Egzamin z empatii.

Muszę przyznać, że z uczuciem niejakiej przykrości słuchałam wypowiedzi prymasa Polski, arcybiskupa Kowalczyka na temat skandalu pedofilskiego na Dominikanie, o który podejrzewani są duchowni pochodzący z naszego kraju.

Proszę mnie dobrze zrozumieć – ja WIEM, że takie sprawy są zazwyczaj wyolbrzymiane przez media i wykorzystywane do ataków na Kościół katolicki (98 księży na 100 to NIE SĄ PEDOFILE, a jednak gwarantuję Wam, że na czołówkach wszystkich informacji znajdziecie właśnie tych pożałowania godnych dwóch – o występkach duchownych innych wyznań i religii zaś z reguły nie usłyszycie wcale – czyżby takowych w ogóle nie było? Jakoś nie chce mi się w to wierzyć…) – i że Kościół MUSI stosować „domniemanie niewinności” wobec swoich pracowników.

Zdarzają się przecież – choć nie wiem, jak często – fałszywe oskarżenia, powodowane chociażby biedą (zwłaszcza wobec możliwości otrzymania wysokich odszkodowań, jak to miało miejsce w USA), chęcią zemsty, zbiorową psychozą, czy też jeszcze innymi przyczynami.

A jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że choć od strony czysto formalnej ksiądz arcybiskup miał rację, mówiąc, że „w Kościele nie ma odpowiedzialności zbiorowej”, a winę za to, co uczynił, ponosi konkretny człowiek, a nie cała szacowna instytucja – to jednak NIE MIAŁ jej od strony czysto ludzkiej, a nawet teologicznej.

Przede wszystkim, warto pamiętać, że podejrzani księża NIE WYBRALI SIĘ na Dominikanę jako „osoby prywatne” (jak zdawał się sugerować ksiądz arcybiskup), w ramach urlopu, incognito, lecz – niestety – jako misjonarze, przedstawiciele swego zakonu i Kościoła.

Poza tym, gdyby nawet przyjąć widzenie Kościoła jako „zwyczajnego przedsiębiorstwa”, korporacji, w której każdy odpowiada sam za siebie (co zresztą zawsze stanowczo odrzuca papież Franciszek) – to czy unieważnia to takie ustępy Pisma Świętego, jak:

„[W Kościele], gdy cierpi jeden członek, współcierpią wszystkie inne członki; podobnie gdy jednemu członkowi okazywane jest poszanowanie, współweselą się wszystkie członki. Wy przeto jesteście Ciałem Chrystusa i poszczególnymi członkami.” (1 List św. Pawła Apostoła do Koryntian) lub „Jeden drugiego brzemiona noście.” (List do Galatów 6,2)?

Jezus powiedział także, aby „nie gardzić żadnym z tym z tych małych” (Ewangelia według św. Mateusza) oraz – On, zawsze taki łagodny i wyrozumiały wobec ludzkich słabości! – że tych, którzy staliby się powodem zgorszenia dla dzieci, należałoby utopić w morskich głębinach…

Nie wierzę, by abp Kowalczyk sam tego wszystkiego nigdy nie czytał i nie nauczał.

Wobec powyższego lekceważące uwagi hierarchy na temat „jakichś tam dzieci na  Dominikanie” i o tym, że to (rzekomo) „nie jest nasza – Kościoła w Polsce – sprawa” uważam za wysoce niestosowne.

Zresztą, skoro – przyjmijmy na chwilę taki nieewangeliczny punkt widzenia! – grzechy poszczególnych członków Kościoła liczą się tylko na ich własne konto, to z jakiej racji dobro, jakie czynią niektórzy z nich (jak choćby ks. Jacek Stryczek czy s. Małgorzata Chmielewska) miałoby z kolei opromieniać CAŁY Kościół?

Nie, nie, nie. Ja się na to nie zgadzam! To ZAWSZE są nasze małpy i nasz cyrk. Obojętnie, czy rzecz dzieje się w Polsce, czy gdziekolwiek indziej.

I dlatego sądzę, że korona nie spadłaby księdzu arcybiskupowi z głowy, gdyby PO PROSTU powiedział, że jest mu przykro, jeśli takich rzeczy gdzieś na świecie dopuszczają się nasi rodacy – i że będzie się modlił zarówno za nich, jak i za ich ofiary.

