ten wpis może powrócić na swoje miejsce – jeśli kiedyś (co daj Boże, amen) tamto moje wyznanie przestanie wzbudzać w ludziach tak skrajnie negatywne emocje. 

A ta piosenka Perfectu jest ostatnio jedną z kilku, które podnoszą mnie na duchu…. Posłuchajcie!

 

Dlaczego Edith Piaf nigdy nie wygrałaby konkursu Eurowizji?

No, cóż – najprostsza odpowiedź na to pytanie chyba brzmi: dlatego, że ze swoim oszczędnym scenicznym emploi zostałaby dziś uznana za zbyt „konserwatywną” jak na nasze zwariowane czasy.

W światowym show-biznesie bowiem chyba coraz mniej liczy się, kto jak śpiewa – a bardziej, ile jest w stanie „pokazać” publiczności na scenie i poza nią. Modelowym przykładem może być tu choćby Lady Gaga – wątpię, by któryś z jej zagorzałych wielbicieli umiał zanucić chociaż jeden jej utwór, za to wszyscy doskonale wiedzą, jak była ubrana (czy może raczej rozebrana:) ) podczas koncertu i jaki skandal udało jej się ostatnio wywołać.

Refleksje tego typu naszły mnie, naturalnie, po obejrzeniu ostatniego konkursu Eurowizji, który wygrała (jak już wszyscy doskonale wiedzą) reprezentująca Austrię niejaka Conchita Wurst – znana też jako „kobieta z brodą.” Pani ta nawet nie zaprzecza, że biologicznie jest mężczyzną (nie przeszła operacji zmiany płci) – jednak mimo to chce, by się do niej zwracać w formie żeńskiej.

No, cóż – jeszcze do niedawna tzw. drag queens były jedynie gwiazdami określonych lokali, teraz zaś zaczynają z hukiem wkraczać na salony.

Proszę mnie dobrze zrozumieć: ja nie mam nic przeciwko obecności takich osób (podobnie jak np. głęboko wierzących czy niepełnosprawnych :)) we wszystkich dziedzinach życia. Jeśli ktoś jest facetem, a lubi sobie paradować po ulicy w damskich ciuszkach, proszę bardzo – jego wola.

Jedyne pytanie, jakie w tym przypadku chciałabym postawić, brzmi – czy rzeczywiście ten artysta wokalnie był lepszy od swoich konkurentów (osobiście słyszałam kilku specjalistów, którzy ostrożnie – by się nie narazić na straszliwy zarzut „nietolerancji” – przyznawali, że bardziej przypadła im do gustu propozycja holenderska, która zajęła w konkursie zaszczytne drugie miejsce. Notabene, mówiło się, że ta właśnie piosenka „nie bardzo pasuje do Eurowizji”, chociaż nie całkiem zrozumiałam, dlaczego. Czyżby chodziło o to, że na scenę wyszedł po prostu facet z gitarą i spokojnie, bez żadnych udziwnień, zaśpiewał coś w duecie z kobietą?:) )?

A jeśli – załóżmy! – „Conchita” nie została doceniona za swoje muzyczne dokonania, to za co? Za swoją życiową postawę (kontrowersyjny wykonawca nigdy nie ukrywał swoich seksualnych preferencji) czy za promowanie „jedynie słusznej” genderowej ideologii?

No, dobrze, niech będzie i tak: „Przez tę wygraną my, Europa, pragniemy pokazać całemu światu, jak bardzo jesteśmy otwarci na wszelkie odmienności. Wszechtolerancja jedyną europejską wartością absolutną w świecie, w którym nie ma wartości absolutnych!” Naprawdę, można i tak. Tylko co to wszystko ma jeszcze wspólnego z  festiwalem piosenki?

To zresztą niejedyne kontrowersje związane z sobotnim plebiscytem.

Okazało się np. że choć mieszkający w Wielkiej Brytanii i Irlandii Polacy masowo głosowali na nasze „Słowianki”, tamtejsze jury raczyło łaskawie tego faktu nie zauważyć, uznając polski utwór za… najsłabszy ze wszystkich (sic!) i do tego „seksistowski” (cokolwiek to znaczy…). W efekcie według oficjalnych wyników Polska nie otrzymała z Wysp nawet jednego marnego punkcika…

Naprawdę, coś tu jest mocno nie w porządku – i bardzo bym prosiła, żeby mi tego nie tłumaczyć w duchu:”O co wam chodzi, durni Polacy? Przecież wiedzieliście od początku, że 50% łącznej noty stanowi ocena jury!” – ponieważ ZERO nie stanowi pięćdziesięciu procent nawet z  jednego. Dla przyzwoitości chociażby (czy też dla zachowania pozorów, jak kto woli) należało ten fakt uwzględnić przy podawaniu punktacji.

No, dobrze – słyszałam już opinie, że „profesjonalni jurorzy” o niebo lepiej się znają na muzyce , niż jakieś tam „przypadkowe społeczeństwo.” Przyjmijmy roboczo, że może to być prawda – jeśli jednak oni „wiedzą lepiej” (i nawet jeszcze przed konkursem – bo słyszeliśmy już kilka dni wcześniej że „Conchita z brodą” powinna w tym roku wygrać…) – to po co w ogóle urządzać całą tę szopkę z powszechnym smsowym głosowaniem?

A jaki z tego wszystkiego wniosek dla nas na przyszłość? Można było wysłać na Eurowizję  tych samych wykonawców, tylko przebrać Donatana za Cleo – i odwrotnie. 🙂

 

EDITH-1-150x150edith-2-150x150