Przemija postać świata tego…

Wprawdzie jedna z Czytelniczek poradziła mi jakiś czas temu „życzliwie”, bym zamiast pisać o imigrantach (bo rzekomo na ten temat „wszystko” już powiedziano:)), zajęła się raczej tym, co według niej jedynie mnie obchodzi, to jest, cytuję, „ksiądz i sutanna” – ale ileż można o jednym i tym samym?:P

Tak więc, skoro „wszyscy” obecnie wypowiadają się na temat „inwazji uchodźców na Europę”, to mogę i ja napisać kilka słów (mam nadzieję, że dość gruntownie przemyślanych:)).

A jeśli to się komuś nie podoba, to może po prostu zrezygnować z lektury tego tekstu/bloga (niepotrzebne skreślić). Nie ma przymusu czytania moich refleksji.Na jakikolwiek temat.

Przede wszystkim, wydaje mi się, że stoimy dziś na krawędzi wielkiego kryzysu naszej cywilizacji, porównywalnego jedynie z tym, co działo się w Europie na przełomie IV i V w.n.e., kiedy upadało Cesarstwo Rzymskie.

Wtedy również Rzymianom wydawało się, że są bezpieczni za ufortyfikowanymi granicami i że są w stanie kontrolować napływ „barbarzyńców” (uwaga: to słowo nie miało jeszcze wówczas jednoznacznie negatywnych konotacji – oznaczało po prostu ludzi spoza terenu Imperium Romanum) w te granice. I ze ich kultura jest tak pociągająca dla przybyszów, że w krótkim czasie wszyscy staną się lojalnymi poddanymi cesarza. I że Rzym nigdy nie upadnie.

I trzeba przyznać, że przez długie lata ta starożytna polityka „multikulti” (oparta na tolerancji dla wszelkich wiar, pociągającej kulturze oraz na prawie rzymskim i wolnym przepływie towarów) jakoś się sprawdzała. Św. Augustyn na przykład, pochodzący z terenu Afryki Północnej, był w pełni zasymilowanym „Rzymianinem” i bardzo bolał nad spustoszeniem „Wiecznego Miasta”  przez „barbarzyńców”, mimo że sam (wedle dużego prawdopodobieństwa:)) mógł być raczej… hmmm… śniadej karnacji. 🙂

Wszystko to jednak do czasu.. Postępujący kryzys gospodarczy i demograficzny (sądzę, że nie ma tu potrzeby zagłębiać się w jego przyczyny), któremu na próżno próbowali zaradzić niektórzy cesarze (jak choćby pronatalistyczny Oktawian August), tworząc różnego typu, jak byśmy dziś powiedzieli, „programy prorodzinne” – zmuszał Rzymian do przyjmowania w swe granice coraz większych grup przybyszów, bo, mówiąc najprościej, zaczęło brakować żołnierzy do obrony ogromnego terytorium.

A przybyszów, gnanych czy to przez wojny, czy przez głód, a za to bardzo płodnych, nigdy nie brakowało. I kiedy we wspomnianym IV/V w. Imperium Romanum zaczęło zagrażać już prawdziwe niebezpieczeństwo, ze strony lepiej zorganizowanych i bynajmniej nie pokojowo nastawionych plemion, takich jak Wandale, Wizygoci i Ostrogoci, okazało się nagle, że nie ma już zbyt wielu chętnych do obrony starego porządku. Ponieważ duża część ludności, zamieszkującej Cesarstwo czuła duchowe i etniczne pokrewieństwo raczej z najeźdźcami (którzy często nie mieli nic do stracenia, za to wiele do zyskania), niż z nielicznymi piewcami dawnej potęgi Rzymu, dość szybko i bez tak wielkich ofiar, jakich można by oczekiwać w przypadku bardziej zdecydowanego oporu, uznano, że zamiast bronić starego świata, lepiej na jego miejscu zbudować nowy, własny. Trywializując nieco –  barbarzyńcom się jeszcze coś „chciało”, podczas gdy Rzymianom – już nie.

I tak oto rodził się średniowieczny świat – wielka i wspaniała cywilizacja starożytnego Rzymu przeszła zaś do historii.

I twierdzę stanowczo, że teraz znajdujemy się w podobnym punkcie historii Europy – dumny ze swoich osiągnięć i pragnący je jedynie konsumować, syty Stary Kontynent wymiera, a kultury pozaeuropejskie (przede wszystkim zaś cywilizacja chińska i islamska) są na fali wznoszącej. Chcemy tego, czy nie – „oni” i tak tu przyjdą, by zająć nasze miejsce. Ich dzieci zastąpią te, których my nie mieliśmy. Prędzej czy później – choć obserwując ostatnie wydarzenia, sądzę, iż stanie się to wcześniej, niż przypuszczałam. I nie zmienią tego ani wciąż zmieniane „legalne kwoty” uchodźców, ani – tym bardziej – zasieki, wojsko i zamykanie granic.

Już teraz słychać coraz wyraźniejsze głosy, chociażby z Niemiec, gdzie wprost przyznaje się, że Europa MUSI przyjmować uchodźców, ponieważ wkrótce zabraknie nam rąk do pracy. A dzieje się tak dlatego, że – pomimo różnych wdrażanych przez rządy „programów prorodzinnych ” – rdzenni mieszkańcy naszego kontynentu są coraz mniej skłonni do tego, aby mieć potomstwo. Imigranci natomiast – wręcz przeciwnie. (Chociaż, aby choć trochę zamaskować ten fakt, w wielu krajach, jak we Francji, zakazano publikowania danych o etnicznych korzeniach nowonarodzonych obywateli).