Czy cokolwiek tam jeszcze „kapłańska poprawność polityczna” nakazuje powiedzieć w podobnych wypadkach. Na pewno natomiast ten stary, watykański dyplomata nie zachował się… dyplomatycznie, widząc w zwykłym pytaniu dziennikarzy o ewentualną pomoc dla wiernych na Dominikanie tylko „atak na Kościół.”

Przecież nikt nie każe mu się zobowiązywać do wypłacania odszkodowań – ani do niczego innego zresztą. Chodziłoby raczej tylko o zwykłe, ludzkie współczucie.

Takie, jakie na szczęście miał odwagę okazać Sekretarz Generalny Komisji Episkopatu, biskup Wojciech Polak – który, chyba po raz pierwszy w historii Polski (sic!), głośno i wyraźnie przeprosił za te nadużycia. Oby jak najwięcej takich kapłanów!

Niestety, zdarzają się ciągle i inni, tacy, którzy incydent na Dominikanie próbują tłumaczyć tamtejszym… gorącym klimatem!

Oczywiście, to prawda, że w krajach latynoskich – podobnie jak w Azji – jest jakby „większe społeczne przyzwolenie” na seks z nieletnimi (i stąd cała rozwinięta w tych kierunkach seksturystyka) – niemniej nie powinno to stanowić żadnego usprawiedliwienia dla księdza, który przecież ślubował życie w celibacie, a także powinien był tej młodzieży świecić przykładem…

Tak samo, przyznaję, że coraz trudniej mi przychodzi zrozumieć „politykę personalną” ks. biskupa Henryka Hosera – który nie miał najmniejszych trudności z usunięciem z probostwa ks. Lemańskiego ze względów „dyscyplinarnych” (od razu mówię, że sądzę, że i ks. Wojciech nie ma najłatwiejszego charakteru, a jego wypowiedzi bywają nierzadko kontrowersyjne!) – natomiast znacznie dłużej zajęło mu „dogłębne rozważenie” kwestii, czy na proboszcza nadaje się kapłan, który już nie tylko był „podejrzewany” o czyny lubieżne, ale nawet za nie skazany prawomocnym wyrokiem…

No, cóż – zapewne, dopóki ów nie wypowiadał się w mediach (co ks. Lemański robi wręcz z przesadnym upodobaniem…) – wielkiej szkody wierze nie czynił?

Postscriptum: Wczorajsze, podobno, przejęzyczenie arcybiskupa Michalika, dotyczące tego, że to niekiedy zagubione dziecko samo „wciąga” dorosłego w tego typu kontakty, pokazuje przede wszystkim, jak dużo jeszcze nasi hierarchowie muszą się nauczyć w mówieniu o tej jakże delikatnej kwestii.

Nawet, jeśli rzeczywiście był to tylko „lapsus językowy” (choć obawiam się, że w głębi duszy wielu, zwłaszcza starszej daty, duchownych naprawdę sądzi, że dziecko jest w tej sytuacji jakoś „współwinne”, bo może – nawet nieświadomie – „sprowokowało” dorosłego), biskupi powinni wiedzieć, że czujne media tylko czyhają na każdą taką niezręczność.

Inna sprawa, że arcybiskup miał sporo racji, zauważając, że często początkiem takich historii jest osamotnienie dziecka w rodzinie (polecam w tej kwestii świetną książkę Margaux Fragoso „Zabawa w miłość” – bardzo smutną historię dziewczynki, którą, tak naprawdę, „interesował się” tylko pedofil). Ale tego, obawiam się, nikt już nie miał szansy usłyszeć przez medialny krzyk, jakoby „Kościół obwiniał ofiary.”

Na tym tle bardzo pozytywnie należy ocenić naprędce zwołaną tego samego dnia konferencję prasową. Kościół (w Polsce) musi się wreszcie nauczyć rozmawiać z mediami, a nie tylko do nich „przemawiać” z wysokości ambony.

