Europa,”Polak-katolik” i Centrum Wypędzonych…

Coraz częściej myślę, że jeśli chodzi o Kościół to (historia wielokrotnie to pokazała!) znacznie lepiej jest dla niego, gdy jest prześladowany, niż kiedy jest „triumfujący” (jak to drzewiej bywało w Irlandii i Hiszpanii, a i u nas jest jeszcze czasami…). Na Zielonej Wyspie np. ta jego uprzywilejowana pozycja – i związane z nią poczucie zupełnej bezkarności – zaowocowała ostatnio tysiącami pozwów o molestowanie wychowanków z przeszłości…

Denerwuje mnie jednak także nieopisanie zawężanie „katolicyzmu” tylko do naszego polskiego podwórka – zupełnie jakby Jezus, Maryja i wszyscy święci Pańscy byli naszą i tylko naszą własnością („A tej bezbożnej Europie to my jeszcze pokażemy!”). Prawda jest jednak taka, że „katolicki” znaczy POWSZECHNY, o czym nigdy nie powinno się zapominać. A „polski katolik” spod znaku LPR-u czy innego „Libertasu” czasami tak się ma do katolicyzmu, jak, nie przymierzając, kaszanka do czarnego kawioru…

Z drugiej strony (może właśnie dlatego?) na Starym Kontynencie coraz wyraźniej zaznacza się pewna „christianofobia” – dość przypomnieć nieszczęsnego Rocco Buttiglione, który wyleciał był ze stołka w Radzie Europy tylko za to, że „miał czelność” publicznie powiedzieć, że w JEGO POJĘCIU (którego, broń Boże, nie miał zamiaru nikomu narzucać!) stosunki homoseksualne są grzechem… Buttiglione należał do katolickiego ruchu Communione e Liberazione, podobnie jak obecny włoski kandydat na szefa PE, Mario Mauro.

 

Inna rzecz, że coraz częściej mam wrażenie, że z z europejskiej chadecji niewiele już dziś pozostało, poza nazwą. Partie, które szczycą się przymiotnikiem”chrześcijański” w nazwie, są nierzadko tak liberalne, jak ich lewicowi koalicjanci. Czasami równie im daleko do chrześcijaństwa jak, nie przymierzając, prof. Szyszkowskiej.

 

Mimo to już teraz głośno mówi się o tym, że lepszym wyborem (czy raczej mniejszym złem!) będzie konserwatywny protestant z Polski, Jerzy Buzek. Jednym słowem – wszystko, byleby nie był katolikiem! Albo przynajmniej się z tym tak nie „afiszował.” Co innego, gdyby był, na przykład, buddystą, albo – przynajmniej – wojującą feministką. 🙂 Wówczas wszelka ostentacja byłaby jak najbardziej na miejscu…

Od razu zaznaczam, że NIE CHODZI MI O TO, że obydwaj kandydaci różnią się wyznaniem, tylko, że to w ogóle może stanowić kryterium oceny… A Silvio Berlusconi, tak bardzo podkreślając religijność swego kandydata, zdaje się „strzelił mu w stopę.” Jako Włoch powinien był wiedzieć, że od czasu „afery” Buttiglione Unia „nie lubi” zaangażowanych katolików.

Ale gdzie jest powiedziane, że Jerzy Buzek na pewno lepiej się sprawdzi na tym stanowisku? Tylko dlatego,że jest „nasz”?! Oczywiście, życzę mu jak najlepiej – i mam nadzieję, że jest lepszym europarlamentarzystą, niż był premierem…

 

Natomiast „wypędzenia” to już zupełnie insza inszość. Akceptuję, oczywiście, postawę biskupów polskich z „przebaczamy i prosimy o przebaczenie” – ALE obawiam się, że teraz chodzi raczej o to, by rozmyć odpowiedzialność, przerzucić ją z Niemców na jakichś bliżej nieokreślonych „nazistów” (tak samo zrobił zresztą w kilku niezbyt fortunnych wypowiedziach papież Benedykt XVI).