A ponieważ wojny, choroby, i głód na świecie jak dotąd nie ustają, nigdy też nie zabraknie tych, którzy – jak dawniej – będą próbowali wedrzeć się do bezpiecznych enklaw bogactwa. Oni też, tak jak ich starożytni poprzednicy, nie mają nic do stracenia, za to wiele do zyskania.

Przy czym nie łudźmy się – to, co ich najbardziej przyciąga, to raczej nie jest nasza „wspaniała europejska kultura”, której często nie znają i nie rozumieją, a raczej nasz rozwinięty system socjalny. Zresztą kultura europejska, oparta coraz częściej na jałowym „kulcie” (notabene, obydwa słowa mają ten sam łaciński źródłosłów) bogini Konsumpcji i/lub kontestowaniu wszelkich zastanych wartości, jest też stopniowo coraz mniej pociągająca dla samych Europejczyków, zwłaszcza młodych, którzy tradycyjnie szukają „czegoś więcej”.

I niejednokrotnie odnajdują to „coś więcej” nie w zachodnim chrześcijaństwie (często tak samo wyjałowionym przez poprawność polityczną, jak i cała kultura), ani nawet nie – jak jeszcze do niedawna – w religiach Dalekiego Wschodu, ale w islamie. Niekiedy w jego najradykalniejszej formie. Znamienne, że np. we Francji, gdzie jeszcze w latach 80. i 90. XX w. masowo powstawały centra buddyjskie, teraz, jak grzyby po deszczu wyrastają  meczety…

I właśnie tego fundamentalnego „głodu” duchowego moim zdaniem nie chcą zauważyć różnej maści analitycy, którzy do znudzenia zadają pytanie (i nie znajdują na nie żadnej odpowiedzi), jak to możliwe, że ci młodzi ludzie: Sarah, Ali czy Pierre, którzy przecież byli „tacy jak my”, urodzili się i wychowali w naszej kulturze – ba, do pewnego momentu „nawet nie byli religijni”, tzn. nie chodzili do żadnego kościoła ani do meczetu, „normalnie”, tak jak wszyscy pracowali i imprezowali, „nagle”, z dnia na dzień potrafili przedzierzgnąć się w zaangażowanych bojowników. Wydaje mi się, że ja znam odpowiedź: jeśli w Twoim życiu nie ma już nic, za co byłbyś gotowy umrzeć, to prawdopodobnie nie widzisz tez żadnego powodu, aby dalej żyć…

Ciekawym przyczynkiem do tych wszystkich wydarzeń jest natomiast ów z pozoru drobny fakt, o którym poinformowali mnie moi znajomi z Francji. Wszyscy już zapewne wiedzą, że „aby nie drażnić fundamentalistów” tradycyjna bożonarodzeniowa choinka NIE STANIE w tym roku na placu przed katedrą Notre Dame w Paryżu.

Zrazu pomyślałam tylko, że doprawdy niewiele trzeba, aby „rozdrażnić” tych terrorystów, skoro przeszkadza im ten tak niewinny symbol chrześcijańskich świąt (bardzo już zlaicyzowany zresztą – trzeba się nieźle nagimnastykować, aby w tym drzewku odnaleźć jakiekolwiek religijne konotacje). Czy ja im zabraniam obchodzić Ramadan?  I że zapewne ŁATWIEJ było zlikwidować tę choinkę (za którą nikt nie będzie umierał, bo nie są to przecież żadne świętości…), niż np. zamknąć Charlie Hebdo, które zapewne „drażni” ich znacznie bardziej.

Zastanawiałam się też, dlaczego żaden z paryskich artystów (którzy się tak szczycą swoją wolnością) nie zdecydował się wziąć w obronę tej choinki, jako, powiedzmy, „instalacji artystycznej.” W zaistniałej sytuacji byłaby to chyba większa odwaga, niż, dajmy na to, publiczne obsikanie figurki Dzieciątka w żłóbku?

A, byłabym zapomniała – publiczne wystawianie „instalacji” żłobkowych poza obrębem kościołów też jest we Francji zakazane…  Pisałam o tym już w zeszłym roku.

Ktoś tu pewnie zaraz się powoła na słynną francuską „laickość państwa”, z której to Francja jest taka dumna. No, dobrze, ale w takim razie, niech mi ktoś wyjaśni, dlaczego w tej samej Francji zakazano już nie tylko piosenek o św. Mikołaju w szkołach (chociaż konia z rzędem temu, kto pod maską tej popkulturowej postaci rozpozna jeszcze dawnego biskupa Myry w Azji Mniejszej:- niedawno mój najstarszy wdał się w bezowocny spór z kolegami z klasy, bezskutecznie próbując przekonać ich, że PRAWDZIWY św. Mikołaj nigdy w życiu nie widział renifera:)) – ale również… podawania wieprzowiny dzieciom w publicznych żłobkach i przedszkolach, aby nie urażać muzułmańskich rodziców. Rozumiem, że – w imię równego traktowania wszystkich religii – instytucje te podobnie respektują np. chrześcijański Wielki Post oraz, dajmy na to, żydowskie przepisy o koszerności potraw?:)

Doprawdy, nieczęsto się zgadzam z redaktorem Terlikowskim, ale tu aż się prosi, żeby zacytować jego politycznie niepoprawny wpis z  Facebooka: „Coraz bardziej dochodzę do wniosku, że  Europy nie zniszczą islamscy fundamentaliści. Ona zniszczy się sama – a wcześniej sfajda się ze strachu.”

Chciałabym jednak w tym miejscu bardzo mocno przestrzec, aby zbyt łatwo nie łączyć problemu imigracji z terroryzmem, a jeszcze szerzej – z islamem. Nie wolno nam nigdy zapominać, że nie każdy uchodźca jest potencjalnym terrorystą. Zapewne zdecydowana większość z nich to po prostu ludzie szukający poprawy swego losu, uciekający przed wojną i/lub głodem.

