Kościół a WOŚP (przyczynek).

Wiele już „atramentu” przelano na blogach, pisząc o tym, jak to KK niechętnie, a czasami wręcz wrogo traktuje doroczną akcję, firmowaną przez Jurka Owsiaka.

Niektóre nieprzemyślane opinie dały nawet dyżurnym antyklerykałom asumpt do tego, by sądzić, że „ci czarni są najzwyczajniej w świecie zazdrośni, bo ludzie dają na Orkiestrę, a nie na tacę!”

Na tle tych wzajemnych oskarżeń (od strony katolickiej przodują w nich zwłaszcza środowiska związane z Radiem Maryja) bardzo pozytywnie wyróżnił się metropolita lubelski, abp Józef Życiński, który podczas mszy transmitowanej przez telewizję głośno podziękował tym spośród wiernych, którzy mieli przylepione do ubrań „orkiestrowe” serduszka – słusznie dostrzegając w tym wyraz międzyludzkiej solidarności, która – dodał – „nie zawsze jest rozumiana przez krzykaczy.”

A jako młoda mama, której synek korzystał po urodzeniu zarówno ze sprzętu medycznego, jak i z badań przesiewowych słuchu, finansowanych przez Fundację, nie śmiałabym nigdy być „przeciw” – nawet jeśli męczy mnie czasem nieco krzykliwa, medialna forma całego przedsięwzięcia.

Bo, patrząc na całą rzecz „ewangelicznie” – złe drzewo nie mogłoby przecież wydawać tak dobrych owoców, prawda?

A wszystkim, którzy sądzą inaczej, chciałabym tylko zadedykować pewną mądrą maksymę: „Nie należy odrzucać dobrego pomysłu tylko dlatego, że się nie lubi pomysłodawcy.”

Zgwałcona święta?

Na jednym z forów internetowych znalazłam dramatyczne pytanie: „CZY ZOSTAĆ ZGWAŁCONĄ TO GRZECH?”

I myślę, że właśnie dzisiaj, kiedy Kościół wspomina bł. Karolinę Kózkównę (1898-1914), tę nastolatkę, która zginęła z rąk rosyjskiego żołnierza, jest dobry czas po temu, by się nad tym przez chwilę zastanowić.

Jesteśmy słusznie oburzeni, gdy tradycyjne społeczności muzułmańskie (np. w Turcji) wymierzają „słuszną karę” zgwałconej dziewczynie za to, że rzekomo „splamiła honor rodziny.”

Ale czy tradycja katolicka, która wynosi na piedestał „walkę w obronie czystości” aż do śmierci, jest w istocie o wiele od tego lepsza?

Ja wiem, że czystość jest ogromną wartością – ale czy jest także wartością NAJWYŻSZĄ, cenniejszą nawet od życia?

Zastanawiam się, czy dziewczęta takie jak Karolina czy Włoszka Maria Goretti – niezależnie od osobistej pobożności – miałyby w ogóle szansę zostać świętymi, gdyby PRZEŻYŁY GWAŁT? Czy może żyłyby z piętnem jakiegoś „skalania” jako wieczne pokutnice? A przecież one obie tak czy inaczej byłyby czyste, „święte” – nie chciały tego, co się stało, a więc nie ponoszą żadnej winy…

Czy Kościół kiedykolwiek wyniósł na ołtarze kogoś w takiej sytuacji? Nie pytam złośliwie – pytam, bo nie wiem…

Innymi słowy: czy dla dziewczyny jedynym sposobem udowodnienia w tym wypadku własnej niewinności jest ponieść śmierć z ręki gwałciciela?

Biblia wprawdzie potępia gwałt seksualny, pięknie porównując ten przypadek do zadania kobiecie śmierci (Pwt 22,26-27), jednocześnie jednak zauważa, że inaczej należy potraktować tę, która „nie krzyczała, będąc w mieście.” (Pwt 22,24). No, bo skoro nie krzyczała, nie broniła się (aż do śmierci?), to może jej się „to” podobało? Kto wie, może nawet sama jakoś „sprowokowała” napastnika? Prawda?