 

Obawiam się, że w końcu wyjdzie na to, że Niemcy nie tyle okupowali całą Europę, co sami znaleźli się pod okupacją niejakiego Hitlera i garstki jego przybocznych… Prosty fakt, że wcześniej sami sobie taki los dosyć entuzjastycznie WYBRALI (były, oczywiście, chlubne wyjątki!) gdzieś nam w tym wszystkim umyka. Proszę, nie mylmy PRZYCZYNY ze SKUTKIEM!

 

Postscriptum: Jerzy Buzek został Przewodniczącym PE. A nie mówiłam? 😉

Egzorcyzmy Anneliese Michel.

1 lipca 1976 roku w pewnym małym niemieckim miasteczku zmarła 23-letnia studentka pedagogiki, Anneliese Michel. Zmarła, dodajmy, w trakcie trwających wiele miesięcy egzorcyzmów – co stało się powodem oskarżenia jej rodziców, jak również przeprowadzających modlitwy księży, o nieumyślne spowodowanie śmierci.

Oskarżonych skazano (wbrew wnioskowi prokuratury, która domagała się dla nich tylko kary grzywny) na kary pozbawienia wolności w zawieszeniu – a cała sprawa stała się pretekstem do ostrych ataków  na „średniowieczną ciemnotę” i „zabobony”, które – rzekomo – zabiły młodą, niewinną dziewczynę.

Należy sobie jednak przede wszystkim uświadomić, że w całej historii Kościoła nie zdarzył się, jak dotąd, ANI JEDEN przypadek, aby osoba egzorcyzmowana zmarła w wyniku egzorcyzmów.

Czyż nie logiczniej byłoby zatem przyjąć, że skoro – w opinii wielu racjonalistów – modlitwa nie może nikomu pomóc, to z pewnością nie może też zaszkodzić? A jeśli tak, to należałoby również w tym przypadku poszukać innej, bardziej „racjonalnej” przyczyny śmierci.

I wydaje mi się, że amerykańska antropolog, prof. Felicitas D. Goodman, przekonująco – a co najważniejsze, naukowo – udowodniła w swojej książce*, że Anneliese – sądząc po zespole zaobserwowanych u niej objawów – zmarła z powodu zatrucia lekami na padaczkę (której zresztą najprawdopodobniej wcale nie miała).

W związku z tym nasuwa się pytanie, czy pierwotna zasada medycyny – primum non nocere – nie została tutaj jakoś poważnie naruszona z racji pewnych „oświeceniowych” uprzedzeń wobec religii? Czy nie należało raczej – skoro pacjentka uporczywie zgłaszała, że jej problemy są natury raczej duchowej, niż psychicznej, a zaordynowane jej (coraz silniejsze) leki wcale nie pomagały – zrezygnować choćby na pewien czas z agresywnego leczenia farmakologicznego, przynajmniej w celu „odtrucia” organizmu?

I można chyba zaryzykować twierdzenie, że dziewczyna prawdopodobnie wróciłaby do zdrowia, gdyby odpowiednio wcześnie odstawiono szkodzące jej medykamenty. W pewnym uproszczeniu można zatem powiedzieć, zabiła ją nie tyle religia i jej „zabobony”, co źle pojęta wiara we wszechmoc medycyny…

Możliwe również, że to właśnie leki (które, notabene, przyjmowała właściwie aż do śmierci – upada więc tutaj zarzut o „zaniechaniu” postępowania leczniczego…) uczyniły Anneliese – czy może raczej jej mózg – niezdolną do przeżycia tego „oczyszczającego rytuału”, który mógł – przynajmniej subiektywnie – przynieść jej uwolnienie. Bo ważniejsze w tej sprawie niż to, w co wierzyli (lub nie) jej lekarze, biegli i sędziowie jest to, w co wierzyła (i czego chciała) ona sama i jej rodzina.