W tym kontekście dosyć niegodziwe wydają mi się wszelkie próby podzielenia tej ogromnej fali przybyszów na uchodźców „politycznych” (których to ponoć bezwzględnie należy przyjąć) – oraz „ekonomicznych” – których przyjmować podobno nie należy. Jeśli ktoś przymiera głodem, to czy jego sytuacja jest naprawdę znacząco lepsza od położenia kogoś, komu wojna zniszczyła dom? Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się.

A zatem, powtórzę raz jeszcze: nie wszyscy uchodźcy to od razu islamscy terroryści, choć nie bardzo wierzę też w możliwość naprawdę skutecznego „odsiewania ziarna od plew” w tak ogromnej masie ludzi. A jak łatwo można wprowadzić w błąd odpowiednie służby, to pokazuje choćby historia Simona Mola, który w Polsce zasłynął głównie tym, że zarażał kobiety wirusem HIV, a który na własny użytek stworzył sobie całkiem zgrabną legendę bojownika o wolność i niezależnego artysty, prześladowanego w swojej ojczyźnie. Legendy owej nikt nie sprawdził, natomiast skutecznie otwierała ona przed oszustem wszystkie drzwi i ramiona antyrasistowskich działaczek…

Dalej, z pewnością nie wszyscy uchodźcy to wyznawcy islamu – wielu jest wśród nich także chrześcijan, uciekających przed prześladowaniami ze strony ISIS z terenów Syrii czy Iraku. Ludzie ci, którzy z racji pewnej kulturowej bliskości, mieli prawo oczekiwać pomocy od swoich (choćby tylko nominalnych) współbraci w wierze, teraz słusznie mogą czuć się przez Zachód zdradzeni i pozostawieni własnemu losowi, o czym coraz częściej głośno mówią ustami swoich pasterzy. Moim zdaniem, tych powinniśmy przyjmować w pierwszej kolejności. Bo jeśli my  ich nie ocalimy, to kto właściwie?

Ale żeby uniknąć oskarżeń o chęć podobno niedopuszczalnej „religijnej segregacji” uchodźców, od razu dodam, żer jeśli widzę kogoś, kto jest ranny, głodny czy też bezdomny, pytanie go o wyznanie naprawdę nie jest pierwszym, co przychodzi mi do głowy.

I wreszcie na koniec: nie wszyscy także wyznawcy islamu  to potencjalni terroryści. Trzeba to sobie wyraźnie powiedzieć, żeby później nie było nieporozumień.

A Jezus powiedział: „Byłem głodny, a daliście Mi jeść… byłem nagi, a przyodzialiście Mnie… byłem przybyszem – a przyjęliście Mnie.” I tego też się nie da w żaden sposób pominąć…jeśli naprawdę chcemy się jeszcze przyznawać do „wartości chrześcijańskich.”

postać-świata-150x150

Jeśli wierzyć Ewangelii… a ja wierzę… to Oni też byli  kiedyś uchodźcami… (Rembrandt van Rijn, Ucieczka do Egiptu)

Postscriptum: Niedawne wydarzenia w Kolonii, gdzie w okresie Nowego Roku ponad 100 kobiet padło ofiarą molestowania lub gwałtu ze strony przybyszów z krajów Afryki Północnej, dobitnie pokazują całą bezradność europejskich władz w zetknięciu z odmiennymi kodami kulturowymi.

Jedyne, na co zdobyła się w tej sytuacji lewicowa (sic!) burmistrz Kolonii, to stwierdzenie, że należy „poinstruować niemieckie KOBIETY, jak powinny postępować wobec cudzoziemskich mężczyzn, aby nie prowokować ich swoim zachowaniem.”

No, tak. Biorąc pod uwagę, że zgodnie z Koranem każda młoda kobieta, która znajduje się sama w nocy na ulicy, a do tego zachowuje się „swobodnie” (cokolwiek to znaczy) naraża się na oskarżenie o nieobyczajne zachowanie – być może należałoby doradzić tym kobietom, aby wychodziły z domu tylko w towarzystwie męskiego opiekuna (takie sugestie się już zresztą pojawiają!), nosiły stroje szczelnie zakrywające całe ciało – a najlepiej w ogóle przeszły na islam?

A ja głupia, ciemna, nieoświecona parafianka, zawsze myślałam, że to GOŚCIE przede wszystkim powinni się nauczyć, jak zachowywać się w kraju gospodarza? Ot, takie pułapki politycznej poprawności…

Inna rzecz, że i w islamie – z racji zaleceń Proroka, który wymaga w tej sprawie zeznań co najmniej dwóch – a w niektórych opracowaniach czytałam nawet o czterech -(męskich) świadków – udowodnienie przestępstwa seksualnego jest dla kobiety sprawą niezwykle trudną, prawie niemożliwą. Wiele muzułmanek, skazanych w Pakistanie, Iranie czy Arabii Saudyjskiej za „występki przeciw moralności” w rzeczywistości odsiaduje karę za to, że były molestowane… Każdy bowiem gwałt, nie udowodniony w powyższy sposób, prawodawstwo tych krajów uznaje po prostu za zwykły (karalny) „seks pozamałżeński.”

Z OSTATNIEJ CHWILI: Podobno jest już pierwsza osoba, oskarżona w sprawie zajść w Kolonii. Nie jest to jednak żaden z agresorów, lecz… jedna z kobiet, którą oskarżono o… rasizm. Zapewne opowiadając publicznie o tym, co ją spotkało, nie zdołała zachować należytego szacunku dla kultury i tradycji, w której wyrośli jej oprawcy….