A oto dalszy ciąg wypowiedzi z forum, która tak mnie poruszyła:

„Gdybym została zgwałcona, myśl o bł. Karolinie byłaby dla mnie solą na ranę.Dziewczyna zgwałcona i tak ma straszne życie – nienawiść do siebie, do mężczyzn, do swojego ciała, myśl, że mogła się bardziej opierać (bo przecież zawsze można było zrobić coś więcej) – a tu jeszcze myśl o błogosławionej, która wolała umrzeć… „

(http://www.ithink.pl/artykuly/hyde-park/moim-zdaniem/czy-bycie-zgwalcona-to-grzech/)

I myślę, że warto się nad tym zastanowić nie tylko w dzień wspomnienia tej. którą Jan Paweł II ogłosił patronką polskiej młodzieży…

Por. też: „Święta z (nieślubnym) dzieckiem?”

POSTSCRIPTUM: Czy ksiądz to saper?

„Grzechem nie jest miłość, bo kochać wolno zawsze i każdemu, ale niewierność raz obranej drodze. Trudno – saper myli się tylko raz.” – napisał mi ostatnio któryś z moich Czytelników.

No, cóż, wypadałoby chyba zacząć od tego, że KAŻDY z nas bywa niewierny – i to częściej, niż raz. A jednak Bóg przebacza i błogosławi, prawda?

WIERNOŚĆ POWOŁANIU, owszem, jest wielką wartością, ale czy jest także wartością najwyższą?

A jeżeli tak, to dlaczego Kościół niekiedy okazuje miłosierdzie swoim kapłanom (i siostrom zakonnym!), zwalniając ich ze złożonych  ślubów. Czy nie dlatego, że jednak (choć w ograniczonym zakresie), uznaje, że ktoś mógł się pomylić w swoim wyborze? Przecież wiadomo, że errare humanum est.

Wypadałoby tu zapytać, za Kazikiem Kucem chyba: „Czy u Boga, u którego wszystko jest możliwe, nie jest możliwe, abyjednego człowieka powołał najpierw do kapłaństwa, a potem domałżeństwa?”

Tym bardziej, że w historii Kościoła istnieje już co niemiara precedensów – tyle, że „w przeciwną stronę.”  Ileż to razy mężczyźni i kobiety – te drugie znacznie częściej – porzucali „święty stan małżeński” aby pójść do klasztoru?

I nie tylko nie byli za tę „niewierność” potępiani, ale nawet niejednokrotnie wynoszono ich na ołtarze…

A zatem można „porzucić człowieka dla Boga” (chociaż to nieprawdziwe sformułowanie!) – ale nigdy odwrotnie…

Czy to, w gruncie rzeczy, nie świadczy o tym, że mimo wszystkich wzniosłych deklaracji Kościół zawsze uważał małżeństwo za coś „niższego” wobec „doskonalszego” życia w celibacie?

A przecież „zarówno małżeństwo jak i kapłaństwo to Boże powołanie i ludzka odpowiedź.”- żeby znów zacytować Kazika Kuca.

Możliwe zresztą, że na tym świecie istnieje więcej życiowych dróg, niż się śniło profesorom świętej teologii…

Ot, chociażby ten były dominikanin, który nie tylko „zdjął suknię duchowną” ale nawet przeszedł na islam – i w końcu zginął śmiercią męczeńską, broniąc swoich (dawnych?) braci w wierze… Ksiądz, który poślubił zakonnicę i dzięki związkom z Neokatechumenatem wyjechał z nią na misje do Ameryki Południowej, gdzie zmarł w opinii świętości. Albo Joanna d’Arc, która pozostała do końca wierna swoim wewnętrznym „głosom” – i została za to spalona na stosie jako czarownica – a którą dzisiaj Kościół czci jako świętą.

Albo – żeby już tak daleko nie szukać – Matka Teresa z Kalkuty, która przecież złożyła śluby w Zgromadzeniu SS. Loretanek, ale „porzuciła” je i zaczęła żyć na ulicy, czując się wezwana do służby najuboższym. Podobna historia przydarzyła się również s. Elwirze Petrozzi, założycielce Wspólnoty CENACOLO, zajmującej się terapią narkomanów, która powiedziała kiedyś, że opuszczając swój zakon nie miała wcale poczucia „zdrady” :

„Przecież ślubowałam Bogu, a nie zgromadzeniu.” – wyznała z rozbrajającą szczerością.