Postscriptum 2: Niemniej warto zauważyć, że i tzw. „druga strona debaty” nie grzeszy subtelnością, nie tylko językową – ostatnio na łamach „Gazety Wyborczej” znów zabłysła nią prof. Środa, która komentując niezbyt fortunną może wypowiedź arcybiskupa o tym, że winę za „seksualizację dzieci” ponoszą w jakiejś mierze także feminizm i ideologia gender (w tym kontekście przypomina mi się wprowadzany pilotażowo do przedszkoli program edukacji seksualnej, który nakazuje już 4-latki szkolić w masturbacji, na przykład), odparowała złośliwie (ale niezbyt mądrze!), żeprzyczyną pedofilii jest religijne wychowanie dzieci i „tradycyjna” (to znaczy jaka, pani profesor?) rodzina. Rozumiem zatem, że mając na przykład opiekunów jednej płci, dzieci NIGDY nie padają ofiarą przemocy czy molestowania? O, nie, nie! Zapomniałam, że to się przecież zdarza tylko tym brzydkim, patriarchalnym heterykom – a jeśli już gejom, to TYLKO wtedy, gdy poza tym są księżmi…

Pogratulować głębi filozoficznego rozumowania…

W ogóle zadziwia mnie pewna widoczna nierównowaga w traktowaniu zjawiska męskiej i kobiecej pedofilii.

W ostatnich dniach media uraczyły nas dwiema bliźniaczo podobnymi historiami – w jednej 14-latka zaszła w ciążę z księdzem, w drugiej zaś – trzydziestoparoletnia nauczycielka urodziła dziecko również 14-letniemu uczniowi.

Pierwszy przypadek został bez żadnych wątpliwości okrzyknięty „kolejnym obrzydliwym czynem pedofila w sutannie” – w drugim zaś rozwodzono się na temat „zakazanej miłości” i „romantycznej historii”, w której to podobno uparty gimnazjalista „uwiódł” dorosłą kobietę.

Jakoś nie słyszałam słów powszechnego oburzenia na takie postawienie sprawy.

Głos zabrała nawet sama Dorota Zawadzka („Superniania” od sześciolatków i margaryny) – stwierdzając autorytatywnie, że ta kobieta może i zachowała się niewłaściwie, ale z pewnością nie jest „pedofilką.” Niedowiarkom zaś radziła zajrzeć w tej sprawie do „źródeł.”

Nie wiem, jakie to źródła miała na myśli ta wybitna polska pedagog (psycholog?), ale wiem, że nasze prawo określa przestępstwo „pedofilii” jako podejmowanie zachowań o charakterze seksualnym z osobą niepełnoletnią poniżej lat piętnastu – bez różnicy płci.

Seksuologia zaś definiuje pedofilię jako czynności seksualne z osobą która nie weszła jeszcze w wiek dojrzewania płciowego. Seks z pokwitającym nastolatkiem, co także częściowo wchodzi w prawną definicję „zachowań pedofilskich”, niekiedy bywa nazywany „efebofilią”- co jednak część badaczy odrzuca, widząc w tym rozróżnieniu nazw próbę rehabilitacji tej ostatniej.

Gdybyśmy jednak pozostali przy podstawowej definicji, to specjaliści są zgodni co do tego, że chłopcy dojrzewają (nie tylko fizycznie!) przeciętnie o 2-3-lata później, niż dziewczynki.

Jestem więc w stanie zaryzykować twierdzenie, że o ile 14-latka może, w pewnych okolicznościach (i kulturach!) być już prawie dorosłą „młodą kobietą”, o tyle 14-letni chłopiec będzie prawie na pewno jeszcze dzieckiem.

Dlaczego więc na siłę upierać się że jest odwrotnie – i że o ile dziewczynka była (w to wierzę!) tylko bezbronną ofiarą, o tyle chłopiec był już „młodzieńcem” który całkiem świadomie i dobrowolnie zaangażował się w „romans” (sic!) z dużo starszą od siebie kobietą?

Dlaczego? Bo kobieta NIE MOŻE być pedofilką? Z definicji? Jakiej definicji?

Nic nie poradzę też na to, że stale jakoś przypomina mi się casus Agnieszki Holland, która broniąc Romana Polańskiego (który, przypomnijmy, wiele lat temu odurzył alkoholem i narkotykami 13-letnią dziewczynkę, a następnie ją zgwałcił), stwierdziła, że tak właściwie, to ta mała to była „zawodowa prostytutka” (sic!), która doskonale wiedziała, po co tam idzie…

Na to też nikt się jakoś szczególnie nie oburzył.