Dlaczego Kościół sprzeciwia się „sztucznej” antykoncepcji?

Ponieważ pytanie to bardzo często przewija się na blogu (zwłaszcza pod moimi wpisami na temat NPR), uznałam, że jest na tyle istotne, że warto mu poświęcić osobny artykuł.

Od razu mówię, że nie wierzę, by przyczyną owego sprzeciwu było to – jak to z właściwym sobie brakiem subtelności ujął kiedyś tygodnik „NIE” – że Kościół żąda po prostu ciągłego dopływu nowych owieczek, aby móc je „strzyc” do skóry – choć to sam papież Pius XI w encyklice Castii Conubii [O małżeństwie chrześcijańskim] z roku 1931 stwierdził,wprost że stałe”ofiarowywanie” Kościołowi nowych Dzieci Bożych jest podstawowym obowiązkiem małżeństwa (inne cele, jak wzajemna pomoc czy miłość małżonków, określone zostały w tym tekście zaledwie jako „drugorzędne”).

Trzeba jednak oddać temu papieżowi, że jako pierwszy tak wyraźnie zaznaczył, że nie ma nic zdrożnego w utrzymywaniu stosunków małżeńskich przez osoby „które czy to z powodu wieku, czy też dla innych jakichś ułomności potomstwa spodziewać się nie mogą.”  Dodał także mimochodem, że „dla ratowania życia” możliwe jest nawet „okaleczenie ciała” (przez co można chyba rozumieć także „ubezpłodnienie”,w innych wypadkach całkowicie zakazane i grzeszne).

Nie przekonuje mnie też znana narracja feministyczna, jakoby zakaz ten miał służyć jedynie sprawowaniu kontroli nad kobietami przez rządzących Kościołem mężczyzn – czyli w istocie utrzymywaniu dawnego „patriarchalnego porządku.” – mimo że rzeczywiście papież Pius XI wraz z rozwodami, antykoncepcją i aborcją potępił „hurtem” także emancypację i równouprawnienie kobiet – stwierdzając dosłownie, że dla porządku społecznego w stosunkach pomiędzy płciami „wskazana jest pewna nierówność.”:)

Sądzę bowiem, że (podobnie jak w wielu innych przypadkach) prawdziwych źródeł takiego nauczania a nie innego Kościoła trzeba szukać gdzie indziej – w poglądach naukowych i filozoficznych, a także w ogólnym klimacie obyczajowym epoki, w której rodziło się chrześcijaństwo.

Przede wszystkim, warto sobie uświadomić, jak niewiele wówczas wiedziano o fizjologii człowieka – dość powszechnie przyjmowano na przykład, że jedynym „nośnikiem życia” (a w istocie już miniaturową, autonomiczną istotą ludzką! – średniowieczny homunkulus) jest męska sperma, która w ciele kobiety jedynie znajduje odpowiednie warunki do rozwoju (nie sądzono bowiem, aby  „bierny” pierwiastek żeński mógł odgrywać jakąkolwiek czynną rolę przy poczęciu). Z tej racji również współczesne wspólnoty żydowskie – wyrastając z tego samego starożytnego źródła –  spośród wszystkich metod antykoncepcyjnych szczególnie sceptycznie odnoszą się do…prezerwatywy, widząc w niej najbardziej jaskrawe naruszenie micwy (przykazania) „peru urewu” („bądźcie płodni!”) – która to ma się odnosić przede wszystkim do mężczyzn. W takim ujęciu kobieta była jedynie „naczyniem” które nosi w sobie życiodajne męskie nasienie. (I dlatego dziś jeszcze część duszpasterzy uważa za moralnie dopuszczalne intymne pieszczoty żony przez męża poza „właściwym” stosunkiem, lecz już nie odwrotnie – te drugie bowiem mogą się wiązać z niekontrolowanym wytryskiem nasienia:)). Tak więc każde działanie, zmierzające do zniszczenia owej „mocy życia”, zrównywano praktycznie z zabójstwem – a to już, jak wiadomo, jest zbyt poważna sprawa, by Kościół mógł się nie wypowiadać.

Nie znając przeto mechanizmów zapłodnienia, nagminnie mylono środki „antykoncepcyjne” z poronnymi – i tych drugich używano często jako pierwszych. Były one zresztą nierzadko tak szkodliwe dla zdrowia, że powodowały śmierć nie tylko płodu, ale i matki, stąd sam Hipokrates zakazywał swoim uczniom ich podawania. Parały się tym zatem rozmaite „babki-zielarki”, które poza tym przeprowadzały także aborcje (czytałam gdzieś, że w szczytowym okresie rozwoju Cesarstwa spędzanie płodu stało się praktyką tak powszechną, że ciała dzieci zatykały urządzenia kanalizacyjne w Wiecznym Mieście) i trudniły się magią – a na takie praktyki Kościół zawsze patrzył podejrzliwym okiem.

Natomiast pod wpływem prądów neoplatońskich (gnostyckich) chrześcijaństwo późnej starożytności zaczęło coraz bardziej przeciwstawiać „dobrą” duszę człowieka jego ciału, które zaczęto postrzegać w dużej mierze jako złe, grzeszne i skalane – co na wieki całe naznaczyło całą naukę o ludzkiej seksualności.