Bo czy w istocie aż tak ważne jest, skąd pochodzi ratunek, jeśli tylko okazuje się on prawdziwie skuteczny? Dobrze o tym wiedzą psychoterapeuci i psychiatrzy, którzy nie wahają się już dziś współpracować z duszpasterzami, zwłaszcza w tych przypadkach, które zdają się być oporne na tradycyjne leczenie.

Niestety, w roku 1976 w Niemczech Anneliese Michel nie miała aż tyle szczęścia…

Jest jednak w tej sprawie kilka znaczących punktów, które mnie – muszę przyznać – trochę niepokoją.

Zacznijmy od tego, w jaki sposób (dlaczego) Anneliese została opętana – podobno miało się tak stać wskutek „klątwy” rzuconej na jej ciężarną matkę przez pewną kobietę. Czytałam wprawdzie, że opętanie diabelskie jest możliwe w odniesieniu np. do dzieci satanistów, którzy je przed narodzeniem „poświęcili” szatanowi – tym niemniej trudno mi uwierzyć, że tego typu prywatna klątwa mogłaby mieć moc także nad dzieckiem, które zostało ochrzczone i korzystało regularnie ze wszystkich sakramentów Kościoła. Moim zdaniem, coś takiego przeczyłoby zasadzie wolności dzieci Bożych…

Różnorodne wątpliwości budzi we mnie powtarzana tu i ówdzie opinia, jakoby Anneliese dobrowolnie „zamknęła w sobie” złe duchy, ażeby nie mogły szkodzić innym – czym dałoby się także łatwo wytłumaczyć obiektywną „nieskuteczność” egzorcyzmów w jej przypadku. Ale sama Anneliese, jak się zdaje, do końca wierzyła, że wkrótce wyzdrowieje, będzie szczęśliwa i „wolna.” Nic nie wskazuje na to, aby jakoś specjalnie „chciała” umierać (w sensie pragnienia chrześcijańskiego męczeństwa).

Tę lukę w rozumowaniu dostrzegł zresztą także jeden z księży, który po latach stwierdził, że Anneliese wiedziała, że „uwięzione” w niej demony w końcu ją zabiją – i że ZGODZIŁA SIĘ na to – niemniej  świadectwo to, złożone post factum (po 30 latach od wydarzeń!) nie wydaje mi się szczególnie przekonujące.

Następnie, nie bardzo rozumiem, dlaczego, choć uczestniczący w egzorcyzmach kapłani sami wielokrotnie (i słusznie!) podkreślali, że „szatan jest kłamcą i ojcem kłamstwa”, jednocześnie jednak zdają się dawać posłuch jego wypowiedziom na temat Kościoła, a zwłaszcza Liturgii Eucharystycznej.

W książce prof. Goodman można więc przeczytać np. że „podchodzić do Komunii z wyciągniętą łapką <a tak właśnie jest ona niejednokrotnie udzielana w kościołach na Zachodzie, a również, np. we wspólnotach Drogi Neokatechumenalnej – przypis Alby> – o, to jest rzecz prawdziwie diabelska!” Podobną opinię wyrażają demony na temat przyjmowania Ciała Chrystusa w postawie stojącej: „To z naszego polecenia!” – krzyczą przez usta dziewczyny, mimo że zarówno za udzielaniem Komunii na rękę, jak i za procesyjnym jej przyjmowaniem stoją poważne względy duszpasterskie i Tradycja Kościoła (niektóre teksty Ojców Kościoła poświadczają, że pierwsi chrześcijanie przyjmowali Ciało i Krew Pańską właśnie „wyciągając po nie ręce”- a procesja komunijna ma ponadto jeszcze jeden ważny cel: wyraża ideę Kościoła jako „ludu pielgrzymującego”).