No, więc, jak to jest? Dzieci czasami „uwodzą”, czy jednak nie?

Proszę mnie dobrze zrozumieć: uważam, podobnie jak pewien publicysta jednego z prawicowych tygodników, że wcale nie potrzebujemy „szczególnego traktowania” dla Kościoła w sferze publicznej. Wypadałoby jednak mierzyć wszystkich jedną miarą.

I jeszcze jeden dopisek (z dnia 29.10.2013 roku): Wczoraj arcybiskup Michalik powiedział, że „pedofilia w Kościele to tylko pretekst, żeby zniszczyć autorytet biskupów u wiernych.”

I pomyślałam, że aby można było „zniszczyć” czyjś autorytet, to trzeba go najpierw mieć. Mam nadzieję, że ksiądz arcybiskup jest najzupełniej pewny, że takowy posiada?

Po drugie, jak pokazuje choćby przykład Prymasa Tysiąclecia, PRAWDZIWY autorytet zniszczyć wcale nie tak łatwo.

Po trzecie wreszcie, nawet, jeżeli to wszystko to rzeczywiście tylko „pretekst”, to do ludzi Kościoła należy, żeby takich pretekstów nikomu nie dawać…

***

Doprawdy, muszę wyznać ze smutkiem, że coraz trudniej mi przychodzi „kochać Kościół” (we wszystkich jego członkach) taki, jaki on jest w Polsce. Bo jakoś nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jest to jednak trochę INNY Kościół, niż ten, którego pragnie papież Franciszek.

Najpierw mieliśmy „dzieci, które wciągają dorosłych”, teraz znów jakiś idiota opowiada, że słyszał o „dzieciach, które same wchodziły do łóżek dorosłych, poszukując zaspokojenia.”

Ciekawostka, gdzie ów ksiądz powziął taką wiedzę – bo jeśli podczas spowiedzi (pedofilów lub tych dzieci) to TYM BARDZIEJ nie powinien był bez pomyślunku kłapać dziobem.

To prawda, że nie trzeba wcale – co z upodobaniem czynią niektórzy nasi biskupi –  po dawnemu ciągle szukać „wrogów Kościoła” gdzieś na zewnątrz. Najgroźniejsi są ci, którzy są w środku… Niestety.

Rozpaczliwie poszukując sensacji.

Nie da się ukryć, że dziennikarze mają „problem” z papieżem Franciszkiem. I to, trzeba powiedzieć, dziennikarze wszelkiej maści.

Ci liberalni, „lewicowi”, już wcześniej stworzyli sobie obraz papieża jako „swojego chłopa”, takiego, co to nie będzie przesadnie zawracał sobie (a przede wszystkim innym!) głowy przykazaniami, wymaganiami i podobnymi – w ich pojęciu – „bzdetami.”

Zresztą całkiem podobnie, jak wcześniej zrobili z poczciwym Benedyktem, którego już na początku jego pontyfikatu przezwali „pancernym kardynałem” – i NIC, co by ten papież zrobił czy powiedział, nie mogło już potem zmienić tego wizerunku. (No, może z wyjątkiem samego tylko ustąpienia…:))

A swoją drogą, nasilenie ataków na poprzedniego papieża było chyba bez precedensu w najnowszej historii Kościoła.

Pamiętacie może jeszcze ten pomysł (już nie pamiętam, czyj) – by biednego staruszka postawić przed międzynarodowym trybunałem pod zarzutem „zbrodni przeciwko ludzkości”?

Jest to o tyle zabawne, że jednocześnie „cały cywilizowany świat” niespecjalnie się przejmuje PRAWDZIWYMI zbrodniami, dziejącymi się tu i teraz np. w Korei Północnej (gdzie działają cały czas regularne obozy koncentracyjne) czy w Chinach.

Akt oskarżenia przeciwko „zbrodniarzowi” Ratzingerowi nie mógł być jednak szczególnie mocny, skoro jego abdykacja natychmiast przerwała wszelkie dywagacje na ten temat. (No, chyba żeby uznać, że Benedykt XVI jest OSOBIŚCIEodpowiedzialny za wszystko, cokolwiek ludzie Kościoła czynili przez 2000 lat istnienia chrześcijaństwa. Nie wydaje mi się jednak, żeby to było szczególnie uczciwe postawienie sprawy. W przeciwnym razie należałoby także oskarżyć np. Angelę Merkel o zbrodnie partii komunistycznej – której wszak była lojalnym członkiem! – w NRD).