Święty Augustyn, notabene były manichejczyk, którego poglądy w przemożny sposób ukształtowały kościelne przekonania w tej kwestii, okazuje się więc całkiem typowym intelektualistą swojej epoki, gdy mówi:„Rozpustne to okrucieństwo albo raczej okrutna rozpusta zapędza się nieraz tak daleko, że używa trucizn przeciw zapłodnieniu, a gdy zawiodą, niweczy jakimiś środkami poczęty płód w łonie i spędza go. Wolą tacy ludzie,by potomstwo już ginęło, nim jeszcze żyć zaczęło, lub, gdy już było w żywocie, wolą je zabić, niż mu pozwolić ujrzeć światło.” (Podkreślenia moje).

Biskup Hippony jest także (o czym tu już kiedyś pisałam) twórcą skrajnie pesymistycznych poglądów na małżeństwo, zgodnie z którymi, na przykład, „grzech pierworodny” (tj. ową przyrodzoną skłonność człowieka raczej do złego, niż do dobrego:)) przekazuje się potomstwu FIZYCZNIE, poprzez akt poczęcia właśnie. (I dlatego nie brak i dziś ludzi, którzy pytają, w jaki sposób Matka Chrystusa mogła być wolna od grzechu, jeśli poczęła się – o ile można sądzić – tak jak wszyscy, z normalnego współżycia swoich rodziców; lub też sądzą, że in vitro to w istocie „lepszy” moralnie sposób powoływania dzieci na świat, ponieważ obywa się „bez tego brzydkiego seksu”). Jako że akt seksualny nawet w małżeństwie jest dla Augustyna  (jednak!) jakoś „nieczysty”, niepodobna go również spełniać godnie w innym celu, niż tylko zrodzenie potomstwa  – jeśli więc ktoś tego unika, to „albo ona jest poniekąd nałożnicą męża, albo on cudzołoży z żoną swoją”. Zawtóruje mu wkrótce św. Tomasz z Akwinu, dodając, że „kto pożąda swojej żony, postępuje z nią tak, jakby była nierządnicą!”

Od nadrzędnego obowiązku prokreacji NIC nie mogło małżonków zdyspensować – ani skrajne ubóstwo, ani ciężka choroba.

Podobny klimat panował zresztą aż do czasów najnowszych nie tylko w katolicyzmie. Marcin Luter, notabene  były mnich augustiański, jednoznacznie twierdził, że kobieta (zgodnie z Pismem!) „zostanie zbawiona przez rodzenie dzieci” (1 Tm 2,15) – powinna więc rodzić, rodzić ich jak najwięcej – nawet kosztem własnego życia…

Nie brak będzie i takich, którzy idąc za tą myślą stwierdzą, że pożycie małżeńskie można tolerować (jako swego rodzaju „mniejsze zło” – ale jednak zło) JEDYNIE w tym celu, aby mieć dzieci – a więc najlepiej tylko raz do roku: „bo i rolnik – przekonywali tacy nadgorliwi kaznodzieje we wczesnym średniowieczu – przecież nie obsiewa swojego pola dwa razy w ciągu roku!” A ponieważ przyjemność seksualna została właściwie wyłączona z obszaru zainteresowań (nawet Pius XI przeciwstawia jeszcze „cudzołóstwo nierządnic” nie tyle „czystemu pożyciu” – zdaje się, że takowe dla niego nie istnieje – co „czystemu MACIERZYŃSTWU prawej małżonki.”) często uważano też współżycie z kobietą ciężarną (jako z natury „nieskuteczne”) za szczególną formę „rozpusty” i przejaw nieopanowania. Na szczęście pogląd ten nigdy nie stał się obowiązujący w całym Kościele.

Jako ciekawostkę można jeszcze dodać, że z podobną nieufnością traktowano stosunki seksualne podczas menstruacji. Miały się z nich rodzić dzieci dotknięte szaleństwem, lub co najmniej… rude. 🙂  Św. Tomasz zresztą twierdził, że zdrowa, zamężna kobieta w ciągu swego życia właściwie nie powinna mieć miesiączek (przypadłość tę uważano za swego rodzaju „chorobę” i skutek grzechu pierworodnego – teologowie, tak żydowscy, jak i chrześcijańscy, twierdzili, że przed upadkiem człowieka Ewa nie miesiączkowała…:)). Całe swe dorosłe życie powinna bowiem być w ciąży lub karmić piersią. Można więc z tego wysnuć podobny wniosek, jak pewna badaczka, analizująca przepisy judaizmu, odnoszące się do kobiet: że zasadniczo stosunki seksualne były dozwolone w okresie płodnym, zakazane zaś – w niepłodnym. Gwoli sprawiedliwości – i na pohybel tym wszystkim, którzy twierdzą, jakoby to dopiero współczesne feministki „przyznały kobietom prawo do orgazmu” – trzeba koniecznie jeszcze powiedzieć, że rozkosz kobiecą uważano za tak istotny element płodzenia dzieci, że byli teologowie, którzy uważali, że za grzeszne należy uznać także te akty małżeńskie, podczas których kobieta nie odczuwałaby przyjemności!

Pobożni małżonkowie zresztą i bez tych dodatkowych ograniczeń  nie mieli zbyt wiele czasu, by cieszyć się swoją bliskością – stopniowo bowiem zaczęło przybywać w kalendarzu dni, a potem całych okresów, kiedy z różnych względów „nie wypadało” tego robić: a więc okresy Adwentu i Wielkiego Postu, święta ku czci Jezusa i Maryi, niedziele… (Wobec powyższego wysoki przyrost naturalny w dawnych wiekach może dziwić – chyba, że, co bardziej prawdopodobne, do zaleceń tych nie stosowano się nazbyt gorliwie…:))).