A wszystkim, którzy jeszcze czują się urażeni takimi „nowinkami” chciałabym tylko delikatnie przypomnieć, że poczas Ostatniej Wieczerzy Apostołowie – zgodnie z ówczesnymi zwyczajami – mogli nawet leżeć przy stole. I nikt, jak sądzę, nigdy nie poczytywał tego za profanację pierwszej Eucharystii…

Warto przy tym pamiętać, że ostateczny kształt liturgii zależy zawsze od biskupa – więc, w pewnym sensie, „nic do tego” aniołom, złym duchom czy nawet Matce Bożej, z której, rzekomo, polecenia wygłaszają podobne rewelacje. (Jest też w książce pewna wielce znacząca wzmianka o tym, że i sama Anneliese wzbraniała się przed przyjmowaniem Komunii z rąk świeckich szafarzy, uważając je za „niegodne”- i to pomimo tego, że biskup pobłogosławił ich do tej posługi…).

Być może więc „przypadek z Klingenbergu” (jak czasami nazywano tę sprawę) posłużył również przeciwnikom radykalnych reform posoborowych do wyartykułowania swego stanowiska – ponieważ na Zachodzie dyskusje tego typu były znacznie ostrzejsze, niż w Polsce.

Przemawia za tym również fakt, że – już po swojej śmierci – Anneliese stała się ośrodkiem pewnego bardzo konserwatywnego ruchu „odnowy religijnej.”

Losy Anneliese Michel stały się także kanwą dla głośnego swego czasu filmu „Egzorcyzmy Emily Rose.”

*Felicitas D. Goodman, Egzorcyzmy Anneliese Michel, wyd. polskie FENOMEN – Wydawnictwo ARKA NOEGO, Gdańsk 2005.

„Jestem synem księdza.”

Thomas Froster urodził się w 1977 roku, jest więc dziś 30-letnim mężczyzną, ale jego książka pod powyższym tytułem (napisana wspólnie z dziennikarką Karin Jäckel)  została wydana, kiedy autor miał lat kilkanaście – i może dlatego momentami jest dla mnie nieco irytująca.

Aż roi się w niej np. od anarchonicznych, a chwilami wręcz śmiesznych stwierdzeń w rodzaju: Kościół na swój sposób naznacza dziecko księdza, nadając mu łaciński tytuł sacrilegus, co w wolnym tłumaczeniu znaczy 'świętokradca’.”  „[Według Kościoła katolickiego] związek kobiety z księdzem można porównać do obrabowania banku.” (Jak żyję, nigdy nie słyszałam o czymś podobnym!), „Nigdy nie zostałbym poczęty i nie mógłbym przyjść na świat, gdyby wszystko poszło zgodnie z wolą Reprezentanta Boga na ziemi, papieża, ponieważ według niego Bóg nie chciał mnie, lecz zostałem Mu wykradziony. Wykradziony, ponieważ kropelka spermy, która w akcie bezgranicznej miłości i namiętności dotarła z lędźwi ojca do łona mamy, aby tu połaczyć się z gotową na jej przyjęcie komórką, była własnością Kościoła. I ten Kościół przy pomocy surowych praw pilnuje, aby nawet najmniejsza część bożego skarbu (czyli, jak rozumiem, tej cennej spermy?! – Alba) nie została oddana człowiekowi. Mój ojciec sprzeniewierzył nasiona, należące do jego Boga…” „Mój ojciec bał się swojego Boga, którego odbierał jako Boga karzącego. W trakcie spowiedzi mógłby uzyskać od Niego przebaczenie jedynie wtedy, gdyby wyjawił miłość do mamy i uznał swoją winę. A tego nie mógł uczynić. Niezależnie od tego, jak wielką wewnętrzą potrzebę odczuwał, nie mógł przyjść do swego Boga z wiarą w Jego wsparcie.” (Nie bardzo rozumiem, dlaczego?). „Obaj z Muckelem po lekcji dla ministrantów skręcaliśmy się ze śmiechu, wyobrażając sobie, że ten, kto chce zostać księdzem, musi swój interes wsadzić pod gilotynę…”  „Chłopiec, który ma zostać księdzem, nie może naturalnie bawić się z brudasami ani biegać po dworze” (sic!) albo też, oczywiście (bo jakże by inaczej?:)) , „Kościół nie ma nic wspólnego z wiarą – wszystko to tylko sprawa pieniędzy i władzy.”