Tak samo, tyle że à rebours, postępuje się teraz z papieżem Franciszkiem. Lepiej więc taktownie „nie zauważać” jego niewygodnych (z punktu widzenia „postępowców”) wypowiedzi np. o tym, że nie tyle „każdy człowiek ma prawo do dziecka”, co raczej każde dziecko – w co i ja zawsze wierzyłam! – ma naturalne prawo do matki i ojca.

Za podobne stwierdzenie Benedykt zostałby niechybnie okrzyknięty „homofobem” i zgodnie potępiony przez wszelkie medialne „autorytety” – „papieżowi z końca świata” zaś nawet taka „niedopuszczalna mowa nienawiści” uchodzi, jak na razie, na sucho.:)

W dobrym tonie jest za to podkreślanie aż do znudzenia czy to prawdziwych czy wyimaginowanych różnic, dzielących Jorge Bergoglio od jego (rzekomo) surowych i „zacofanych” poprzedników.

W tej atmosferze prawie wszystko, cokolwiek robi i mówi nowy papież, choćby były to najzwyczajniejsze słowa i gesty, urasta natychmiast do rangi sensacji i „wielkiego przełomu” w Kościele…

A w ogóle, to jak daleko musieliśmy już odejść od pierwotnej, ewangelicznej prostoty, skoro „świat” zdumiewa się teraz tym, że papież jeździ starym samochodem i przechodzi z niektórymi na „ty”…

Dziennikarze „prawicowi”, konserwatywni (w rodzaju Tomasza Terlikowskiego) mają z kolei odwrotny kłopot.

Czują się mianowicie w obowiązku nieustannie wyjaśniać, że papież – jeżeli akurat powiedział czy zrobił coś, co niezbyt zgadza się z ich „tradycyjną” wykładnią chrześcijaństwa (jak choćby słynne już wielkoczwartkowe umycie nóg KOBIECIE i do tego, o zgrozo, muzułmance!:)) – z całą pewnością nie miał tego czy tamtego na myśli.

A tak w ogóle to przecież niczym, absolutnie niczym nie różni się od swoich poprzedników… :)

(W ten nurt myślenia wpisuje się zresztą chyba także niedawne upublicznienie listu papieża-seniora do jednego z wojujących włoskich ateistów, zaraz po tym, jak papież Franciszek opublikował na łamach lewicowego dziennika „La Repubblica” swoją odpowiedź na zarzuty redaktora tegoż. „Franciszek umie dialogować z inaczej myślącymi? Ależ to nic nowego, Benedykt też to potrafi!” – przekonują nas teraz watykaniści. Szkoda tylko, że tak późno…)

Tak samo było w przypadku łagodnej (jak zawsze) wypowiedzi Franciszka o gejach („Jeśli ktoś jest homoseksualistą i poszukuje Boga oraz ma dobrą wolę, to kim ja jestem, by go osądzać?”), po której red. Terlikowski zagrzmiał, że „nawet papież nie ma prawa zmieniać nauczania Kościoła w kwestiach moralnych.”

Pomijając już kwestię tego, czy biskup Rzymu jest czy też nie jest „nieomylny w sprawach wiary i moralności” (bo jeśli jest, to na mój „babski rozum” może zmieniać tu cokolwiek chce według własnego rozeznania), to pan redaktor w swym świętym oburzeniu chyba zapomniał, że Kościół „od zawsze” (a przynajmniej od Soboru Watykańskiego II) nauczał, by starannie oddzielać „grzech” od popełniającego go grzesznika.

Innymi słowy: żeby piętnować zło, a nie czyniących je ludzi.

Przykład: wszyscy się chyba zgadzamy co do tego, że „kradzież”, w ogólności, jest czymś złym. Nie znam jednak nikogo, w Kościele czy poza nim, kto by potępił (nawiasem mówiąc, „potępić” to chyba jeden z ulubionych czasowników ludzi piszących o katolicyzmie: „Papież potępia… Kościół potępia…” itd.:)) np. kobietę, która ukradła w sklepie bułkę, aby nakarmić swoje dziecko…

Wypowiedź ta w moim przekonaniu wpisuje się zatem ściśle w nurt takiej tradycji.