Małżonkom przedstawiano jako ideał „czyste macierzyństwo” Maryi, ale że jest on raczej nieosiągalny dla zwykłych kobiet, w średniowieczu zaczęły się mnożyć jak grzyby po deszczu „dziewicze małżeństwa” – takie, jak np. związek Bolesława Wstydliwego (którego matka, Grzymisława, notabene bardzo upodobała sobie rozkosze alkowy – i nie zawahała się nawet pozwać swego męża przed sąd biskupi, gdy książę niezbyt chętnie przykładał się do rzeczy…:))) ze św. Kingą. Św. Jadwiga Śląska (ok. 1178-1243) wymogła na mężu, Henryku Brodatym, złożenie „dobrowolnych” ślubów czystości po 19 latach małżeństwa i urodzeniu siedmiorga dzieci. (Książę zresztą stał się z tego powodu obiektem powszechnego współczucia wśród swoich poddanych…:)).

Wobec braku dostatecznej wiedzy o procesach rozrodu, praktyki takie – które dziś o. Knotz słusznie nazywa „antymałżeńskimi” – poza oczywistym sensem „pobożnościowym” mogły mieć także mniej dostrzegany wymiar „antykoncepcyjny” – zmierzający do utrzymania liczby potomstwa w rozsądnych granicach…

Przecież jeszcze dla Piusa XI jedyną dopuszczalną formą ograniczania dzietności była (całkowita) wstrzemięźliwość. Ogino i Knauss, odkrywcy owulacji i twórcy pierwszego „kalendarzyka”, za jego czasów dopiero rozpoczynali swe badania – tak więc szczerze rozbawiła mnie kiedyś jedna z autorek FEMINOTEKI, twierdząca, iż sam św. Augustyn doczekał się nieślubnego syna właśnie dlatego, że jakoby stosował tę metodę i zawiodła go ona tak samo, jak tylu innych po nim – i nic to, że została ona opracowana bez mała piętnaście wieków później…

Warto też zauważyć, że aż do roku 1930  stanowisko wszystkich głównych Kościołów chrześcijańskich było w tej mierze zgodne z Kościołem katolickim – dopiero w tymże roku biskupi anglikańscy, zgromadzeni na konferencji w Lambeth wyrazili „ograniczoną akceptację” dla stosowania antykoncepcji w małżeństwie.  W specjalnej rezolucji stwierdzili oni: „Gdy istnieje wyraźnie odczuwane moralne zobowiązanie do ograniczenia lub uniknięcia rodzicielstwa, o wyborze metody powinny rozstrzygać zasady chrześcijańskie. Pierwszą i oczywistą metodą jest całkowite powstrzymanie się od zbliżeń (tak długo, jak to konieczne) w karności i samokontroli przeżywanych w mocy Ducha Świętego. Jednakże jeśli istnieje wyraźnie odczuwane moralne zobowiązanie do ograniczenia lub uniknięcia rodzicielstwa, a równocześnie są moralnie istotne powody wykluczające całkowitą wstrzemięźliwość, Konferencja wyraża zgodę na zastosowanie innych metod, pod warunkiem zachowania tych samych zasad chrześcijańskich. Konferencja odnotowuje zdecydowane potępienie dla stosowania jakichkolwiek form kontroli poczęć z powodu egoizmu, dążenia do bogactwa lub zwykłego wygodnictwa.”

Na gruncie katolickim natomiast raz pierwszy na poważnie kwestią właściwej i koniecznej „regulacji poczęć” (papież sam ukuł ten termin – w opozycji do coraz bardziej popularnego ówcześnie „birth control” – „kontrola urodzeń” – którym to obejmowano również niedopuszczalne dla Kościoła aborcję i sterylizację) zajął się dopiero Pius XII – który (jak wieść niesie, po wizycie w rzymskim szpitalu, gdzie zobaczył m.in. kobiety wyniszczone zbyt częstymi porodami) doszedł do wniosku, że należy poszukiwać skutecznej metody, która by pozwoliła wydłużyć odstępy pomiędzy kolejnymi dziećmi – i jednocześnie zadośćuczynić „słusznym pragnieniom” (seksualnym) małżonków. Zaowocowało to akceptacją dla dopiero co powstałego „kalendarzyka” – który, niestety, na całe dziesięciolecia (i aż do teraz) stał się symbolem „katolickiego” podejścia do tej kwestii.

Wkrótce zresztą, bo już w latach pięćdziesiątych XX w., australijski lekarz John Billings, na podstawie obserwacji prowadzonych wspólnie z żoną, odkrył znacznie dokładniejszą i lepszą metodę – o tym jednak już nikt, poza wąskim gronem zainteresowanych nowo powstającą nauką o płodności, nie miał się dowiedzieć.

Świat bowiem zmierzał szybkimi krokami do odkrycia pigułki antykoncepcyjnej, która do tego stopnia miała odmienić nasze postrzeganie seksualności, że w niektórych językach (jak w angielskim) jej nazwę pisze się wielką literą…

Jej pojawienie się na rynku zbiegło się w czasie z Soborem Watykańskim II, zapoczątkowującym ogromne zmiany w Kościele katolickim – i z nową encykliką, tym razem papieża Pawła VI, na interesujący nas temat. W encyklice tej, Humanae vitae [O zasadach moralnych w dziedzinie przekazywania życia ludzkiego], w której krytycy widzą często tylko „potępienie dla pigułki” (choć, jako żywo, nazwa żadnej konkretnej metody tam nie pada!), dowartościowany został przede wszystkim „więziotwórczy” charakter zbliżenia seksualnego, przedstawiony już nie jako „drugorzędny” lecz równorzędny cel naszej seksualności. Dlatego także współczesny Katechizm Kościoła Katolickiego mówi na przykład, że: „gdy małżonkowie szukają i używają tej przyjemności, nie czynią niczego złego, korzystają tylko z tego, czego udzielił im Stwórca.”