Inna sprawa, że i ojciec Thomasa, malowany słowami nastoletniego syna, to typ bardzo antypatyczny, człowiek, w którym ja bym się z pewnością nie zakochała, niedojrzały egocentryk, który sprawdzał się świetnie w roli szanowanego „ojca dyrektora” katolickiej szkoły, ale na pewno nie ojca i męża. Człowiek, który – w myśl słów zakochanej w nim ślepo kobiety „był wspaniały w dobrych chwilach”, ale wszelkie problemy beztrosko przerzucał na barki innych. Człowiek, który nie kiwnął nawet palcem, gdy jego ciężarna partnerka budowała dom dla jego dzieci (a potem bezceremonialnie uznał ten dom za własny!), ani wtedy, gdy Thomas zachorował na raka. Człowiek, który swoje odejście z klasztoru i zamieszkanie – po latach! – z rodziną traktował w kategoriach „pokuty za grzech” i dawał to boleśnie odczuć swoim najbliższym.  Człowiek, który w przypływie wściekłości potrafił cisnąć w kobietę „krzyżem lub Biblią.” Który zaczął nadużywać alkoholu. Wreszcie człowiek, który namawiał swoją późniejszą żonę na aborcję drugiego dziecka – a mimo to później miał czelność domagać się wielkim głosem chrztu dziewczynki, której nie chciał… (I tutaj już naprawdę nie mogłam wyjść z podziwu – jak można było chcieć dalej
być z TAKIM człowiekiem?!).

Co zresztą tylko dowodzi słuszności mojej teorii, że NIE WSZYSCY kapłani nadają się do tego, żeby założyć rodzinę…

Z mojego punktu widzenia natomiast najwartościowsze są w tej książce fragmenty sekretnego dziennika matki Thomasa, które umiejętnie wplata on w tok swojej gorzkiej opowieści.

Gisele Forster, najwyraźniej wolna od tej goryczy, która zdaje się przepełniać jej syna, stawia bowiem w swych zapiskach sprzed  lat szereg pytań, które i dzisiaj wydają mi się warte zastanowienia. Na przykład: Nawet, jeśli są ludzie, którzy nienawidzą nas z powodu naszej miłości – cóż to są za ludzie? Nie wolno nam ich nienawidzić, ponieważ wtedy to Bóg znienawidziłby człowieka…” albo (tuż przed porodem): ” Ojciec [mojego dziecka] jest uwięziony w murach celibatu, „świętego” miasta. Tu zdecydowano o jego losie, tu określono jego myśli i zażądano, by był taki, jak chce władza wroga wobec seksu. Czy myślę za ostro? Obrazy przesuwają się w mojej głowie: Papież całujący dzieci. Kardynał w slumsach biednych. Kościelny ośrodek pomocy dla głodujących. Pawdziwe obrazy – czy fikcja? Co mam teraz, w mojej sytuacji, o tym sądzić? Ja,która leżę tu sama i opuszczona, ponieważ prawa Kościoła zabraniają ojcu nienarodzonego dziecka w moim ciele, aby tu przy mnie siedział, trzymał moją rękę w trudnej chwili, pomagał mi i pokazywał, że mnie kocha. (…) Który z tych potężnych władców Kościoła, którzy wymyślili prawo celibatu, dalej by popierał to prawo, gdyby posiedział choć minutę przy moim łóżku i uświadomił sobie, jak bardzo tu cierpię?” 

Thomas Froster, Karin Jäckel Jestem synem księdza”, wyd. pol. VIDEOGRAF II, Kraków 2003, przeł. Weronika Łęcka.