Nie mam też większych problemów ze zrozumieniem innej, która ostatnio tyle problemów sprawiła prawicowym publicystom. W wywiadzie dla jezuickiego pisma „La Civiltà Cattolica” Franciszek powiedział m.in.:

„Nie możemy tylko upierać się przy sprawach związanych z aborcją, małżeństwami gejowskimi i stosowaniem metod antykoncepcji. […] Nauczanie Kościoła w tych sprawach jest jasne, a ja jestem synem Kościoła, ale nie ma potrzeby mówienia tego cały czas. Nauczanie dogmatyczne i moralne Kościoła nie są sobie równoważne. Duszpasterstwo Kościoła nie może mieć obsesji na tle mnóstwa doktryn do uporczywego wdrażania.”

Ale niech się znów nie cieszą radykalne feministki. :)   W moim odczuciu ta wypowiedź Franciszka NIE OZNACZA wcale, że odtąd używanie pigułki antykoncepcyjnej będzie w Kościele uważane za podstawę do kanonizacji, a aborcja wkrótce stanie się ósmym sakramentem (jak można by wnosić z niektórych komentarzy).

Wydaje mi się raczej, że w ten sposób papież próbował po prostu przypomnieć katolikom, by nie „przewartościowywali” przykazania szóstego na pierwsze, jak to się, niestety, często zdarza w codziennej praktyce.

Założę się o co chcecie, że 99% ludzi (nawet niezwiązanych z Kościołem!) natychmiast skojarzy słowa: grzech, grzeszyć, grzeszny… ze sprawami „łóżkowymi.”

Nawet najsłynniejszy chyba polski bloger, podobno zarobkujący ciałem, podpisuje się, a jakże by inaczej, „Grzesznik Adam.”

W efekcie takiego nauczania, jak tu już kiedyś pisałam, chyba WSZYSCY w Polsce wiedzą, co Kościół myśli na temat aborcji czy in vitro, a śmiem wątpić, czy 50% rodaków kiedykolwiek przeczytało całą Ewangelię – już nawet nie wspominając o spotkaniu z żywym, osobowym Bogiem…

Każe się im więc wypełniać pewne normy moralne w imię czegoś (Kogoś!), czego zupełnie nie znają i nie rozumieją…

Po prostu „Billings.”

O przekłamaniach „Newsweeka”, dotyczących osoby arcybiskupa Henryka Hosera (aczkolwiek ja też uważam, że w sporze z ks. Wojciechem Lemańskim to biskup nie ma racji) napisano już sporo.

Dość powiedzieć, że – wbrew temu, co napisała autorka artykułu – arcybiskup nigdyNIE BYŁ nuncjuszem apostolskim w Rwandzie, a tym bardziej nie mógł być niemalże „osobiście odpowiedzialny” za ludobójstwo na Tutsich – z tej prostej przyczyny, że go tam w tym czasie nie było. Kiedy w Ruandzie trwały czystki etniczne, ksiądz Hoser przebywał na rocznym „urlopie formacyjnym” w Europie.

Być może wszystko to są „drobiazgi”, jak sugeruje sama autorka, (choć ja tak nie uważam) – aczkolwiek właśnie teza o współodpowiedzialności Hosera za rzezie staje się podstawą do słabo zakamuflowanych do oskarżeń o hipokryzję: „Ksiądz biskup tak się teraz troszczy o los zarodków z in vitro – ale jako nuncjusz milczał, gdy mordowano tysiące już narodzonych!”

Wszystko to jest już jednak dość dobrze znane, przynajmniej czytelnikom „prasy katolickiej”, od „Tygodnika Powszechnego” po „Nasz Dziennik” – ponieważ sama red. Aleksandra Pawlicka z żadnej z tych „drobnych nieścisłości” wycofywać się nie zamierza.

Ja natomiast w swoim skromnym tekście chciałabym się zająć tylko jednym zdaniem z owego wiekopomnego artykułu:

„Metoda Billingsa to odmiana kalendarzyka małżeńskiego, polegająca na obserwacjach śluzu, temperatury i samopoczucia kobiety.”