Jak wielki to, niemal rewolucyjny przewrót w katolickim myśleniu o seksie, w pełni docenić może tylko ten, kto wie, jaki był punkt wyjścia. Jedna z amerykańskich publicystek, zresztą sceptyczna wobec niektórych zapisów encykliki, chyba słusznie nazwała ją „hymnem na cześć miłości małżeńskiej.”

W dokumencie tym papież po raz pierwszy zwraca uwagę na „słuszne powody” dążenia do ograniczania wzrostu populacji (takie jak np. groźba przeludnienia Ziemi) – po raz pierwszy też pada w niej określenie „planowanie rodziny” – przy którym Paweł VI zaleca się kierować zarówno „odpowiedzialnością” jak i „wielkodusznością.”

Papież zauważa także (po raz pierwszy tak dobitnie w całej historii Kościoła, co niektórych „tradycjonalistów” oburza do dziś!), że małżonkowie mają prawo nie pragnąć zrodzenia kolejnego potomka w określonym czasie, a nawet, dla ważnych przyczyn, odłożyć to na czas nieograniczony i mogą chcieć „pewności, że dziecko nie zostanie poczęte” – czyli, mówiąc po prostu – mogą „planować” sobie liczbę dzieci. Powtarza również z całą mocą, że w pełni dopuszczalne jest stosowanie środków antykoncepcyjnych w przebiegu leczenia pewnych chorób.

Nie jest więc prawdą, że dla katolików te rzeczy są zakazane w każdym przypadku, a zatem mylą się także ci farmaceuci, którzy chcieliby (zasłaniając się „sprzeciwem sumienia”) zupełnie zaprzestać ich sprzedaży…

W encyklice tej papież dokonał także klasycznego – i do dziś chętnie przywoływanego w dyskusjach – rozróżnienia pomiędzy dopuszczalnymi a  niedozwolonymi metodami:o ile te pierwsze dla uniknięcia poczęcia wykorzystują jedynie naturalne mechanizmy, działające w ciele człowieka, o tyle te drugie próbują w te mechanizmy ingerować, niekiedy bardzo brutalnie.

Ogólny wydźwięk tego dokumentu był jednak na tyle pozytywny, że niektórzy zaczęli już mieć nadzieję na jakąś nową, tym razem katolicką, „deklarację z Lambeth”, tym bardziej, że podobne rozwiązanie (warunkowe przyzwolenie na niektóre środki antykoncepcyjne w ramach małżeństwa), rekomendowała także Pawłowi VI powołana przezeń komisja, złożona z teologów, lekarzy i – także po raz pierwszy w historii! – samych małżonków. Tak się jednak nie stało, a papieska „rewolucja” w tym względzie została zatrzymana jakby w pół drogi.

Papież podtrzymał zakaz stosowania jakichkolwiek sztucznych środków przeciw poczęciu (poza wyjątkiem omówionym powyżej) – wyraził tylko nadzieję (którą i ja zresztą podzielam). że w przyszłości „medycyna zdoła wypracować wystarczająco pewną metodę poprawnej moralnie regulacji poczęć, opartą na uwzględnianiu naturalnego rytmu płodności.”

Dlaczego tak się stało? Moim zdaniem bardziej z pewnych racji duszpasterskich i moralnych, niż teologicznych.

Po pierwsze, warto zauważyć, że te Kościoły, które kiedyś „w ograniczonym zakresie” zgodziły się na stosowanie antykoncepcji w małżeństwie, dziś już w ogromnej większości zaakceptowały nie tylko wszystkie jej metody, ale często i przerywanie ciąży. Tak to już niestety bywa z wszelkimi „wyjątkami od reguły”, że mają tendencję do rozszerzania się w nieskończoność.

Po drugie zaś (i kto wie, czy nawet nie ważniejsze) papież pisząc swoją „rewolucyjną” encyklikę miał okazję na własne oczy obserwować postępy innej rewolucji, rozgrywającej się poza Kościołem – rewolucji seksualnej.

Rewolucji, która kusząc (zwłaszcza kobiety) nowo odkrytymi możliwościami „uwolnienia od lęku” przed niepożądaną ciążą, „wyzwoliła” jednocześnie całe życie seksualne człowieka już nie tylko z pożądanego przez Kościół kontekstu małżeństwa i rodziny, ale nawet z jakiegokolwiek wymagania wzajemnej miłości i wierności. Odtąd pojęcie „odpowiedzialności za drugą osobę” zaczęło być niekiedy używane już tylko jako przypomnienie o założeniu prezerwatywy we właściwym momencie…

Mam wrażenie, że w takim klimacie Paweł VI miał poważne powody, aby przewidywać, że wyjęcie tylko jednej małej „cegiełki” z katolickiej nauki o małżeństwie spowoduje równie szybki demontaż całej moralności również wewnątrz Kościoła. Przecież sama miałam okazję czytać książkę pod przewrotnym tytułem: „Katolicy i seks”, której autorzy (chociaż nawet nie wszyscy z nich są katolikami…) postulują między innymi, by Kościół uznał za „bezgrzeszne” wszystkie stosunki seksualne pomiędzy dorosłymi ludźmi nie związanymi małżeństwem – w zupełnie dowolnych konfiguracjach…

A nikt chyba nie zaprzeczy, że wynalezienie „absolutnie skutecznych” środków antykoncepcyjnych w sposób znakomity przyspieszyło ten proces? Chociaż oczywiście wolałabym, żeby ludzie powstrzymywali się od przypadkowych kontaktów seksualnych nie tylko ze strachu przed niechcianą ciążą czy chorobami – ale przede wszystkim z własnego wewnętrznego przekonania…

Rozczarowanie w pewnych kręgach było tak ogromne, że niektórzy skłonni byli nawet nagłą śmierć „uśmiechniętego papieża” Jana Pawła I (który według wszelkiego prawdopodobieństwa zmarł na zator płucny) przypisywać temu, że rzekomo planował on zmienić stanowisko Kościoła w sprawie antykoncepcji. Nie ma jednak na to żadnych dowodów.

W każdym razie, choć nauczanie Pawła VI w tej kwestii nadal obowiązuje, warto dodać, że NIE MA ono statusu dogmatu – a papież pisząc o tym nie skorzystał z klauzuli o swojej „nieomylności.” Tak więc nadal można o tym dyskutować bez obawy o ekskomunikę (na swoim blogu od lat czyni to np. red. Artur Sporniak z „Tygodnika Powszechnego”). A sądząc choćby z wypowiedzi Franciszka o braku „katolickiego przymusu wielodzietności”, Benedykta XVI o dopuszczalności używania prezerwatyw w przypadku zagrożenia śmiertelną chorobą (taką jak AIDS) czy też Papieskiej Akademii Życia o tym, że uzasadniona obrona kobiety przed gwałtem obejmuje także jej prawo „do obrony przed nasieniem gwałciciela”, włącznie z pigułką „po” (byleby nie była to pigułka wczesnoporonna) – dyskusja ta wciąż jeszcze nie jest zakończona.

Na zakończenie zaś mojego wywodu muszę dodać jeszcze parę słów na temat tego, co według mnie z „tradycyjnego” nauczania Kościoła (poza wymogiem, że seks powinien implikować miłość i wierność, o czym pisałam już wcześniej) domaga się także dziś koniecznie zachowania i obrony.

Przede wszystkim więc jest to to niezłomne przekonanie, że PŁODNOŚĆ ludzka jest wciąż pozytywną wartością, oznaką zdrowia i darem Boga – a nie największym możliwym zagrożeniem, przed którym należy się bronić rękami i nogami. A dzieci są zawsze błogosławieństwem, nigdy ciężarem. W perspektywie dotykającej nas „epidemii niepłodności” i kryzysu demograficznego (który zresztą Paweł VI przewidywał już ponad 40 lat temu!) wydaje mi się to szczególnie ważne.

Wiecie, dlaczego upadło Cesarstwo Rzymskie? Nie, wcale nie „przez chrześcijan” – jak do dziś sądzą niektórzy. Upadło przede wszystkim dlatego, że wobec postępującego spadku dzietności w pewnym momencie zaczęło tam brakować rąk do pracy (i do obrony rozległych terytoriów) – i Rzymianie zostali zmuszeni do przyjmowania w swe granice coraz większych grup „barbarzyńców.” A kiedy ci imigranci (jak byśmy dzisiaj powiedzieli) zorientowali się, że stanowią już większość społeczeństw Imperium Romanum, doszli do wniosku, że nie ma sensu bronić starego porządku – lepiej na jego gruzach zbudować nowy, własny. I jako historyczka poważnie się obawiam, że „starą”  (także pod względem fizycznym) Europę czeka niedługo taki sam los – choć się na razie jeszcze rozpaczliwie broni przed napływem „obcych.” A różne pomysły ich „asymilacji” (tak, aby woleli raczej kultywować nasze wartości, niż wprowadzać własne) okazują się dziś równie mało skuteczne, jak kilkanaście wieków wcześniej.

My tymczasem żyjemy w świecie, gdzie troska o zdrowie ciała (szczególnie ludzi młodych) posuwa się tak daleko, że planuje się „dla naszego dobra” ograniczyć dostęp np. do niezdrowej żywności czy do solarium – jednocześnie dając nawet nieletnim niemal nieograniczony dostęp do antykoncepcji, a nawet aborcji farmakologicznej. Wniosek: nieplanowana ciąża jest zawsze większym nieszczęściem, niż ewentualne następstwa zdrowotne tych środków, które wciąż są dość poważne – mimo że co pewien czas wypuszcza się na rynek nową ich generację, która to ma zapewniać już tylko samą „czystą radość bezpiecznego seksu.”

Równocześnie jednak wciąż powstają nowe suplementy, które mają ograniczyć te mniej przyjemne następstwa antykoncepcji, których (już) podobno ma nie być. I tak biznes (farmaceutyczny) się kręci…

Sama przez kilka lat brałam na moje problemy hormonalne pewien lek, powszechnie przepisywany nastolatkom np. na kłopoty z trądzikiem i na „wyregulowanie okresu” (co zresztą w wielu przypadkach jest bzdurą – bo albo rytm biologiczny po kilku latach ustali się sam, albo też nie ma w ogóle mowy o żadnej „nieregularności” – wahania cyklu w granicach 5-7 dni są rzeczą normalną u każdej kobiety i nie muszą świadczyć o żadnych zaburzeniach). Czułam się po nim tak koszmarnie, że po dwóch latach męczarni zdecydowałam się go odstawić na własną rękę – a teraz czytam, że właśnie ten środek został wycofany ze sprzedaży w wielu krajach, m.in. we Francji, z powodu groźnych, nawet śmiertelnych, skutków ubocznych. Tak więc moje dolegliwości nie były bynajmniej przejawem „przewrażliwienia”, jak sugerowała mi lekarka…

Jest w tym także pewien szerszy a nie dostrzegany wymiar „ekologiczny”: któż bowiem jest w stanie przewidzieć, jakie długofalowe skutki będzie miało dla przyrody przenikanie do środowiska syntetycznych substancji hormonalnych, wydalanych codziennie przez miliony zażywających je na świecie kobiet? Poważnie pytam.