Jedno zdanie – i co najmniej DWA poważne błędy merytoryczne.

I proszę mi nie mówić, pani redaktor, że i w tym wypadku (zapewne z winy „karzącej ręki Kościoła”, czy jakoś tak) nie miała pani żadnej możliwości sprawdzenia, o czym właściwie pani pisze. Wystarczyłoby w tym celu zajrzeć choćby do Wikipedii…

PO PIERWSZE – nazwanie metody Billingsa „rodzajem kalendarzyka małżeńskiego” ma mniej więcej tyle samo sensu, co nazwanie prezerwatywy – „rodzajem pigułki.”

Obydwie metody należą wprawdzie do „metod naturalnych” (podobnie, jak prezerwatywa i pigułka należą do metod antykoncepcyjnych) – chodzi jednak o dwieRÓŻNE metody, z których jedna („kalendarzyk”) jest już dziś uważana za przestarzałą i przez nikogo nie polecaną.

Częste zaś w mediach wrzucanie wszystkich metod NPR do jednego worka z napisem „kalendarzyk małżeński” ma służyć JEDYNIE ich zdyskredytowaniu jako „kościelnych”, nieskutecznych i nienaukowych. A w opisanym kontekście miało też zapewne służyć podważeniu kompetencji Hosera jako lekarza (to jego drugi zawód) – „Zobaczcie, czym on się w tej Afryce zajmował – no, po prostu śmiechu warte, cha, cha, cha!”

PO DRUGIE – Metoda Billingsów (zwana też owulacyjną) tym się właśnie różni od pozostałych „metod naturalnych”, że NIE bada się w niej „śluzu i temperatury” (jak w metodach objawowo-termicznych, których też zresztą jest kilka) – a tylko sam śluz.

Zwolennicy tej metody mówią, naturalnie, o jej stuprocentowej skuteczności – ja jednak sądzę, że (co potwierdzają również badania naukowe) – jej typowa skuteczność wynosi około 90% (co oznacza, że przy prawidłowym stosowaniu do 10 na każde 100 stosujących kobiet w ciągu roku może zajść w ciążę). Metody objawowo-termiczne osiągają lepsze wyniki, niemniej sama przez wiele lat z powodzeniem stosowałam „Billingsa”, dopiero po urodzeniu dziecka dodając do obserwacji śluzu pomiar temperatury, dla uzyskania większej pewności.

Metoda ta jest szczególnie przydatna u takich kobiet, jak ja: które mają bardzo długie cykle i stale występujący śluz – daje im znacznie więcej dni na współżycie, niż typowe metody objawowo-termiczne, w których z reguły obecnośćJAKIEJKOLWIEK wydzieliny jest już sygnałem możliwej płodności.

Niedogodnością może tu być natomiast stosunkowo długi czas, potrzebny na naukę – aby nauczyć się prawidłowo rozróżniać u siebie poszczególne rodzaje śluzu (ja zaczęłam się tego uczyć jeszcze jako bardzo młoda dziewczyna, na długo przedtem, zanim zdecydowałam się rozpocząć współżycie) – oraz obniżona skuteczność w przypadku stanów zapalnych pochwy.

Ja w każdym razie zalecam w takich wypadkach podjęcie leczenia i powstrzymanie się od współżycia, dopóki nie powróci „normalna”, fizjologiczna wydzielina. (Chyba, że metoda Billingsów nie jest jedyną stosowaną – i inne objawy wskazują, że można współżyć.).

Dla pewnej grupy kobiet natomiast już samo „oglądanie” swoich wydzielin jest odstręczające z powodów psychologicznych – i tym również zalecałabym wybór innej metody.

Ciekawa jest także kontrowersja pomiędzy twórcami metody Billingsów, a Thomasem W. Hilgersem – twórcą tzw. Modelu Creightona, sztandarowej metody wykorzystywanej w naprotechnologii. Otóż Hilgers twierdzi, że opracowany przez niego system obserwacji płodności kobiety jest po prostu „wystandaryzowaną” wersją metody owulacyjnej – od czego z kolei zdecydowanie odżegnują się jej twórcy, stwierdzając przy tym, że – ze względu na swoje założenia – „Creighton Model” jest wręcz mniej dokładny.

I chyba jestem skłonna w tej sprawie uwierzyć Billingsom.